Stanislaw Romański 4.02.2026, przemowienie-solowjowa-ku-pamieci-mickiewicza
O przyjaźni polsko-rosyjskiej w 19 wieku: przemówienie Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza
Zapraszam również do przeczytania mojego artykułu pt. ,,Jak Sołowjow przewidział powstanie Unii Europejskiej 130 lat temu”. W tym zaś artykule publikuje pełne przemówienie Sołowjowa z krótkim wstępem dotyczącym wydarzenia. Sołowjow to jeden z najwybitniejszych filozofów rosyjskich. Pisząc ,,Braci Karamazow” Dostojewski inspirował się rodziną Sołowjowów, a podobna wyprawa do pustelni jak w książce miała miejsce w rzeczywistości, bowiem Dostojewski z Sołowjowem długo się przyjaźnili.
Przemówienie Władimira Sołowjowa ku pamięci Adama Mickiewicza zostało wygłoszone 27 grudnia 1898 roku (według starego stylu kalendarza juliańskiego; według gregoriańskiego to 8 stycznia 1899) w Petersburgu (wówczas stolicy Imperium Rosyjskiego).
Było to publiczne przemówienie na obiedzie (bankiecie/uczcie) zorganizowanym z okazji 100-lecia urodzin Mickiewicza (urodzony 24 grudnia 1798 / 5 stycznia 1799). Wydarzenie miało miejsce w Petersburgu, gdzie Sołowjow mieszkał i działał w ostatnich latach życia. Tekst ukazał się drukiem w 1899 r. w czasopiśmie „Mir iskusstwa”, a później w zbiorach jego pism.
=====================================================================
Przemówienie Włodzimierza Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza
27 grudnia 1898
„Był natchniony łaską niebios,
z wysoka więc na świat spoglądał.”
Puszkin
Patrzeć na świat z wysoka to zupełnie nie to samo, co patrzeć nań z góry. Aby patrzeć z góry, wystarczy powziąć uprzednio wysokie mniemanie o swojej własnej ważności przy praktycznym braku pewnych moralnych zalet. Aby natomiast patrzeć na świat z wysoka, trzeba ten wysoki poziom osiągnąć, a w tym celu nie wystarcza stanąć na szczudłach czy nawet wejść na swoją parafialną dzwonnicę. Oto dlaczego przy takim mnóstwie ludzi spoglądających na wszystko z góry znalazł się w ciągu całego stulecia pośród wielkich jeden, o którym nie uchybiając prawdzie można powiedzieć, że nie tylko w chwilach poetyckiego natchnienia, lecz zawsze spoglądał na świat z wysoka. Miła uroczystość bratniego narodu ma dla nas – to znaczy może mieć, mogłaby uzyskać – szczególne znaczenie także niezależnie od stosunków rosyjsko-polskich, gdyby wskrzeszony obraz wielkiego człowieka, jeszcze nam bliskiego, jeszcze nie pogrążonego w mroku dziejów, pomógł przywrócić naszej świadomości najwyraźniej utraconą miarę ludzkiej wielkości, przypomnieć wewnętrzne warunki, które czynią nie tylko wielkiego pisarza czy poetę, myśliciela czy polityka, lecz wielkiego człowieka, czyli nadczłowieka w rozumowym sensie tego nadużywanego słowa. Ani najgłębsze choćby przekonanie o swym osobistym nadczłowieczeństwie, ani największe zdolności w jakiejś specjalnej sferze działania, ani najpomyślniejsze rozwiązanie jakiegoś jedynego w swoim rodzaju dziejowego zadania nie mogą w istotny i rzeczywisty sposób wynieść nas ponad ogólny poziom i dać nam tego, co daje wzięty w całości moralny charakter i wielka życiowa ofiara.
„Z wysoka więc na świat spoglądał”. Kiedy Puszkin na podstawie kilku rozmów z Mickiewiczem powziął o nim takie właśnie wyobrażenie, poeta ten znajdował się dopiero na pierwszym stopniu owych wyżyn, był po pierwszym swoim duchowym wzlocie.
