W XX rocznicę śmierci prezesa NIK prof. Waleriana Pańki
Wpisał: Wojciech Błasiak   
17.10.2011.

W XX rocznicę śmierci prezesa NIK prof. Waleriana Pańki

 

Jedyny żywy świadek tego wypadku, nigdy nie został przesłuchany przez prokuraturę prowadzącą śledztwo i sąd, który wydał w tej sprawie wyrok.

 

...To dlatego Irena Lipowicz produkowała ciszę. Dziś jest Rzecznikiem Praw Obywatelskich

 

Wojciech Błasiak  12/10/2011

 

7 października 1991 roku na trasie szybkiego ruchu Warszawa – Katowice na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego w tragicznym wypadku samochodowym zginął, wraz z dwoma współpracownikami, urzędujący prezes Najwyższej Izby Kontroli prof. Walerian Pańko. Zginął na dwa dni przed wygłoszeniem w Sejmie wystąpienia na temat afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.

  

Walerian Pańko

 

Ten tragiczny wypadek zwrócił moją uwagę. Znałem osobiście Waleriana Pańkę. Poznałem go jako młody asystent pracujący na Uniwersytecie Śląskim w latach 70. Dzieliła nas różnica pokolenia i statusu naukowego. Był wtedy samodzielnym pracownikiem naukowym o uznanym dorobku w zakresie prawa rolnego. Spotkałem go bodajże po raz pierwszy na którejś z konferencji naukowych poświęconej rozwojowi lokalnemu. Był przemiłym, życzliwym i otwartym człowiekiem. Lubił ludzi. O jego uczciwości, uchodzącej wręcz za pedantyczną, krążyły po Uniwersytecie legendy. Był niezwykle przystojnym mężczyzną i zakochana w nim była cała żeńska część wydziału prawa, a z kolei część męska zazdrościła mu przepięknej żony. Miał w sobie coś, co zasadniczo wyróżniało go spośród pracowników naukowych. Był nie tylko odważny, ale wręcz hardy. Kiedy jako prodziekan w połowie lat 70. dostał polecenie z komitetu wojewódzkiego PZPR, aby pozbyć się ze studiów mojego przyjaciela, który był inicjatorem akcji potępiającej podwyżki cen książek, miał, jak głosiła wieść na wydziale prawa, powiedzieć do współpracowników – Nie będzie mi byle ch...  z KaWu rozkazywał, jak mam wychowywać studentów. I mojemu przyjacielowi nie spadł włos z głowy. I gdy wybuchł Sierpień 1980, jako jeden z nielicznych samodzielnych pracowników naukowych Uniwersytetu, nie tylko zapisał się do ówczesnej "Solidarności", ale i aktywnie w niej działał. Odegrał istotną rolę jako ekspert "Solidarności" w długotrwałych okupacyjnych strajkach chłopskich w Ustrzykach Dolnych i Rzeszowie. Był współautorem tekstu porozumień ustrzycko-rzeszowskich podpisanych w lutym 1981 roku, a następnie doradcą nowopowstałego związku NSZZ "Solidarność Rolników Indywidualnych". Komuniści mu tego nie zapomnieli. W stanie wojennym był najdłużej internowanym pracownikiem naukowym Uniwersytetu. I to jak mi opowiadał, internowania w ciężkich warunkach. W 1989 roku został posłem do sejmu kontraktowego z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Ale regularnie bywał na uczelni prowadząc seminaria magisterskie. Jako przewodniczący komisji samorządu terytorialnego był współautorem reformy samorządowej. W maju 1991 roku został wybrany prezesem NIK.

  

Cmentarna cisza a prawda

 

