ODZNACZENIA od IPN a REALIA życia działaczy niepodległościowych
Wpisał: dr Leszek Skonka   
03.09.2013.

ODZNACZENIA od IPN a REALIA życia działaczy niepodległościowych

 

===================

 

 

Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu w Polsce

Committee for Commemoration

of the Victims of Stalinism

 

Pan dr Łukasz Kamiński

 

ODMOWA DRA LESZKA SKONKI PRZYJĘCIA ODZNACZENIA OD IPN

Pan dr Łukasz Kamiński wystąpił z wnioskiem do Instytutu Pamięci Narodowej o uhonorowania mnie Krzyżem Wolności i Solidarności za aktywną działalność obywatelską  i patriotyczną.

Przykro mi bardzo ale nie mógł bym przyjąć tego Honorowego Odznaczenia ze względów zasadniczych: moralnych, poczucia uczciwości, sprawiedliwości, godności i honoru.

Jestem jednak wdzięczny za ten gest docenienie i uznania dla mojej działalności społeczno-obywatelskiej po marcu 1968 roku, w okresie od 1971 roku w opozycji demokratycznej (ROPCiO) oraz w latach 1980/1989 w Wolnych Związkach Zawodowych, w Strajku Sierpniowym 1980, przez takich działaczy jak pan Łukasz Kamiński;  a nie był on jedyny.

W tej sytuacji uważam , że powinienem podać motywy swojej postawy.

1/ W roku 1980 byłem działaczem opozycji demokratycznej, organizatorem Wolnych Związków Zawodowych na Dolnym Śląsku (WZZ), współorganizatorem strajku w sierpniu 1980 , członkiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego we Wrocławiu, a po zakończeniu strajku członkiem Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ na Dolnym Śląsku oraz organizatorem i prowadzącym pierwsze szkolenie przyszłej przewodzącej kadry związkowej.

2/ We wrześniu 1980 popadłem w konflikt z działaczami i sympatykami KOR, którzy w październiku 1980 roku opanowali kierownictwo Związku , usunęli mnie z Zarządu Regionu Dolnośląskiego NSZZ, i w ogóle z Solidarności, potępili za sprzeciwianie się przeze mnie zrywaniu Umowy Sierpniowej z Rządem, dążenie do realizacji wyłącznie założeń statutowych związku zawodowego, upolitycznienia Związku i przekształcaniu go w partię polityczną zastępująca PZPR.

3/ 19 października 1980 w gmachu Politechniki Wrocławskiej za moje poglądy zostałem zaocznie, publicznie potępiony przez Kierownictwo Solidarności i skazany na kary śmierci cywilnej ( infamię)  Choć było wiele okazji Solidarność nigdy tego wyroku  nie odwołała.

4/ Miałem stały zakaz zatrudnienia w szkolnictwie, a także gdziekolwiek w kraju, nawet na stanowisku robotnika (stosowana była wobec mnie tzw. metoda Berufverbote). Represje i szykany dotknęły także moją rodzinę; syn, jego żona,  moją wnuczkę, którzy musieli  uciekać z Polski .

5/ W tej ciężkiej, tragicznej dla mnie sytuacji zacząłem chorować na serce, (kilka zawałów i wszczepienie na stałe tzw. kardiowertera - rozrusznika). Oczywiście mogłem popełnić samobójstwo, jak uczyniło to wielu ludzi w podobnej sytuacji.

6/ Ponieważ w tamtym okresie pracowałem dorywczo lub z wymuszonymi przerwami zatrudnienia (po marcu 1968 na polecenie SB za działalność opozycyjną zostałem zwolniony z pracy i usunięty ze stanowiska wizytatora w Kuratorium Szkolnego we Wrocławiu) , w październiku 1975 i zwolniono mnie z pacy na Politechnice Wrocławskiej, uniemożliwiono mi  habilitację, się i cofnięto przyznane stypendium habilitacyjne.

7\ Następnie na skutek dalszego działania w opozycji demokratycznej uniemożliwiono mi za karę podjęcie pracy zawodowej i w ogóle uniemożliwiono jakiegokolwiek zatrudnienia. W takich  warunkach poszedłem na rentę a później na emeryturę. Ponieważ moja renta była bardzo niska, niższa niż przeciętnej sprzątaczki, znalazłem się w skrajnej nędzy.

Represje i szykany wobec mnie stosowała już w latach siedemdziesiątych SB  ale lojalnie ostrzegała przed szykanami jakie mnie dotkną jeśli nie zaprzestanę działalności w opozycyjnej w PRL. Muszę przyznać , że SB dotrzymała słowa.

8/ Po wrześniu 1980 podobne, a nawet jeszcze ostrzejsze szykany represje wobec mnie oraz  moich najbliższych zastosowała Solidarność .

Oto przykłady: Kierownictwo Solidarności na Uniwersytecie Wrocławskim podjęło nawet uchwałę potępiającą mnie i podało ją do publicznej wiadomości w prasie oraz  skierowało ją do prezydenta Miasta, w której stwierdzało, że jestem człowiekiem niegodnym bym mógł pełnić w kraju jakąkolwiek funkcje społeczną lub obywatelską, a tym bardziej przewodzić Komitetowi Pamięci Ofiar Stalinizmu w Polsce (zorganizowanym przeze mnie w 1989). Uważano, że artykułując przeze mnie słowo stalinizm, potępiając go i przypisując Stalinowi  i Barii zbrodnie na Polakach, w rzeczywistości wyrażam niedwuznacznie antysemityzm; bo przecież każdy wie , że Stalin nie ufał nawet polskim komunistom , powierzył władzę nad okupowaną przez ZSSR częścią Polski po 17 września 1939 i po 1945   Żydom by nadzorowali Polaków.

