TV: - "Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu". Też Krwawy Maciek.
Wpisał: STEFAN SZLACHTYCZ   
01.07.2015.

TV: - „Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu”. Też Krwawy Maciek.

 

Krzysztof Lubczyński rozmawia z reżyserem, STEFANEM SZLACHTYCZEM

 http://pisarze.pl/publicystyka/3216-krzysztof-lubczynski-rozmawia-z-rezyserem-stefanem-szlachtyczem.html

 

Kilka lat temu udzielił Pan jednej z gazet ciekawego wywiadu „Bufet na Woronicza”, pełnego barwnych anegdot z życia ludzi polskiej telewizji z Pana czasów, z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowiadał Pan o Macieju Szczepańskim, o Januszu Wilhelmim, wewnętrznych intrygach, o sprawach obyczajowych. Mało było tam jednak o Pana pracy artystycznej i w roli głównego reżysera TVP. Proponuję uzupełnić ten brak…

- Spróbuję, ale nie mam pewności, czy utrzymam się bezdygresyjnie w poważnym nurcie odpowiedzi. Jestem zwolennikiem tezy niejakiego La Rochefoucauld, że „powaga jest tajemniczą postawą ciała, mającą na celu ukrycie defektów umysłu”. Czy mogę nie być „tajemniczy”?

 

W 1977 roku zrealizował Pan dużą fabularną formę telewizyjną, film „Tylko Beatrycze” według powieści Teodora Parnickiego. Dlaczego nie kontynuował Pan tego gatunku, ale zajął się Pan później dokumentalnym, telewizyjnym filmem muzycznym i baletowym?

 

- Żeby na to odpowiedzieć muszę objaśnić sytuację ówczesnego światka sztuk przedstawiających. Telewizja w Polsce powstała, nie jak Pan Bóg przykazał, jako informacyjna i publicystyczna, ale jako artystyczna. Dlaczego? Wyjaśnię później. Teatr natychmiast to akceptował, ale kinematografia dopatrzyła się zagrożenia swojego monopolu. Zgodziła się na współpracę wyłącznie na zasadzie protektoratu, owszem niech będą filmy „telewizyjne”, ale wyłącznie produkowane przez nich, na ich warunkach, tyle że za pieniądze telewizji. Równocześnie przyjęto jako aksjomat, że wszyscy tzw. twórcy zatrudnieni w telewizji cierpią na niedorozwój inteligencji i nie są w stanie zrealizować filmu, ambitniejszego niż reportaż.

Ten stan utrzymywał się aż do Szczepańskiego. Ten bystry i ambitny przywódca o cechach dyktatora sprawił, że telewizja „wybiła się na niepodległość”. Zamiast płacić ciężkie narzuty kinematografii, powołał własną wytwórnię filmową „Poltel”, utworzył też stanowisko Dyrektora Generalnego do spraw Artystycznych. Został nim Janusz Wilhelmi, niezwykła, kontrowersyjna postać. Wilhelmi obsesyjnie nie cierpiał kinematografii jako instytucji, ale kochał film.

Kinematografia w pełni odwzajemniała jego abominację, nienawidzono go do tego stopnia, że po tragicznej śmierci Wilhelmiego, co zbiegło się z nominowaniem go na Ministra Kultury, filmowcy urządzali radosne bankiety… Mnie przypadł los zrealizowania pierwszego, niezależnego od kinematografii filmu fabularnego. I to z najwyższej półki ambicjonalnej. Okazało się, że gustuję, podobnie jak Pan W., w pisarstwie Teodora Parnickiego, o którym dziś już prawie nikt nie pamięta. Moja propozycja realizacji filmu według powieści „Tylko Beatrycze” została skwapliwie przyjęta, film powstał i to był mój wzlot i upadek równocześnie. Film dostał kilka znaczących nagród, stał się nawet towarem eksportowym ale nic to, został skazany i to przez telewizję na karę zapomnienia  i ponad 25 lat nie był wznawiany. Nie figuruje też w żadnym wydawnictwie o filmach fabularnych, oficjalnie nie istnieje. Chociaż niezupełnie, obecnie ten starowinek bywa wykorzystywany przez kanał „Kultura” jako zapchajdziura w programie po północy.