Ten tragiczny wypadek sprzed 20. lat wywołał od pierwszych po nim dni moje podejrzenia, co do możliwości jego sfingowania. Zapadła bowiem dziwna dla mnie cisza medialna wokół tego wypadku. A przecież zginął jeden z najwyższych urzędników polskiego państwa. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałem o aferze FOZZ, o Michale Falzmannie, nie czytałem książki Jerzego Przystawy i Mirosława Dakowskiego Via Bank i FOZZ. O rabunku finansów Polski. Ale byłem wychowany na książkach Ryszarda Kapuścińskiego i na pamięć znałem jego zdania o roli ciszy w historii i polityce z Chrystusa z karabinem na ramieniu Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często – przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym jak szczęk oręża czy przemówienie na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełu towarzyszyło milczenie. (…) Dzisiaj mówi się dużo o walce z hałasem, a przecież walka z ciszą jest ważniejsza. W walce z hałasem chodzi o spokój nerwów, w walce z ciszą chodzi o ludzkie życie. Kogoś, kto robi dużo hałasu, nikt nie usprawiedliwia i nie broni, natomiast ten kto zaprowadza ciszę w swoim państwie, jest chroniony przez aparat represji. Dlatego walka z ciszą jest tak trudna.

 

Oficjalna wersja przyjęta w śledztwie prowadzonym przez prokuraturę wojskową i potwierdzona wyrokiem sądu wojskowego brzmiała, iż przyczyną wypadku była wina kierowcy, oficera Biura Ochrony Rządu, którego samochód miał zaczepić tylnym kołem o krawężnik, co spowodowało, iż został wyrzucony na przeciwny pas jezdni, gdzie w jego tył uderzył jadący z przeciwka bmw. Kierowca rządowej lancii został skazany na trzy lata w zawieszeniu.

 

Tymczasem w blisko rok po tragicznym wypadku ukazał się wywiad w tygodniku "TAK", którego byłem stałym współpracownikiem, z jedynym świadkiem, który przeżył wypadek, żoną prezesa NIK Urszulą Pańko. Zawsze będę twierdzić – mówiła w nim U. Pańko – że nie był to zwykły wypadek, a jadące bmw, które przecięło nasz samochód na pół, to był po prostu palec Boży. Pamiętam, że zanim doszło do zderzenia jakaś nadprzyrodzona siła zerwała nasz samochód i poprzez pas zieleni pędziliśmy prosto, aby zderzyć się ze ścianą wiaduktu.(…) Wcześniej zanim samochód wypadł z autostrady, usłyszałam jakieś dziwne huki, coś w rodzaju wybuchów. Nie jechaliśmy z oszałamiającą prędkością, ponieważ kierowca zamierzał dopiero co wyprzedzić ciężarówkę. W tym momencie zarzuciło nasz samochód, z jednoczesnym nieprawdopodobnym hukiem (Tajemnica. Rozmowa z Urszulą Pańko, wdową po tragicznie zmarłym prezesie Najwyższej Izy Kontroli, Walerianie Pańko, tygodnik "TAK", nr 27 (32), 18 września 1992). W tym samym cytowanym wywiadzie U. Pańko stwierdziła – Mnie (…) bardzo martwiły stany depresyjne u męża. Okazało się, że nawet zaczął się leczyć. Nie wiedziałam również o tym, że mój mąż otrzymywał mnóstwo anonimów i listów z pogróżkami. Listów tych niestety nie odnalazłam…

 

Dodam, iż ten jedyny żywy świadek tego wypadku, nigdy nie został przesłuchany przez prokuraturę prowadzącą śledztwo i sąd, który wydał w tej sprawie wyrok. Tylko ten fakt wskazuje, iż wojskowy wymiar sprawiedliwości został użyty celowo do ukrycia prawdy. Prawdy o profesjonalnie zrealizowanym prawdopodobnie przez wojskowe służby specjalne zamachu. Prawdy o zamordowaniu urzędującego prezesa NIK prof. W. Pańki.

 

 Michał Falzmann i FOZZ

 

Ponad dwa miesiące wcześniej 18 lipca 1991 roku zmarł nagle na zawał serca podwładny prezesa NIK, odkrywca mechanizmu działania FOZZ, starszy inspektor NIK Michał Tadeusz Falzmann. W trakcie kontroli FOZZ, jako inspektor NIK, był obiektem nieustannych pogróżek, nacisków, szantaży, aż po anonimowe groźby śmierci. Jeszcze w kwietniu 1991 roku w jego dzienniku pod datą 21 kwiecień znalazł się zapis: Dalsza praca to osobiste  śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych (Wspomnienie o Michale Tadeuszu Falzmannie. Niezwykła jest zwykłość, Małgorzata Kopczyńska-Dakowska, "Nowe Życie", dolnośląskie pismo katolickie, nr 2 (269), luty 1997).