Co prawda przeciwko oszczercom Uniwersyteckiej Solidarności wystąpiłem na drogę sądową ale w ówczesnych warunkach nie miałem żadnych szans na uzyskania sprawiedliwego i obiektywnego orzeczenia. Przeciwko mnie zeznawało wówczas w Sądzie  kilku posłów,  senatorów, vice minister kultury, kilku profesorów i agentów  SB. W rezultacie jeszcze musiałem zapłacić koszty wynajętego przez Solidarność adwokata (Leszka Adamczyka).

Z bardzo ostrym oskarżającym głosem wystąpił też prof. Włodzimierz Suleja, ( b. aktywista PZPR a następnie Solidarności, obecnie dyrektor IPN na Dolnym Śląsku). W  stanie wojennym w książce napisanej pod pseudonimem Stanisław Stefański, Solidarność na Dolnym Śląsku stawiał mi zarzutu, które obecnie powinny być wielkim obywatelskim honorem i uznaniem dla mnie.

9/ Oto zarzuty i oskarżenie jakie stawiał mi wówczas Włodzimierz Suleja, ps. Stanisław Stefański.

Cytuję wiernie:

 

(Skonka) „Głosił i przekonywał społeczeństwo do realizacji Umów zawartych między Stroną Rządowa PRL i Międzyzakładowym Komitetem Strajkujących w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu Zdroju.

W sierpnia 1980 roku przestrzegał przed zrywaniem tej Umowy i rezygnowanie z wdrażania owych 21 Postulatów strajkujących. Sprzeciwiał się stanowczo upolitycznianiu ruchu pracowniczego, jakim był NSZZ. Przekonywał, że partie , organizacje polityczne, ideologiczne mają inne cele niż ruch związkowy. Pierwsze zabiegają o uczestnictwa w sprawowaniu władzy( zdobyciu , utrzymaniu, poszerzenia jej …) zaś związki zawodowe wyłącznie na celu mają obronę interesów ludzi pracy. Nie da się stworzyć „partio-związku zawodowego”, czego ostatnim przykładem był i jest partio-związek - Solidarność; w rzeczywistości nie jest  to ani związek zawodowy, ani partia polityczna. Związki zawodowe nie nadają się do działania politycznego i rządzenia krajem (vide Wałęsa, Frasyniuk, Krzaklewski, Mazowiecki, Kaczyńscy…)

Te poglądy i przestrogi wygłaszałem już w czasie prowadzenia szkolenia w czasie strajku na terenie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego  w VII Zajezdni MPK wśród delegatów zakładów pracy , a po jego zakończaniu na kursach dla setek organizatorów nowego związku w Komitecie założycielskim NSZZ. Właściwie odbiorcami tych wykładów były tysiące , gdyż ich treść zapisywana była na magnetofonach, odtwarzana przez zakładowe głośniki i wydawana w formie streszczeń i ulotek w zakładach pracy.

10/ A oto przykład oceny tych szkoleń przez ich zagorzałego przeciwnika, wówczas jeszcze aktywisty PZPR, obecnie zaś dyrektora IPN Oddziału Dolnośląskiego prof. Włodzimierza Suleji, w książce wydanej pod pseudonimem Stanisława Stefańskiego pod tytułem: Solidarność na Dolnym Śląsku w 1986 roku.  W publikacji tej prof. Włodzimierz Suleja zarzuca mi m.in., „ że byłem przeciwnikiem upolitycznienia nowych związków, pisząc:

cyt.-„ Po przekształceniu się MKS w MKZ /…/ Skonka wziął w swoje ręce szkolenie przyszłych działaczy związkowych. On to inaugurował pierwsze spotkanie tego typu 4.09., kiedy nie tylko budynek, ale i plac przed budynkiem okupowany był przez delegatów zakładów, a samo spotkanie odbywać się musiało w kilku turach. On opracował program pierwszych szkoleń podczas których miano analizować treść Porozumienia Gdańskiego, zapoznać się z międzynarodowymi i krajowymi aktami prawnymi gwarantującymi wolność i niezależność związków zawodowych, przedyskutować założenia programowe nowych związków, zastanowić się nad ich strukturą i wreszcie uczyć się zasad skutecznego działania przez pokazywanie typowych błędów popełnianych przez niedoświadczonego działacza społecznego. Nie ulega więc wątpliwości, że sporo tych pożytecznych skądinąd informacji przekazywał swoim słuchaczom. Nieszczęście polegało na tym, że nikt z prezydium (sam byłem członkiem Prezydium przyp. Leszek Skonka) wykładów tych nie kontrolował. Skonka zaś nie poprzestał jedynie na realizowaniu opracowanego przez siebie programu. Niepokoju nie wzbudzały jeszcze zgłaszane przez niego propozycje organizacyjnych rozwiązań, jak choćby pomysł tworzenia wspólnych rad zakładowych z liczbą członków proporcjonalną do liczby członków poszczególnych związków./…/ Zaniepokojenie wzbudzać natomiast powinny próby formułowania diagnoz o charakterze politycznym w odniesieniu do ruchu związkowego, które zaczęły zajmować wykładowcy znacznie więcej czasu aniżeli sprawy organizacyjno-związkowe.  Skonka, jak relacjonował dziennikarz „Słowa Polskiego”, czuł się powołany do składania deklaracji, że związki w żadnym przypadku nie są siłą o charakterze politycznym . Nie byłoby w tym nic odkrywczego, gdyby nie dalszy ciąg tego wywodu. Wykładowca twierdził bowiem, że były próby, i być może będą jeszcze w przyszłości – przekształcenia NSZZ w nową siłę o charakterze głównie politycznym. Jest wspólną sprawą robotników – brzmiała konkluzja – dać odpór tym nieodpowiedzialnym i na szczęście nielicznym tendencjom. Skonka nie operował, tak jak dziennikarz „Słowa” aluzjami. Przekonywał swych słuchaczy, że jedynym wewnętrznym zagrożeniem dla związku są ludzie nasłani doń przez KOR. Nie oszczędzał też władzy, a zwłaszcza tych jej reprezentantów, którzy przeciwni są zaspokajaniu słusznych robotniczych postulatów”. /…/ Personalnie swój atak Skonka skoncentrował na dziale informacyjno-wydawniczym oraz Karolu Modzelewskim, którego wejściu do MKZ od początku się sprzeciwiał”./podr. Red)”.

