Wydarzenia kanikularne - jak króliki
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
24.07.2013.

Wydarzenia kanikularne - jak króliki

 

 

Stanisław Michalkiewicz Felieton  •  tygodnik „Nasza Polska”  •  24 lipca 2013

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2876

Ach, wydawałoby się, że to letnie kanikuły, a tymczasem wydarzenia gonią się jak króliki, aż nie wiadomo, od czego zacząć. Zaczynam tedy od wizyty pana prezydenta Komorowskiego w Łucku, gdzie młody Ukrainiec pojednał się z nim na całego, rozgniatając mu jajko na garniturze. Pan prezydent Komorowski nie obraził się, bo jest bardzo skromny - co zresztą jest całkowicie uzasadnione - a poza tym i tak miał szczęście, że to było jajko, a nie, dajmy na to, pilnik, którym w podobnych okolicznościach włoski anarchista Ludwik Lucheni przebił serce cesarzowej Elżbiety zwanej Sisi.

Ale - jak przed kilkoma laty zauważył pan marszałek Bronisław Komorowski - „jaki prezydent - taki zamach” - więc właściwie tylko jajka szkoda, bo garnitury - jak się domyślam - stalowane są na koszt Rzeczypospolitej. Zresztą „plama głupstwo - mama doda - ale ponczu, ponczu szkoda” - pisał Boy-Żeleński o Stasiu, co to na sukni zrobił plamę, oblał bowiem ponczem mamę - cytując pełną wielkodusznej godności, powyższą odpowiedź mamy. Mam nadzieję, że garnitur obsmarowany jajkiem pan prezydent umieści w jakimś sanktuarium - na przykład w Muzeum Żydów Polskich, cierpiącym - jak słychać - na brak eksponatów, dzięki czemu można będzie urządzać tam pielgrzymki karierowiczów pod hasłem: „kto chce w Polsce awansować - musi gacie pocałować” - ale również w charakterze votum za cudowne ocalenie. Że nie może liczyć na swoją ochronę - to już chyba się przekonał - więc na wszelki wypadek lepiej będzie zjednać sobie przychylność zaświatów - ktokolwiek jest tam pośród gwiezdnych głusz - a najlepiej - przypomnieć sobie, iluż to nieszczęść można by uniknąć, gdyby tak ludzie nie wychodzili z domu. Ponieważ pan prezydent, podobnie zresztą jak jego poprzednicy - pali chanukowe świeczki i z urzędu uczestniczy w różnych innych ceremoniach, to myślę, że sprawa protekcji jest załatwiona na tej samej zasadzie, która pewnemu ziemianinowi z Kieleckiego podyktowała wstęp do testamentu: „O los mej duszy na tamtym świecie jestem spokojny, bo całe życie byłem przykładnym katolikiem, często wspierałem ewangelików pastorów, a niezłym też groszem przyczyniłem się do naprawienia dachu bóżnicy w Pińczowie”.

Jeszcześmy nie ochłonęli po przygodzie, jaka spotkała pana prezydenta, a tu przewielebny ks. Wojciech Lemański zbuntował parafian z Jasienicy przeciwko JE abpowi Henrykowi Hoserowi, który zdjął go dyscyplinarnie z funkcji proboszcza. Przewielebny ks. Lemański się odwołał, błędnie mniemając, że odwołanie w trybie administracyjnym jest tak samo dewolutywne, to znaczy - wstrzymujące wykonanie zaskarżonej decyzji, jak w postępowaniu karnym - i nawet w błogiej nieświadomości wytykał ignorancję jurydyczną wysłannikom Ekscelencji podczas ustawki z udziałem parafian i niezależnych mediów głównego nurtu.

Najwyraźniej ktoś starszy i mądrzejszy musiał jednak zwrócić jego uwagę, jak bardzo się myli nie tylko w kwestiach kanonicznych, ale i znacznie ważniejszych. Tedy następnego dnia przewielebny ks. Lemański śpiewał już z całkiem innego klucza, to znaczy - pokojowo, posuwając się nawet do zwrócenia uwagi parafian na ludzi, których nie znał, a którzy wznosili najgłośniejsze i najbardziej buńczuczne okrzyki.