 

M. Falzmann odkrył gigantyczną, systematyczną i zorganizowaną grabież finansów kraju dzięki operacjom na polskich długach sięgającą czasów PRL-u, a kontynuowaną w sposób wzmożony po 1989 roku głównie w oparciu o to, co prof. J. Przystawa nazwał złamaniem parytetu stóp procentowych, a co ja nazywam oscylatorem Balcerowicza. Ów oscylator Balcerowicza polegał na wykorzystaniu różnicy pomiędzy bardzo wysokim oprocentowaniem kont złotówkowych w warunkach hiperinflacji, a relatywnie bardzo niskim oprocentowaniem kont walut obcych. Umożliwiało to, zwłaszcza z początkiem lat 90. w sytuacji wprowadzenia w ramach tzw. planu Balcerowicza sztywnego kursu dolara w stosunku do złotówki, olbrzymią spekulację. Polegała ona na zamianie walut obcych na złotówki i lokowaniu ich na bardzo wysoko oprocentowanych kontach złotówkowych, a następnie na zamianie na waluty obce z olbrzymim zyskiem. M. Falzmann nazwał to rabunkiem finansów państwa i szacował straty Polski na co najmniej kilkanaście miliardów dolarów.

 

Prezes NIK prof. W. Pańko znał zaś wszystkie materiały źródłowe, a więc nazwiska ludzi oraz rabowane kwoty. Musiał mieć pełną świadomość, i skali rabunku, i osobistego zagrożenia.

 

Sam FOZZ został utworzony z końcem PRL-u oficjalnie dla przeprowadzania operacji ukrytego wykupywania polskiego długu zagranicznego na rynkach wtórnych, gdzie za 1 dolara tego długu płacono po 18 centów. Na czele FOZZ stali oficerowie komunistycznych wojskowych służb specjalnych, a FOZZ kontrolowała, opisana w tzw. raporcie Macierewicza, osławiona grupa Y bezpośrednio podległa radzieckiemu wywiadowi wojskowemu GRU. Ale sednem działalności FOZZ nie był ukryty wykup długów, lecz nigdy nie ujawnione przed szeroką opinią publiczną jej drugie dno, w postaci wykorzystywania około 1,7 mld dolarów FOZZ do walutowych operacji spekulacyjnych, umożliwiających wyprowadzanie głównie poprzez system bankowy pieniędzy i drenowanie gospodarki kraju. Opinia publiczna w Polsce jest zaś do dziś przekonana, że afera FOZZ, potwierdzona wyrokiem sądowym, to kwestia około 100 mln dolarów, które z kwot pożyczanych nie zostały ostatecznie oddane.

 

Po tragicznej śmierci prezesa NIK Waleriana Pańki jego nazwisko, podobnie jak i nazwisko Michała Falzmanna, zniknęło z mediów i debaty publicznej. I tak to trwa do dziś przez 20 już lat.

  

Producenci ciszy politycznej i medialnej

 

Dlatego rodzi się fundamentalne pytanie o przyczyny trwania przez 20 lat tej ciszy medialnej i politycznej. Ciszy, która jest stale celowo produkowana, o czym osobiście przekonałem się już 5 lat temu. Wraz z prof. J. Przystawą byliśmy zaproszeni w 2006 roku na sesję na Uniwersytecie Śląskim poświeconą XV rocznicy śmierci prezesa NIK prof. W. Pańki, a zorganizowaną przez uczelnianą "Solidarność". Końcowym jej rezultatem miał być apel uczestników do ministra sprawiedliwości o wznowienie śledztwa w sprawie przyczyn śmierci prezesa NIK. Sesja ta skończyła się skandalem wywołanym próbą niedopuszczenia i jego i mnie do wygłoszenia referatów na temat afery FOZZ w ogóle, a okoliczności śmierci prezesa NIK w szczególności. Uważam, że ukrytym reżyserem tego skandalu była niejaka prof. Irena Lipowicz, ongiś posłanka Unii Demokratycznej i Unii Wolności, a potem ambasador Polski w Austrii. Pojawiła się na sesji jako członek kolegium NIK i de facto kierowała jej przebiegiem, wyprowadzając tuż przed atakiem na nas całą świtę oficjeli z sali obrad i dając wymowny znak skinieniem głowy prowadzącemu obrady. Chodziło oczywiście o uniemożliwienie nam pokazania związku między śmiercią W. Pańki i M. Falzmanna, a aferą FOZZ, a tym samym zniechęcenie uczestników do podpisywania apelu do ministra sprawiedliwości. To dlatego I. Lipowicz produkowała ciszę. Dziś jest Rzecznikiem Praw Obywatelskich. To dużo mówi o mechanizmach i sprężynach kluczowych karier politycznych w III RP.

