In hoc signo vinces ... Opowieść o Lepanto, część druga.
Wpisał: Louis de Wohl   
17.12.2014.

In hoc signo vinces ... Opowieść o Lepanto,

część druga.

 

[To już po widzeniu papieża Piusa V, więc jakby po zwycięstwie... Ale - zobaczcie sami, czy kiedyś w życiu może być „po”.. MD]

 

Louis de Wohl, „OSTATNI KRZYŻOWIEC” , wyd. Diecezjalne Sandomierz. Str. 671 i nn.

 

 

Widoku z nadbudówki rufowej Sultany nigdy się nie zapomni.

Colonna kazał wypróbować kilka lekkich dział na ga­lerach i brygantynach turka nadal krążących w pobliżu, a dwa najbliższe statki poddały się bez wystrzału - pierwsze tu­reckie okręty wojenne, które w ogóle to uczyniły. Flaga ze świętej Mekki w rękach chrześcijan i głowa Alego Pa­szy na hiszpańskiej pice - to było chyba więcej niż byli w stanie wytrzymać. Colonna otworzył ogień do pozostałych. Również je­go okręt nosił ślady sporych uszkodzeń.

Juan myślał o młodzieńcu tam na pokładzie. Jak miał na nazwisko? Cervas czy Cervantes. "Pomyślności, señor poeto", pomyślał.

Tonęła wielka galera wenecka, zagradzając widok na kierunku skrzydła Barbariga. Kilka fregat było przy niej, zabierając na pokład jej żołnierzy i załogę, nie niepoko­jona, przynajmniej w tej chwili, przez nieprzyjaciela. Nie był to flagowiec Veniera. Ten był dalej, po prawej stronie, strzelając w kierunku niewidocznego przeciwnika, oto­czony rozbitym taborem mniejszych okrętów.

  Fregaty wokół dużego Wenecjanina pospiesznie się rozproszyły, bo galera szła na dno. To była Veglia i teraz Juan mógł dojrzeć tuzin okrętów tureckich wiosłujących ku przystani Lepanto - uciekających. Na Boga - one ucie­kały. Barbarigo musiał się sprawić znakomicie.

Podszedł don Miguel de Moncada, z ręką na tembla­ku, w towarzystwie grupy oficerów; byli wśród nich Ro­drigo de Mendoza, Juan de Guzman i Ruy Diaz - twarze zwieńczone uśmiechem. Tym idealistom wydawało się,   że bitwa została wygrana. Juan natychmiast uciął ich gratulacje.

- Postarajcie się wyczyścić ten statek z Turków, pa­nowie - rozkazał don Juan. - Dopilnujcie, żeby zapew­nić doraźne załogi na wszystkie czynne działa. Don Miguelu, proszę pozdrowić don Luiza Cordobę oraz niech zechce dostarczyć załogę do żagli i zorganizować wszystko, żeby uwolnić mój flagowiec. Don Rodrigo, proszę pozdrowić admirała Colonnę. Wielkie dzięki za jego pomoc w samą porę. Lecz niech łaskawie wycią­gnie swoją ostrogę z tego okrętu. To dopiero początek, panowie.

Oficerowie rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Juan widział teraz Colonnę: admirał stał na dziobie, ba­dając uszkodzenie doznane wskutek staranowania. Poma­chał mu i Colonna odpowiedział tym samym, z wdzięcz­nym uśmiechem.

  Nadpływała szybka brygantyna wenecka z niebiesko­ -białą chorągiewką na maszcie, na znak, że przynosi waż­ne wiadomości.

Po chwili przystojny młody wenecki szlachcic skłonił się Głównodowodzącemu.

- Almoro Morosini, z kadry admirała Sebastiana Ve­niera, do usług Waszej Wysokości - powiedział jedwabi­stym głosem. - Admirał donosi z najwyższą przykrością, że proveditore Barbarigo został poważnie ranny strzałą w lewe oko i prawdopodobnie nie przeżyje.

