Bunt przeciw drogim paliwom
Wpisał: Mariusz Bober   
27.01.2012.

Bunt przeciw drogim paliwom 

Mariusz Bober

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120127&typ=my&id=my05.txt

Utrzymujące się wysokie ceny paliw mogą zapowiadać rewolucję na rynku motoryzacji, której skutkiem będzie co najmniej ograniczenie uzależnienia od ropy naftowej

Szalejące na polskich stacjach ceny paliw wywołują już nie tylko wściekłość kierowców, ale też obawy o to, czy... jeszcze bardziej nie wzrosną. Niektórzy analitycy, nie wierząc w zdolność polskich koncernów i obecnych władz do przeciwdziałania drożyźnie, przewidują, że ta sytuacja może być zapowiedzią rewolucji motoryzacyjnej.
- Jest drogo. W ciągu pół roku cena oleju napędowego wzrosła o blisko 1 zł za litr! W niektórych rejonach kraju ludzie szukają tańszych stacji i - jak za komuny - tankują tam paliwo do kanistrów - mówi oburzony pan Mirosław spod Warszawy, który dojeżdża 5 razy w tygodniu do stolicy do pracy.
Trudno się dziwić oburzeniu kierowców, gdy cena pozwalającego do niedawna na nieco tańszą jazdę oleju napędowego zrównała się na wielu stacjach z cenami benzyny, i razem zaczęły one już w niektórych miastach przekraczać niewyobrażalną do niedawna dla użytkowników czterech kółek granicę 6 zł za litr! Zakładając, że kupowalibyśmy cały czas paliwo w tej cenie, to nawet mając oszczędny samochód, spalający 6 l benzyny na 100 km, i pokonując miesięcznie do pracy tylko 1000 km, musielibyśmy wydać na dojazdy 360 złotych. Tymczasem mieszkańcy wielu miejscowości dojeżdżający do większych miast pokonują około 2000 km miesięcznie. Łatwo policzyć, że w ten sposób koszt dojazdu do pracy wzrasta do 720 złotych. Przy cenie benzyny 5 zł za litr, jaką można było spotkać na stacjach jeszcze kilka miesięcy temu, koszt dojazdu na tych odcinkach maleje odpowiednio o 60 i 120 złotych.

Wzrost inflacji
Łatwo sobie wyobrazić, co taki wzrost oznacza dla polskich firm transportowych, których samochody przejeżdżają tysiące kilometrów dziennie.
Przedstawiciel firmy Oneo, świadczącej usługi transportowe głównie na terenie Warszawy, mówi wprost, że wysokie ceny paliw podnoszą koszty działalności, i firma była zmuszona do przerzucenia ich na klientów. O ile w związku z tym wzrosły w ostatnim czasie ceny usług? - O 15-20 procent - wyjaśnia.
Z kolei Krzysztof Rodak z firmy transportowej Trans-Tok tłumaczy, że firma jeszcze nie podniosła cen, ale odbija się to na jej wynikach finansowych. - Nasi klienci nie są skłonni podnosić nam stawek za usługi transportowe. Obecnie kosztem naszej i tak małej marży, chcąc utrzymać klienta, ograniczamy ją do całkowitego minimum - wyjaśnia. Przyznaje jednak, że to rozwiązanie jest do utrzymania tylko na krótko, inaczej mogłoby doprowadzić do upadku firmy. - Prowadzimy negocjacje z klientami, by podnieść stawki za usługi transportowe - zaznacza.

Rodak nie ukrywa, że podniesienie opłat za transport towarów, firmy korzystające z tych usług, czyli duże sieci handlowe i producenci, przerzucą na swoich klientów. To zaś będzie oznaczać, że więcej zapłacimy za towary w sklepach, a w perspektywie - zapewne także za usługi. W ten sposób, jak łatwo było przewidzieć, wzrost cen paliw przyczyni się do wzrostu inflacji zjadającej nasze dochody.

Winne nie tylko polityka i ropa

Analitycy i koncerny paliwowe niemal zgodnie wskazują, że za wzrost cen paliw odpowiadają umacniający się w stosunku do polskiej złotówki dolar i wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach z powodu obaw o blokadę cieśniny Ormuz niedaleko wybrzeża Iranu, przez którą tankowcami przewozi się ok. 1/3 sprzedawanej na świecie ropy.
Na wysokich cenach ropy na światowych rynkach zaważyły także spekulacje. Jednak eksperci zwracają uwagę, że spory wpływ na drożejące paliwa ma także rząd, ponieważ ponad połowę ich ceny stanowią podatki. Podniesienie w Polsce od nowego roku - ze względu na wymogi Komisji Europejskiej - akcyzy na olej napędowy jeszcze pogorszyło sytuację.