Poniosłem jednak gorszą od tej karę za zrealizowanie filmu poza kinematografią. W rezultacie skomplikowanej, kunsztownej intrygi dyrektora „Poltelu”, nieżyjącego już, zdawało się niezwykle prawego człowieka, ale wcześniej z kinematografii, zdjęto z produkcji serial „Srebrne Orły” według tegoż Parnickiego. Na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć. W ten sposób przestałem być reżyserem filmów fabularnych i ma Pan odpowiedź dlaczego uprawiam inne gatunki. Chyba tylko trzech reżyserów proweniencji telewizyjnej weszło do fabularnej i długo nie zagrzali tam miejsca…

 

Do filmu przyszedł Pan z odległych rejonów…

 - Rzeczywiście, wcześniej uzyskałem zawód architekta, nawet w nim kilka lat pracowałem, w tym najpiękniejszy rok życia, kiedy byłem kierownikiem odbudowy zamku Niedzica nad Dunajcem. Architektura realizmu socjalistycznego nie stała się moją pasją. Kolega z roku na Politechnice - Janusz Majewski, który wcześniej wybrał zawód reżysera, nieoczekiwanie zaprosił mnie do udziału w charakterze aktora w jego szkolnym filmie „Rondo”, byłem partnerem innego kolegi z mojej klasy licealnej i architektury – Sławomira Mrożka.

Zawód reżysera przypadł mi do gustu, z marszu poszedłem zdać egzamin do Szkoły Filmowej i… powiodło się. Nawet pobiłem przy okazji rekord świata: na pierwszym roku było nas dwanaście osób, na drugim osiem, na trzecim jedna, właśnie ja. Była szansa związać się z kinematografią, czyli wejść w tę zamkniętą korporację, cóż, kiedyś zobaczyłem jak prawdziwy reżyser Kawalerowicz traktuje swoich współpracowników, odechciało mi się dochodzić do zawodu drogą asystentury. Choć niezupełnie mówię prawdę, mój opiekun na drugim roku szkoły – Andrzej Munk zaproponował mi funkcję drugiego reżysera w swoim filmie, nie dożył jego realizacji a ja dokonałem innego wyboru. Wtedy już przyszła do Polski telewizja, ta właśnie artystyczna. Dostrzegłem w niej następną po filmie Muzę.

Zaczęło się obiecująco. W ramach studiów, tych których byłem jedynym studentem, należało zrealizować spektakl telewizyjny. Wybrałem tekst Jerzego Broszkiewicza, kto dziś zna tego, modnego wówczas dramaturga? To był monodram pod tytułem: „Dwie przygody Lemuela Guliwera”. Zagrał znów kolega z klasy licealnej – Jan Guentner, a realizatorem obrazu był też kolega z klasy Krzysztof Malkiewicz – taka to była klasa u „Nowodworka” w Krakowie. Ocena spektaklu wypadła tak, że opiekun roku, profesor Stanisław Wohl, zaproponował przeniesienie go do prawdziwej telewizji. Głównym Reżyserem był wtedy Adam Hanuszkiewicz, który miał swój „eksperymentalny” cykl teatralny „Studio 63”.

W dniu premiery - a była to telewizja „na żywo” - po próbie generalnej, przed studio łódzkiej telewizji zajechał sznur samochodów i wysiadło kilkudziesięciu ważniaków: KC, KW, cenzura, kierownictwo telewizji. Nakazali powtórkę próby, długo deliberowali zanim stwierdzili, że utwór jest „ideologicznie szkodliwy, godzący w fundamenty ustroju socjalistycznego”. Notabene Komitet Centralny reprezentował jeszcze jeden kolega z naszej klasy.