Barbarigo, barwny, dobroduszny Barbarigo, którego przyzwoitość tak bardzo przyczyniła się do uratowania sytuacji powstałej w Gomenizzy...

- Kolejne straty to kapitan Giovanni de Loredano i ka­pitan Caterino Malipieri - wraz z ich okrętami zatopio­nymi przez wroga. Dowództwo nad skrzydłem jest teraz w rękach komisarza Canale, a dowódcą galery provedito­re Barbariga jest kapitan Nani. Komisarz Canale melduje posłusznie, że nawiązał walkę i zatopił okręt Mohamme­da Sirocco, paszy Aleksandrii.

- Świetnie - rzekł Juan, rozchmurzając się. - Co się stało z paszą?

- Wyłowiliśmy go z wody, Wasza Wysokość - odpo­wiedział młody Wenecjanin, z promienną miną.- Został wzięty na pokład galery komisarza, ale był raczej mocno ranny, więc komisarz kazał go ściąć.

Juan zmarszczył brwi, lecz powstrzymał się od słowa krytyki. W przeciwieństwie do Alego Paszy ten był jeń­cem, lecz ścisłych rozróżnień trudno było oczekiwać od weneckiego komisarza ciągle bolejącego nad tym, co zda­rzyło się jego współziomkom na Cyprze, a zwłaszcza Bra­gadinowi. Szczególne znaczenie miało to, że nie żyli dwaj z trzech najwyższych dowódców tureckich i że to wpłynie mocno zniechęcająco na całą turecką flotę. Przypomniał sobie, jak w Szigecie Mehmet Sokolli utrzymywał w sekre­cie śmierć sułtana, żeby zapewnić zorganizowany odwrót.

- Uwaga! - zakrzyknął don Lope de Figueroa. W ska­zał na prawą burtę Sultany, do której z pełną szybkością zbliżały się cztery tureckie galery.

  - Przekaż słowo kapitanowi artylerii: niech otworzy ogień stosownie do potrzeby chwili - powiedział szybko Juan. - Do tego czasu powinni już być gotowi.

Tej jednej rzeczy pewnie Turcy się nie spodziewali, że będzie się do nich strzelać z dział ich własnego flagowca. Na pokładzie nie było już żywego Turka. Mimo to była to walka jednego przeciw czterem, chyba żeby don Luizowi de Córdoba udało się uwolnić królewski flagowiec. Co­lonna nie był w stanie wyswobodzić swej ostrogi, lecz jego baterie ogniowe nie mogły jeszcze dosięgnąć atakujących, a poza tym papieski flagowiec miał tylko dwa naprowa­dzane działa na dziobie. Colonna dojrzał nowego nie­przyjaciela, ale zdawało się, że go to zupełnie nie wzrusza.

Już po chwili Juan dostrzegł powód jego spokoju. Dwie, trzy, cztery, pięć hiszpańskich galer ruszyło z ko­pyta - tak blisko siebie, że ich bomy nieomal się dotykały. Santa Cruz! A jeśli Santa Cruz dał radę je wysłać, ta luka między środkiem a lewym skrzydłem albo musi być za­mknięta, albo Uluch Ali nie jest takim lisem, za jakiego uchodzi.

Colonna dokonywał ogromnych wysiłków, żeby wyjść obronną ręką.

Działa Sultany otworzyły ogień, lecz tylko kilka z nich. I nic dziwnego. Don Luiz de Córdoba nie mógł sobie pozwolić na ogołocenie własnych baterii, a ludzie nie by­li przyzwyczajeni do tureckich dział. Mimo to mogło to decydować o morale Turków. Nie było nic bardziej nie­przyjemnego dla żołnierza czy marynarza niż być ostrze­liwanym ze swych własnych dział.

Teraz i Turcy strzelali.

- Zatopiliśmy na razie sześć galer i widziałem jeszcze jedną tonącą, gdy tu płynąłem, Wasza Wysokość. - Mło­dy Morosini ciągnął dalej swój meldunek, tak jakby nic się nie stało.