- Obecny rząd jest nadgorliwy w wypełnianiu zobowiązań wobec Unii Europejskiej w zakresie podnoszenia akcyzy, zwłaszcza na olej napędowy - podkreśla poseł Prawa i Sprawiedliwości Przemysław Wipler, w okresie rządów PiS kierujący Zespołem ds. Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii w Ministerstwie Gospodarki. Zaznacza, że podniesienie cen ropy na światowych rynkach rząd mógł wykorzystać choćby do przesunięcia okresu podniesienia akcyzy na olej napędowy.
Rząd jednak nie chce o tym słyszeć, a powody jego stanowiska są oczywiste: liczy na to, że dodatkowe pieniądze z akcyzy pomogą zasypać ogromną dziurę budżetową. - W ten sposób płacimy za 300 mld zł długów zaciągniętych przez rząd Tuska - kwituje Wipler.

Drogie paliwa ceną za kampanię PO

Według posła PiS, obecny rząd zaniedbał także inne rozwiązania, które dziś pomogłyby w obniżeniu cen paliw. Jakie? - Niestety obecna ekipa zamroziła plany z okresu rządu PiS stworzenia tzw. Niezależnego Operatora Logistycznego, który zbudowałby rurociąg paliwowy z Płocka do Gdańska, dzięki któremu można byłoby transportować sprowadzane statkami do naftoportu duże ilości gotowych paliw i dalej rozprowadzać je rurociągami paliwowymi do innych rejonów kraju - tłumaczy poseł. To rozwiązanie sprawdziłoby się oczywiście wówczas, gdyby udało się znaleźć za granicą dostawców, którzy sprzedawaliby gotowe paliwa po znacząco niższych cenach. Niestety dziś trudno znaleźć w Europie niższe ceny, a jeśli już to... na Białorusi, której reżim coraz bardziej izoluje się od wolnych krajów i coraz bardziej podporządkowuje wpływom Rosji.
Przemysław Wipler podkreśla też, że obecnymi podwyżkami cen paliw powinien zająć się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ponieważ wiele wskazuje na to, że największe polskie koncerny - PKN Orlen i Lotos, kontrolowane przez władze centralne rekompensują sobie obecnie obniżki na swoich stacjach wprowadzone w okresie kampanii przed wyborami parlamentarnymi. - Teraz Polacy płacą za wybory - podsumowuje.

Amerykanie znów szybsi

Są również inne sposoby obniżania cen paliw, a przynajmniej kontrolowania ich przez narodowe koncerny na tyle, by nie uzależniały one gospodarki od kaprysów firm wydobywczych, krajów wydobywających ropę i spekulantów.
Pierwszy to dostęp do własnych źródeł ropy pozwalających na pokrycie większości zapotrzebowania na rynku. To jednak oznacza, że polskie koncerny paliwowe musiałyby co najmniej 10-krotnie zwiększyć wydobycie tego surowca. Obecnie rocznie zużywamy ok. 20 mln ton ropy, podczas gdy wydobywamy niecały 1 mln ton. Ponad 90 procent importujemy z Rosji. Pewne nadzieje na zwiększenie wydobycia ropy z własnych zasobów dają prace prowadzone przy poszukiwaniu gazu łupkowego. W niektórych miejscach może on bowiem występować razem z tzw. ropą łupkową. Technologię jej wydobycia niedawno opracowały amerykańskie koncerny.
Prowadząca również poszukiwania gazu łupkowego spółka -córka koncernu PKN Orlen przyznaje, że wiąże z nimi także nadzieje na zwiększenie wydobycia ropy, choć na razie ma niestety niewiele do powiedzenia na ten temat. "ORLEN Upstream w ramach prowadzonych prac poszukiwawczych uwzględnia również ropę z łupków (shale oil). Niemniej jednak, obecnie, w skali całego kraju, dysponujemy zaledwie szczątkową wiedzą geologiczną na ten temat, gdyż dane pochodzące z wykonanych w przeszłości otworów nie pozwalają na ocenę potencjału" - napisało biuro prasowe PKN Orlen w odpowiedzi na nasze pytania.


Koncern przyznaje jednocześnie, że "z pewnością dostęp polskiego rynku paliw do zasobów krajowych, czy to gazu, czy ropy łupkowej, wzmocniłby stabilność cen". Zastrzega jednak, że na razie ma za mało danych, by dokładniej określić szanse na osiągnięcie tego celu.Może się więc okazać, że szybciej odczujemy efekty już rozpoczętej eksploatacji ropy łupkowej przez USA. Dziś wzrasta tam sukcesywnie zużycie ropy pozyskiwanej ze skał łupkowych, której zasoby są ogromne, jak szacują tamtejsze instytucje. Gdyby USA importujące gigantyczne ilości ropy poważnie ograniczyły ten import, analogicznie jak to było w przypadku gazu ziemnego, doprowadziłoby to także do spadku cen tego surowca na światowych rynkach, również w Polsce. Niestety Amerykanie dopiero za kilka lat mogą zwiększyć produkcję własnej ropy na tyle, by znacząco obniżyć światowy popyt na ten surowiec.

Motoryzacyjna rewolucja?