Celowo przytoczyłem tak obszerny cytat z książki opracowanej z pozycji wrogiej, korowskiej „Solidarności”, by Czytelnik mógł sam osądzić jak wątpliwe i niesłuszne stawiano mi zarzuty obrzucając zarazem błotem, pomawiając publicznie o współpracę z SB i władzami PZPR. A przecież ja tylko tłumaczyłem nowym działaczom związkowym, że jeśli słusznie odrzuca się kuratelę polityczną PZPR nad związkami zawodowymi, to nie można wprowadzać tam innej siły politycznej na jej miejsce. Jeśli ruch związkowy ma być wolny, niezależny od PZPR, to nie można go uzależniać od polityków z KSS „KOR”,  różnych pseudo religijnych i klerykalnych sił. Wreszcie nieuczciwe i poniżej pasa było uderzenie i przypisywanie mi współpracy z SB, PZPR i władzami PRL. Gdyby to była choć w drobnej części prawda, to musiałbym mieć jakąś korzyść z tego np. eleganckie, wygodne mieszkanie, lukratywne stanowisko zgodne z moimi kwalifikacjami lub w ogóle jakąś pracę, jakieś przywileje, talony i inne wyróżnienia jakimi obdarowuje się osoby miłe władzy .

11/  WALKA O NSZZ po sierpniu 1980 roku ( Z reguły Solidarność niszczyła wszelkie listy i dokumenty krytyczne , nieprzychylne dla  niej. Ale niektóre ich autorzy uchronili przed cenzurą Solidarności np.

12/ BUNT CZŁONKÓW „SOLIDARNOŚCI.
Arogancja uzurpatorskich władz Dolnośląskiej „Solidarności” sprowokowała bunt o szerokim zasięgu w komitetach zakładowych nowopowstąjącego związku.

A oto list autorstwa Romualda Popłonyka – przewodniczącego Solidarności w Polmozbycie na Dolnym Śląsku skierowany do zakładów pracy, przez grupę pionierów i aktywnych, działaczy organizowanego Związku. ( in exenso)

„LIST DZIAŁACZY NSZZ DO ZAKŁADOWYCH KOMITETÓW ZAŁOŻYCIELSKICH NIEZALEŻNYCH SAMORZĄDNYCH ZWIĄZKOWCÓW ZAWODOWYCH WROCŁAWIA.

„Jesteśmy grupą przedstawicieli Zakładowych Komitetów Założycielskich z kilku zakładów Wrocławia.

Nasze nazwiska i nazwy zakładów znajdują się na końcu tego listu, a połączył nas NIEPOKÓJ O NASZ  WSPÓLNY CEL, O NIEZALEŻNE SAMORZĄDNE ZWIĄZKI ZAWODOWE.

 

Co jest przyczyną tego niepokoju? Otóż od pewnego już czasu jesteśmy świadkami rzeczy niezrozumiałych, w wielu wypadach wręcz sprzecznych z zasadami demokracji, to znaczy z tym, do czego wspólnie przecież dążymy. ( List powstał 24 .1980 września 1980 r., przyp. LS).  I może nie doszłoby do napisania tego listu, gdyby nie kilka spotkań z ludźmi tak samo zaangażowanymi w budowę naszych Związków, u których zauważyliśmy ten sam niepokój. Niezrozumiałą np. jest dla nas sprawą to, że nasz wspólny Statut, który ponoć powstał i o którym była mowa w Gdańsku, jeszcze do nas nie dotarł. Nie braliśmy też udziału w przygotowaniu Statutu, nikt go z nami nie konsultował i nikt nas nie informował o postępie prac. A przecież mieliśmy to zagwarantowane grubo wcześniej. Ta gwarancja zresztą powinna wynikać z samej zasady demokracji. Uważamy, że mamy pełne prawo wiedzieć, co ktoś w naszym wspólnym imieniu podpisuje, a podstawowym obowiązkiem Komitetu Założycielskiego z pl. Czerwonego jest nas o tym informować. Nie dotyczy to zresztą tylko Statutu. Lech Wałęsa w Gdańsku zanim podejmie uchwałę dotyczącą wszystkich zakładów pracy, zwołuje ich do siebie i pyta o zdanie. A czy nasz Komitet Założycielski z pl. Czerwonego kiedykolwiek o coś pytał? Przecież było mówione – „nic o nas bez nas”. Tymczasem, gdy chodzimy na plac Czerwony, to z wyjątkiem 3- 4 osób stale spotykamy nowe twarze w Zarządzie. Bo oto Komunikaty KZ NSZZ dowodzą, że zmiany w Prezydium następują przeciętnie dwa razy w tygodniu, ponieważ gdy weźmiemy spis członków obecny i początkowy zaraz zauważymy brak kilku osób np. Skowrońskiego, Talara, dra Skonki i innych. Jest za to wielu nowych nazwisk, jak np. Modzelewski, Turkowski, Rak, Pieprz, Pawlik itp., którzy przecież nie dostali się do Komitetu Założycielskiego w drodze wyborów, ponieważ wyborów do naszej reprezentacji związkowej jeszcze nie było. Są to, więc ludzie, których w ogóle nie znamy, i których nie wybieraliśmy. Padło już nazwisko dra Leszka Skonki. Pamiętamy dobrze jak sobie gardło zdzierał próbując z nas zrobić – jeszcze w MKS na Grabiszyńskiej w autobusie, potem dopiero na placu Czerwonym, znawców, a przynajmniej dobrych propagatorów idei związków. Na jego wykłady – pamiętamy to dobrze – zawsze waliły tłumy i nikt nie wychodził, mimo tego, że nieraz trzeba było cały wykład stać. Słuchaliśmy go pilnie i widać było, że jest to człowiek oddany całym sercem sprawie przekazania nam Elementarza Niezależnych Związków. Kto był ostatniej nocy na Grabiszyńskiej, ten widział jak Jerzy Piórkowski ( przewodniczący Komitetu Strajkowego we Wrocławiu, przyp. Red.). osobiście wciągnął dra Leszka Skonkę na podwyższenie i wobec całej zgromadzonej na hali załogi i delegatów strajkujących zakładów dziękował serdecznie za wkład pracy.