- Świetnie - powtórzył Juan. - Moje uszanowanie dla komisarza Canale; niech kontynuuje to dobre dzieło. Powiedz mu, jak mi przykro z powodu proveditore Bar­bariga. Wyślę swojego własnego lekarza, jak tylko będzie to możliwe.

Nastąpiło uderzenie, i drugie, i trzecie.

- Przykro mi, ale twój zwrotny meldunek będzie co­kolwiek odroczony - powiedział Juan uprzejmie młode­mu Wenecjaninowi. - Obawiam się, że twój statek został trafiony. - Odwrócił się: - Wyłówcie z wody ludzi z tej fregaty - rozkazał. - Don Lope... lepiej zbierz swoich ludzi, żeby w razie potrzeby odeprzeć abordaż.

Nie było takiej potrzeby. Posiłki Santa Cruza zatopiły dwie ze zbliżających się galer, a dwie pozostałe wzięły nogi za pas. Jednocześnie don Luiz przysłał wiadomość,          że za kilka minut wyswobodzi królewski flagowiec.

- Doskonale. Zaraz tam będę.

Juan zostawił dowództwo nad Sultaną don Rodrigo­wi de Mendoza i powrócił na swój okręt wraz z don Lo­pem, don Miguelem i pozostałą szlachtą, w tym don Pe­drem Zapatą, który był w podłym nastroju, bo ktoś inny zdołał ująć Paszę przed nim, i to w dodatku zwykły żoł­nierz.

- Spytałeś go o nazwisko? - zapytał Juan.

- Tak, Wasza Wysokość. Niejaki Jose Gómez, zu­chwały łobuz.

- Ten zuchwały łobuz dostanie ode mnie tysiąc duka­tów - powiedział Juan. - Zanotuj, don Francisco, i prze­każ de Sotowi.

  - Dałem mu wszystko, co miałem w kieszeniach – śmiał się don Pedro.

Don Luiz de Córdoba był w prawdziwej euforii:

- Ktokolwiek budował ten nasz okręt, znał się na rze­czy, Wasza Ekscelencjo. Odcięliśmy ostrogę turecką i stra­ciliśmy tylko kilka bomów, już zastąpionych nowymi, i oczywiście - łódź. Wymieniłem też żagle.

- Nie ma wieści od admirała Dorii? - zapytał Juan.

- Nie, Wasza Ekscelencjo.

- To wyprowadź nas teraz, don Luizie.

- Do wioseł! - ryknął don Luiz.

Prowadzący wiosłowanie byli gotowi, z trąbką i bicza­mi. Ludzie wiosłowali tak, jakby próbowali uciec z same­go piekła. Nie było potrzeby używać bicza na ich grzbie­ty, nie tym razem, gdy mieli zdjęte łańcuchy i wiosłowali w zamian za własną wolność.

- Do żagli! - wrzasnął don Luiz i od tego momen­tu sprawy przejął kapitan, używając własnego morskiego żargonu, w którym szlachcic nie znajdował zaintereso­wania. Królewski flagowiec zaczął się ruszać.

Załoga z łupami, którą zostawili na pokładzie Sulta­ny, wiwatowała szaleńczo, i kilka minut później również admirał Colonna wyswobodził swój okręt. I był to zna­komity wyczyn rzemiosła morskiego, ponieważ nie od­ciął swojej ostrogi, tylko wyjął ją z pokładów Sultany tak gładko, jakby wyrywał luźny ząb.

Młody Morosini wpatrywał się zafascynowany we fla­gowiec swego admirała. Stary Veniero ścigając olbrzymią galerę turecką, dosłownie przejeżdżał po szeregu lekkich jednostek wroga, zapełnionych żołnierzami.