W jaki sposób człowiek żyjący może spoglądać na życie z wysoka, jeśli nie osiągnie tej wysokości jako samej prawdy życia? I jak osiągnąć tę najwyższą prawdę, jeśli nie przez oderwanie się od przyziemnych, niewystarczających, nie dość uzasadnionych zjawisk życiowych? Jeśli zaś wysokość, z której spogląda się na życie, ma być rzeczywiście osiągnięta, a nie wyimaginowana, to i zerwanie z tym, co przyziemne, musi być prawdziwie przeżyte i boleśnie doświadczone. Dziecko, wychodzące na wolny Boży świat z łona matki, raz tylko zrywa organiczną więź z mrokiem i ciasnotą tego łona. Aby natomiast ostatecznie stanąć na tej wysokości, z której widać całą prawdę życia, aby się wyzwolić z wszelkiej wewnętrznej ciemności i ciasnoty, trzeba przeżyć nie jedno, lecz całe trzy życiowe zerwania, trzy wewnętrzne dramaty.
A więc przede wszystkim trzeba zerwać podstawową i najmocniejszą więź, która przyciąga nas do szczęścia osobistego w jego głównej sferze – miłości cielesnej, kiedy to wydaje się, że cała prawda i całe dobro życia wcieliły się dla nas w kobietę, w tę jedną jedyną kobietę, kiedy gotowi jesteśmy ze szczerym przekonaniem powtarzać słowa poety:
„Nie ma świata, jest tylko cieniste
Klonów drzemiących sklepienie,
Nie ma świata, jest tylko świetliste
Smętne dziecięce spojrzenie.”
W tej koncentracji miłosnego doznania zawarta jest wielka prawda, istotne przeczucie tego, co być powinno – absolutnego waloru pełnej osoby ludzkiej. Ale wielka nieprawda polega tu na tym, że przeczucie jest wzięte za spełnienie, a zamiast wyłaniającego się ogromnego zadania widzi się gotowe i darmo otrzymane dobro. Tymczasem, aby egzaltacja uczucia nie okazała się pustym złudzeniem, trzeba w każdym razie zerwać z mrokiem i ciasnotą wszechogarniającej żywiołowej namiętności i pojąć umysłem i sercem, że prawda i dobro życia nie mogą zależeć od przypadkowości szczęścia osobistego. To pierwsze i najgłębsze w życiu zerwanie jest oczywiście zarazem najboleśniejsze, i wiele pięknych i szlachetnych dusz nie wytrzymuje go. Także Mickiewicz omal nie skończył jak goethowski Werter. Kiedy pokonał ślepą namiętność, głęboko doświadczona siła ducha uniosła go, jeszcze młodzieńca, w górę, aby spoglądał na świat z tych pierwszych, w śmiertelnym boju osiągniętych wyżyn.
Takim poznał go Puszkin, kiedy wyrzekł o nim swoje natchnione i prorocze słowa. Prorocze bowiem – już wkrótce wypadło Mickiewiczowi przeżyć drugi, a potem i trzeci dramat moralny i wejść na nowe wyżyny, aby z nich spoglądać na świat.
O miłości do narodu czy do ojczyzny trzeba powiedzieć to samo, co o miłości do kobiety. Już w samej wyłączności uczucia kryje się tu zapowiedź wielkiej prawdy, że podobnie jak ludzka osoba, również naród ma odwieczne i absolutne przeznaczenie, że powinien on się stać jedną z nieprzemijających, autonomicznych i niezastąpionych form dla doskonałej pełni treści życia. Aby jednak zapowiedź najwyższej prawdy nie obróciła się w puste, fałszywe i zgubne uroszczenie, trzeba, aby tryb orzekający prostego patriotycznego uczucia: „kocham ojczyznę”, przemienił się w tryb rozkazujący patriotycznego obowiązku: „pomagaj ojczyźnie w uświadomieniu sobie i wypełnieniu jej najwyższego zadania”. Patriotyzm, podobnie jak każde uczucie, wyrasta oczywiście nie z głowy, lecz osadzony jest głębiej: ma on swoje wewnętrzne korzenie, które pozostają, a nawet wzmacniają się wskutek przerwania więzi zewnętrznej:
„Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie!”
