Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.
Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.
Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.
W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:
Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.
Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.
Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .
Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.
Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.
Polska przygotowuje ogólnokrajowy system ewakuacji ludności. Choć prace trwają już od 2025 roku, a wszystkie województwa przekazały Rządowemu Centrum Bezpieczeństwa swoje plany, Krajowy Plan Ewakuacji nadal jest dokumentem pozostającym w procesie uzgadniania i formalnego zatwierdzania. W tym sensie można mówić, że plan „powstaje” – nie dlatego, że prace dopiero się zaczęły, lecz dlatego, że krajowy system nie został jeszcze formalnie domknięty.
Dokument ma połączyć rozwiązania przygotowane na poziomie województw i określać m.in. trasy przemieszczania ludności, miejsca przyjęcia, transport, zakwaterowanie oraz zabezpieczenie pozostawionego mienia. W proces zaangażowane jest także Wojsko Polskie.
Nie oznacza to, że zapadła decyzja o ewakuacji Polski – państwo przygotowuje procedury, które mają być gotowe na wypadek wojny, zagrożenia wojną lub klęski żywiołowej.
Fot. Warszawa w Pigułce
Krajowy Plan Ewakuacji nie powstaje od zera
Podstawą całego systemu jest ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Przepisy przewidują przygotowanie Krajowego Planu Ewakuacji przez dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Dokument ma opierać się na planach przygotowanych na poziomie województw i spinać je w jeden system pozwalający koordynować działania także wtedy, gdy ewakuacja obejmowałaby więcej niż jeden region.
Po zmianach obowiązujących od lipca 2026 roku Krajowy Plan Ewakuacji jest opracowywany przez dyrektora RCB we współpracy z Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Plan krajowy oraz plany wojewódzkie sporządza się na okres trzech lat i aktualizuje w zależności od potrzeb. Dokument krajowy podlega następnie zatwierdzeniu przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych.
Nie oznacza to jednak, że państwo dopiero teraz rozpoczyna przygotowania. Proces został uruchomiony już w 2025 roku, a znaczna część prac na niższych szczeblach została wykonana wcześniej.
Wszystkie województwa przekazały już swoje plany do RCB
Wytyczne dotyczące przygotowania wojewódzkich planów ewakuacji zostały opracowane przez RCB wspólnie ze Sztabem Generalnym Wojska Polskiego oraz Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. W czerwcu 2025 roku trafiły do województw. Pierwszych projektów planów wojewódzkich RCB oczekiwało do końca października 2025 roku.
Ten etap został już zakończony. W styczniu 2026 roku dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie plany ewakuacji. RCB przeanalizowało dokumenty i przekazało do nich uwagi. Województwa miały następnie nanosić poprawki i uzgadniać rozwiązania tak, aby możliwe było ich połączenie w jeden system krajowy.
Oznacza to, że obecnego etapu nie należy rozumieć jako początku prac nad ewakuacją ludności. Dokumentacja wojewódzka już istnieje. W styczniu 2026 roku RCB informowało, że trwa jej uzgadnianie i że Centrum zbliża się do końca prac nad Krajowym Planem Ewakuacji. Z kolei w rządowym sprawozdaniu opublikowanym wiosną 2026 roku wskazywano, że po uzgodnieniu wojewódzkich planów dokument krajowy zostanie przedstawiony ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych do zatwierdzenia. W dostępnych publicznie komunikatach nie ma późniejszego jednoznacznego potwierdzenia zakończenia tej procedury.
Gminy i powiaty przygotowują wkłady, wojewoda tworzy plan
System jest wielopoziomowy. Na poziomie gmin i powiatów przygotowywane są wkłady potrzebne do stworzenia wojewódzkiego planu ewakuacji ludności. Obejmują one informacje dotyczące między innymi liczby mieszkańców, możliwości transportowych, infrastruktury, potencjalnych miejsc przyjęcia ludności oraz zasobów, które mogą zostać wykorzystane podczas prowadzenia ewakuacji.
Na podstawie tych danych wojewoda przygotowuje plan dla całego województwa. Dokumenty wojewódzkie są następnie uzgadniane z Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, a ich połączenie ma stanowić podstawę Krajowego Planu Ewakuacji.
W uproszczeniu system wygląda więc następująco:
gminy i powiaty → województwa → Rządowe Centrum Bezpieczeństwa → Krajowy Plan Ewakuacji.
Nie chodzi więc o jeden dokument opracowany wyłącznie przez administrację centralną. Krajowy system powstaje z danych i rozwiązań przygotowanych wcześniej na poziomie lokalnym i regionalnym.
Co musi zostać zaplanowane przed ewakuacją?
Ustawa szczegółowo określa elementy, które trzeba uwzględnić przed wystąpieniem zagrożenia. Jednym z podstawowych jest liczba osób przewidzianych do ewakuacji z danego obszaru. Administracja musi również wiedzieć, jaka infrastruktura transportowa może zostać wykorzystana oraz jakimi środkami będzie można przewozić mieszkańców.
Planowanie może obejmować transport lądowy, kolejowy, wodny i powietrzny. Trzeba też wcześniej wskazać miejsca, do których zostaną skierowani ewakuowani mieszkańcy, oraz określić możliwości ich zakwaterowania.
Dokumentacja obejmuje również dostępne środki transportu, siły potrzebne do zabezpieczenia operacji, osoby odpowiedzialne za jej koordynację oraz sposób przekazywania informacji mieszkańcom. Wszystkie te elementy mają być przygotowane wcześniej, aby podczas rzeczywistego zagrożenia nie trzeba było organizować całej operacji od początku.
Plan obejmuje również ochronę pozostawionego mienia
Ewakuacja nie sprowadza się wyłącznie do przemieszczenia mieszkańców z jednego miejsca do drugiego. Przepisy wymagają także określenia sił i środków potrzebnych do zabezpieczenia prowadzonej operacji oraz ochrony mienia pozostawionego na opuszczonych terenach.
W przypadku masowej ewakuacji państwo musi więc wiedzieć nie tylko, którędy skierować ludzi i czym ich przewieźć, ale także jak zabezpieczyć obszary, z których mieszkańcy zostali wyprowadzeni. Dotyczy to między innymi ochrony budynków, infrastruktury oraz przeciwdziałania grabieżom i innym zagrożeniom, które mogłyby pojawić się na czasowo opuszczonych terenach.
Dokąd mieliby zostać skierowani mieszkańcy?
Takie decyzje również nie powinny być podejmowane dopiero w momencie wystąpienia zagrożenia. Na poziomie wojewódzkim określane są obszary i kierunki ewakuacji oraz miejsca przyjęcia ludności. Jeżeli konieczne byłoby przemieszczenie mieszkańców pomiędzy województwami, kluczowe znaczenie ma koordynacja na poziomie krajowym.
W przypadku planów przeznaczonych do wykorzystania podczas mobilizacji, stanu wojennego lub wojny konieczne jest również uzgadnianie części rozwiązań ze strukturami wojskowymi. Dotyczy to między innymi dróg przemieszczania ludności oraz rejonów jej czasowego pobytu.
Ma to ogromne znaczenie podczas konfliktu zbrojnego. Tymi samymi drogami i liniami kolejowymi mogą przemieszczać się wojska, sprzęt, służby ratownicze, transport medyczny i ludność cywilna. Tras ewakuacyjnych nie można więc planować w oderwaniu od potrzeb obronnych państwa.
Czy można zarządzić ewakuację w skali całej Polski?
Przepisy pozwalają na prowadzenie i koordynowanie ewakuacji także na poziomie całego kraju. Podczas stanu wojennego i wojny Szef Obrony Cywilnej, którym jest minister właściwy do spraw wewnętrznych, posiada kompetencje pozwalające zarządzać działaniami w skali ogólnopolskiej oraz wskazywać województwa, do których ma być kierowana ludność.
Nie należy tego jednak rozumieć jako planu jednoczesnego opuszczenia domów przez wszystkich mieszkańców Polski. Ogólnokrajowy system jest potrzebny przede wszystkim po to, aby można było przemieszczać ludność z regionów szczególnie zagrożonych do bezpieczniejszych części kraju i koordynować takie działania pomiędzy województwami.
Dlatego określenie „plan ewakuacji całej Polski” oznacza przede wszystkim system obejmujący cały kraj, a nie gotową decyzję o ewakuowaniu wszystkich mieszkańców.
Nie tylko wojna. Plany dotyczą również klęsk żywiołowych
System nie został przygotowany wyłącznie na wypadek konfliktu zbrojnego. Ustawa przewiduje sporządzanie planów ewakuacji na wypadek zagrożenia wojną, wojny, przewidywanego wystąpienia klęski żywiołowej oraz już trwającej klęski żywiołowej.
W praktyce oznacza to, że rozwiązania mogą zostać wykorzystane również podczas wielkiej powodzi, rozległego pożaru, katastrofy przemysłowej lub innego zdarzenia, które powoduje konieczność szybkiego przemieszczenia dużej liczby mieszkańców.
Skala ewakuacji może być bardzo różna. W jednym przypadku może chodzić o część miejscowości lub dzielnicy, w innym o kilka powiatów, całe województwo albo operację wymagającą przewożenia mieszkańców pomiędzy regionami.
Polska równolegle rozwija miejsca schronienia
Planowanie ewakuacji jest jednym z elementów szerszego systemu ochrony ludności. Równolegle rozwijana jest baza miejsc, w których mieszkańcy mogą szukać ochrony podczas zagrożenia. Pod koniec maja 2026 roku MSWiA informowało, że w systemie „Gdzie się ukryć” znajdowało się blisko 84 tys. punktów mogących pomieścić niemal 24 mln osób.
Nie oznacza to jednak, że Polska posiada 24 mln miejsc w pełnowartościowych schronach. System obejmuje różne rodzaje obiektów zapewniających odmienny poziom ochrony. Mogą to być między innymi schrony, ukrycia, miejsca doraźnego schronienia, przejścia podziemne, tunele, stacje metra czy garaże podziemne. Nie wszystkie zapewniają taki sam poziom zabezpieczenia.
Warszawa jest częścią większego systemu
W przypadku stolicy planowanie ewakuacji ma szczególne znaczenie ze względu na liczbę mieszkańców, koncentrację administracji państwowej oraz obecność kluczowej infrastruktury. Warszawa prowadzi własne przygotowania w zakresie ochrony ludności, jednak nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty województwa mazowieckiego i całego kraju.
Lokalne rozwiązania przygotowywane przez miasto są elementem szerszego systemu. Dane i założenia z poziomu Warszawy trafiają do planowania wojewódzkiego, a plan województwa mazowieckiego jest następnie jednym z dokumentów wykorzystywanych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przy budowie systemu krajowego.
To nie oznacza, że ewakuacja Polski ma nastąpić
Sam fakt przygotowywania i uzgadniania planów ewakuacyjnych nie oznacza, że zapadła decyzja o ewakuacji Warszawy, Mazowsza ani jakiegokolwiek innego obszaru Polski. Nie jest to również informacja, że rząd spodziewa się takiej operacji w najbliższym czasie.
Istotą systemu ochrony ludności jest przygotowanie procedur jeszcze przed wystąpieniem zagrożenia. Administracja ma wcześniej wiedzieć, ilu ludzi trzeba będzie przemieścić, jakie środki transportu można wykorzystać, którędy skierować mieszkańców, gdzie ich zakwaterować, w jaki sposób ich powiadomić oraz kto będzie odpowiedzialny za poszczególne elementy operacji.
Dopiero w sytuacji rzeczywistego zagrożenia właściwe organy podejmują decyzję, czy ewakuacja jest konieczna, jakiego obszaru ma dotyczyć i dokąd należy skierować jego mieszkańców.