Juan rzucił okiem na starca stojącego na rufówce i gwał­townie gestykulującego. Wszędzie na lewym skrzydle dwie albo trzy galery tworzyły małe własne pole bitewne, lecz wielka liczba okrętów tureckich uciekała w kierunku portu, i wszystkie były ścigane. Canale wykonywał dobrą robotę. Juan pamiętał go z narad wojennych - szczupłego, łyse­go mężczyznę, równie chłodnego, jak Veniero był krewki.

Drugie skrzydło, to Dorii, zniknęło zupełnie w chmu­rze dymu wiszącego nad morzem niczym przygruntowa mgła. Wisiało tam coś niedobrego w powietrzu: przy­najmniej dwa lub trzy statki pewnie się palą. To nie był zwykły dym od ognia z dział. Nadpłynęła kolejna fregata, lawirując elegancko koło wraku tureckiego okrętu. Nie­biesko-biała chorągiewka... kolejne wieści. Tym razem od Santa Cruza. Młody oficer, który wszedł na pokład, był jednym z jego bratanków.

- Uszanowania od mojego... od admirała markiza Santa Cruza, Wasza Wysokość. A oto meldunek do pil­nej wiadomości Waszej Wysokości.

Meldunek na piśmie! Niewątpliwie były to złe wieści. Santa Cruz z pewnością nie chciał, żeby chłopak wypa­plał go przed całym personelem.

Juan otworzył pismo. Jednak Uluch Ali się przedarł. Po długotrwałym manewrze, który robił wrażenie, że w ogóle opuszcza pole bitwy, poszedł drugim halsem i przepłynął przez wolne miejsce, które nie było już luką, lecz nieomal zatoką i to z nie mniej niż sześćdziesięcio­ma galerami - algierskimi galerami, najszybszymi z nich wszystkich. Dostał się na tyły całego chrześcijańskiego frontu i Santa Cruz musiał się odwracać, żeby stanąć mu naprzeciw, a następnie znowu się obrócić, gdyż Uluch Ali unikał podjęcia walki i płynął dalej w kierunku ze­wnętrznej prawej strony centrum, gdzie spowodował za­męt. Santa Cruz poszedł za nim, ale przybył za późno, żeby uratować owe trzy galery przeora Giustinianiego i jego Rycerzy św. Jana.

Juan zmuszał się do dalszego czytania, bez okazywa­nia, co czuje. Oni zaś wszyscy wpatrywali się w niego, starając się odgadnąć, co zawierała wiadomość.

Wszystko to zdarzyło się widocznie akurat po tym, jak Santa Cruz wysłał mu tych pięć galer, żeby go wydo­być z opałów. Można było mieć nadzieję, że do tego cza­su Doria, którego okręty zostały wyprowadzone w pole przez mizerne trzydzieści, czterdzieści galer Uluch Ale­go, zauważył, co się stało i jest w trakcie ścigania algier­skiego lisa.

  "Atakuję - pisał Santa Cruz - ale zostały mi jedynie dwadzieścia trzy okręty i to niektóre uszkodzone."

  - Przy burcie inna fregata, Wasza Ekscelencjo. Wieści od admirała Colonny.

  - Weźcie posłańca na pokład. Potrzebuję piętnaście ga­ler, które podążą za flagowcem.

Patrzyli po sobie. Batalia rozproszyła się na dziesiątki pojedynczych walk, lewe skrzydło całą mocą ścigało Tur­ków. Skąd mieli wytrzasnąć piętnaście galer?

  Juan rozejrzał się wokoło. W oddali dwa statki odho­lowywały tureckie łupy.

- Weźcie te dwa na początek - rozkazał. - Załoga od łupów na statkach tureckich zupełnie wystarczy. Wyślij­cie tam fregatę.

Posłaniec Colonny wszedł na pokład.

- Wasza Wysokość, trzy statki Rycerzy św. Jana...

- Wiem wszystko na ten temat. Ile okrętów ma twój admirał do mojej natychmiastowej dyspozycji?