Tomasz Chmal, ekspert ds. energetyki Instytutu Sobieskiego, wskazuje, że jeszcze szybsze zmiany, i zapewne na jeszcze większą skalę, może wywołać właśnie obecna drożyzna na rynku paliw. - Jeśli dostawcy ropy będą nadal prowadzili taką grę, będzie ona powodowała wypieranie, albo w każdym razie ograniczanie popytu na paliwa kopalne, bo ludzie coraz częściej będą się zastanawiać przy zakupie samochodu, czy powinien on być napędzany silnikiem na takie paliwa, hybrydowym [spalinowym i elektrycznym - przyp. red.] czy wyłącznie elektrycznym.Rzeczywiście, samochody z napędem hybrydowym już jeżdżą po Polsce, choć wciąż z uwagi na ich wysokie ceny nie jest ich dużo. - Ale gdy na jakieś produkty zwiększa się popyt, spada ich cena. Już dziś wszystkie koncerny samochodowe prowadzą prace nad rozwiązaniami, które pozwalają nawet na odejście od wykorzystywania paliw kopalnych. Problem polega tylko na tym, czy nas przekonają do tego - wskazuje Tomasz Chmal.Przekonać kierowców mogą przede wszystkim cena i jakość (eliminowanie awaryjności) nowych samochodów i zastosowanych w nich nowatorskich rozwiązań. - Wystarczy, że upowszechnią się one w jednym kraju UE, np. w Niemczech, i w ciągu najbliższych kilku lat możemy być świadkami rewolucji motoryzacyjnej. W efekcie tysiące samochodów może być napędzanych silnikami elektrycznymi lub hybrydowymi - wskazuje Chmal. Coraz szybciej rozwijają się też technologie umożliwiające wykorzystanie wodoru jako paliwa do napędzania silników samochodowych.
Wówczas - jak zauważa - paradoksalnie spadną zapewne również ceny paliw kopalnych. - Pytanie tylko, czy ktoś będzie chciał wierzyć w to, że ten spadek jest trwały - podkreśla.
Ekspert zaznacza, że powinni o tym myśleć także rządzący, bo spadek zużycia paliw kopalnych doprowadzi również do obniżenia wpływów podatkowych zawartych w ich cenie. Z drugiej strony, gdyby władze Polski postawiły na większy rozwój polskiej energetyki, dzięki obniżeniu wykorzystania paliw kopalnych zmniejszyłyby zależność naszego kraju od importu z Rosji.

Sposoby na drożyznę

Czy w takim razie obecnie kierowcom, którym mocno doskwierają wysokie ceny paliw, pozostaje tylko pogodzić się z nimi lub przesiąść na rower?
Tomasz Chmal zaznacza, że także w krótkiej perspektywie, powiedzmy najbliższych miesięcy, można się liczyć przynajmniej z ograniczeniem popytu, który może wymusić spadek cen paliw. - Takie wysokie ceny nie utrzymają się zbyt długo, Polacy nie będą chcieli ponosić tak wysokich kosztów. Każdy z kierowców będzie się w najbliższej perspektywie zastanawiał, czy nie zrobić jakiegoś psikusa firmom naftowym - przewiduje. Jakiego psikusa może zrobić paliwowym gigantom jeden Kowalski?
- Wysokie ceny ropy będą zwiększały atrakcyjność stosowania gazu płynnego do samochodów [LPG - przyp. red.] oraz samochodów elektrycznych - podpowiada ekspert. Choć na te ostatnie dziś decydują się przede wszystkim większe firmy, np. niektóre firmy kurierskie.Jednak zwykli kierowcy zauważyli już dawno atuty LPG, i także ostatnio coraz chętniej sięgają po ten sposób na ograniczenie kosztów podróży. Właściciel firmy Jack-Gaz z Kobyłki pod Warszawą przyznaje, że już od pewnego czasu montuje coraz więcej instalacji gazowych do samochodów. O ile zwiększyła się liczba chętnych do przerabiania aut na to paliwo? - O 50 procent w ciągu ostatniego roku - przyznaje przedsiębiorca.Chętni na oszczędzanie w ten sposób muszą jednak pamiętać również o koszcie instalacji gazowej - od 2200 do 2800 zł w zależności od jej typu, a także o tym, że auta wyposażone w nią spalają 1-2 litrów gazu więcej, niż zużywały, wykorzystując benzynę. Jednak różnica w cenie, mimo tego, że LPG również znacznie zdrożał, jest ciągle spora. Za litr gazu w okolicach Warszawy trzeba zapłacić 2,80-3 złote.Polscy kierowcy wpadli też na pomysł monitorowania cen paliw na poszczególnych stacjach. W internecie pojawiły się już strony z informacjami o stacjach, na których można najtaniej zatankować. Publikowane tam ceny aktualizowane są przez kierowców przesyłających codziennie nowe dane.
Nawet jeśli żaden z omówionych sposobów nie doprowadzi samodzielnie do szybkiego obniżenia cen paliw, stosowanie różnych metod na coraz większą skalę może osiągnąć efekt w postaci przynajmniej wstrzymania wzrostu cen. W dalszej perspektywie trzeba będzie się zapewne przygotować na jakąś "rewolucję", jeśli jeszcze nie na całym rynku, to przynajmniej we własnym myśleniu, choćby poprzez sprawdzenie, czy rzeczywiście jestem skazany na benzynę i ropę...

Zmieniony ( 27.01.2012. )