Krajowy system jest dziś znacznie bardziej zaawansowany niż rok temu
Najważniejsza zmiana względem 2025 roku polega na tym, że wojewódzkie plany nie są już dopiero przygotowywane. W styczniu 2026 roku dyrektor RCB Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie dokumenty do Centrum. RCB przekazało do nich uwagi, a następnie trwał proces wprowadzania zmian i uzgadniania planów. Dokumentacja regionalna już więc istnieje i – jak podkreślał dyrektor RCB – w razie nagłej potrzeby województwa mogłyby z niej korzystać.
W ostatnich tygodniach w mediach PiSowskich pojawiło się szereg publikacji na temat Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej – wiceminister obrony narodowej. Media PiSowskie pisały na temat związków tej kobiety z Niemcami.
Oczywiście manipulują i wielu naiwnych patriotów na to się łapie; w rzeczywistości owa białogłowa jest związana z różnymi ośrodkami zagranicznymi, a komponent niemiecki jest najsłabszy. Dyletanci, hipokryci z PiS, jak zawsze nie widzą wpływów Anglosasów na polską politykę. Zanim przejdę do życiorysu Sobkowiak-Czarneckiej, zwrócę uwagę na relacje Niemców z Anglosasami.
Rola Prus
Anglia zawsze zwalczała najsilniejsze państwa europejskie. Politycy angielscy wspierali Prusy. Demonizowana w Polsce caryca Katarzyna chciała przekształcić Polskę w protektorat. Chciała mieć względną kontrolę nad całym terenem Polski, a nie tylko częścią (po trzecim rozbiorze, takie miasta jak Grodno i Warszawa przypadły Prusakom). Autorem i promotorem rozbiorów Polski był Ewald Friedrich von Hertzberg – pruski minister spraw zagranicznych w latach 1768-1791. Prusak był sprytny, bo mamił naiwnych Polaków sojuszem polsko-pruskim wymierzonym w Rosję. Jednocześnie w okresie rozbiorów ambasadorami Imperium Rosyjskiego w naszym kraju byli bałtyccy Niemcy – Otto Magnus von Stackelberg, Jakob Sievers. To Prusacy wspierali polskie powstania w XIX wieku wymierzone w Rosję, by za cenę ustępstw ze strony Rosji na koniec wesprzeć Moskwę w dławieniu buntu Polaków.
Prusy i Anglia
Królestwo Polskie powstało dzięki inicjatywie propolskiego cara Aleksandra I. Anglicy na Kongresie Wiedeńskim występowali przeciwko planom stworzenia Królestwa Polskiego. Z jednej strony mówili o oderwanych od rzeczywistości wizjach odrodzenia Polski w granicach sprzed rozbiorów, by wbić klin między Polakami a Rosjanami.
Józef Konrad Korzeniowski, polski pisarz znany był również jako Joseph Conrad z racji tego, że wiele lat życia spędził w Anglii. Wujkiem Korzeniowskiego był słynny Stefan Bobrowski (ten, co mówił o wylewaniu polskiej krwi, ażeby niemożliwe było porozumienie polsko-rosyjskie). Ojcem Józefa Konrada Korzeniowskiego był Apollo Korzeniowski. Apollo Korzeniowski także był zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Korzeniowscy mieli swoje majątki na Wołyniu. Młody Korzeniowski wspomniał, że ojciec przyjmował Anglików w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Wołyń ma wiele walorów przyrodniczych, jednak nie sądzę, by Anglicy podziwiali tam przyrodę.
Powstania stanowiły stratę dla Polski. Zyskali przede wszystkim Prusacy (powstanie przyczyniło się do zjednoczenia Niemiec), Anglicy, koła niechętne Polakom w Petersburgu (zdominowane przez bałtyckich Niemców). Powstanie styczniowe zablokowało powstanie sojuszu francusko-rosyjskiego z Polakami jako junior partnerami, co było w interesie Anglików i Niemców. Otto von Bismarck był polakożercą, ale z perspektywy niemieckiej był wielkim mężem stanu. Za czasów rządów Bismarcka Niemcy stały się potęgą. Niemcy stały się konkurentem i w dłuższej perspektywie czasowym wrogiem Londynu.
Małpie zegarek?
Po I wojnie światowej Anglosasi robili wszystko, żeby Niemcy nie ucierpiały zbytnio na powojennym ładzie. Brytyjski premier David Lloyd George powiedział słynne słowa „oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek”. Politycy brytyjscy sprzeciwiali się przyznaniu Górnego Śląska naszej ojczyźnie. Podobnie Wielka Brytania podchodziła do kwestii innych ziem na zachodzie i północy. Z drugiej strony Wielka Brytania nic Polakom nie oferowała na wschodzie. George Curzon był ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii w latach 1919-1924. Prawdziwym autorem linii Curzona był Lewis Bernstein Namier (cioteczny dziadek braci Kurskich). Linia Curzona był niekorzystna dla Polski. Lauda, Wileńszczyzna były zdominowane etnicznie przez Polaków.
Absurdalna decyzja
Niemcy w trakcie II wojny światowej liczyli na dogadanie się z Anglosasami. Irracjonalne z punktu widzenia niemieckich interesów było wysłanie samolotów zamiast czołgów na wycofujących się Brytyjczyków. Adolf Hitler chciał swym gestem zachęcić Londyn do zawarcia pokoju. Była to taktyka absurdalna, bowiem zniszczenie sił brytyjskich na francuskich plażach mogłoby doprowadzić w brytyjskich kręgach politycznych do zawarcia pokoju z Niemcami. Późniejsza misja Rudolfa Hessa daje mi podstawy to postawienia hipotezy, że Brytyjczycy dali do zrozumienia Niemcom, że mogą zaatakować ZSRR, a Wielka Brytania będzie pozorować walkę na drugorzędnych frontach. Niemcy zaatakowały ZSRR, nie rozwiązując problemów z Wielką Brytanią, co jest absurdalne, chyba że nieoficjalnymi kanałami Londyn zapewnił Berlin, że nie wesprze ZSRR (po czym Niemcy zostali oszukani).
Nieudany zamach – na szczęście
W łonie ośrodków decyzyjnych w Niemczech nie brakowało ludzi zorientowanych na Anglosasów. Wilhelm Canaris, szef Abwehry (niemiecki kontrwywiad i wywiad), co najmniej tolerował w swoim otoczeniu ludzi mający kontakty z Anglosasami. Bardzo dobrze, że nie udał się zamach na Adolfa Hitlera 20 lipca 1944 roku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Niemcy dogadaliby się z Anglosasami. Kontakty z Anglosasami miał sam Heinrich Himmler. Himmler wiedział o zamachu na Hitlera, bowiem wśród spiskowców miał swojego człowieka Hansa Bernda Giseviusa. Gisevius jako niemiecki dyplomata w Szwajcarii utrzymywał kontakty z Allenem Dullesem – szefem amerykańskiego wywiadu w Europie. Nieudany zamach na Hitlera doprowadził do tego, że Armia Czerwona i polscy żołnierze zdobyli Berlin i Niemcy zostały pokonane. Mogła się odrodzić Polska z przyzwoitymi granicami lepszymi niż te, jakich chcieli Anglosasi dla naszej ojczyzny.
Jankeska EWG
Po II wojnie światowej to Jankesi promowali powstanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii Europejskiej) poprzez swojego człowieka, jakim był kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Anglosasi nie przeszkadzali w ucieczce wielu niemieckich zbrodniarzy do Ameryki Południowej czy do proamerykańskiej, probanderowskiej Hiszpanii rządzonej przez generała Francisco Franco (w Hiszpanii przedsiębiorcą został słynny Otto Skorzeny). Reinhard Gehlen kierował niemieckim wywiadem na odcinku wschodnim w okresie III Rzeszy, a po II wojnie światowej przeszedł na żołd Jankesów, tworzył wywiad Republiki Federalnej Niemiec). Słynny Plan Marshalla miał na celu uzależnienie krajów europejskich od Stanów Zjednoczonych Ameryki, a także miał odbudować Republikę Federalną Niemiec w celu potencjalnej konfrontacji z ZSRR i naszą ojczyzną.
Niemcy niesuwerenne
Niemcy są beneficjentami zmian w Polsce, jednak odbywa się to za zgodą Anglosasów. Niemcy nie prowadzą polityki suwerennej. Gdyby tak było, była kanclerz RFN Angela Merkel nie mówiłaby o tym, że Porozumienia Mińskie były po to, żeby oszukać Federację Rosyjską i dać sobie czas na dozbrojenie kijowskiego reżimu. Obecny jeszcze kanclerz RFN Friedrich Merz (choć już na wylocie) jest podżegaczem wojennym, byłym prawnikiem funduszu inwestycyjnego BlackRock. Gdyby Niemcy prowadzili suwerenną politykę, to kupowaliby surowce od Federacji Rosyjskiej i jej partnerów, a nie drogie surowce od Jankesów. Gdyby Niemcy realizowali swoją politykę, to owszem wzorem Prusaków i Bismarcka szczuliby mniejsze kraje na Moskwę, a następnie je sprzedawali w zamian za korzyści uzyskane od Moskwy. Niemcy nie prowadzą suwerennej polityki. Gdyby Niemcy były potężne, wszechmocne i – to co PiSowskie media im przypisują – to nigdy nie doszłoby do tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie. Niemcy podtrzymują wojnę na Ukrainie i dają tlen kijowskiemu neobanderowskiemu, neonazistowskiemu reżimowi.
Produkt Sorosa
Magdalena Sobkowiak-Czarnecka była związana z anglosaską agencją Reuters. Sobkowiak -Czarnecka była uczestniczką programów German Marshall Fund. PiSowskie głąby pewnie słyszą „German” i myślą „niemiecka”, tymczasem pełna nazwa to German Marshall Fund of the United States.
Wystarczy poczytać historię tej fundacji, przejrzeć stronę, żeby dojść do wniosku, że to nie jest fundacja realizująca interesy narodowe Niemców, lecz jest ona ośrodkiem dominacji Jankesów nad Europą. Wśród donatorów są państwa będące pod butem Jankesów lub przejawiające patologiczny kundlizm wobec nich. Sobkowiak-Czarnecka jest także absolwentką Democracy Institute Leadership Academy na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim (uczelnia ta jest finansowana przez George’a Sorosa).
Anglosaskie marionetki
Jak widzimy, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka to grantojed idealny, jednak nie niemiecki. Niemcy są bowiem pod butem Jankesów i nie realizują swojej polityki, a politykę Anglosasów i globalistów. Sobkowiak-Czarnecka może zajść daleko w naszym kraju rządzonym przez różnych innych grantojedów w końcu jej szef Donald Tusk był szkolony przez Jankesów, podobnie jak Karol Nawrocki i cały kureń polskojęzycznych nadwiślańskich politykierów. Wybory parlamentarne za ponad rok. Mam nadzieję, że partie, które chcą uchodzić za myślące po polsku, zapisują w swoim programie walkę z zagranicznymi grantojedami na wzór regulacji, jakie są w Gruzji, Federacji Rosyjskiej, a także w Stanach Zjednoczonych Ameryki (Jankesi jak zawsze wykazują się totalną hipokryzją). Trzeba uświadamiać zwykłych Polaków, żeby nie dawali się nabrać na PiSowskie manipulacje. Mimo, że Prawo i Sprawiedliwość spada w sondażach, to kundlizm wobec Anglosasów ze strony polityków tej formacji jest nie zmienny. Politycy PiS i ich wyznawcy nie mogą przyjąć do swoich otępiałych głów, że za kolonizację polskiej gospodarki, za neobanderyzm, za problemy z migrantami, za politykę Unii Europejskiej odpowiadają i wszystko to jest pochodną polityki Anglosasów i ich marionetek.
Słuchając wystąpień polityków sprawujących w Polsce władzę, dostrzegam, że tracą kontakt z rzeczywistością. Odnoszę wrażenie, że ich wypowiedzi mają związek z czynnikiem zewnętrznym.