- Nie wiem, Wasza Wysokość. On właśnie przejął Mihrmah i zauważyliśmy, że jest to stary flagowiec pa­pieża Piusa IV, który straciliśmy pod Yerbą. Jest to teraz statek tureckiego kasjera i jest pełen złota.

- Gratuluję admirałowi, lecz muszę mieć przynajmniej tuzin galer, żeby zrobić porządek z tym, co się tam dzieje. - Juan wskazał na chmurę dymu, ciągle tak gęstą i przy­pominającą mgłę jak poprzednio. - Idź już i powiedz mu, żeby przysłał mi każdy statek, jaki ma w zapasie. Bitwa jest ważniejsza niż zdobycz. Będziemy mieli później łupu do woli, a nie zobaczymy żadnego, jeśli teraz będziemy się wa­hać. Powiedz mu, że to jeszcze tylko jeden wielki wysiłek.

Juan wziął trzy weneckie statki holujące okręty turec­kie. Ich kapitanowie niechętnie się z nimi rozstawali, oba­wiając się, że ich cenna zdobycz zostanie łatwo przechwy­cona przez kogoś innego, lecz Juan zerwał hol jednego z nich, przepływając po nim, i nie było więcej protestów.

Ściągnął jeszcze pięć innych statków, tym razem ,,Hisz­panów" i Colonna wysłał mu trzy papieskie galery, w tym Toskanę i Eleuginę, które pół godziny wcześniej zdobyły galerę z Rodosu.

Razem trzynaście; czternaście łącznie z flagowcem kró­lewskim. Nie było to dużo, ale musiało wystarczyć. Pędził z nimi w kierunku owej mgły i przybył w samą porę, by sterować decyzjami przy kilku zaciętych walkach, w któ­rych jedna chrześcijańska galera zmagała się z dwiema albo nawet trzema lżejszymi statkami algierskimi. W od­ległości przynajmniej pięciu kilometrów Doria bił się z tyłami Uluch Alego, jeśli można to było nazwać tyłami w sytuacji, gdy przebiegły przywódca zmieniał swoją po­zycję pięć razy w ciągu godziny.

W końcu Doria przełamał opór i statki Uluch Alego jeszcze raz zmieniły kurs i uciekły na otwarte morze.

Juan ścigał je swymi trzynastoma okrętami, ale zanie­chał tego, gdy się zorientował, że nie ma szans dotrzymać im kroku. Były zbudowane dla szybkiego przemieszcza­nia się, a Uluch Ali był od dawna mistrzem w wykorzy­stywaniu tej przewagi.

Eskadra Głównodowodzącego, wracając z pościgu, dzięki samemu tylko pojawieniu się, zakończyła walki toczące się nadal pomiędzy Dorią a resztą statków al­gierskich.

  Juan widział Dorię, salutującego mu żwawo, gdy ich okręty mijały się, i odwzajemnił się nieco chłodno.

Genueńczyk był od stóp do głów pomazany krwią, ale ponieważ mógł poruszać się ze swą zwykłą kocią ele­gancją, krew nie była chyba jego własną. Juan dowiedział się później, że płynęła ona pierwotnie w żyłach pewnego genueńskiego mistrza żeglugi, który został trafiony przez turecką kulę armatnią prosto w klatkę piersiową, w odle­głości dwóch metrów od swego admirała.   

Rana własna Juana zaczęła mu mocno dokuczać. Parę razy poczuł się słabo. Lecz nie był to dzień, kiedy mógłby pozwolić sobie na poddanie się temu, co święty Franciszek zwykł nazywać Bratem Osłem, owemu ogra­niczeniu, jakim było ciało. Cieszył się nim niejeden raz w swym życiu, cieszył się nim nawet w tymże dniu, gdy walczył z człowiekiem, którego Turcy nazywali Kilidj Husseinem. Ale oprócz owych chwil ten dzień bardziej niż jakikolwiek inny dowiódł ograniczeń ciała. W bitwie z zaangażowaniem ponad sześciuset statków Głównodowodzący potrzebowałby mieć parę setek ciał, żeby podołać wszystkim sytuacjom, jakie się pojawiały. Nie można by­ło nie odpowiedzieć na wyzwanie rzucone przez Sultanę.