 

Cisza – pisał bowiem R. Kapuściński – żąda, aby wrogowie ciszy znikali nagle i bez śladu. Cisza chciałaby, żeby jej spokoju nie zakłócał żaden głos – skargi, protestu, oburzenia. Tam gdzie rozlegnie się taki głos, cisza uderza z całej siły i przywraca stan poprzedni – to znaczy stan ciszy.

 

Ta cisza medialna i polityczna jest celowo produkowana przez 20 lat. Kto jest podmiotem tej złowrogiej produkcji? Kto ma możliwość przez 20 lat stałego i skutecznego wpływu na aparat ścigania i wymiary sprawiedliwości, rządzące i opozycyjne partie polityczne oraz system medialny z kluczowymi koncernami medialnymi? Jest to w istocie pytanie, w jakim państwie żyjemy i czym jest III RP?

  

Ukryte panowanie społeczne

 

Swoją pełną odpowiedź sformułowałem już przy analizie przyczyn niszczenia polskiego górnictwa węgla kamiennego, gdyż paradoksalnie podmiot tej wyniszczającej restrukturyzacji, jak i podmiot produkujący ciszę w sprawie przyczyn śmierci W. Pańki, a szerzej w sprawie afery FOZZ, jest ten sam. Tym podmiotem jest grupa beneficjentów afery FOZZ, dla których rabunek finansów publicznych Polski stał się źródłem kapitałów finansowych, a w konsekwencji również podstawą panowania społecznego. W. Pańko znał część z nich być może nawet z nazwiska i imienia. Jest to licząca prawdopodobnie około kilkuset osób sieć postkomunistycznej oligarchii polityczno-finansowej, wyrosłej na bazie wysokich funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych, szczególnie wojskowych. Stworzyli oni swoiste alternatywne antypaństwo, by użyć określenia zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jest to grupa społeczna o charakterze oligarchii, dzięki skoncentrowania w swoich rękach olbrzymich aktywów politycznych i finansowych. Aktywa polityczne to czarny kapitał społeczny w postaci nieformalnych i niejawnych dla opinii publicznej sieci powiązań i zależności, stworzonych celowo w końcowym okresie PRL i samej transformacji, a przenikających cały aparat państwowy; od władzy wykonawczej i ustawodawczej, po sądowniczą, a także kluczowe działy gospodarki i kluczowe ogniwa systemu medialnego. Kapitał finansowy to olbrzymie aktywa finansowe, a głównie przechwycone strumienie finansów publicznych, od afery FOZZ z przełomu lat 80. i 90. poczynając, a prawdopodobnie na aferze paliwowej sprzed kilku lat kończąc. To rząd co najmniej dziesiątków miliardów złotych.

 