Być może z samymi kosmitami?! Dostrzegalne jest ich rażące wyalienowanie z rzeczywistości. Przykłady można mnożyć:
Sobkowiak-Czarnecka gotowa na wojnę z Rosją
We wtorek, 1 września 2026 roku w programie na żywo na antenie TVP Info była dziennikarka, a obecnie wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, pytana o obawy przed konfliktem zbrojnym z Rosją oświadczyła, że Polska jest „absolutnie gotowa”na potencjalne zagrożenia i ewentualną wojnę. Podkreśliła wówczas, że głównym celem i zadaniem podejmowanych przez Polskę działań militarnych oraz zbrojeń jest przede wszystkim skuteczny proces odstraszania przeciwnika. Natomiast z wypowiedzi premiera Donalda Tuska, można wywieść, że zna tajne plany Moskwy!
Raport NIK o obronności
Wypowiedź wiceminister jest sprzeczna z raportami NIK-u, mówiącymi o rażących zaniedbaniach w tej dziedzinie. Najwyższa Izba Kontroli w ostatnich latach wielokrotnie negatywnie oceniała przygotowanie polskiego państwa na wypadek zagrożeń hybrydowych i konfliktu zbrojnego, wykazując krytyczne braki w infrastrukturze ochronnej, procedurach oraz zarządzaniu kryzysowym. W temacie Budowle ochronne i schrony (marzec 2024) kontrola wykazała katastrofalny stan infrastruktury – w schronach i ukryciach były miejsce dla niespełna 4% mieszkańców Polski (ok. 1,4 miliona osób), a większość obiektów nie spełniała wymogów technicznych. W dziedzinie Gotowość Sił Zbrojnych (lata 2025–2026) NIK przeprowadziła również szeroką, w dużej mierze niejawną kontrolę dotyczącą stanu przygotowania Sił Zbrojnych RP do wojny w warunkach współczesnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa.
A NATO?
1 września 2026 rokuMariusz Błaszczak, zapytany w Radiu ZET, czy polscy żołnierze powinni pójść z odsieczą, gdyby Rosja zaatakowała kraje bałtyckie, odparł, że polscy żołnierze powinni bronić polskich granic. Polityczne szaleństwo i nieodpowiedzialność – tak o słowach byłego ministra obrony z Prawa i Sprawiedliwości mówił w TOK FM Wiesław Szczepański, wiceszef MSWiA. Zdaniem Szczepańskiego to zaprzeczenie idei Sojuszu Północnoatlantyckiego. Polscy żołnierze obronią tylko granic Polski? „Błaszczak podważył całą ideę NATO” – grzmiał.
Korpomowa za 200 tysięcy
Wybitną specjalistką od kształtowania marki i wizerunku, według słów premiera Donalda Tuska, jest prof. Barbara Mróz-Gorgoń. Pod koniec lipca 2026 roku premier powołał ją na stanowisko Pełnomocniczki Rządu ds. Promocji Marki Polski oraz sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Donald Tusk rekomendował ją wówczas publicznie jako „najwybitniejszą w Polsce specjalistkę od kształtowania marki”. Wokół jej postaci szybko wybuchły kontrowersje. W sierpniu 2026 roku w mediach pojawiły się informacje o przygotowanym przez nią raporcie Polaków portret własny, który miał kosztować około 200 tysięcy złotych. Analizy wykazały, że dokument w dużej części został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Zawierał on liczne błędy oraz specyficzny, pełen anglicyzmów język (tzw. korpomowę).
Z salonu kosmetycznego do premiera
Donald Tusk, lubi otaczać się postaciami wybitnymi. W 2024 roku w jego otoczeniu znalazła się Kristina Voronovska, jako jego asystentka społeczna. Internauci szybko zaczęli szukać kolejnych informacji o kobiecie. Udało im się ustalić, że przed dołączeniem do zespołu Tuska, Voronovska pracowała w biurze krajowym Platformy Obywatelskiej i w salonie kosmetycznym Dream of Beauty w Warszawie. Salon potwierdził, że kobieta pracowała tam w przeszłości. Voronovska wychowała się na Ukrainie, kończyła tam ekonomię i pracowała w ukraińskiej bankowości. W Polsce mieszka od 2018 roku.
Żurek oderwany
Panteon wybitnych ludzi z ekipy Donalda Tuska byłby nie pełny, gdybym nie wspomniał obecnego ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Występując 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy w ramach tego teatrum, prócz wielu życzeń skierowanych do Ukraińców, podziękował Ukraińcom walczącym na froncie, mówiąc, że bronią oni Europy przed „hordami ze Wschodu”. Oświadczył, że powołał ponad stu prokuratorów w całym kraju do ścigania każdego przejawu nienawiści, a osoby stosujące przemoc lub lżące innych trafiają następnego dnia w kajdanach do aresztu.
Słuchając jego wystąpienia, odniosłem wrażenie, że ze sceny mówi ktoś, kto traci kontakt z rzeczywistością i nie potrafi odróżnić tego, co jest prawdą, od tego, co dzieje się tylko w jego umyśle. Ponieważ wątpliwym jest, aby Ukraina szybko weszła w struktury NATO i Unii Europejskiej. Wątpliwym też jest jej zwycięstwo w toczonej wojnie. Oświadczenia polityczne ministra Żurka odebrałem jako coś, do czego on nie jest politologicznie poprawnie przygotowany i do czego – chociażby z tej przyczyny – wygłaszania nie jest uprawniony.
Albowiem wojna za naszą południowo wschodnią granicą de facto jest wojną zastępczą USA z Rosją, na której wykrwawiają się Słowianie. Natomiast co do wejścia Ukrainy w strukturę NATO, decydujący głos należy do prezydenta USA. Ekspresowe wejście Ukrainy do NATO jest czymś, czego zachodni politycy, w tym i politycy w USA, obawiają się. Ponieważ byłoby to automatycznie przystąpieniem NATO do wojny z Rosją.
Żurek koloryzowany
Waldemar Żurek (obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny) w młodości, jako uczeń technikum leśnego pod koniec lat 1980., był związany z Konfederacją Polski Niepodległej (KPN). Publicznie wielokrotnie odwoływał się do tradycji KPN, wskazując m.in. Leszka Moczulskiego jako swojego idola z tamtych lat. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku środowiska prawicowe (m.in. stowarzyszenie Prawnicy dla Polski) zarzuciły Żurkowi „podkoloryzowanie” opozycyjnego życiorysu z czasów PRL. Krytycy kwestionowali realny poziom jego zaangażowania w KPN ze względu na młody wiek w tamtym okresie (urodził się w 1970 roku).
Kolejna klęska
Trudno oprzeć się wrażeniu, że we współczesnej Polsce władzę sprawują amatorzy i ambicjonerzy wspomagani doradcami o wątpliwych kompetencjach. Historia zatoczyła krąg. Podobnie jak w 1939 roku, słychać tromtadrackie wystąpienia złotoustych politykierów. Znowu jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Ponownie rozgrywana jest gra pozorów, której skutki są łatwe do przewidzenia. Zza horyzontu wyłania się kolejna klęska.
W 1989 roku Polska odzyskała wolność. Tylko jest mały problem. Nikt specjalnie nie przygotował projektu tego, co z tą wolnością zrobić.
PRL się kończył. Gospodarka była w rozsypce. Przedsiębiorstwa wymagały reform. Pieniądz tracił wartość. Społeczeństwo chciało Zachodu.
A Zachód? Zachód był przygotowany. Miał ekonomistów, banki, MFW, Bank Światowy, uniwersytety, think tanki, pieniądze i — co najważniejsze — gotowe pomysły.
Polska miała natomiast „Balcerowiczów„. Transformacja nie zaczęła się w sierpniu 1989 roku.
Przez dziesięciolecia Zachód budował kanały kontaktów z polskimi środowiskami akademickimi, gospodarczymi i politycznymi. Stypendia, pobyty naukowe, wymiany akademickie i fundacje tworzyły ludzi, którzy znali zachodnie instytucje, gospodarkę rynkową i sposób myślenia zachodnich elit.
Nie trzeba z tego robić opowieści o tajnych spiskach. Mechanizm był znacznie prostszy. Kształcono ludzi. Tworzono kontakty. Budowano sieci. Przekazywano wiedzę i wzorce.
A kiedy pojawiło się historyczne okno, istniała już grupa ludzi, która potrafiła te wzorce przenieść do Polski. Badania dotyczące zagranicznych pobytów polskich ekonomistów pokazują, że zachodnie stypendia i wyjazdy były jednym z kanałów kształtowania przyszłych elit transformacji. Co znamienne, korzystali z nich również ludzie związani wcześniej z PZPR.
Nie trzeba było produkować agentów. Wystarczyło przez lata kształcić ludzi, którzy Zachód znali lepiej niż Polska znała samą siebie.
Balcerowicz jest tutaj przypadkiem modelowym. Członek PZPR. Ekonomista wykształcony w PRL. Jednocześnie człowiek, który zdobywał doświadczenie akademickie w USA, w tym MBA na St. John’s University w Nowym Jorku. Kilka lat później miał stać się jednym z głównych egzekutorów polskiej transformacji. Nie oznacza to, że ktoś w 1974 roku musiał wiedzieć, że piętnaście lat później Balcerowicz zostanie ministrem finansów.
Ale oznacza coś ważniejszego: powstawała kadra zdolna do funkcjonowania w przyszłym świecie zachodnim. A kiedy ten świat przyszedł do Polski, byli już ludzie, którzy potrafili go tutaj wprowadzić.
I tutaj mit „Planu Balcerowicza” zaczyna wymagać korekty. W 1989 roku Jeffrey Sachs i David Lipton przygotowali dla Polski program radykalnego przejścia do gospodarki rynkowej. Dokument mówił o „sudden and comprehensive jump to a market economy” i określał strategię jako „shock approach”.
We wrześniu 1989 roku Washington Post pisał jeszcze o „Sachs Plan”.
Sachs proponował szybkie i radykalne reformy: prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, cięcia budżetowe i stworzenie rynku kapitałowego. Jego podróże do Polski finansowała fundacja George’a Sorosa.
A później? Sachs znika z nagłówków. Pojawia się: Plan Balcerowicza.
To można nazwać spolonizowaniem terapii szokowej. Nie trzeba nawet zakładać tajnego zebrania w Waszyngtonie. Z politycznego punktu widzenia różnica jest przecież oczywista: „Amerykański profesor proponuje Polsce terapię szokową” brzmi mniej swojsko niż:
„Polski ekonomista przeprowadza Plan Balcerowicza”.
Zagraniczny projekt dostał polskie nazwisko. I polską twarz. Ale jest jeszcze jedna różnica. Balcerowicz firmował. Polacy płacili. To społeczeństwo ponosiło koszty zamykanych przedsiębiorstw, bezrobocia, utraty bezpieczeństwa ekonomicznego i gwałtownego przestawienia gospodarki. Dlatego mówienie, że „Balcerowicz poniósł odpowiedzialność” jest pustym zwrotem. Formalnie odpowiadał za przeprowadzenie reform. Realne koszty ponosiły miliony Polaków. Nie stracił pracy, a wielu straciło dorobek życia.
Gdzie byli polscy projektanci? No właśnie. Polska miała opozycję. Miała Solidarność. Miała Kościół. Miała profesorów. Miała ekonomistów. Miała ludzi niezwykle zdolnych. Ale nie miała silnego, niezależnego ośrodka, który przez lata przygotowywałby kompletny projekt nowego państwa. Kto ma być właścicielem? Co prywatyzować? Czego nie prywatyzować? Jak chronić polski kapitał? Jak reformować przedsiębiorstwa? Jak budować banki? Jak stworzyć nowoczesną administrację? Jak wykorzystać majątek państwowy? Jak ma wyglądać Polska za 20, 30 i 50 lat? Na te pytania nie czekał gotowy polski projekt. Czekał projekt zachodni.