Lecz nie można też było przystąpić z nią do pojedyn­ku, a jednocześnie nadzorować, co się dzieje na prawym skrzydle centrum albo na froncie dowodzonym przez Dorię.

Dwanaście, piętnaście, siedemnaście algierskich stat­ków się poddało. No cóż, przybył w porę i to właśnie się liczyło. Teraz zaś ruszyć z powrotem, z powrotem do zatoki, by zobaczyć, co jest jeszcze do zrobienia.

 

Panorama Zatoki Lepanto przytłaczała. Samo morze wokół floty poczerwieniało dużymi, ciemnymi łatami; wszędzie dokoła unosiły się wraki, puste łodzie, łodzie zarzucone zwłokami, zwęglonymi szczątkami masztów, bomami i meblami z kabin. Armada złożona z lekkich jednostek zabierała tych, którzy przeżyli, beczki, skrzy­nie, wszystko, co pływało.

Gdzieniegdzie ciągle jeszcze trwały walki, w których zaangażowanych było około trzydziestu tureckich stat­ków usiłujących przechylić szalę zwycięstwa, nie mając żadnej realnej szansy.

I tu znowu wszystko się zatrzymało, gdy Turcy ujrzeli królewski flagowiec płynący na czele czegoś, co zdawa­ło się być inną, ziejącą grozą, flotą chrześcijańską: tę zaś stanowiło raptem trzynaście galer Juana, postępujące za nim galery Dorii oraz pozostałość okrętów Santa Cruza. Turcy poddali się.

  Królewski flagowiec nie musiał oddawać nawet jedne­go strzału w tej ostatniej fazie bitwy.

  Stary Galarza podszedł do Juana.

- Jeśli Wasza Ekscelencja pozwoli - powiedział cicho - nie ma już potrzeby dźwigać zbroi. Nie czekając na odpowiedź, zaczął odpinać sprzączki ciężkich stalowych płyt.

Juan zauważył, że jego palce drżały, a oczy jaśniały po­dziwem. Lecz co to za człowiek był z nim? Oczywiście, doktor Martinez, lekarz. Powinien faktycznie iść w tym celu do kabiny, lecz w kabinie byłoby zbyt gorąco i dusz­no - nawet na pokładzie było wystarczająco gorąco. Ktoś podszedł z krzesłem i Juan usiadł i zamknął oczy. Dziw­ne, że czuł się tak zmęczony teraz, gdy zdjęto z niego całą stal; teraz, gdy Bóg zdjął z niego całe to brzemię...

  Doktor Martinez kucając u jego stóp, wydawał odgło­sy cmokania.

  Juan się uśmiechnął.

  - To na ile źle to wygląda? - spytał. Skrzywił się nieco, gdy palce doktora dotknęły jego kostki.

- Źle? Nie jest źle, Wasza Wysokość, tylko boli. ­Z jego ust wylał się potok naukowych objaśnień. Na koniec zapewnił, że w takich przypadkach nie ma nie­bezpieczeństwa zgorzeli. Potem przystąpił do założenia opatrunku.

Don Pedro Zapata oznajmił, że zbliża się fregata z ad­mirałem Colonną na pokładzie.

Papieski admirał wyglądał na nadzwyczaj uszczęśli­wionego. Głęboko się skłonił; to samo uczynili szlachcice z jego świty. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Du­że łzy ciekły mu po policzkach.

Juan go objął, a on zaczął bełkotać coś niespójnie, szlo­chając na ramieniu Juana. Wszędzie wokół nich napierali hiszpańscy oficerowie, za nim zaś ustawili się żołnierze i marynarze, którzy zeszli z pokładu dziobowego, trapów i rufy.