Bez tych naturalnych korzeni nie ma prawdziwego patriotyzmu. Każdy jednak wie, że w przyrodzie nigdy się nie zdarza, by kwiaty i owoce wyrastały wprost z korzeni. Aby patriotyzm rozkwitł i zaowocował, musi on wznieść się ponad swoje głęboko osadzone korzenie ku światłu moralnej świadomości. A wzrostu takiego nie otrzymuje się darmo ani też do jego uzyskania nie wystarcza abstrakcyjna myśl. Trzeba samemu przeżyć nowy życiowy dramat.
Kiedy duch Mickiewicza po raz pierwszy wzniósł się ponad ruiny wyśnionego szczęścia osobistego, poeta oddał się żarliwie innym, rozleglejszym marzeniom o szczęściu narodu. Polski Werter, Gustaw, uratował się przed samobójstwem swoim przeobrażeniem w Konrada Wallenroda.
Przy całej złożoności przedmiotu mamy tu w gruncie rzeczy ideę prostego naturalnego patriotyzmu, który pragnie tylko zapewnić swemu narodowi za wszelką cenę zewnętrzną pomyślność w postaci niezawisłości politycznej i zwycięstwa nad wrogiem. Otóż tkwi w tym nieprawda formalna: za wszelką cenę, i nieprawda treściowa: pomyślność zewnętrzną. To ułudne marzenie zburzyła Mickiewiczowi katastrofa 1830 roku. Zerwała się druga więź życiowa i nastąpił drugi duchowy wzlot.
Wzlot ten dostrzegam w owych myślach o znaczeniu i powołaniu Polski, które Mickiewicz wypowiedział na obczyźnie w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” oraz w niektórych wykładach w Collège de France. Myśli te, które potem bardzo się skonkretyzowały pod wpływem Towiańskiego, pojawiły się jednak u Mickiewicza przed poznaniem tego mistyka. Przeobrażenie swego patriotyzmu przeżył nasz poeta sam. Wiem, że nie tylko Rosjanie, ale i większość Polaków nie zgadza się z tym, jakoby zagraniczne kaznodziejstwo Mickiewicza wyrażało jego duchowy wzlot i sukces idei narodowej.
Oczywiście nie zamierzam tu dowodzić słuszności mego stanowiska. Dla jego wyjaśnienia powiem tylko dwa słowa. Ważne jest nie to, że ktoś uważa swój naród za wybrany – czynią to prawie wszyscy – lecz to, w czym upatruje się owo wybraństwo. Nie to jest ważne, że Mickiewicz ogłosił Polskę mesjaszem narodów, ale to, że oddał jej pokłon nie jako mesjaszowi triumfującemu, lecz jako cierpiącemu; że zrozumiał, iż zwycięstwa nie otrzymuje się darmo i nie wywalcza jedynie zewnętrzną siłą, lecz że wymaga ono trudnej walki wewnętrznej, że musi być wycierpiane. Błąd, w który przy tym popadł Mickiewicz, był właściwie nieszkodliwy. Uważał on, że naród polski swymi cierpieniami odkupuje grzechy innych narodów. Tak oczywiście nie jest. Czyż naród polski nie ma swoich własnych narodowych i historycznych grzechów? Odkupienie swoim cierpieniem innych – w wymiarze, w jakim w ogóle jest ono możliwe – dokonało się już raz na zawsze. Teraz zaś każdy naród, podobnie jak każdy człowiek, cierpi tylko za siebie – oczywiście nie w dziwacznym i wyimaginowanym sensie kary i zemsty, lecz w moralnym i realnym sensie nieuniknionego przechodzenia od gorszego ku lepszemu, ku większej mocy i pełni swojej wewnętrznej godności.