A kiedy nie ma własnego projektu, bierze się projekt dostępny.
A co w tym czasie robił Kościół? Kościół miał w PRL coś, czego nie miała prawie żadna inna niezależna instytucja: miliony ludzi, własną sieć organizacyjną, autorytet, pieniądze i względną niezależność od państwa . Mógł więc zrobić coś niezwykle pożytecznego. Mógł przygotowywać Polaków do rządzenia własnym państwem. Mógł tworzyć środowiska ekonomistów, prawników, administratywistów, inżynierów i przyszłych polityków. Mógł organizować debaty nie tylko o tym, jak żyć zgodnie z Biblią, ale również o tym, jak urządzić Polskę. Nie zrobił tego na odpowiednią skalę. Zamiast szkoły projektowania państwa rozwijał między innymi Ruch Światło-Życie, czyli ruch oazowy. Młodzi ludzie spotykali się na rekolekcjach, czytali Biblię, dyskutowali o wierze, uczestniczyli w liturgii i uczyli się życia we wspólnocie. To wszystko mogło mieć ogromną wartość wychowawczą. Tylko że z punktu widzenia przyszłego państwa pozostawał pewien drobiazg: kto miał zaprojektować jego gospodarkę, administrację, system podatkowy, własność i instytucje? Oaza przygotowywała człowieka do życia chrześcijańskiego. Nie przygotowywała go do zaprojektowania państwa. I nie chodzi o pretensję, że Kościół zajmował się religią. To było jego naturalne zadanie. Problem polega na czymś innym.
Kościół miał potencjał stworzenia ogromnego zaplecza intelektualnego przyszłej Polski, ale nie wykorzystał go do stworzenia własnej szkoły myślenia o państwie. A przecież były inne środowiska I tu sytuacja robi się jeszcze bardziej interesująca. Nie można powiedzieć, że w PRL nie istniały środowiska katolickie i chrześcijańskie, które mogły próbować myśleć o przyszłej Polsce. Były. PAX. PZKS. ChSS. KIK. Każde z tych środowisk miało ludzi wykształconych, kontakty, doświadczenie organizacyjne i możliwość prowadzenia dyskusji w warunkach, w których większość niezależnych inicjatyw była bardzo ograniczona.
A jednak żadne z nich nie stworzyło alternatywnego, całościowego projektu państwa, który w 1989 roku mógłby konkurować z importowanymi rozwiązaniami gospodarczymi i instytucjonalnymi. Dlaczego? Częściowo zabrakło wyobraźni. Częściowo zabrakło odwagi. Częściowo zabrakło ludzi o odpowiednich kompetencjach.
A częściowo problem był jeszcze bardziej przyziemny: uwikłanie w relacje z władzą. Zwłaszcza środowiska takie jak PAX miały historię współpracy i kompromisów z systemem komunistycznym. Ich zdolność do wystąpienia w roli całkowicie niezależnego projektanta przyszłej Polski była więc ograniczona.
KIK miał inny problem. Był środowiskiem znacznie bardziej niezależnym i intelektualnym, ale jego energia szła przede wszystkim w formację katolicką, działalność społeczną i opozycyjną, a nie w stworzenie kompletnego projektu instytucjonalnego państwa.
PZKS i ChSS również funkcjonowały w określonych ramach systemu. I tak powstała osobliwa sytuacja: istniały środowiska katolickie, chrześcijańskie, społeczne i intelektualne — ale nie powstała z nich polska szkoła projektowania państwa. Nie było polskiego odpowiednika zespołu, który powiedziałby: „Kiedy komunizm się skończy, oto jest nasz projekt Polski.” To jest być może jedna z największych straconych szans polskiej inteligencji katolickiej.
Witold Kieżun patrzył na transformację przede wszystkim przez pryzmat własności. Nie fascynowało go, że ktoś powiedział „wolny rynek”. Pytał: Kto będzie właścicielem? I dlatego jego określenie „kolonia” tak wielu ludzi bolało. Bo można odzyskać flagę, hymn i paszport, a jednocześnie dopuścić do sytuacji, w której znaczna część gospodarki zostaje podporządkowana kapitałowi zagranicznemu.
Kieżun nie twierdził, że Polska powinna zachować komunizm. Twierdził coś znacznie bardziej niewygodnego: że można było zbudować kapitalizm inaczej.
Jeszcze jedno nazwisko. Stefan Olszowski jest przypadkiem wręcz surrealistycznym. Członek Biura Politycznego PZPR. Minister spraw zagranicznych. Człowiek kojarzony z twardym skrzydłem partii. A w 1986 roku wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych i pozostaje tam na stałe. Hoover Institution określa jego przypadek jako prawdopodobnie wyjątkowy przykład pokojowej emigracji wysokiego rangą funkcjonariusza bloku sowieckiego. Nie oznacza to, że Olszowski był „amerykańskim człowiekiem”. Ale jego biografia pokazuje coś ważnego: granica między PRL a Zachodem była znacznie bardziej przepuszczalna, niż sugeruje późniejsza opowieść o dwóch całkowicie odseparowanych światach.
Ludzie, idee, informacje i interesy przekraczały tę granicę długo przed 1989 rokiem. Cały proces można wyjaśnić bez tajnego komitetu. Wystarczyło, że Zachód miał: uniwersytety, pieniądze, fundacje, stypendia, ekspertów, instytucje finansowe, gotowe modele.
A Polska miała ludzi, którzy coraz lepiej te modele znali. Problem nie polegał więc na tym, że Polska otworzyła się na Zachód. Problem polegał na tym, że otworzyła się bez własnego projektu tego, czego właściwie chce. Kraj posiadający własny projekt mówi: „Dajcie nam technologię, kapitał i wiedzę. My wiemy, dokąd idziemy.” Kraj bez projektu mówi: „Dobrze. A jak mamy się urządzić?”I wtedy pojawiają się Sachsowie, Balcerowicze i kolejne gotowe recepty.
=========================================
A dzisiaj? I tu robi się jeszcze bardziej niewesoło. Bo problem nie zniknął. Po 1989 roku nie zbudowaliśmy trwałego, niezależnego ośrodka projektowania Polski jako państwa. Mamy za to całe zastępy ludzi, którzy wiedzą, do czego Polskę przyłączyć, co wdrożyć i jakie wartości promować. Europa. Globalizacja. Zielona transformacja. Klimat. Ekologia. Cyfryzacja. Równość. Nowoczesność.
A z drugiej strony: katolickość, tradycja, naród, wartości chrześcijańskie. Wszystko to może być ważne.
Tylko ciągle brakuje podstawowego pytania: Jak ma działać państwo polskie? Jak ma być zarządzane? Jak ma finansować swoje zadania? Jak ma reagować na starzenie się społeczeństwa? Jak ma chronić własność swoich mieszkańców? Jak ma budować produktywność? Jak ma wykorzystywać sztuczną inteligencję? Jak ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne? Jak ma utrzymać armię? Jak ma wyglądać administracja za 30 lat? Jak ma funkcjonować państwo, kiedy liczba mieszkańców będzie się zmniejszać?
O tym mówi się znacznie mniej. Łatwiej powiedzieć: „Jesteśmy za Europą. Albo: „Jesteśmy za Polską katolicką.” Jedno i drugie może brzmieć pięknie. Tylko żadne z tych haseł nie jest projektem państwa. Potrzebujemy projektantów, nie kolejnych wyznawców
Polska nie potrzebuje kolejnej wojny między liberałami, narodowcami, katolikami, globalistami i ekologami. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią usiąść przy jednym stole i zapytać: Jak zaprojektować państwo, które będzie służyło mieszkańcom Rzeczypospolitej? Nie Brukseli. Nie Waszyngtonowi. Nie Watykanowi. Nie globalnym korporacjom. Nie żadnej partii.
Europa może być narzędziem. Globalny rynek może być narzędziem. Ekologia może być narzędziem. Technologia może być narzędziem. Religia może być źródłem wartości. Ale żadne z nich nie może zastąpić projektu państwa. Bo państwo nie jest dodatkiem do ideologii. Państwo jest narzędziem organizacji wspólnego życia.
I jeżeli Polacy sami go nie zaprojektują, inni znowu zrobią to za nich. Tak jak w 1989 roku. Tylko następnym razem może już nie być potrzebny żaden Sachs. Wystarczy, że znowu będziemy mieli ludzi, którzy doskonale wiedzą, czego chce Europa, czego chce globalny rynek albo czego chce Watykan — ale nie wiedzą, czego potrzebuje Polska. I to jest prawdziwy problem Polski. Nie brak patriotów. Nie brak katolików. Nie brak europejczyków. Nie brak liberałów. Nie brak narodowców. Nie brak ekspertów.
Brakuje projektantów państwa.
A państwo, które nie projektuje własnej przyszłości, wcześniej czy później zaczyna realizować przyszłość zaprojektowaną przez innych. W 1989 roku zapłaciliśmy za to bardzo wysoką cenę. Największym błędem nie był sam wybór gospodarki rynkowej. Błędem było to, że nie zaprojektowaliśmy jej po polsku. I jeśli dzisiaj popełnimy ten sam błąd, tylko pod innymi hasłami, historia po prostu zmieni dekoracje.
Donald Tusk lubił powtarzać, że „mnie nikt w Europie nie ogra”. W Kijowie ograła go rzeczywistość. I to bez większego wysiłku.
W kluczowym momencie rozmów o końcu wojny wysłannicy Donalda Trumpa siedzieli z Wołodymyrem Zełenskim. Europę reprezentowały Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Polski nie było. Ani premiera, ani ministra, ani nawet urzędnika z trzeciego rzędu. Kraj frontowy, przez który idzie broń, amunicja, paliwo i pomoc, został potraktowany jak przedmiot, a nie podmiot.
To nie jest drobiazg protokolarny. To jest hierarchia. Ktoś uznał, że Berlin, Paryż i Londyn mogą mówić w imieniu Europy, a Warszawa ma stać z boku i dalej udostępniać tory, drogi, lotniska i brać na siebie ryzyko. Bo ryzyko jest realne. Hub logistyczny Ukrainy to nie honorowy tytuł. To cel. To trasy, składy, mosty i węzły, które Rosja od dawna traktuje jako część teatru działań wojennych. Polska ponosi koszty bezpieczeństwa, a decyzje o kształcie pokoju zapadają bez niej.
Najgorsze nie jest nawet to, że Niemcy i Amerykanie układają format. Najgorsze jest to, że polski premier od miesięcy sprzedaje obraz silnego gracza, a na stole zostaje mu miejsce za drzwiami. Wasal, którego nawet protektorzy nie stawiają w pierwszym rzędzie. Jeśli pogardzają podnóżkiem Berlina, to nie pogardzają tylko Tuskiem. Pogardzają państwem, które ten człowiek rzekomo reprezentuje. https://youtu.be/BUC9UY4ihwg
Polska nie jest prowincją cudzej polityki wschodniej. Jest krajem frontowym NATO, największym lądowym zapleczem Ukrainy i państwem, bez którego żaden „pakiet zimowy”, żaden korytarz i żadna gwarancja bezpieczeństwa na wschodniej flance nie mają sensu. Kto tego nie rozumie, ten nie prowadzi dyplomacji. Ten tylko administruje cudzym scenariuszem.
Można się spierać o historię, o Wołyń, o spór prezydenta z rządem, o to, kto komu nie podaje ręki. To wszystko nie znosi podstawowego faktu: gdy waży się koniec wojny za naszą wschodnią granicą, Polaków nie ma w pokoju. Są Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy. Są Amerykanie. Jest Ukraina. Nas nie ma.