Po latach okazało się, że aferę spowodował reżyser łódzkiej telewizji – Jerzy Antczak. Szykował się właśnie do objęcia stanowiska Głównego Reżysera w Warszawie i bał się, że mój spektakl w klimacie, raczej minorowym, może mu zaszkodzić. Spektakl zdjęto i premierę miałem zaledwie próbną. Tu dodam, że owi decydenci mieli rację, w roku 1988, z tym samym aktorem Janem G. zrealizowaliśmy w krakowskiej TV remake tegoż niefortunnego spektaklu. I co? W rok później ustrój upadł, wraz z fundamentami i mogę spokojnie konstatować, że obaliłem socjalizm w Polsce.

Ale wtedy, po tym cenzuralnym wydarzeniu, nowy szef TVP Stanisław Stefański – uważam go za bardzo przyzwoitego człowieka, który komunę traktował serio – zaproponował mi inny scenariusz do realizacji, jako rekompensatę. Autorem był nieznany major WP nazwiskiem Janusz Przymanowski, tytuł „15 sekund” a rzecz działa się oczywiście w czołgu. Tak zrealizowałem moją telewizyjną „wicepremierę”, tym razem w Warszawie. Kiedy już w pełni uwierzyłem w artystyczną przyszłość telewizji, jako nowego gatunku sztuki, pomiędzy teatrem a filmem i równocześnie czymś więcej, przyszło zaproszenie z Krakowa. Aktor Ryszard Kotys (Paździoch z serialu „Kiepscy”) napisał adaptację powieści Gonczarowa „Obłomow”.

Ale nie dali mu reżyserować, bo nie miał uprawnień, a wtedy tego przestrzegano. Wybór padł na mnie i tak wróciłem do rodzinnego miasta. Zapamiętałem zabawny szczegół z tego przedstawienia. Słowo wstępne wygłaszał krytyk teatralny Jan Paweł G. późniejszy dyrektor Teatru TVP. Odmówił próby, motywując, że tekst straciłby autentyczność i wygłosił a vista. Przez cały czas mówił o powieści „Gonczarow” autorstwa niejakiego Obłomowa. Aktorzy nie mogli powstrzymać się ze śmiechu, przypominam – wszystko było na żywo.

W Krakowie zostałem tzw. reżyserem odpowiedzialnym Ośrodka TVP, zrealizowałem mnóstwo wszelakich form gatunkowych, telewizyjnych. Nawet, o czym nikt nie pamięta, lub nie chce pamiętać pierwszy w historii serial: „Dzwonić cztery razy”. Pisaliśmy scenariusz z Broszkiewiczem i tymże Guentnerem, poszły cztery odcinki, a debiutowali w tym Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Walczewski, Filipski. Warszawa nas zdjęła, przecież serial, pierwszy serial nie mógł pójść z prowincji…

Zaraz potem nastało nowe kierownictwo Ośrodka, kierownik działu kadr, niezapomniany Sedlak, zaordynował czystkę ideologiczną, oczyszczono Kraków z jednostek nie gwarantujących ideologicznej odpowiedzialności, polecieliśmy na bruk: Broszkiewicz, Sprusiński, Chwedczuk i ja. Wówczas wykazał się charakterem Główny Reżyser Antczak, widocznie gnębiły go wyrzuty sumienia za tamten donos. Spowodował awanturę, cofnięto mi wypowiedzenie i zostałem przyjęty do pracy, jako jego zastępca, już w Warszawie. Potem, kiedy odszedł do filmu fabularnego zająłem jego miejsce i przez prawie 11 lat byłem Głównym Reżyserem TVP.

Wtedy też zaczął Pan realizować filmy muzyczne?

