Parada bęcwałów
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
04.02.2012.

Parada bęcwałów

 

Stanisław Michalkiewicz http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2383

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    3 lutego 2012

Niby wiadomo, że małą mądrością rządzony jest ten świat, ale człowiek mimo wszystko zawsze się łudzi, że może nie jest jeszcze aż tak źle. Niestety - po podpisaniu w imieniu Polski przez panią ambasador Jadwigę Rodowicz porozumienia ACTA, trzeba porzucić wszelkie iluzje. Zresztą - jakże mogłoby być inaczej? Przecież osobnikom tworzącym okupujące nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackie watahy żadni mądrzy, a przynajmniej normalni ludzie nie są potrzebni. Do stworzenia demokratycznej fasady skrywającej okupację potrzebni są ludzie charakteryzujący się specyficznym rodzajem mądrości, którą nazywamy sprytem, a przy tym - im bardziej pozbawieni wszelkich zasad - tym lepiej. Weźmy byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, Lecha Wałęsę. Wszyscy wiedzą, jak bardzo jest z siebie zadowolony, a tymczasem Oriana Fallaci po krótkiej rozmowie przejrzała go na wylot jako „ignoranta”. Ale właśnie taki był potrzebny razwiedce i michnikowszczynie, by podsunąć go mniej wartościowemu narodowi tubylczemu - a prawdę mówiąc - nie tylko jemu, w charakterze idola. Tymczasem - jak przenikliwie zauważył ś.p. Adam Bień, jeden z uczestników słynnego „procesu 16 w Moskwie - były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, to „człowiek drobnych krętactw”. Ten przykład najwyraźniej okazał się zaraźliwy i jeśli nawet niektórzy ludzie przedtem stwarzali lepsze wrażenie, to teraz albo zatracili resztki dawnych zalet, albo starannie je ukrywają, by nie odstawać od otoczenia. Toteż teraz, gdy okupujące nasz nieszczęśliwy kraj i uwikłane w wojnę na górze o lepszy dostęp do żerowiska bezpieczniackie watahy zostały chyba zaskoczone skalą i rozmiarami protestu przeciwko ACTA, naprędce nakazały mediom głównego nurtu usilne perswadowanie opinii publicznej, że przyczyną protestów nie jest zapisana w tym porozumieniu legalizacja praktykowanych dotychczas nielegalnie naruszeń wolności, tylko - brak społecznych konsultacji. Wiadomo przecież, że każdy pomysł wystarczy tylko z ludem skonsultować, a ten w podskokach rzuci się nawet do morza. No i media głównego nurtu posłusznie w tym duchu nawijają, a ministrowie „oddają się do dyspozycji premiera” - oczywiście z powodu „braku konsultacji” - w nadziei, że ta komedia doprowadzi do uspokojenia nastrojów. Najwyraźniej jednak role zostały rozpisane indywidualnie, bo minister Sikorski - ten sam, który swój berliński „hołd pruski” obstalował za pieniądze u byłego ambasadora Wlk. Brytanii w Warszawie Karola Crawforda nawija inaczej - że mianowicie protestująca młodzież została „niepotrzebnie nastraszona” - zaś wzięty do Platformy Obywatelskiej na chłopaka do pyskowania profesor Stefan Niesiołowski musiał dostać zadanie pojechania po bandzie, bo zwyzywał protestujących od ”idiotów”, ponieważ demonstrowali z symbolami Polski Podziemnej. Najwyraźniej nie zauważył, że te symbole wyrażają przywiązanie do wolności, więc słusznie używali ich zarówno ci, którzy walczyli o wolność z niemieckimi i sowieckimi okupantami, jak i ci, którzy dzisiaj próbują bronić wolności przed okupującymi Polskę bezpieczniackimi watahami, które panu prof. Niesiołowskiemu zapewniają łaskawy chleb na koszt Rzeczypospolitej w zamian za stopniowe upodabnianie się do muchy-plujki. Wiadomo, że starość nie radość, ale czy rzeczywiście