Tusk może dalej powtarzać hasła o liderstwie. Liczy się stół, nie konferencja prasowa. A przy stole Polska została postawiona w kącie. Kraj, który ma być podmiotem, znów potraktowano jak przedmiot. To nie jest „dyplomacja wielopoziomowa”. To jest skandal. I każdy, kto udaje, że nic się nie stało, robi to albo z tchórzostwa, albo z lojalności wobec kogoś innego niż własny naród.
Cena samej energii w taryfach spadła od stycznia do 495,16 zł za MWh, a rachunek i tak urósł o 3 proc. Opłata OZE poszła w górę z 3,50 do 7,30 zł/MWh, mocowa z 11,14 do 17,18 zł miesięcznie, dystrybucja o 7,6 proc. Eurostat: po uwzględnieniu siły nabywczej płacimy trzeci najwyższy rachunek w UE.
Bloki węglowe Elektrowni Dolna Odra w Nowym Czarnowie z placem węglowym, listopad 2024. Ostatnie dwa zakończyły pracę 31 sierpnia 2026 r. Fot. Kapitel / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Od 1 stycznia 2026 r. nie ma już mrożenia cen energii. Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził taryfy ze średnią ceną 495,16 zł netto za MWh — o około 14 proc. niższą niż kwartał wcześniej i poniżej mrożonego pułapu 500 zł. Cena prądu spadła. Rachunek za prąd wzrósł.
Dla gospodarstwa w taryfie G11, zużywającego 1,8 MWh rocznie, miesięczna kwota jest wyższa o około 3 proc. To, co potaniało, jest bowiem tylko połową rachunku — a druga połowa podrożała mocniej.
Co naprawdę urosło na rachunku
energia czynna — z 500 do 495,16 zł netto za MWh, w dół o 1 proc.
opłata OZE — z 3,50 do 7,30 zł za MWh, w górę o 109 proc.
opłata mocowa — przy zużyciu 1,2–2,8 MWh rocznie z 11,14 do 17,18 zł miesięcznie, w górę o 54 proc.
dystrybucja — w górę o 7,6 proc. dla gospodarstw domowych, o 9,36 proc. w taryfach operatorów
Przy zużyciu 1800 kWh rocznie sama opłata mocowa jest więc droższa o blisko 80 zł w skali roku, a energia potaniała o niecałe 9 zł.
Licznik energii elektrycznej PAFAL w Łodzi. Fot. Rakoon / Wikimedia Commons, CC0 (kadr redakcji)
Trzeci najdroższy prąd w Unii
W cenach nominalnych Polska nie wygląda źle — najdrożej płacą Irlandczycy, Niemcy i Belgowie. Taki ranking mówi jednak o cenniku, a nie o tym, ile ten cennik zabiera z domowego budżetu. Eurostat liczy więc cenę w standardzie siły nabywczej (PPS), w relacji do dochodów. W drugim półroczu 2025 r. drożej niż w Polsce (37,15 PPS za 100 kWh) było tylko w Rumunii i Czechach. Bogatszy Niemiec płaci w euro więcej, ale oddaje mniejszą część tego, co zarabia.
W Indiach 22 grosze za kWh, w Chinach 29 groszy, w Polsce ponad złotówka
Średnia światowa cena dla gospodarstw domowych to około 0,52 zł za kWh, w Europie 0,97 zł, w Azji 0,33 zł. Gospodarstwo domowe w Chinach płaciło w kwietniu 2026 r. 0,532 juana, czyli 29 groszy. W Indiach średnia taryfa domowa wynosi około 5,5 rupii za jednostkę, czyli 22 grosze — od 10 groszy w Tamilnadu do 35 groszy w Karnatace (przeliczenia po kursach NBP z 4 września 2026 r.).
Polskie gospodarstwo w taryfie G11 płaci około 1,24 zł brutto za kWh po zsumowaniu energii, dystrybucji, opłat i VAT-u. Ponad cztery razy tyle co w Chinach i blisko sześć razy tyle co przeciętnie w Indiach.
Elektrownia węglowa Rajpura w Pendżabie. Fot. Npl-User1234 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Różnica w cenie nie bierze się z lepszej technologii, tylko z decyzji administracyjnej: taryfy są tam regulowane, a przemysł dopłaca do gospodarstw domowych. Koszt nie znika — przenosi się na zadłużone spółki dystrybucyjne.
Twardsza jest druga różnica: żaden z tych krajów nie dolicza do ceny prądu kosztu uprawnień do emisji. Pekin w ubiegłym roku oddał do użytku 78 GW nowych mocy węglowych — najwięcej od dekady.
Ile w rachunku kosztuje CO2
Prawo do wyemitowania tony CO2 w unijnym systemie handlu emisjami (ETS) kosztowało 29 sierpnia 2026 r. 82,48 euro, czyli po kursie NBP 356 zł. Blok węglowy emituje na megawatogodzinę 0,9–1,1 tony, więc dokłada do kosztu wytworzenia 320–390 zł na każdej MWh.
Stąd liczba krążąca w debacie: ETS to około 62 proc. ceny prądu. Jest prawdziwa, ale dotyczy składnika energii, nie całego rachunku. W koszcie bloku węglowego, który przez większość godzin wyznacza cenę na giełdzie, uprawnienia to dwie trzecie i więcej; w całym rachunku — około jednej piątej do jednej trzeciej. Polski miks nie potrafi tego kosztu ominąć: emituje 0,666 tony CO2 na MWh wobec 0,251 tony średnio w Europie.
Pieniądze z aukcji wracają zresztą do kraju — w 2026 r. ma to być 20,5 mld zł — ale ze 138 mld zł uzyskanych dotąd 98,7 proc. nie poszło na cele klimatyczne, tylko do budżetu ogólnego.
Zielone inwestycje: opłaty rosną szybciej, niż tanieje energia
Fotowoltaika faktycznie zbija ceny hurtowe w godzinach okołopołudniowych, czasem do zera — ale tylko od wiosny do wczesnej jesieni, najmocniej w kwietniu i maju. W grudniu i styczniu efektu nie ma w ogóle, a właśnie wtedy system jest najbardziej obciążony. Do rachunku ta sezonowa obniżka i tak nie dociera — pochłaniają ją koszty, których bez tej produkcji by nie było:
redysponowanie, czyli przymusowe wyłączanie instalacji — w 2025 r. około 1,3 TWh, do połowy czerwca 2026 r. kolejne 731 GWh; ponad 70 proc. przypada na fotowoltaikę
rekompensaty za te wyłączenia — blisko 58 mln zł do lipca 2026 r., dwa razy więcej niż przez cały poprzedni rok
koszty niezbilansowania rynku — 0,75 mld zł w 2025 r., prognozowane 1,18 mld zł w 2026 r.
opłata mocowa (+54 proc.) i dystrybucja (+7,6 proc.) — te same pozycje z rachunku: rezerwa dla źródeł zależnych od pogody i przebudowa sieci pod rozproszone instalacje
Farma fotowoltaiczna w Ścinawicy. Fot. Jacek Halicki / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Najlepszy przykład to morskie farmy wiatrowe: w aukcji z grudnia 2025 r. zakontraktowano 9,3 GW po 476–492 zł za MWh przy średniej cenie rynkowej 446,30 zł. Różnicę dopłaca odbiorca.
To nie jest argument przeciwko budowaniu farm, tylko przeciwko obietnicy, że rachunek od tego spadnie. W okresie inwestycyjnym wsparcie, rezerwa, bilansowanie i sieć obciążają taryfę.
Dolna Odra: 908 MW wyłączone, 1366 MW gazu w zamian
31 sierpnia 2026 r. zakończyły pracę bloki 6 i 7 Elektrowni Dolna Odra w Nowym Czarnowie pod Gryfinem; bloki 5 i 8 wygaszono na koniec 2025 r. Każdy miał 225 MW, więc z systemu ubyło 908 MW mocy węglowej.
PGE GiEK przedłużyło wcześniej pracę ostatnich bloków o osiem miesięcy, żeby zachować gotowość na zimę. Powodem wygaszenia były rosnące koszty remontów po pięćdziesięciu latach pracy przy spadającym wykorzystaniu: produkcja węglowa była tu w 2025 r. o około 60 proc. niższa niż rok wcześniej.
Bloki gazowo-parowe w Gryfinie. Fot. Kapitel / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Moc nie zniknęła bez zastępstwa: w październiku 2024 r. w tej samej lokalizacji uruchomiono dwa bloki gazowo-parowe po 683 MW — razem największą elektrownię gazową w kraju. Powstają kolejne: blok szczytowy 600 MW, ciepłownia 140 MW i magazyn energii 400 MW.
Zamiana węgla na gaz obniża emisję o mniej więcej połowę i zmniejsza koszt uprawnień, ale nie uniezależnia ceny prądu od paliwa kopalnego — przenosi ją z krajowego węgla na importowany gaz, którego notowania ustala rynek poza Polską.
Harmonogramy są znane: Bełchatów, Turów i większość bloków Tauronu zaczną znikać po 2030 r. Za każdym razem równanie jest to samo: ubywa mocy sterowalnej, przybywa zależnej od pogody, a różnicę trzeba zabezpieczyć gazem, magazynami albo importem. Każda z tych odpowiedzi ma swoją pozycję w taryfie i żadna nie jest tą, w której cena spada.
Zagęszcza się atmosfera wokół pana prezydenta Karola Nawrockiego. Już nawet nie chodzi o to, że jest „uzurpatorem” – jak zdecydowała zasłużona funkcjonariuszka Propaganda Abteilung warszawskiego Judenratu, madame Agnieszka Kublik, czy wreszcie – „ch…em” – jak orzekła moralna autorycica, madame Joanna Szczepkowska, która teraz jest z tego powodu podobno rozrywana przez rządowe stacje telewizyjne – bo takich epitetów, zwłaszcza w ustach autorytetów moralnych nie słyszy się codziennie, więc nic dziwnego, że i funkcjonariusze Propaganda Abteilung korzystają z okazji, a i madame Szczepkowska ma swoje pięć minut.
Czegóż chcieć więcej? Chodzi zatem nie o te, powiedzmy sobie, epitety, tylko o zarzuty, które w sprzyjających okolicznościach mogą zostać użyte do wysadzenia pana prezydenta Nawrockiego w powietrze. Te zarzuty są dziwaczne, bo wetowanie ustaw jest konstytucyjną prerogatywą prezydenta, więc wytykanie mu nieubłaganym palcem, że z tych prerogatyw korzysta jest trudno zrozumiałe – chyba, że chodzi o medialną uwerturę do zasadniczego przedstawienia w postaci wysadzania pana prezydenta Nawrockiego w powietrze.
Podejrzewam nawet, że vaginet obywatela Tuska Donalda celowo zwlekał z nagłośnieniem afery z Zondakrypto aż do rozpoczęcia kampanii wyborczej, bo skierowanie przez niezależne media głównego nurtu reflektorów akurat na tę sprawę, pozwala utrzymać w dyskretnym cieniu zarówno katastrofę w sektorze ochrony zdrowia, z którą specjalistka we wspomnianym vaginecie nawet nie udaje, że potrafi sobie poradzić, jak i skandaliczny „wyciek” wrażliwych danych 19 milionów obywateli naszego bantustanu – nie mówiąc nawet o projekcie budżetu na przyszły rok, w którym czytamy, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych – a i to, jeśli spełnią się liczne „załażenia”, które wykoncypował sobie ponury pan minister finansów Andrzej Domański. Bo jak się nie będą chciały spełnić – to nikt nie wie, jaki ten deficyt naprawdę będzie, a tym samym – jaki poziom osiągnie dług publiczny naszego bantustanu oraz oczywiście – koszty jego „obsługi”.