- Nie tak od razu. Najpierw była przygoda z blokiem programowym „Telewizyjny Ekran Młodych”. To też był pierwszy tego typu program, z niego wywiodło się „Studio 2” Waltera i inne. Potrwało ze dwa lata, potem czujna władza nie strawiła inwazji muzyki rockowej i długich włosów wykonawców. „TEM”, jak nazywano program, uległ zagładzie. W moim życiu pojawił się człowiek mający wpływ na kulturalny program TVP – Grzegorz Lasota. Dzięki niemu zrealizowałem pierwszy prawdziwy film, na taśmie filmowej w prawdziwym studiu: „Śpiewa Irena Santor”. Po nim następne, już z dziedziny baletu.

Szczególną przygodą twórczą był „Mimetyzm, czyli zniknięcie Honoriusza Subrac” według Apollinaire’a. Zdawać by się mogło, że ten gatunek niesie w sobie najmniejsze zagrożenie polityczną wpadką. Gdzie tam! W roku 1971 zrealizowałem film choreograficzny „Niobe”, w całości w plenerze wydm piaskowych w okolicach Łeby. Interpretację mitu przyjąłem taką, że nie wysłannicy Apollina mordują dzieci matce, ale że te w naturalny sposób odchodzą od niej, giną w mglistej przestrzeni własnego życia. Matka zostaje i rozpacza. Inscenizacyjnie wyglądało to tak, że w wietrzny dzień zapalono świece dymne, a tancerze wchodzili w dym i znikali. Ledwo poszedł dym, rozległ się warkot silników i wylądowały dwa wojskowe helikoptery. Wybiegło w rynsztunku bojowym kilkunastu żołnierzy, otoczyli nas i zmusili do podniesienia rąk.

Jakież było ich zdumienie, kiedy domniemanymi dywersantami imperialistycznymi okazała się grupa, prawie nagich dziewczyn i chłopców. Okazało się, że wśród wydmowych wzgórz ukryte są radzieckie wyrzutnie rakiet, skierowanych w morze, skąd miała przyjść inwazja. Nieporozumienie wyjaśniło się, przygoda z filmem nie. Kolaudacja, czyli komisyjny odbiór filmu wypadła w grudniu, w rocznicę pamiętnych wydarzeń na Wybrzeżu. Cenzor, na odmianę dopatrzył się w dymach aluzji do pożaru Komitetu Wojewódzkiego PZPR i odczytał film jako „perfidne epitafium dla ofiar grudnia”. Został złożony wniosek o dyscyplinarne zwolnienie mnie z pracy, które ciążyło na mnie dwa lata.

I na tym nie koniec. Tenże film wziął udział w najważniejszym telewizyjnym festiwalu „Prix Italia” i był – jak mi doniósł Mariusz Walter, juror – kandydatem do tego Prix, ale wówczas Wojsko Polskie wkroczyło z bratnią pomocą do Czechosłowacji i trzeba było przyznać nagrodę Czechom. Habent sua fata… programy telewizyjne też. Mógłbym jeszcze ciągnąć wątek przygód realizacyjnych sporo, tylko po co? Dziś programu artystycznego w telewizji już nie ma, a te moje wspominki, to jakby malarz naskalny w grotach Lascaux wspominał swoje okolicznościowe doznania, miał je z całą pewnością, a nasza telewizja artystyczna jest taka samą prehistorią.

Miał Pan wyjaśnić jak to się stało, że telewizja w Polsce na początku była artystyczna?

- Stało się tak za sprawą… żon towarzyszy partyjnych z Komitetu Centralnego w Warszawie. Pierwsze odbiorniki, radzieckie rzecz jasna, powędrowały do domów tych właśnie towarzyszy. Oni sami nie mieli czasu oglądać, zwłaszcza, że towarzysz Gomułka nie cierpiał tego medium i nie dostrzegał w nim żadnej przyszłości. Ale żony miały czas i namiętnie oglądały program przez cały czas jego trwania. Relacje z placów socjalistycznych budów i osiągi spółdzielni produkcyjnych mniej je fascynowały, chciały coś „duszoszczypatielnowo” i wymuszały na mężach, żeby tych z Radiokomitetu – taka obowiązywała nazwa na łączny zarząd radia i telewizji – wzięli za twarz i wymusili program do oglądania.