I nagle dra Skonkę się usuwa, ponieważ stał się zły. Cały czas był dobry dopiero ostatnio stał się zły.

A maże stał się zły dopiero dla ludzi, którzy ostatnio pojawili się w Komitecie Założycielskim na placu Czerwonym i dlatego musiał odejść. I dlaczego nie była to decyzja Jerzego Piórkowskiego, bo gdyby była to by nas o tym poinformowano. Tymczasem nie mamy już ani Skonki, ani Piórkowskiego, o którym co prawda się mówi, że jest chory, ale tylu u nas przywódców jest chorych, że nie wiadomo czy można to brać poważnie. Wszystkie te refleksje nasuwają nam podejrzenie, że na pl. Czerwonym coś się niedobrego dzieje i że ludzie, którzy tam są postępują wobec nas nieuczciwie, a nawet wrogo.

Wobec tego uważamy za konieczne powołać nowy Międzyzakładowy Komitet Założycielski NSZZ, nie pytając nawet o zdanie obecnego. Musimy mieć NASZYCH przedstawicieli w MKZ, takich, których darzymy największym zaufaniem, wobec których nie wysuwamy żadnych zastrzeżeń i którym z całkowitym spokojem powierzymy reprezentowanie i prowadzenie naszych wspólnych spraw. Zwracamy się, więc z gorącym apelem do wszystkich Zakładowych Komitetów Założycielskich NSZZ Wrocławia o wydelegowanie najwartościowszych, Waszym zdaniem, przedstawicieli, spośród których wszyscy będziemy mogli wybrać w drodze demokratycznych wyborów ludzi, którym ufnie oddamy w ręce nasze sprawy związkowe. Zapraszamy was w piętek 26.09. br. ( …) Wrocław ul. Kamienna 145
Autorem tekstu listu był Romuald Popłonyk przewodniczący Komitetu Założycielskiego NSZZ w Polmozbycie, a sygnatariuszami listu i m.in. Jerzy Smakowski z Wojewódzkiego Urzędu Poczty Wrocław, Henryk Pasek z PBDiM, Elżbieta Potoczek z PBDiM, Stanisław Grześków z ZNTK, Ryszarda Bieńkowska z ZOZ- Krzyki, Andrzej Jędrzejewski z Wrocławskiej Centrali Mat. Bud., Bogusław Zbijewski z Biura Projektów Bud. Komunalnego Wrocław, Adam, Skowroński z Kombinatu Geolog. Zachód, Henryk Sularz z Międzywoj. Spółdzielni Inwalidów „Odra”, Andrzej Talar z woj. Zrzeszenia Prywat. Handlu i Usług w Wałbrzychu. Na skutek „zabiegów” ( recte nacisków, przyp. LS.)Henryk Pasek, Adam Skowroński, Stanisław Grześków, kilka dni później także Ryszarda Bieńkowska wycofali swoje podpisy. Za napisanie tego listu, Popłonyk i inni sygnatariusze zostali pozbawienie funkcji związkowych lub w ogóle usunięci ze Związku z piętnem wrogów Solidarności, zdrajców i współpracowników SB.