Uwagę opinii publicznej obywatel Tusk Donald ze swoimi kolaborantami usiłuje – niestety z powodzeniem – kierować na pana Przemysława Krala, który z bezpiecznego oddalenia w Izraelu, wychodzi naprzeciw sugestiom Wielce Czcigodnego Giertycha Romana, co zeznawać prokuratorom w Katowicach, żeby było dobrze.
Prokuratorom oczywiście w to graj, że mają takiego gotowca, bo to i nie trzeba sobie łamać głowy nad rozmaitymi kombinacjami, a pochwały, nagrody i ordery od obywatela Żurka Waldemara wydają się pewne, więc o co chodzi? Toteż obywatel Tusk Donald może nawet plunąć na sławną „tajemnicę śledztwa” i odczytywać te zeznania podczas transmitowanego na kraj posiedzenia Sejmu – koncentrując się zwłaszcza na tym, ile dostał złowrogi Zbigniew Ziobro i że w transakcji pośredniczyła jego małżonka, pani Patrycja Kotecka.
Jaka szkoda, że obywatel Tusk Donald nie był taki wylewny podczas wyjaśniania afery „Amber Gold”, kiedy to z zagadkowych przyczyn „organy państwowe”, a konkretnie – niezależna prokuratura i niezawisłe sądy ze sławnego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, „nie działały prawidłowo” – co stwierdziła sejmowa komisja śledcza, która jednak już nie odważyła się zapytać, dlaczego tak działały. Podejrzewam w związku z tym, że tak właśnie przykazały niezawisłym sądom działać stare kiejkuty, którym 850 mln zlotych też przecież się przydało i w ten sposób końce afery poszły w wodę.
A przecież na złowrogim Zbigniewie Ziobrze świat się nie kończy, bo to tylko taka przystawka prze daniem głównym w postaci kotleta z pana prezydenta Karola Nawrockiego. Właśnie w charakterze kuchcika zgłosił się Książę-Małżonek, czyniąc prezydentowi gorzkie wyrzuty, że nie podpisał nominacji 46 kandydatom na ambasadorów, chociaż MSZ wystosowało stosowne wnioski. Książę-Małżonek uważa, że taki wniosek zobowiązuje prezydenta do mianowania tego kandydata. Jeśli tak byłoby rzeczywiście żadna nominacja nie byłaby potrzebna, skoro wniosek o niej automatycznie przesądza.
Jak jest naprawdę – trzeba by spytać jegomościa, który uchodzi za „ojca” tej konstytucji – czyli obywatela Kwaśniewskiego Aleksandra – co właściwie miał na myśli – o ile oczywiście cokolwiek miał. Tymczasem pan prezydent Nawrocki uważa – podobnie jak w przypadku kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, że ani wniosek ministra spraw zagranicznych, ani nawet wyznaczenie kandydata na sędziego przez Sejm, o niczym jeszcze nie przesądza, skoro delikwent zostaje sędzią dopiero po złożeniu ślubowania „wobec” prezydenta. Czy od prezydenta zależy decyzja, czy ślubowanie przyjąć, czy też jest on rodzajem nakręcanego automatu, który podpisuje wszystkie wnioski i odbiera ślubowanie od każdego, kogo mu tam ktoś podsunie?
Właśnie z tego powodu trwają podchody pod Trybunał Konstytucyjny, żeby obsadzić go „naszymi” sędziami, którzy te wszystkie wątpliwości rozstrzygną zgodnie z oczekiwaniami nie tyle nawet obywatela Tuska Donalda, co starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – która wobec naszego bantustanu ma swoje plany.
Już na tym etapie można przedstawić dwa scenariusze. Pierwszy – z wykorzystaniem możliwości z art. 131 konstytucji, kiedy to prawidłowo obsadzony „naszymi” sędziami Trybunał Konstytucyjny „stwierdza” nie tylko, że prezydent nie jest w stanie sprawować urzędu, ale nawet – że nie jest w stanie poinformować o tym marszałka Sejmu – na przykład dlatego, że nic o tym nie wie. To jest plan „A”, który wymaga tylko prawidłowego obsadzenia wspomnianego Trybunału.
Jednak na wypadek, gdyby nie udało się zrealizować planu „A”, przygotowywany jest również plan „B” w postaci zaciągnięcia prezydenta przed Trybunał Stanu z powodu łamania przezeń konstytucji. Oskarżenia prezydenta o wetowanie ustaw, czy powstrzymywanie się od nominacji ambasadorów, niezawisłych sędziów, czy wskazanych mu bezpieczniaków, stanowią medialną „padgatowkę” do realizacji tego planu. Jest on trudniejszy w realizacji, ale tylko trochę, bo przedstawienie wniosku przy obecnym składzie Sejmu i Senatu jest dziecinnie łatwe. Gorzej z decyzją, która dla swej ważności wymaga 2/3 składu Zgromadzenia Narodowego, a z tym mogą być trudności, bo obywatel Tusk nie ma w Sejmie 276 posłów potrzebnych do obalania weta prezydenta. Czy wobec tego jest jakiś plan „C”? Obywatel Tusk podczas Campusu Polska dawał do zrozumienia, że tak, a nawet go charakteryzował, że nie jest „estetyczny”. Najwyraźniej musiałby on odbyć się w całkiem innych niż konstytucyjne, kategoriach.
„Wojna się skończy, problemy Polski z Ukrainą dopiero się zaczną” –
— to tytuł 37-minutowego wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Pichóra z prof. Jackiem Izydorczykiem:
Nasłuchaliśmy się już sporo na temat relacji, jakie mają łączyć Polskę i Ukrainę – mówi Tomasz Pichór. – Jest nieformalny sojusz. Czy będzie obowiązywał po wojnie?
Nie ma żadnego sojuszu – odpowiada prof. Jacek Izydorczyk. – Jest tylko nakaz pana zza Oceanu.
To jest tak zgniłe u podstaw, że to nie jest żaden sojusz. Wszystkie działania rządów III RP na rzecz utrzymania Ukrainy oraz wojny Kijowa z Moskwą to nakaz amerykański wykonywany przez pseudoelitę warszawską. Ukraina od początku swego powstania jest państwem wrogim Polsce. W każdej chwili może być użyte przeciw nam, także przez Rosję.
Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski
Andrzej Duda w amoku krzyczał, że będzie zniesiona granica, że będzie wspólne państwo, a to oznaczałoby wejście do wojny przeciwko Rosji. Niezrozumiały jest szał humanitaryzmu w 2022 roku. Polacy nie znają historii, muszą widocznie przeżyć u siebie w domu to, co będą robić Ukraińcy.
T. Pichór: Czy Warszawy i Kijowa nie łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji?
J. Izydorczyk: Jakie wspólne zagrożenie?! W interesie Rosji jest podporządkowanie Ukrainy. Jeśli chodzi o Polskę, to Rosja ryzykowałaby gorącą wojnę z Zachodem i NATO. Zabezpieczenie ukraińskich terytoriów jest kwestią interesu narodowego i bezpieczeństwa Rosji. Wchłonięcie Polski przez Rosję nie jest istotne dla bezpieczeństwa Rosji, przyniosłoby odwrotne skutki.
Skoro nie udał się Rosji plan zmiany rządu w Kijowie, istotne dla Kremla jest opanowanie ziem do Dniepru. Nie porozumiały się USA z Rosją, wojna się toczy, a Polacy ponoszą tego koszty, finansowe na razie.
T. Pichór: Jak będą wyglądały relacje polsko-ukraińskie po zakończeniu wojny?
J. Izydorczyk: To zależy od wyniku wojny. W przypadku rozejmu czy pokoju Ukraina straci Krym i ziemie za Dnieprem. Ukraińcy muszą wtedy przekierować swą złość i nienawiść na wroga zastępczego, a naturalnym wrogiem zastępczym jest Polska. Ukraina ma roszczenia do aktualnych terytoriów państwa polskiego.
Półwysep Krymski
Ukraina jest niejednorodna etnicznie – na wschodzie żyją ludzie rosyjskojęzyczni (profesor nazywa ich radzieckimi, co wydaje mi się terminem nieścisłym – przypis ZB), na zachodzie rozwinął się dziki banderyzm, z którym przyjdzie nam graniczyć. W sumie sojusz z Ukrainą to taki, jakbyśmy zawarli sojusz z ludożercami.
T. Pichór: Jaki wynik wojny jest najbardziej korzystny dla Polski?
J. Izydorczyk: Likwidacja Ukrainy – polityczna i ekonomiczna. Po wojnie będziemy ewentualnie zagrożeni ze strony Ukrainy – zagrożeni politycznie, ekonomicznie, militarnie. Przybędzie do nas wielomilionowa mniejszość, możliwe będą akcje dywersyjne, sabotaż, terroryzm. Przeżyliśmy to już przed II wojną światową.
No i trzeba się zastanowić, jakie Polska ma i może mieć korzyści wynikające z istnienia Ukrainy. Przypomnę tu, że Kijów w tajemnicy przed Warszawą zaproponował Waszyngtonowi, by te wycofały personel wojskowy z Polski, a w to miejsce weszłyby siły ukraińskie.
T. Pichór: Co było przyczyną, że reminiscencje historyczne nagle z taką siłą wybuchły w Polsce?
J. Izydorczyk: Pamięć zawsze była. Polityka ZSRR i PRL polegała na wyciszeniu bolesnych problemów, a po 1989 roku władze postsolidarnościowe chciały nam za wszelką cenę obrzydzić polskość i polską historię.
T. Pichór:Z pańskich wypowiedzi wynika, że nie mamy szans na urealnienie polityki wobec Ukrainy, dokąd nie będzie zmiany elit politycznych.
J. Izydorczyk: Mamy – jeśli Waszyngton powie, że ‚macie teraz inaczej postąpić’, to wtedy władze III RP zrobią to w podskokach.
Rzeczywistość okazała się parodią składanych ludziom wcześniej obietnic. Zamiast wolności mamy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią wrogość i kłamstwo.
Każdego ranka miliony ludzi w Polsce, w Europie oraz w innych miejscach na świecie budzą się z tym samym, trudnym do zdefiniowania uczuciem. To nie jest zwykłe fizyczne zmęczenie, które mija po filiżance kawy lub przespanej nocy. To głęboki, egzystencjalny ciężar – poczucie, że świat wokół nas stał się permanentnie wrogi, niestabilny i niesprawiedliwy. Przez dekady wmawiano nam, że postęp technologiczny, globalizacja i powszechny dostęp do informacji przyniosą ludzkości wyzwolenie. Obiecano nam cyfrową agorę, na której wolne jednostki będą wymieniać myśli w poszukiwaniu prawdy.
Rzeczywistość okazała się jednak ironiczną parodią tych obietnic. Zamiast wolności otrzymaliśmy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią kłamstwo i nienawiść. Ludzka cierpienie i krzywda zostały sprowadzone do roli powszedniego, algorytmicznego tła w serwisach informacyjnych. Należy przestać traktować ten stan jedynie jako dzieło przypadku, kryzys geopolityczny czy „naturalny etap rozwoju cywilizacji”. To, czego doświadczamy, to precyzyjnie zaprojektowany i bezwzględnie egzekwowany algorytm.
Współczesny świat nie jest rządzony przez karykaturalne postacie, które spotykają się w ciemnych pokojach, by knuć spiski przeciwko ludzkości. To archaiczne wyobrażenie, które mieszacze informacyjni chętnie podtrzymują, aby każdą próbę buntu i wyzwolenia ośmieszyć jako „teorię spiskową”. Prawdziwa władza ma dziś charakter bezosobowy. Kryje się za zimną architekturą algorytmów, strukturami funduszy inwestycyjnych, monopolami technologicznymi i mechanizmami rynków finansowych. To rozproszona sieć interesów, która działa według jednej, prostej zasady: maksymalizacja zysku i kontroli poprzez permanentne zarządzanie kryzysem. To aksjomat naszych czasów, który musimy wreszcie głośno nazwać po imieniu, by móc go przeciąć jednym, zdecydowanym ciosem.