Tak nastąpił żywiołowy, bujny rozwój form teatralnych i rozrywki w telewizji, na tym zrobili karierę idealista Hanuszkiewicz i cwaniak Filler. Potem, to już nabrało własnego napędu i stało się normą. Telewizja Polska zajmowała brzydki, szary, bezwyrazowy budynek – dziś przeznaczony do wyburzenia – natomiast program miała mniej, bardziej ale ARTYSTYCZNY!

Dziś ma pretensjonalnie wyrazisty budynek, ale programu artystycznego nie ma. Ja ten nowy gmach zarządu nazywam: „Harakiri”. Wygląda bowiem, jak środkowa część korpusu człowieka, który tylną część wypina na stary zarząd, a z frontu, jakby z otwartej jamy brzusznej wypuszcza wypływające na zewnątrz wnętrzności, popularnie zwane flakami…

Zrealizował Pan dużo filmów o charakterze biograficznym…

- Kiedy jeszcze TVP zatrudniała na etacie reżyserów krążyły mity o ich zarobkach. W rzeczy samej pensje były skandalicznie niskie, pracodawcy wychodzili z założenia, że skoro reżyser bierze honoraria z umowy o dzieło przy każdym programie, byłoby skandalem jeszcze dawać mu wysoką pensję. Tymczasem realizację teatru można było podjąć nie częściej, niż trzy razy w roku, film raz, więc, żeby wyżyć robiło się tzw. drobnicę, inne mniejsze formy programowe. Żeby nie zejść z pewnego poziomu wolałem portrety filmowe ciekawych ludzi, niż programy w stylu: „Z wizytą u was”.

Dzięki temu wpadłem, bo otrzymałem kiedyś „propozycję nie do odrzucenia” realizacji fabularnego filmu biograficznego o przodowniku pracy Wincentym Pstrowskim. Zrobiłem go, bo ujawniał mechanizm kreowania tych socjalistycznych „Świętych” i, ku mojemu zaskoczeniu towarzysze wysoko film ocenili, nie przewidzieli tylko, że towarzysz Gierek śmiertelnie nienawidził Pstrowskiego i ktoś zapłacić za to musi karę, oczywiście reżyser. Nie zostałem i tym razem dyscyplinarnie zwolniony z telewizji, bo wypadki sierpniowe sprawiły, że to ustrój został dyscyplinarnie zwolniony ze sprawowania.

Paradoksem i rechotem historii jest fakt, że tyle, ile zyskała „Telewizja Artystyczna” na realnym socjalizmie, tyle straciła na realnym kapitalizmie. Pamiętne są słowa jednego z wiceprezesów, tej postsocjalistycznej TVP: - „Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu”. Oczywiście programy polityczne go interesowały, im zawdzięczał posadę, więc jego wypowiedź dotyczyła programów artystycznych. Świeć Panie nad ich pamięcią.

Dziękuję za rozmowę.

 Stefan Szlachtycz – ur. 1 lipca 1930 r. w Krakowie, reżyser filmowy, telewizyjny, radiowy i teatralny. Scenograf i grafik. Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej. Od 1963 pracownik Telewizji Polskiej. W latach 1963-74 główny reżyser TV Kraków, w latach 1974-85 główny reżyser TVP, w latach 1985-87 dyrektor Teatru Telewizji. W latach 1987-99 był reżyserem w Dyrekcji 2 Programu TVP. Twórca kilkuset programów telewizyjnych. W 1972 roku otrzymał nagrodę telewizyjną „Złoty Ekran”. W 2002 roku otrzymał statuetkę „Gwiazdy Telewizji Polskiej” z okazji 50-lecia TVP za filmy telewizyjne i spektakle w Teatrze Telewizji.

Artykuły powiązane

Zmieniony ( 01.07.2015. )