Jest to grupa ukrywająca w sposób profesjonalny swoje istnienie, a stąd niezauważalna, niewidoczna dla opinii publicznej. Ma formę istnienia analogiczną do kosmicznej czarnej dziury. O jej funkcjonowaniu świadczą tylko skutki dla otoczenia społecznego. Dlatego tak ważne jest dla postkomunistycznej oligarchii kontrolowanie państwowych służb specjalnych, gdyż tylko one są w stanie dokonać ich identyfikacji. Stąd tak bolesne okresowo było rozwiązanie WSI, kontrolowanego, a wręcz kierowanego jak sądzę bezpośrednio przez tę oligarchię. A jedyny bezpośredni dowód na jej istnienie z jakim się zetknąłem, to właśnie wypowiedź byłego szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z czasów rządów PiS, Bogdana Świączkowskiego. Mogę powiedzieć tak – ujawnił B. Świączkowski – w czasach kiedy byłem szefem służb specjalnych, dochodziły do nas informacje, że pewne grupy ludzi przygotowują się do tego, żeby podejmować strategiczne decyzje o losach Polski. Jeśli dołożymy do tego informacje ujawnione medialnie, że w zasadzie stare służby wymyśliły Platformę Obywatelską, to można sobie jakoś tę grupę zawęzić. (…) Dla nich pan Tusk jest tylko kukiełką, a te osoby dbają o to, żeby być w cieniu. To znaczy funkcjonować w życiu publicznym, ale jako właściciele firm, przedsiębiorcy, nie starają się być na świeczniku. Ci główni gracze są zawsze w cieniu. (…- W moim przekonaniu (to – WB) wyselekcjonowana przez Służbę Bezpieczeństwa i służby wojskowe na przełomie lat 80. i 90. tzw. grupa biznesmenów oraz ich oficerowie prowadzący. Proszę pamiętać, kto miał podsunąć ideę stworzenia Platformy Obywatelskiej (Tusk to tylko kukiełka, fragmenty przygotowywanego do wydania wywiadu rzeki z byłym szefem ABW Bogdanem Świączkowskim i jego zastępcą Grzegorzem Osieczkiem, "Gazeta polska", 28.09.2011).

  

Agentura wpływu i ordynacja wyborcza

 

Głównym instrumentem tej ukrytej celowo kontroli i wpływania na aparat państwowa, gospodarkę i system medialny była i jest agentura wpływu, utworzona z agentury komunistycznych służb specjalnych. Zaciekłość zwalczania lustracji wynikała i wynika z ochrony instrumentu panowania oligarchicznego. Ta polityczna agentura policyjnego i wojskowego wywiadu krajowego została bowiem przekształcona w agenturę wpływu, z równoczesnym jej rozmieszczeniem w kluczowych ośrodkach systemu polityczno-państwowego, gospodarczego i medialnego. Agentura wpływu to poszczególne osoby, zwłaszcza wpływowe i uznawane za autorytety oraz instytucje, w tym partie polityczne, czy tylko ich kierownictwa, które usytuowane w sferze polityki, mediów, wymiaru sprawiedliwości i gospodarki wykonują zadania zlecane przez sieć oligarchii – od podejmowania i wpływania na decyzje, po uzasadnianie, motywowanie i opiniowanie Szczególnie ważną rolę odgrywała tu i odrywa medialna agentura wpływu, umożliwiająca skuteczną cenzurę i dezinformację opinii publicznej mimo formalnej wolności słowa.

 

Ale decydującym instrumentem ustrojowym panowania pokomunistycznej oligarchii polityczno-finansowej jest panowanie nad Sejmem, czyli partiami politycznymi w Sejmie. Tym ustrojowym instrumentem panowania jest tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu, dzięki której od 20 lat następuje samokooptacja klasy politycznej wyłonionej przy okrągłym stole. Pozbawienie obywateli biernego prawa wyborczego poprzez uniemożliwienie samodzielnego startu w wyborach do Sejmu bez pośrednictwa list partyjnych i zredukowanie prawa czynnego do głosowania na już wybranych przez oligarchie partyjne, wzmocnione 5% progiem wyborczym i finansowaniem partii, które już weszły do Sejmu, skutecznie unieruchamia scenę polityczną. Kontrola zaś systemu medialnego, w sytuacji gdy faktycznie głosuje się na medialne wizerunki partii i ich liderów, pozwala na panowanie oligarchii nad Sejmem, a w konsekwencji nad państwem, a w konsekwencji nad Polską, przy zachowaniu pozorowanej demokracji, w której wybory parlamentarne są farsą.

 

XX rocznica tragicznej śmierci prezesa NIK prof. Waleriana Pańki, a nieco wcześniej odkrywcy afery FOZZ Michała Falzmanna, jest tragiczną okazją by ponownie przypomnieć, iż bez zmiany ustrojowych gwarancji panowania postkomunistycznej oligarchii w postaci proporcjonalnej ordynacji wyborczej, nie tylko nigdy nie wyjaśnimy rzeczywistych przyczyn tych śmierci, ale nasze państwo będzie nadal spychane w przepaść cywilizacyjną.

 

 Dąbrowa Górnicza, 7 października 2011

 *Tekst dla: "Nowy Kurier. Polish – Canadian Independent Courier", Toronto, Kanada