Mogę do tego dodać, że podpisy w obronie ks. Lemańskiego zbierają również konfidenci tajnych służb - bo jeden taki, który obsrywa mi notorycznie pocztę, właśnie nadesłał kolejny elaborat, zachęcający do udzielania poparcia przewielebnemu księdzu Wojciechowi. Dlaczego służby tak sobie w nim upodobały - nietrudno zgadnąć. Państwo o zapędach totalniackich nie toleruje żadnej władzy poza własną i dlatego niszczy nawet władzę rodzicielską, a cóż dopiero - kościelną? Tak czy owak, to znaczy - czy to przy pomocy oddelegowanych i specjalnie zadaniowanych tajniaków, czy to przy pomocy funkcjonariuszy poprzebieranych za dziennikarzy niezależnych mediów głównego nurtu - te wszystkie „Stokrotki” i im podobne - przewielebny ksiądz Lemański pokazał JE abpowi Hoserowi „siłę demokracji” i pewnie liczy na to, że po takiej pokazówce również Ekscelencja się zreflektuje.

Obawiam się tedy, że nie jest to jeszcze ostatni akt tej tragifarsy, przypominającej imprezy z udziałem „księży patriotów”. Czy jest to jaskółka zwiastująca budowę w naszym nieszczęśliwym kraju „Żywej Cerkwi” - tego wykluczyć nie można, zwłaszcza po 20 maja, kiedy to prezydent Putin nakazał rosyjskiej FSB nawiązanie współpracy ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego w Polsce. „Żywa Cerkiew”? Pourquoi pas?

Tymczasem soldateska, okupująca nasz nieszczęśliwy kraj z wykorzystaniem ustanowionego w 1989 roku przez generała Kiszczaka i jego konfidentów ekonomicznego modelu państwa w postaci kapitalizmu kompradorskiego, doprowadziła do bankructwa finansowego państwa. Mimo kreatywnej księgowości pana ministra Rostowskiego, w końcu wyszło z worka szydło w postaci 24 miliardów, których rządowi zabrakło już teraz. W tej sytuacji premieru Tusku kazano „zawiesić” próg bezpieczeństwa zainstalowany w ustawie o finansach publicznych. W razie deficytu, który ten próg przekracza, nie można już go zwiększyć poprzez korektę ustawy budżetowej. A ponieważ w tegorocznej ustawie budżetowej deficyt został zaplanowany na maksymalnie dopuszczalnym poziomie, to normalnie o żadnej korekcie ustawy budżetowej mowy być nie może. Ale nasze demokratyczne państwo prawne normalne przecież nie jest - więc okupująca je soldateska nakazała premieru Tusku próg bezpieczeństwa „zawiesić” na takiej samej zasadzie, jak w wojsku się „organizuje”.

„Chłopie! Co mi tam będziesz bzdurzył,

czyś w wojsku nigdy ty nie służył?!

Nie masz siewnika? Zorganizuj!”

- perorował dowodzący wojskową grupą operacyjną generał Tumor w poemacie Szmaciak w mundurze, czyli wojna pcimska pióra niezapomnianego Janusza Szpotańskiego.

W przypadku premiera Tuska przyjmie to postać przejścia do porządku nad ograniczeniami wynikającymi z ustawy o finansach publicznych - co przy okazji będzie testem również i dla opozycji parlamentarnej. Jeśli przymknie na to oko - to bez względu na to, jaką nienawiścią zieje do rządu premiera Tuska, da tym samym dowód subordynacji wobec soldateski, a więc - przynależności do „układu”.

Na to właśnie wskazywałaby okoliczność, że chociaż na przestrzeni ostatnich 23 lat zmieniło się wiele rządów, to przecież kapitalizm kompradorski, ta przyczyna zwijania się naszego narodu i słabnięcia naszego państwa, nawet nie drgnął. Czyżby bez względu na to, kto przez te ostatnie 23 lata wygrywał wybory, za każdym razem były one wygrane? Ładny interes!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.