  - Wielkie nieba! - wyrzucił z siebie bez tchu Colon­na. - Na Boga, nic takiego nigdy się nie zdarzyło, nigdy.

  Juan milczał.

- Salamina -wydukał tamten - Actium... Preweza... żadna z nich nie może się równać. - Pomału dochodził do siebie. - Czy Wasza Wysokość zdaje sobie sprawę, że to koniec, absolut­ny koniec tureckiej potęgi morskiej.

  - Mam nadzieję - powiedział Juan dziwnie nieporu­szony.

  - Oczywiście nie wiemy, ile statków Uluch Alego umknęło...

  - Nieco ponad trzydzieści - odpowiedział natych­miast Juan..

- Don Luizie - krzyknął Juan. Zbiło to z tropu Co­lonnę. Wzdrygnął się jakby uderzony.

- Don Luizie de Córdoba!

- Tak, Wasza Ekscelencjo?

- Każ, z łaski swojej, wystrzelić z jednego działa oraz wywieście sygnał sztormowy na grotmaszcie.

- Tak jest, Wasza Ekscelencjo.

- Mój Boże, sztorm - rzekł Colonna, wpatrując się w horyzont. - Gdzie miałem oczy? Jak będziemy obser­wować tych wszystkich Turków?..

- No właśnie, panie Colonna. Musimy natychmiast ruszać, z powrotem do Petali. I będziemy mieć szczęście, jeżeli przedostaniemy się przez kanał Oksji, zanim roz­pęta się burza.

 

Nareszcie był sam i grzmoty Boże przetaczały się teraz nad jego głową niczym kanonada, niczym milion koń­skich kopyt. Wiatr zawodził wśród żagli. Oto największa flota, jaką widziało Morze Śródziemne, a jednak kryjąca się tutaj, w jakiejś mizernej małej przystani. Ludzie króla, sułtana, papieża - wszyscy kryjący się jak przestraszone dzieci.

Jakże mała była teraz różnica między zwycięzcami a pokonanymi.

I oto on, zwycięzca, w którego wszyscy wpatrzeni byli jak w święty obraz, siedział w swej małej kabinie, nie ma­jąc nic do zjedzenia.

Pięćset okrętów. Pięćset łupinek od orzecha. Sto pięć­dziesiąt tysięcy ludzi, wszyscy stłoczeni razem jak mrów­ki w mrowisku.

Co takiego Bóg chce mu przez to powiedzieć? Że jest ciągle tylko małym chłopcem, bawiącym się w "Maurów i chrześcijan" na brudnych ulicach Leganes? Że zwycięstwo i klęska - to tak naprawdę dwie strony tego samego medalu, i żadne z nich nie jest ostateczne?

Że każdy urodzony mężczyzna i każda urodzona ko­bieta - to biedak? Bogactwa i władza są tylko czymś ulot­nym - cztery lub pięć godzin bitwy i wielki pasza staje się galernikiem przykutym do wiosła. Piękno jest tyl­ko czymś ulotnym - jedno cięcie mieczem lub bułatem i każda kobieta odwróci się od mężczyzny bez nosa, od mężczyzny z brzydką blizną w poprzek twarzy.

Lecz w takim razie całe życie na ziemi stało się czymś ulotnym. Honoratus Joannius dosyć dobrze to wyjaśnił, mówiąc o cienkiej, absurdalnie cienkiej skorupce wokół ziemi pełnej ognia, a ogień ten wybija w wielu miejscach - bo czymże innym są wulkany, jeśli nie ostrzeżeniem, że życie na ziemi jest tylko czymś ulotnym.

Wielkie morze mało się przejmowało wojującymi ze sobą skorupkami od orzecha. Dumne galery straciły całą swą godność, gdy umykały jak przestraszone podlotki do najbliższego zakątka, gdzie były bezpieczne.