LIST DZIAŁACZKI – Magdaleny Żaboklickiej z Wrocławia . In extenso

„Do Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” we Wrocławiu

„ Na początku wyjaśniam; to, co napiszę dotyczyć będzie zebrania, które odbyło się w piątek ( 17.10.1980), W auli Politechniki (Wrocławskiej, przyp., LS.), A raczej spraw tam poruszanych. Właściwie powinnam zabrać głos na zebraniu, tak nakazywało mi moje sumienie. Jeżeli tego nie zrobiłam to, dlatego, że należę do osób nieśmiałych, nie umiem przemawiać publicznie, a ponadto zanim wypowiem swoje zdanie, muszę sobie rzecz najpierw przemyśleć. A więc przemyślałam, ale niesmak i przygnębienie, jakie napełniły mnie niektóre fragmenty zebrania, niektóre wypowiedzi, a może jeszcze bardziej reakcja sali na te wypowiedzi nie opuściło mnie dotąd. Wybaczcie, że piszę o swoich osobistych odczuciach. Cóż mogą one obchodzić Was. Którzy macie tyle i tak doniosłych obowiązków na swoich barkach? A jednak wysłuchajcie, bo to jest głos z dołu”, i to głos – wierzę w to, na pewno nie odosobniony, wyrażający odczucie jakiejś części aktywu związkowego. Chodzi mi tu o sprawę dr Skonki, ale nie o niego ”jako takiego”, lecz o to, co się wokół tej osoby dzieje, i jak się dzieje. Właśnie jak się dzieje. Z dr Skonką zetknęłam się po raz pierwszy na szkoleniach prowadzonych w pierwszej połowie września (1980 r.) w budynku przy placu Czerwonym, gdy w dusznej, przepełnionej sali po kilka godzin dziennie wykładał takim jak ja „świeżo upieczonym” aktywistom związkowym „abecadło związkowe”. Jego widoczne dla wszystkich zaangażowanie i jego trud budziły uznanie słuchaczy. Wybaczcie mi, że pozwolę sobie znów na osobiste wynurzenia: wstępowałam w tym okresie czasu często do Waszej siedziby, nawet już nie koniecznie po komunikaty, czy konkretne informacje, ale czasem tylko z zewnętrznej potrzeby, jak do miejsca – wybaczcie patos, z którego bije źródło Odnowy. W tym, że taki kult czułam do tego miejsca była niemałą zasługą właśnie dr Skonki. Potem były jakieś, niezbyt jasne dla „szerokiego aktywu” oświadczenia, bodaj, że w Komunikacie nr 4 i jakieś jeszcze mniej jasne!!) Pogłoski, z których wynikało, że drogi dr Skonki i Prezydium MKZ rozeszły się.. Trochę dziwiliśmy się (mówię o paru osobach, które również bywały na wykładach i z którymi zdarzało mi się na ten temat rozmawiać, ale nawet nie tak bardzo, bo przecież taki to już teraz burzliwy czas, że ciągle i chyba wszędzie ścierają się poglądy, opinie, przekonania, wybuchają spory i sprzeczki. Potem było zebranie w dniu 3 października, na którym wasze Prezydium przedstawiło się delegatom z zakładów pracy, i na którym omówiono działalność MKZ. Mówiono także o prowadzonym przez MKZ szkoleniu. Wymieniono jako pioniera p. Skowrońskiego( przepraszam, jeśli pomyliłam nazwisko), a Skonce nic. Jakby nigdy nie istniał. Byłam niemile zaskoczona, naturalnie nie tylko ja jedna. Sądziłam, bowiem, że niezależnie od tego, czy Skonka się „odłamał”, czy nie, należało przecież wspomnieć o nim), O wkładzie jego pracy, zwłaszcza, że wkład ten był przecież niemały. Ale jeszcze i to przemilczenie można by uznać za gafę, niemiłą, ale wybaczalną, w tym gorącym okresie. Jednak to, czego widownią stała się aula Politechniki, gafą już nazwać się nie da. To było gorszące i zasmucające widowisko. Już sposób, w jaki niszczył, ( bo chyba tylko tak można to określić) Skonkę p. mecenas Kaszubski, nie był piękny, ale cóż p. Kaszubski jest prawnikiem, a oni – wiadomo – przywykli z człowieka, o którym mówią robić anioła lub diabła, w zależności od tego, czy bronią, czy też oskarżają; to już takie ich „ skrzywienie zawodowe”.

Trudno, bardzo trudno uwierzyć nam, którzyśmy słuchali wykładów dr Skonki, aby był on agentem, jak to nader wyraźnie insynuował w swoim krasomówczym wystąpieniu mec. Kaszubski.

Oczywiście Skonka mógł nie mieć racji i pewnie jej rzeczywiście nie miał twierdząc, że powinny powstać związki regionalne, a nie jeden ogólnopolski. Ale przecież taki sam pogląd wyznawali podobno – jak to nas chyba właśnie p. Kaszubski uświadamiał na poprzednim zebraniu – głosili przedstawiciele gdańskiego MKZ, a mimo to nikt nie poddawał w wątpliwość ich intencji). Uważam, że wystarczyło w swoim czasie oświadczyć, – bo jednak ludziom się jakaś informacja należała-, że pan Skonka nie jest już członkiem Prezydium, ponieważ obstawał przy swoich poglądach na niektóre kwestie ruchu związkowego, wbrew zdaniu większości Prezydium MKZ, wobec czego obecnie w tym, co głosi nie reprezentuje już MKZ-etu, a jedynie siebie samego. I to byłoby w porządku. Mniejsza jednak o wypowiedź p. Kaszubskiego, bo to, co było dalej było znacznie gorsze. Wystąpił ten młody człowiek, nazwiskiem chyba Jabłoński (Zenon, przyp. LS) i zaczął dość nerwowo, ale przecież nie obraźliwie, wygłaszać zarzuty pod adresem Prezydium. Z sali zaczęły się gwizdy i protesty. I wtedy, prowadzący zebranie, zamiast uciszyć salę, kazał mu zejść z mównicy.

Nie należało tego robić. I to kimkolwiek mówca by był i cokolwiek chciałby powiedzieć. To się niestety nazywa tłumienie krytyki, a tego Wam, szermierzom demokracji pod żadnym pozorem robić nie wolno. W naszym Związku przecież ma być lepiej, szczerzej, sprawiedliwiej niż w tych starych instytucjach, przeciwko, którym występujemy. To prawda, że teraz jest czas walki i bardzo ważna jest jedność, ale przecież najważniejsza jest Demokracja. Bo to o nią walczymy. A nie można o nią walczyć gwałcąc jej zasady. Nie mówmy sobie, że to tylko teraz, na razie tak musimy. Jeżeli tak zaczniemy, to później będziemy te metody stosować i zawsze znajdziemy na nie jakieś usprawiedliwienie.

Najbardziej przerażające i odrażające było wystąpienie ostatniego mówcy ( tego z Kontroli Dochodów Państwa, nazwiska nie zanotowałam). Typowy demagog w najgorszym tego słowa znaczeniu. Miotał się i rzucał obelgami, a ludzie na sali pobudzeni w swoich najniższych (zdajmy sobie z tego sprawę) instynktach, żywiołowo klaskali, zaś Prezydium… Słuchało i akceptowało.

A ja słuchałam i przypominały mi się różne wstrząsające sceny z literatury i filmów, np. nazistowskie wiece, gdy Hitler dochodził do władzy; albo obrazek, jak rozjuszony tłum kamieniuje kobietę, dobrze nie wiedząc za co, to znów, gdy linczują Murzyna i jeszcze inne tym podobne.