Fabryka podziałów i mechanizm polaryzacji
Aby zrozumieć, jak działa ten mechanizm, na którym wspierają się elity globalne, należy przyjrzeć się surowcowi, na którym bazuje. Tym surowcem jesteśmy my sami – nasza uwaga, nasze emocje, a przede wszystkim nasz strach. W dawnym świecie bogactwo budowano na ziemi, złocie lub ropie naftowej. W XXI wieku najcenniejszą walutą stała się informacja. Algorytmy wielkich platform społecznościowych, które kontrolują cyfrowy obieg informacji, zostały zaprojektowane w jednym celu: utrzymać nas przed ekranami jak najdłużej.
Analityczne badania neurobiologiczne i beheviorystyczne bezlitośnie odkrywają bezlitosną prawdę: nic nie przyciąga ludzkiej uwagi skuteczniej niż gniew, oburzenie i lęk. Spokojna dyskusja, merytoryczna argumentacja i dążenie do kompromisu są z punktu widzenia systemu masowego zniewolenia nieopłacalne. One nie generują kliknięć, nie wywołują lawiny komentarzy, nie zatrzymują wzroku na reklamach. Dlatego system opart na cywilizacji dominacji celowo promuje skrajności. Codziennie jesteśmy karmieni spreparowanymi informacjami, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że nasi sąsiedzi, współpracownicy czy rodacy o odmiennych poglądach są naszymi wielkimi wrogami.
Sztuczna polaryzacja społeczeństwa to arcydzieło inżynierii społecznej dzisiejszych elit światowych. Skłóconym, przerażonym i podzielonym na zwalczające się plemiona społeczeństwem rządzi się najprościej, podobnie jak skłóconymi i walczącymi ze sobą Słowianami. Ludzie, którzy nieustannie kłócą się ze sobą o kwestie światopoglądowe, historyczne, kulturowe czy polityczne, nie mają wyższej wizji, by spojrzeć ponad, w górę i zobaczyć, kto ciągnie za sznurki tej marionetkowej sceny. Podczas gdy podzielona ludzkość siły w bratobójczych walkach i sporach, ukryta elita finansowa i informacyjna transferuje globalny kapitał, ogranicza swobody obywatelskie oraz monopolizuje kolejne sektory życia.
Gdy prawo staje się narzędziem ucisku
W tym perfidnym układzie sił tradycyjne instytucje państwowe, które z założenia miały chronić obywateli i stać na straży sprawiedliwości, zostały w dużej mierze skorumpowane lub zredukowane do roli wykonawców woli silniejszych. Prawo przestało być tarczą dla słabych, a stało się mieczem w rękach korporacyjnych i politycznych gigantów. Patrząc na to z perspektywy historycznej i prawnej, dostrzegamy przerażający proces: normy prawne są celowo komplikowane i zamieniane w nieczytelny labirynt, w którym odnaleźć mogą się wyłącznie ci, których stać na armie najlepiej opłacanych prawników.
Widzimy to na każdym kroku. Mały, lokalny przedsiębiorca jest niszczony przez biurokrację i bezwzględne kontrole za najmniejsze uchybienie, podczas gdy globalne korporacje legalnie unikają opodatkowania, transferując miliardy dolarów do rajów podatkowych. Obywatel domagający się prawdy jest inwigilowany i uciszany, podczas gdy instytucje odpowiedzialne za dezinformację na masową skalę zasłaniają się wolnością słowa lub tajemnicą korporacyjną. To nie jest błąd w systemie. To jest system w pełnej krasie.
Ta niesprawiedliwość rodzi potężny gniew, który elity potrafią jednak doskonale kanalizować. Zamiast pozwolić, by ten gniew uderzył w źródło ucisku, system przekierowuje go na kolejne mniejszości, inne grupy społeczne czy zewnętrzne zagrożenia. W ten sposób pętla cyfrowej iluzji zaciska się coraz mocniej. Ludzie dobrowolnie oddają swoje prawa i wolności w zamian za obietnicę bezpieczeństwa – bezpieczeństwa przed zagrożeniami, które ten sam system najpierw sztucznie wykreował.
Prawda jako miecz i tarcza
Stajemy dziś przed pytaniem: jak walczyć z przeciwnikiem, który dysponuje nieskończonym kapitałem, kontroluje infrastrukturę technologiczną i posiada monopol na dystrybucję informacji? Odpowiedź brzmi: należy uderzyć tam, gdzie system jest najbardziej wrażliwy – w jego globalną narrację. Każda tyrania, nawet ta najbardziej nowoczesna i cyfrowa, opiera się na jednym fundamentalnym warunku: posłuszeństwie i wierze rządzonych w nienaruszalność panującego porządku. Gdy ludzie przestają wierzyć w kłamstwo, system zaczyna pękać od środka.
Naszą bronią jest celne pióro, przenikliwa myśl, jasne zrozumienie, uczciwe i trafne słowo, zamienione w rycerski miecz prawdy. Do tej walki musimy wnieść intelektualną elegancję i szlachetny styl, który potrafi przebić się przez mur apatii. Musimy pisać językiem faktów, chłodnej logiki i empatii dla ofiar globalnego systemu. Każdy tekst, każdy ujawniony dokument, każde obnażone kłamstwo algorytmu to cios zadany prosto w serce cyfrowej iluzji.
To nie jest czas na dyplomatyczne półśrodki czy litość dla struktur, które bez mrugnięcia okiem niszczą ludzkie życia dla słupków poparcia czy wykresów giełdowych. Musimy działać z żelazną konsekwencją. Prawda oparta na twardych, niepodważalnych danych to jedyna siła, której elity informacyjne nie potrafią przekupić ani kontrolować. Mogą nas cenzurować, mogą blokować nasze konta, ale nie potrafią wymazać prawdy, która raz zakorzeniła się w ludzkich umysłach.
Higiena cyfrowa i wezwanie do działania
Sam opis problemu, choćby najbardziej płomienny, nie wystarczy. Prawdziwa rewolucja informacyjna wymaga twardej logistyki i pragmatycznego planu działania. Każda strategia musi mieć swoje przełożenie na rzeczywistość. Jeśli chcemy odciąć ukrytą elitę od jej źródeł władzy, musimy przestać karmić system naszą uwagą i naszymi danymi.
Pierwszym krokiem jest budowa całkowicie niezależnych, zdecentralizowanych kanałów dystrybucji wiedzy. Musimy wyjść poza platformy kontrolowane przez cyfrowych monopolistów. Czas na powrót do bezpośredniej komunikacji, do szyfrowanych sieci, do niezależnych wydawnictw i lokalnych grup dyskusyjnych. Musimy stworzyć alternatywną infrastrukturę informacyjną, której nie da się wyłączyć jednym kliknięciem w kalifornijskiej czy pekińskiej serwerowni.
Drugim krokiem jest radykalna higiena cyfrowa. Świadome odrzucenie sensacji, bojkot mediów żywiących się nienawiścią i polaryzacją, a zamiast tego wspieranie rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa śledczego. Prawdziwa suwerenność zaczyna się w umyśle – w odmowie uczestnictwa w spektaklu strachu. Kiedy odmawiamy nienawiści wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że podsunięto nam taki algorytmiczny skrypt, system traci swoją niszczycielską moc.
Kairos to termin, który w starożytnej Grecji oznaczał „właściwy”, „odpowiedni” lub „najlepszy” czas na działanie. Ten krytyczny, ulotny punkt zwrotny, w którym los stwarza okazję, nadszedł Teraz. Czasu mamy dokładnie tyle, ile potrzeba na przeciwstawienie się cyfrowej manipulacji i zmobilizowanie intelektualnych sił cywilizacji doskonałości, czyli prawdziwej spuścizny cywilizacyjnej Zachodu i całego świata.
Prof. W. Julian Korab-Karpowicz
Julian Korab-Karpowicz jest profesorem Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz autorem wielu książek, w tym monografii Realizm polityczny: Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych (Scholar 2026).
Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas.
Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmento-pozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastawiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy.
Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia.
[Sprostuję poniższe: Feliks Koneczny widzi na wschód od Polski nie cywilizację turańską, lecz potworną mieszankę cywilizacyj, czyli „kołobłęd” atrocinium magnum. I tak to jest. MD]
Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak sub-saharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano porno-przestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio, po aferze z Orderem, Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków.
Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
[A to był mądry i odważny człowiek, tylko żydostwo tak go ośmieszało M. Dakowski]
Nazwa restauracji może budzić skojarzenia. Temat rozmowy również, tym bardziej, że głębia strategiczna towarzysząca pytaniu „Jak długo jeszcze będzie umierać Polska”, kryje w sobie wiele wariantów.
– Jak długo? Jak długo jeszcze mamy czekać ? – polityk prawie wykrzyczał swoje pytanie.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem – Odpowiedział Szarlatan. Na jego kostropatej twarzy pojawił się dodatkowy grymas znużenia. – Nie wiem… przystawiliśmy pijawki…
– No i co z tego?! – wybuchł po raz drugi polityk – pytam jak długo?
– Przystawiliśmy pijawki – kontynuował Szarlatan – z zachodu i wschodu, a całkiem nowa porcja czeka na transport z Afryki. Może… – zawiesił głos.
– Co „może”?
– Może trzeba będzie dodatkowo upuścić krwi, o wiele więcej niż zazwyczaj – dodał Szarlatan.
– Tym akurat zajmie się nasz… polityk przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – nasz przyjaciel.
– A to… nie powinno pana interesować – ton głosu polityka stał się wyjątkowo nieprzyjemny. Po chwili milczenia zadał kolejne pytanie – co jeszcze możemy zrobić?
– Dezintegrujemy, wprowadzamy chaos i strach, oddzielając jeszcze bardziej głowę od emocji i od tułowia. Głowa już w tej chwili nie kontroluje wgranych przez nas odruchów warunkowych… poza tym, od nowego roku planujemy nową szczepionkę…
– Co tam się dzieje? – rzucił niespodziewanie polityk do asystentki, wskazując na drugi, pogrążony w cieniu kąt Restauracji.
– Co tam się dzieje? – spytała asystentka przywołanego ochroniarza
– Informuję, że pani minister się gzi.
– Jak to się gzi? Z kim? – polityk nie krył zaskoczenia
– Nie wiem. Sprawdzić?
– Tak… czekaj! Nie teraz, potem … o czym to my… – zwrócił się do Szarlatana – to chyba byłoby na tyle. Za tydzień, w tym samym miejscu.
Szarlatan wstał, kiwnął głową i odszedł w milczeniu
– Jak on się nazywa? – spytał polityk, zwracając się do asystentki
– Szarlaten – odpowiedziała asystentka
– Jak? Szarlaten czy Szarlatan?
– Szarlaten – powtórzyła asystentka. – Tak jest w papierach.
– A kto robił kwerendę? AI? – spytał ironicznie polityk.
– Proszę wybaczyć, szefie, ale jaka to różnica? – odpowiedziała asystentka
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 6 września 2026 michalkiewicz
Powoli wakacje – również parlamentarne – dobiegają końca. Przed nami jeszcze rocznicowe uroczystości, związane z podpisaniem porozumień gdańskich między strajkującymi i rządem, no i oczywiście – z rocznicą wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od napaści Związku Ra… – ach, co ja piszę takie rzeczy! Nie od napaści Związku Radzieckiego, bo ten „wkroczył” (warto zwrócić uwagę, że Armia Czerwona na nikogo mnie napadała, tylko albo „wkraczała”, albo „wyzwalała”) – tylko od napaści na Polskę Niemiec – naszego obecnego sojusznika.
