Książki w płomieniach, nogi w pończochach. Hitlerowcy nie wymyślili bibliocaustu.
Wpisał: dr Robert Kościelny   
15.05.2019.

Książki w płomieniach, nogi w pończochach.

Ilu ludzi zginęło z powodu wojen religijnych wywoływanych przez lewicę?

Hitlerowcy nie wymyślili bibliocaustu

dr Robert Kościelny



W maju 1946 r. Sojusznicza Rada Kontroli (SRK), składająca się z przedstawicieli czterech państw: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Sowieckiego, podjęła postanowienie, które ówczesny „Time” nazwał typowo nazistowskim.

 

W ramach procesu resocjalizacji Niemców, zarządzający czterema strefami okupacyjnymi polecili zniszczyć wszystkie niedemokratyczne, militarystyczne i nazistowskie pozostałości po III Rzeszy. Książki, gazety, broszury, informatory biblioteczne, podobnie jak materiały muzealne, filmy i pomniki wojenne, z wyjątkiem nagrobków − należy zetrzeć na miazgę. Vivian Cox, rzeczniczka przedstawiciela USA w SRK, przyznała na konferencji prasowej, że nakaz nie różnił się pod względem intencji ani sposobu wykonania od nazistowskiego palenia książek.

Widocznie oburzeni decyzją Sojuszniczej Rady uczestniczący w briefingu dziennikarze koniec końców przyznali rację głoszącym, że zło należy wypalić, a w tym wypadku zetrzeć na miazgę, bo inaczej się odrodzi, gdyż nic nie wiadomo o tym, aby po wyjaśnieniach pani Cox w „prasie międzynarodowej” pojawiła się fala protestów i zarzutów, że państwa alianckie postępują dokładnie tak samo jak hitlerowcy w 1933 r. albo że nawiązują do metod „ciemnego średniowiecza”.

A może był też inny, pozawerbalny czynnik załagodzenia sytuacji przez pannę Vivian? Młoda kobieta tłumaczyła przedstawicielom prasy co i jak, siedząc na biurku i lekko machając długimi, odzianymi w nylon, nogami, donosił korespondent „Time’a”.

Być może dlatego, że zabrakło siły perswazji pani Cox, inaczej potoczyły się losy książek Knuta Hamsuna, norweskiego pisarza, posądzanego o kolaborację z hitlerowcami, którego dzieła rozwścieczony tłum palił na rynkach dużych norweskich miast. Hamsun ćwierć wieku wcześniej otrzymał literacką Nagrodę Nobla, ale nic mu to nie pomogło, został wyklęty jako autor i jako człowiek, podobnie jak jego książki, które, ku radości gawiedzi, spopielono. O ile wiem, nikt, tak wówczas, jak i dziś, nie żywi przesadnej pretensji do ludu norweskiego o ten czyn, nikt też nie sugeruje im mentalności średniowiecznej czy dzikiego barbarzyństwa. Choć, jako żywo, na to ostatnie byłyby niejakie dowody. Vidkun Quisling, premier norweskiego rządu podległego Hitlerowi, po procesie o zdradę został rozstrzelany 24 października 1945 r. w twierdzy Akershus. Po egzekucji zwłoki zdrajcy wystawiono w garażu twierdzy. Doszło wówczas do ich profanacji. Wielu ludzi podchodziło do ciała, aby na nie napluć lub kopnąć.

Hitlerowcy nie wymyślili bibliocaustu, jak czasami określa się masowe palenie książek. Dwa lata wcześniej w Madrycie komunistyczni bojówkarze, w poczuciu absolutnej bezkarności i milczącego przyzwolenia rządu republikańskiego, spalili kilka klasztorów w Madrycie. W większości znajdowały się ważne biblioteki, a w nich cenne zbiory. Z dymem poszło co najmniej 120 tys. woluminów, w tym 80 tys. pochodziło z biblioteki Casa Profesa, uważanej za drugą najlepszą w Hiszpanii w tym czasie po Bibliotece Narodowej. Nieprawomyślne politycznie i dekadenckie książki niszczono również w Rosji bolszewickiej.