Powtarzam nie chodzi mi o Skonkę i jego zwolenników, choć oczywiście nie jest dobrze, jeśli ich krzywdzicie, ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że historyczny wir wydarzeń wyniósł Was na piedestał. Przypadła Wam ważna i zaszczytna rola. Ku wam wracają się teraz z nadzieją oczy i serca społeczeństwa. Nie zapominajcie, więc co sobą reprezentujecie i jaką stratę poniesie idea, której służycie, jeżeli nie będziecie umieli godnie jej służyć. Powiesiliście na sali, w której odbywało się zebranie Krzyż. Inna sprawa, czy to stosowna okazja, aby Go wieszać, ale jeżeli już powiesiliście to pamiętajcie, co on symbolizuje. Strzeżcie się, aby w imię Krzyża nie zapalać stosów dla czarownic. Jest to, bowiem największa krzywda, jaką człowiek może wyrządzić Bogu.

Maria Magdalena, Żaboklicka, Wrocław ( podkreślenia red.)

Jak się okazało ostrzeżenie miało proroczy charakter. Istotnie „Solidarność” zapaliła stosy dla nieprawomyślnych Polaków i płoną one nadal w Polsce ..

List otwarty Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu

do Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w czasie kampanii wyborczej 2005 roku ( ale  nadal aktualny)

Listy otwarte przed sierpniem 1980 były formą porozumiewanie  opozycji ze społeczeństwem, choć formalnymi adresatami byli sprawujące wówczas władze  w PRL. Z reguły nie odpowiadały one na te listy, albo reagowały represjami. Obecnie cel i forma nie zmieniły się; nadal formalnym, imiennym adresatem jest władza, a faktycznym społeczeństwo.

Wielce Szanowny Panie Prezydencie,

Niech Pan w okresie swojej kadencji załatwi bolące i nabrzmiałe sprawy.

Ludzie pokrzywdzeni przez poprzednie reżimy, wbrew pozorom i wmawianiu przez propagandę, nie pałają nienawiścią i odwetem do swych krzywdzicieli.

Faktyczne ofiary nie domagają się zemsty lecz oczekują przede wszystkim naprawy wyrządzonych im krzywd, choćby w formie satysfakcji moralnej.

Natomiast, rzekomo sprawiedliwa i moralna władza od 18 lat nie zrobiła nic w tym kierunku i uparcie wmawia społeczeństwu, że pokrzywdzonym chodzi głównie i wyłącznie o zemstę i odwet.

W zasadzie wiele krzywd można i trzeba było naprawić już 27 lat temu, tuż po zakończeniu sierpniowych strajków, bo była ku  temu sprzyjająca atmosfera polityczna i społeczna. Żądano od rządzących przyzwoitego zachowania wobec społeczeństwa np. przywrócenia do pracy działaczy opozycji przedsierpniowej.

To naprawdę było realne i ówczesna ekipa władzy nie stawiałaby zbyt ostrego sprzeciwu ani utrudnień nie do pokonania.

Ludzie zwalniani, a właściwie wyrzuceni z pracy, eliminowani z zawodu, zdegradowani społecznie, socjalnie, spodziewali się, że ich postawa będzie doceniona po sierpniu 1980 roku, ale zawiedli się.

Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych odmówił im uznania i praw kombatanckich (represjonowanych).

A przecież wielu działaczy opozycji przedsierpniowej świadomie narażało się na prześladowania i represje.

Dla niektórych było to wielkie poświecenie, np. musieli rezygnować z kierowniczych stanowisk, ulubionej pracy, umiłowanego zawodu, np. dyrektorzy, kierownicy , dziennikarze, nauczyciele, naukowcy, wojskowi, prawnicy, urzędnicy różnych instytucji i szczebli…

Oni po sierpniowych porozumieniach z Rządem nie pchali się do władzy, lecz oczekiwali przywrócenia do pracy i zawodu.

Było to w tym czasie możliwe, bo Umowa Sierpniowa z Rządem pozwalała na to.

Jedynym człowiekiem w okresie powojennym, który to uczynił po październiku 1956 r.; choć w ograniczonym zakresie i czasie , był Władysław Gomułka.

Ogłosił on szeroką amnestię i rehabilitację represjonowanych, zwolnił z więzień tysiące niewinnych obywateli, przywrócił do pracy, na te same, albo na wyższe stanowiska wielu represjonowanych w okresie stalinizmu.

Ale ludzie, którzy opanowali kierownictwo NSZZ , przekształcili ten związek pracowniczy w partię polityczną i dążyli wyłącznie do zdobycia władzy, a związek potraktowali instrumentalnie, pchali się do koryta. Trafnie ich postawy określił Aleksander Małachowski, mówiąc, że tak im ryje przywarły do koryta, że teraz trzeba by je odrąbywać siekierami.

Po osiągnięciu celu, tzn. zdobyciu władzy w kraju ustawili się przeciw Związkowi i ludziom pracy.

Nie mieli, i nadal nie mają zamiaru naprawić czegokolwiek, a zwłaszcza krzywd działaczom opozycji przedsierpniowej i posierpniowej.

Ostatnio ekipa PiS spotęgowała dyskusję na temat tzw. lustracji; rozliczeń i dekomunizacji. Inspiratorzy dyskusji  preferują rozliczenie aparatu rządzącego w PRL, a świadome przemilczanie win obciążających ekipy rządzące pod szyldem „Solidarności”.

Uczciwość i rozsądek wymagają, by obiektywnie ocenić błędy i nieprawości obu obozów i okresów .

Największą jednak obłudą i hańbą jest świadome pomijanie problemu naprawienia krzywd wyrządzonych w PRL, już po sierpniu 1980 roku, oraz oceniania win ludzi w zależności od obecnie zajmowanych  stanowisk, sympatii , przynależności do partii, obozów.