jest aż tak straszna? Ale to jeszcze nic - bo gdy protesty nie ustawały, premier Tusk oświadczył znienacka, że rząd „zacznie badać”, czy porozumienie ACTA nie zagraża aby wolności i gdyby okazało się, że jednak zagraża, to nie zostanie przedstawione Sejmowi do ratyfikacji. Wynika z tego ni mniej, ni więcej, że premier Tusk najpierw nakazał pani ambasador Jadwidze Rodowicz podpisać ACTA w imieniu Polski, a dopiero teraz zacznie sprawdzać, co właściwie kazał podpisać. Trudno o bardziej rażący przykład bęcwalstwa, chociaż warto pamiętać, że to nie pierwszy tego rodzaju wyczyn premiera Tuska. Po podpisaniu 13 grudnia 2007 roku traktatu lizbońskiego też się przyznał, że podpisał go bez czytania. Żeby było śmieszniej, wcześniej minister kultury w rządzie premiera Tuska Bogdan Zdrojewski wygadał się, że porozumienie ACTA będzie „i tak w Polsce obowiązywało, nawet jeśli Sejm by go nie ratyfikował, ponieważ przyjęła je Unia Europejska. Jeśli min. Zdrojewski ma rację, to znaczy, że wszystkie te komedie z ratyfikacjami porozumienia ACTA przez parlamenty poszczególnych landów IV Rzeszy, to tylko takie makagigi, mające na celu przedłużenie iluzji, że cokolwiek jeszcze od nich zależy. A pewnie ma rację, bo przypominam sobie wystąpienie pani sędzi Małgorzaty Jungnikiel, kiedy kilka lat temu, podczas debaty na Uniwersytecie Warszawskim, poświęconej ewentualnemu przystąpieniu Polski do unii walutowej oświadczyła, że sądy w Polsce będą stosowały prawo unijne nawet gdyby było ono sprzeczne z tubylczą konstytucją. Wygląda zatem na to, że wbrew przypuszczeniom ministra Sikorskiego, młodzież wcale nie została nastraszona „niepotrzebnie”, tylko zaczyna orientować się, co za bęcwałów dobrały sobie w korcu maku okupujące Polskę bezpieczniackie watahy, by odgrywali tu demokratyczną komedię. To jest przerażające, bo wprawdzie cała ta nasza młoda demokracja, to oczywiście komedia, ale już odbieranie wolności odbywa się naprawdę i to nie tylko w Internecie, ale przede wszystkim - w finansach. Kolejne rządy bowiem stopniowo wyzuwają obywateli z władzy nad bogactwem, jakie ci swoją pracą wytwarzają i przechwytują je do własnej dyspozycji, wskutek czego coraz więcej ludzi zostaje zdanych na łaskę i niełaskę naszych okupantów. Ci z kolei, za wyłudzone od ludzi pieniądze wynajmują sobie bęcwałów bez zasad, którzy cały swój spryt i perwersyjną pomysłowość obracają na oszukiwanie ludzi, na których pasożytują. W zamieszaniu towarzyszącym przyjmowaniu przez nasz nieszczęśliwy kraj porozumienia ACTA utonęła informacja, którą Antoni Macierewicz przekazał na marginesie sprzeczki z redaktorem Czuchnowskim z „Gazety Wyborczej” Zwrócił mu mianowicie uwagę, że skrzydło tupolewa, który 10 kwietnia 2010 roku rozbił się w Smoleńsku, nie mogło zostać oderwane wskutek zderzenia z pancerną brzozą, ponieważ jest rozerwane OD TYŁU. Jestem pewien, że teraz zarówno osoby wynajęte do żyrowania w charakterze ekspertów ustaleń raportu komisji Millera, nie mówiąc już o konfidentach w mediach głównego nurtu, będą mieli okazję do dodatkowego uzasadnienia przyjętej od początku tezy o sławnym błędzie pilota. Nietrudno bowiem zauważyć, że jeśli skrzydło samolotu zostało rozdarte OD TYŁU, to znaczy, że pilot próbował wylądować lecąc tyłem do przodu. Trudno wyobrazić sobie większy błąd - zatem można będzie podtrzymać wersję pierwotną, tylko trzeba będzie zmienić uzasadnienie. Ale co to znaczy dla naszych zuchów? Jak zwykle najpierw napiszą, a dopiero potem ze zdumieniem będą odczytywać, co właściwie napisali. Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.