Kampania palenia książek, której kulminacją były wydarzenia w centrum Berlina na placu między Uniwersytetem Humboldtów a kościołem św. Jadwigi 10 maja 1933 r., nawiązywała do zgromadzenia studenckiego na Zamku Wartburg – Wartburgfest w 1817 r. – podczas którego kilkuset studentów z uniwersytetów niemieckich wyrażało pragnienie zbudowania liberalnego niemieckiego państwa narodowego, paląc książki, w tym „Geschichte des deutschen Reichs” Augusta von Kotzebue (1761–1819), uchodzącego za… konserwatystę i wstecznika. We wspomnianej pracy Kotzebue krytykował liberalizm i wspólnoty rewolucyjne.

„Nie ma wolności dla wrogów wolności” to hasło rewolty studenckiej z 1968 r., nie było obce liberalnym studentom dokazującym na Zamku Wartburg.

Nawiasem mówiąc, książki są puszczane z dymem również na współczesnych uniwersytetach amerykańskich. W kampusie Uniwersytetu Barceley, w 2001 r., studenci tej uczelni palili książki Daniela J. Flynna, autora o poglądach konserwatywnych. Wcześniej zagłuszono jego wykład głośnymi okrzykami.

Wydarzenie w Wartburgu, do którego nawiązali później Niemcy w 1933 r., nawiązywało z kolei do wydarzeń reformacyjnych, kiedy to Marcin Luter spalił bullę papieską, kodeks prawa kanonicznego oraz pisma swoich adwersarzy, w tym „Sumę teologiczną” św. Tomasza z Akwinu oraz „Sumę anielską” bł. Anioła z Chivasso.

Niemiecki reformator rozpoczął w ten sposób okres palenia książek pisarzy i filozofów katolickich lub wolumenów należących do bibliotek instytucji katolickich W nich zaś przechowywano prawdziwe skarby, owoce intelektu autorów chrześcijańskich, ale też pogańskich myślicieli, poetów, dramaturgów.

Biblioteki klasztorne zostały zniszczone lub rozproszone po rozwiązaniu klasztorów przez Henryka VIII. W 1562 r. wojska hugenockie we Francji splądrowały opactwo w Cluny, niszcząc i paląc jedne z największych we Francji i Europie zbiorów bibliotecznych (tymi, które ocalały, zajęli się później aktywiści rewolucji francuskiej). Księgi autorów katolickich i starożytnych niszczono również w opanowanych przez protestantów miastach niderlandzkich.

Książki oraz całe biblioteki palono w kolejnych wiekach. Palono je w Europie, Azji, Ameryce (w 1814 r. Brytyjczycy podpalili Bibliotekę Kongresu USA, wcześniej płonęły książki, które pastorzy uznali za anty-purytańskie). Palono je również wcześniej. Można powiedzieć, że od chwili pojawienia się słowa pisanego byli ludzie, którzy od czasu do czasu wpadali na pomysł, aby „niesłuszne” treści puszczać z dymem. Podobny los spotykał świątynie. Zresztą bardzo długo miejsca, gdzie przechowywano tabliczki gliniane, papirusy czy manuskrypty, a w końcu drukowane księgi, znajdowały się na terenie świątyń lub klasztorów.

„Tam, gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą”, powiedział Heinrich Heine z lubością cytowany w kontekście ostatnich wydarzeń związanych ze spaleniem kilku egzemplarzy książek o Harrym Potterze, uczących dzieci wiary w gusła i zabobony; że można w życiu osiągnąć swoje cele, idąc na skróty, a nie poprzez długi marsz pracowitości, odpowiedzialności, uczciwości; że chcąc wpływać na kształt świata, nie trzeba zadawać sobie trudu, aby posiąść gruntowną wiedzę, a jedynie wystarczy nauczyć się serii zaklęć, no i oczywiście trzymać z właściwymi ludźmi.

Jeszcze bliższe prawdy, niż korelacja między paleniem ksiąg, a niechybnie następującym zaraz po tym paleniem autorów i czytelników, byłoby stwierdzenie, że tam gdzie płoną świątynie, masowo giną kapłani i wierni. Ilu ludzi zginęło z powodu wojen z religią wydanych przez lewicę brunatną i czerwoną?

Fakt, że palenie książek kojarzy się nie tylko z hitleryzmem i ciemnym średniowieczem nie jest spowodowany trafnością asocjacji, tylko skuteczną propagandą. O tym, jak umiejętnie przekazana treść potrafi sprawić, że nawet profesjonaliści zapominają o swych wcześniejszych wątpliwościach i zaczynają tańczyć, tak jak im zagrają, pokazała panna Vivian Cox.

Zmieniony ( 15.05.2019. )