 

Pomija się świadomie i ostentacyjnie zadanie naprawienia krzywd ofiarom kolejnych reżimów.

W ogóle potrzeby naprawienia krzywd inspiratorzy rozliczeń nie dostrzegają lub spychają na drugi plan, uzasadniając, to tym, że najpierw trzeba ukarać winnych; dodajmy tylko niektórych, a później zająć się naprawianiem krzywd.

W tej postawie chodzi raczej o propagandę i odsuniecie od jakichkolwiek wpływów społecznych i politycznych faktycznych lub potencjalnych przeciwników i pretendentów do władzy.

Zakrawa to wyraźnie na dziką prymitywną zemstę. Ofiary reżimów mniej jednak interesuje to, czy generałowie :Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki zostaną zdegradowani do stopni szeregowca, czy odbierze się  wysokie emerytury byłym dygnitarzom PRL, ale czy i kiedy faktycznym ich ofiarom zostaną naprawione krzywdy; bo większości pokrzywdzonym życia zostało już niewiele. Natomiast inicjowane procesy winnych trwać mogą latami.

Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu od 27 lat domagał się i domaga ustawicznie, lecz dotychczas bezskutecznie, naprawienia tych zaległych i nowych bolesnych krzywd.

Komitet zwracał się już w przeszłości do Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego, premiera Mazowieckiego, a ostatnio także do Pana.

Tylko Aleksander Kwaśniewski na apel odpowiedział, ale skończyło się na słowach.

Premier Mazowiecki w ogóle nie odpowiedział, mimo, że pod apelem podpisało sie około 10 tysięcy rodaków w kraju i Polonii.

W 2005 roku, w czasie kampanii wyborczej, Komitet zwrócił się do kandydatów na Prezydenta RP z apelem o naprawienie zaległych krzywd wyrządzonych przed i  po sierpniu 1980.

Komitet m.in. pisał o oczekiwaniach od przyszłego Prezydenta RP swego rodzaju autoweryfikacji, uwiarygodnienia już w czasie kampanii wyborczej.

Jedną z takich form weryfikacji powinno być bardzo konsekwentnie egzekwowane zdeklarowania się kandydata w czasie kampanii wyborczej,  do naprawienia krzywd wyrządzonych w odległej i niedawnej przeszłości najbardziej aktywnym i wartościowym obywatelom.

Ma to znaczenie, nie tylko moralne, polityczne, społeczne, ale także ważne cele obywatelsko- wychowawcze.

Ludzie, którzy w przeszłości spełniali uczciwie swoje powinności obywatelskie nie muszą być za to wynagradzani, ale nie powinni być karani i gorzej traktowani od biernych obywateli, jak ma to miejsce do tej pory w III Solidarnościowej RP.

W dotychczasowej praktyce bowiem, właśnie ci najaktywniejsi obywatele, są przez kolejne ekipy władzy poniżani, ignorowani, skazywani na nędzną wegetację, na emigrację zewnętrzną lub wewnętrzną, natomiast nagradzane są z reguły, podobnie jak w PRL,  jednostki „mierne, bierne ale wierne”.

Nieoficjalnie wciąż funkcjonuje zalecana praktyczna i wygodna dla obywateli biernych, proweniencji z PRL, rada – „nie rozrabiaj, nie podskakuj, siedź cicho i przytakuj”, tisze  jedziesz dalszy budziesz, zawsze płyń z prądem jak zdechłe ryby, bo to jest bezpieczne i korzystne.  Nie chodzi o nagradzanie, przyznawanie przywilejów, wyrażanie publicznie  uznania za aktywność obywatelską, ale o zaprzestanie szykanowania, karania, poniżania, za uczciwe spełnianie w przeszłości obywatelskich powinności, gdyż to, choć nie zawsze intencjonalnie, odstręcza i zniechęca do podejmowania działalności publicznej na rzecz społeczeństwa.

Kandydujący na Urząd Prezydenta RP powinni już przed elekcją ujawnić publicznie swoją postawę wobec skrzywdzonych obywateli, uwiarygodnić się poprzez działanie, a nie tylko przez deklaracje i zapewnienia werbalne.

Powinni np. zadeklarować powołanie Komitetu Naprawy Krzywd Obywatelskich, poza Stolicą, np. pod przewodnictwem kandydującego na Urząd Prezydenta oraz przedstawić skład osobowy desygnowanego przez niego Komitetu, jego program, metod i form realizacji…”

Komitet proponował nawet program, pomoc  i formy załatwienia tego bolesnego i wstydliwego problemu narodowego pisząc m.in. :

"Mogą być różne formy i sposoby naprawienia zaległych krzywd, bez angażowania etatowego personelu i publicznych środków finansowych np. zindywidualizowane wyrażenie uznania za ofiarność, doznane krzywdy, okazanie publicznego współczucia, ubolewania, zapowiedź poparcia starań o przywrócenie dotyczące utraconych funkcji, stanowisk, stopni wojskowych, naukowych, odznaczeń, uhonorowanie przez desygnowanie do różnych gremiów publicznych, społecznych Większość pokrzywdzonych jest już w wieku sędziwym lub  tuż przed emerytalnym, i awansowanie ich lub przywrócenie im stopni wojskowych, nadanie tytułów naukowych, wyróżnień honorowych, obywatelskich, nie spowoduje skutków finansowych, zawodowych, ale będzie miało znaczenie symboliczne, będzie formą satysfakcji moralnej, może działać wychowawczo i aktywizująca na społeczeństwo, zwłaszcza na młode pokolenia.

Należy bowiem pamiętać, że w przeszłości, zarówno w okresie PRL, jak i w Polsce „pookrągłostołowej” wielu obywateli o postawach niepokornych nie mogło awansować społecznie, zawodowo, naukowo, ze względów politycznych i ideologicznych (nomenklatura PZPR, a następnie „Solidarności”).