A dzisiejszy dzień? Będzie o nim głośno w wielu kra­jach. Bez wątpienia będą przyjęcia i bankiety, uroczyste przemowy i wylewne odezwy. Ale Morze Śródziemne widziało już tyle bitew i nie miało to większego znacze­nia. Ile już statków i ludzi było w nich zaangażowane! Było ich dostatecznie wielu, by matki opłakiwały swych synów, którzy nie wrócili. I po upływie okresu pokolenia lub dwóch ta bitwa nie będzie znaczyła więcej niż data wspominana przez naukowców.

Dnia siódmego października Anno Domini 1571 flo­ta Świętej Ligi pod dowództwem don Juana de Austria pokonała flotę turecką w Zatoce Lepanto.

 

Tak się będzie o tym mówiło, tak będzie się o tym uczy­ło dzieci.

A to nie tak. W rzeczywistości bowiem to Bóg, w świę­tym znaku Krzyża, wykorzystał pewną liczbę swych sług, żeby zatrzymać marsz Półksiężyca.

Będą mówić, że dowódca chrześcijan był wielkim czło­wiekiem, synem wielkiego cesarza, geniuszem sztuki mor­skiej i wojskowej, drugim Aleksandrem Wielkim.

W rzeczywistości jednak dowódca chrześcijan był szlachcicem jedynie ze strony ojca; jego matką była ko­bieta, która kiedyś po prostu pobudziła zmysły cesarza, kobietą niskiego pochodzenia, wątpliwej reputacji. Uro­dził się z nieprawego łoża, a co do jego talentów - któż inny go nimi obdarzył, jeśli nie Bóg?

Będą mówić, że było czymś cudownym, jak młody człowiek, ponad dwudziestoczteroletni, podejmował wła­ściwe decyzje ponad głowami mężczyzn dwa razy od nie­go starszych i dziesięć razy bardziej doświadczonych, i nie zauważą, że w ten sposób Bóg chciał pokazać, że może natchnąć nawet kogoś takiego do spełnienia Jego świętej woli.

Będą mówić, że to było jego zwycięstwo, gdy tymcza­sem było to zwycięstwo Chrystusa, odniesione już wte­dy, gdy Jego święte Ciało wisiało na krzyżu. In hoc signo vinces ...

I tylko z tego samego powodu to zwycięstwo było decydujące i ostateczne. Już nigdy Turcy nie odzyskali hegemonii na morzu. Faktycznie, od tego momentu ich potęga słabła i zanikała, a wraz z nią potęga islamu.

Juan to czuł. To właśnie pisał Bóg swymi błyskawica­mi po niebie.

I w tej świetlistej i straszliwej jasności zrozumiał, że tu na ziemi nie otrzyma nagrody. Nie będzie rządził na ziemi, nie zostanie nawet infantem Hiszpanii. I z dojmującym bólem w sercu czuł, że również Maria nie była mu przeznaczona. Z wszystkich pielęgnowanych przez niego ma­rzeń ani jedno nie zostanie spełnione. Nie tu, nie na ziemi.

Jeszcze raz, podobnie jak kilka razy wcześniej, czuł, że nie będzie żył długo - i może to było błogosławień­stwem.

Urodził się dla tego dnia: siódmego października 1571 roku. Właśnie to postanowił Bóg od niego otrzymać.

Wiedział, że nie zawsze będzie tak myślał, że będzie chciał odpędzić te myśli, zapomnieć o nich i znowu go­nić za pozycją, zaszczytami i władzą, że znowu będzie próbował znaleźć Marię. Powie sobie, że Bóg żąda od niego więcej: może zdobycia Konstantynopola czy świę­tych miejsc Palestyny.

Wiedział też jednak, że nigdy nie zdoła odpędzić i za­pomnieć tego, czego nauczył się dzisiaj, że w głębi serca będzie zawsze wiedział, że to prawda oraz że sam fakt, że to rozpoznał, zawdzięczać musi miłosierdziu Boga, chro­niącemu go przed rozczarowaniem i rozpaczą.

Nagle ustały grzmoty i błyskawice, i chwilową ciszę zastąpił szum deszczu.