Jeśli chodzi o rocznicę słynnych „porozumień”, to warto przypomnieć, że wszystkimi wielkimi strajkami w roku 1980 kierowali tajni współpracownicy, jak nie Służby Bezpieczeństwa, to wywiadu wojskowego. W Gdańsku – Kukuniek, w Szczecinie – Marian Jurczyk, a w Jastrzębiu-Zdroju – Jarosław Sienkiewicz – i stosowne porozumienia też podpisali. Czy ten wątek zostanie w tegorocznych obchodach wyeksponowany, czy też pominięty, jako tak zwany „wstydliwy zakątek”? Myślę, że nikt tego wątku eksponował specjalnie nie będzie, bo to rzuciłoby cień na naszą młodą demokrację, skłaniając do podejrzeń, że jest ona podszyta bezpieczniakami, którzy również po sławnej transformacji ustrojowej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, nadal stanowią najtwardsze jej jądro, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Podobnie może być z obchodami wybuchu II wojny światowej, Jak wiadomo, jest rozkaz, że wywołali ją „naziści”, który najpierw okupowali Niemcy, a potem – resztę Europy. Dzisiaj oczywiście o żadnej „okupacji” mowy być nie może, bo dzisiaj Europa „jednoczy się” dobrowolnie, chociaż niestety nie cała, bo są tu i ówdzie kraje, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Weźmy taką choćby Islandię, która nie tylko nie zagłosowała za Anschlussem, ale nawet sprzeciwiła się wszelkim negocjacjom na ten temat.
U nas coś takiego jest uważane za straszliwą myślozbrodnię, Niebu obrzydłą i Grzegorz Braun, m,in. z tego powodu ciągany jest po prokuraturach i niezawisłych sądach, a tu proszę – Islandia odmówiła nawet negocjowania warunków Anschlussu i nikogo z tego powodu nie umieszczono nawet w areszcie wydobywczym. Daleko z tolerowaniem takiej samowolki nie zajedziemy, bo jak tak dalej pójdzie to masy ludowe mogą sobie pomyśleć, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, podczas gdy przecież wiadomo, że prawdziwa demokracja jest wtedy, gdy większość podejmuje decyzje jedynie słuszne. A które decyzje są jedynie słuszne? To proste, jak budowa cepa: jedynie słuszne są te decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty.
Szkoda, że ten wątek nie został wyeksponowany na obydwu konkurencyjnych piknikach; tym w Olszynie, zorganizowanym przez Volksdeutsche Partei i tym w Juracie, któremu patronował pan prezydent Karol Nawrocki. W związku z tym uwagę opinii publicznej przyciągały dwie rzeczy – po pierwsze – gdzie przyjechało więcej młodzieży i jakie towarzyszyły tym piknikom atrakcje. Piknik w Juracie ubarwił występ piosenkarza Skolima, przeciwko któremu zdrowe siły w partii podniosły, że śpiewa z niewłaściwego klucza, wskutek czego jego piosenek nie powinny słuchać dzieci. Nie wiem, czy śpiewał on tam swój przebój, że „rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje”, czy też utwory bardziej umiarkowane – ale to nieważne, bo na pikniku w Olsztynie wystąpiła „Mery”, która w swojej piosence przechwalała się, że jest „suką”: „Koleżanki wege, a ja rzucam mięsem. Ujdzie mi na sucho, bo jestem suką”. Autorytety moralne próbują tłumaczyć, że jest to utwór „o poszukiwaniu miłości”. Wszytko to być może, bo „Mery” taktownie wystąpiła na estradzie nie na golasa, tylko w majtkach i biustonoszu – pewnie gwoli wyeksponowania swoich walorów intelektualnych – co stanowiło znakomite pendant do wystąpień dygnitarzy z vaginetu obywatela Tuska Donalda.
Obiecał on młodzieży, że obłoży ją podatkami – ale wszystkich przelicytował pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który powtórzył rozkaz Józefa Stalina: „ani kroku wstecz!” – oczywiście – przed „prawicą”. Potwierdził w ten sposób trafność przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym potem trąci. Z kolei obywatel Tusk, najwyraźniej pod wpływem swobodnej atmosfery, przestał panować nad zaimkami i dał wyraz nadziei, że „we wrześniu” „musi mieć pewność”, że „nasi sędziowie” wejdą do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno o lepszą ilustrację, że sędziowie dzielą się na „naszych” i jakichś takich nie naszych, a ci „nasi”, jeden przez drugiego, przechwalają się swoją „niezawisłością”, która w tej sytuacji oznacza całkowitą dyspozycyjność i zdolność do wszystkiego. Jakimi zaletami odznaczają się ci drudzy – nawet nie śmiem się domyślać – ale pewnie też zdolni są do wszystkiego.
A – jak pisałem – sezon łowiecki już się rozpoczął i dynamicznie się rozwija. Na razie prokuratura zgromadziła „twarde dowody” przeciwko prezesowi PKOl, panu Piesiewiczowi, którego w związku z tym niezawisły sąd – niewątpliwie „nasz” – w podskokach umieścił w areszcie wydobywczym pod pretekstem „obawy matactwa”. Ale jakie tu może być „matactwo” w obliczu takich „twardych dowodów”? Tajemnica to wielka – ale widocznie musimy zacząć się oswajać z sytuacją, gdy w walce o socjalistyczną praworządność będziemy co i rusz natrafiali na coraz to nowe tajemnice. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie łowieckim pan prezes Piesiewicz jest zaledwie pierwszą zwierzyną na pokocie. Chodzi o to, że prezes Zondakrypto, świadek koronny obywatela Żurka Waldemara, pan Przemysław Kral, z bezpiecznego oddalenia w bezcennym Izraelu, będzie realizował społeczne zamówienia na rewelacje, zgodnie ze wskazówkami swoich pełnomocników: Wielce Czcigodnego Giertycha Romana i pana mec. Dubois. Na wszelki tedy wypadek, kandydaci na podejrzanych uwijają się wedle dostarczenia przykładów, że pan Kral futrował działaczy ponad podziałami. Na dowód czego pokazane zostało zdjęcie obywatela Tuska Donalda z koszulką Zondakrypto.
Jedynie pan Mateusz Morawiecki zachowuje w tej sytuacji spokój, oświadczając, że „niczego” się nie boi. I ja mu wierzę, bo skoro wykonuje trzecią część swojego zadania – obecnie w postaci neutralizowania PiS – to czy ze strony Volksdeutsche Partei, albo starych kiejkutów mogłoby spotkać go coś złego? Niechby tylko ktoś spróbował mu zaszkodzić, to zaraz przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. Skoro my to wiemy, to tym bardziej wiedzą to płomienni szermierze socjalistycznej praworządności – i dlatego pan Mateusz może w tym zamęcie zachować olimpijski spokój.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jedni przez zagapienie, inni przez oszołomienie nie zauważyli, że mamy ordynarną recydywę. To, co było jeszcze niedawno na poziomie anegdoty, dziś przybrało formę realnej opresji sądowej na razie w formie „śmiesznie niskich” wyroków – grzywna pieniężna, prace społeczne, trzy miesiące więzienia… „śmieszne wyroki”… czy jakikolwiek wyrok sądowy za mówienie prawdy może być powodem do tak niefrasobliwych określeń?
“Za komuny strzelano , a w neokomunistycznej trzeciej eRP nikt do nikogo nie strzela”
„Nikt do nikogo” czyli władza nie strzela do Polaków. Nie musi. Wystarczy seryjny samobójca, a ten przecież nie robi w hurcie, lecz w detalu, nie będąc mocno zapracowanym, bo też nie musi. Ale przecież każdy kto chce może puścić wodze fantazji, co by było, gdyby… gdyby na polskie ulice wyszli przeniesieni w czasie demonstranci z lat pierwszej komuny.
Dziś władza dmucha na zimne czyli prześladuje osoby, które wygłaszają publicznie swoje opinie. W czasach stalinowskich mówienie prawdy o Rosjanach i Żydach było surowo karane. Nie można było też źle mówić o ustroju i sojuszach. W 1968 roku polskie chamy odsunęły od koryta żydokumunę, a stan ten trwał do jej ponownego, oficjalnego powrotu do polityki czyli do 1989 roku.
Dziś Rosjan zastąpili Ukraińcy ochraniani przywilejem nietykalności i tolerancji represywnej prawie w takim samym stopniu jak Żydzi i w podobny sposób jak „migranci”. To element wojny kulturowej mającej na celu stłamsić w Polakach poczucie godności i tożsamości, poczucie sprawczości i świadomości bycia gospodarzem we własnym kraju. Władza, która upokarza i terroryzuje prawowitych, rdzennych mieszkańców danego kraju, okradając ich na rzecz obcych, traci mandat.
Zasięgi ideowe prawicy – co to jest?
Wśród znaczących bytów politycznych o niepodległości bez limitów i wolności ograniczonej jedynie dekalogiem mówi tylko KKP. Inne środowiska wyrzekły się tej idei lub poczyniły kompromitujące kompromisy. Stąd wzięło się określenie, którego ostatnio użyłem „targowice różnych prędkości”. Bez odzyskania niepodległości równoznacznej z restytucją polskiej państwowości, wszystko inne stanie się jedynie pozorem.
Europoseł Konfederacji Wolność i Niepodległość Ewa Zajączkowska-Hernik alarmuje, że Ursula von der Leyen chce zlikwidować prawo weta dla państw członkowskich w sprawach międzynarodowych. W ocenie polityk to „ogromne zagrożenie dla Polski”.
Zajączkowska-Henrik we wpisie w mediach społecznościowych wskazała, że pomysł von der Leyen zyskał poparcie już wśród 11 państw – na czele z Niemcami. Wyjaśniła też, co oznacza zniesienie prawa weta w sprawach międzynarodowych.
„Jeśli dopną swego to już żadne państwo w pojedynkę nie będzie mogło się sprzeciwić np. wielomiliardowym pożyczkom dla Ukrainy na koszt nas wszystkich. Dziś chodzi o Ukrainę, w przyszłości mogą być to inne kierunki i inne powody, ale strumienie forsy będą mogły płynąć bez oporów. Zniesienie jednomyślności w głosowaniach ws. polityki zagranicznej, a najlepiej we wszystkich obszarach, to mokry sen Komisji Europejskiej i Niemców, który odebrałby nam resztki suwerenności” – stwierdziła europoseł Konfederacji.
„Po wyborach na Węgrzech von der Leyen wypaliła, że «powinniśmy wykorzystać ten impet, żeby ruszyć naprzód w tym temacie». Teraz okazuje się, że Niemcy mają dziesięć kolejnych państw (Francja, Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Francja, Hiszpania, Luksemburg, Holandia, Rumunia i Szwecja) i już oficjalnie apelują o likwidację prawa weta 🤯” – dodała polityk.
W kontekście unijnych pomysłów Zajączkowska-Hernik wskazała na wypowiedź szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. – Myślę, że polskie społeczeństwo poprze rezygnację z jednomyślności w niektórych obszarach – powiedział cytowany przez nią minister.
„A ja myślę, że nie poprze. I powiedzcie mi kim trzeba być, by z pełną premedytacją popierać odebranie Polsce prawa weta w wielu sprawach, abyśmy jeszcze mocniej byli pod niemiecko-brukselskim butem?” – napisała.
„Mało tego. Przypominam, że antypolscy europosłowie z KO, Lewicy i PSL już pod koniec kwietnia zdążyli głosować w Parlamencie Europejskim za przepisami dążącymi do odebrania http://m.in. Polsce prawa weta w niektórych obszarach, co znalazło się w poprawce do projektu budżetu UE!
„Ci ludzie są w stanie sprzedać Polskę w moment! Dlatego przyszłoroczne wybory w naszej Ojczyźnie będą fundamentalne. Bądźmy tym państwem, które stanie w obronie suwerenności i zdrowego rozsądku! 🇵🇱” – podsumowała europoseł.