O możliwości awansów, karierach zawodowych, wojskowych , naukowych decydowały w PRL władze partyjne. Na uczelniach np. o awansie powyżej doktora w okresie PRL decydowała partia; wstępnie sekretarz komórki POP, a w następnej fazie Komitet Zakładowy/ Uczelniany, Wydział Nauki KW PZPR, Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego; a nie kwalifikacje merytoryczne i wartości intelektualne , (vide kierowanie na staże i stypendia zagraniczne tylko partyjnych i tzw. bezpartyjnych bolszewików ).

Niektórzy bezpartyjni najwyżej mogli dobić się do podrzędnego stanowiska, i to tylko jeśli mieli dobre układy towarzyskie, koleżeńskie, rodzinne z członkami władz partyjnych oraz jednostki serwilistyczne, powiązane z SB, ludzie nijacy, „mierni, bierni ale wierni”. Stąd w marcu 1968 roku pojawiła się dalsza tendencja upartyjnienia nauki poprzez masowe mianowanie na stanowiska, docentów i samodzielnych pracowników naukowych, partyjnych nieudaczników, nawet bez stopnia doktora, ale za to z legitymacjami PZPR (tzw. marcowi docenci, dziś już profesorowie).

Jest także pewna praktyczna, sprawiedliwa forma umożliwiająca naprawienia lub złagodzenie najbardziej wstydliwych i drastycznych krzywd materialnych wyrządzonych tym ludziom. Otóż Prezes Rady Ministrów ma uprawnienia, by w wyjątkowych i uzasadnionych społecznie przypadkach, przyznawać rentę lub Emeryturę Specjalną z funduszu ZUS; może ona wynosić do 1800 zł. miesięcznie. (art. 82, ust.1 ustawy z dnia 17.12.1998, o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych + tekst jedn. Dz. U. z 2004 r. Nr 39 poz. 353+).

Ponieważ w przeszłości niektórzy pokrzywdzeni w PRL i III RP przechodzili na rentę lub emeryturę pobierając najniższe uposażenie, ( mieli wieloletnie przerwy w zatrudnieniu i wilcze bilety – Berufverbote), zatrudniani  na zleceniach, nie mają często ciągłości pracy, to ich świadczenia rentowe lub emerytalne, niezależnie od kwalifikacji i stażu, są bardzo niskie ( od 500 do 800 zł).

Forma renty lub Emerytury Specjalnej pozwoliłby im względnie godnie żyć, przynajmniej zaopatrywać się systematycznie w podstawowe leki niezbędne do przedłużenia życia, ulżenia w cierpieniach, opłacenia czynszu mieszkaniowego, podstawowych świadczeń socjalnych, skromnego wyżywienia.

Z funduszu tego oficjalnie skorzystało już wiele osób, choć często nie te, które na to szczególnie zasługują np. Jacek Kuroń, Janusz Pałubicki, Alicja Grześkowiak, Andrzej Stelmachowski, red. Bolesław Sulik… Jeśli przyznanie takiej formy pomocy Kuroniowi i Pałubickiemu nie wzbudza wątpliwości, to zdziwienie może i powinno wywołać wspomaganie w tej formie Alicji Grześkowiak i Andrzeja Stelmachowskiego.

Oboje są profesorami i nadal relatywnie zarabiają nieźle. Jest to więc jawne nadużycie.

Podobno wiele  osób bezpodstawnie korzysta z tego przywileju (  m.in. krewni członków rządu, wyższych urzędników, byłych parlamentarzystów, działaczy partyjnych, różnych  kolesiów , znajomych, przyjaciół, kochanek dygnitarzy).

Jednocześnie wielu zasłużonym osobom starającym się o taką formę pomocy, ukaranych za aktywność obywatelską, odmawia się jej.

Toteż Kandydaci na Prezydenta powinni w trybie pilnym zwrócić się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z żądaniem ujawnienia nazwisk osób i podstawę na jakiej w czasie ostatnich  lat przyznano taką pomoc oraz nazwiska i rzeczowe motywy odmowy innym.

Ofiary stalinizm i post-stalinizmu miały nadzieję, że Pan Prezydent załatwi pozytywnie ten bolący, wstydliwy i anty wychowawczy problem.

Kandydaci na Prezydenta powinni w trybie pilnym zwrócić się do  Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z żądaniem ujawnienia  nazwisk osób i podstawę na jakiej  w czasie ostatnich np. 10 lat  przyznano taką pomoc oraz nazwiska i rzeczowe motywy odmowy innym. Jeśli to nie przyniesie oczekiwanych skutków, to należałoby  zwrócić się o pomoc i pośrednictwo do NIK, Sejmu, Senatu, Rzecznika Praw Obywatelskich, środków masowego przekazu Unii Europejskiej oraz  rozpocząć starania o upublicznienie tych materiałów   w Internecie, zamieszczając  pełną listę nazwisk beneficjentów i osób, którym odmówiono tej formy pomocy.

Podjęcie tego rodzaju działań może uwiarygodnić Kandydatów i przysporzyć im głosów poparcia w wyborach.

Z poważaniem

dr Leszek Skonka

Przewodniczący Komitetu Pamięci w Polsce

tel. 691830350 lub (48)717809081


Dr Leszek Skonka - były działacz przedsierpniowej opozycji demokratycznej w Polsce ( Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO).

Założyciel i przewodniczący  istniejącego od 1988 roku Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu i inicjator budowy   pierwszego  w Polsce i na świecie Pomnika Ofiar Stalinizmu we Wrocławiu

Adres kontaktowy: 50-046 Wrocław, Sądowa 10/7, Tel. (48) 717809081 lub 69183035 ofiarystaliniznu@wroclaw.com