Skoro dane są niższe, niedoskonałe formy życia i skoro dane jest naturalne przywiązanie ludzi i narodów do tych form, to logika wymaga, aby przechodzenie od nich ku lepszej i wyższej świadomości dokonywało się poprzez trudne zerwania, walkę i cierpienia. Jakkolwiek różne byłyby dziejowe losy narodów, to przecież nie ulega wątpliwości, że droga wewnętrznego doskonalenia jest dla wszystkich ta sama. W nowych poglądach Mickiewicza ważne jest właśnie to, że uznał on dla swojego narodu tę moralną drogę wiodącą ku najwyższemu i powszechnemu celowi poprzez samowyrzeczenie, która zastąpiła mu poprzednią drogę Wallenroda. Ważne jest owo niespotykane od czasów starotestamentowych proroków wyniesienie świadomości narodowej do sfery wyższego porządku moralnego. Wobec takiego spojrzenia traci znaczenie to, że Mickiewicz miał błędne albo przesadne wyobrażenia o faktach polskiej historii, a nawet to, że później potykał się na drodze, którą sam wytyczył.
Ale czekała go jeszcze trzecia i może najtrudniejsza próba.
Młodzieniec całą prawdę i cały sens życia skupia na obrazie wybranej kobiety, która ma mu dać szczęście osobiste. Z ruin tego marzenia młody Mickiewicz wyniósł – obok rozkwitu swej cudownej poezji – przekonanie, iż prawda szczęścia osobistego winna być nie początkiem, lecz końcem drogi życiowej, że na pełnię osobowego istnienia trzeba zasłużyć. Wobec kogo? Przede wszystkim wobec drugiej wybranki – wobec ojczyzny. Mickiewicz dojrzały jej właśnie poświęca wszystkie swoje siły, a z jej niedoli i z rozłąki z nią czerpie – obok urzekającej wizji ojczystego kraju (w „Panu Tadeuszu”) – najwyższą ideę narodową: myśl, iż zewnętrzną pomyślność winien naród osiągnąć swoją moralną ofiarą. Skąd wziąć do niej siły? Spoglądając wstecz, Mickiewicz dostrzegł odpowiedź na to już w swoim dzieciństwie:
„Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróciłaś cudem,
Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę,
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progów
Iść za wrócone życie podziękować Bogu –
Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono”.
Jak swoje osobiste szczęście – szczęściu ojczyzny, tak los ojczyzny podporządkował swym uczuciu i świadomości podporządkował Mickiewicz religii – trzeciej wybrance ponadosobowej i ponaddziejowej. Ale i tutaj czekała go jeszcze, na progu starości, wielka walka wewnętrzna. Choć bowiem w jego młodzieńczym pragnieniu szczęścia i osobowej miłości zawierała się prawda, to przecież wypadło mu powiedzieć sobie, że prawda nie może zależeć od tego, czy Maryla Wereszczakówna wybierze jego, Adama, czy pana Puttkamera. Musiał zrozumieć, że sens życia jednostkowego nie może istnieć sam w sobie jako coś przypadkowego, lecz że musi się wiązać z prawdą najbardziej powszechną, aby uwolnić się w niej od wszelkiej przypadkowości. Chociaż potem prawda ta wcieliła się w wybrankę innego rzędu – ojczyznę, to przecież nie ojczyzna jest źródłem i miarą prawdy, lecz sama prawda jest normą również dla ojczyzny – mówi, jaką ona powinna być. I nie mógł prawdziwy patriotyzm, przy całej czci dla przeszłości, nie dostrzec w niej tego, co wymagało dziejowego czyśćca. Mickiewicz zrozumiał, że nosicielką najwyższej w świecie prawdy nie mogła być osiemnastowieczna Polska z jej polityczną nieprawdą anarchii i z jej nieprawdą społeczną – bezwzględnym ubezwłasnowolnieniem niższych klas.
Również przez życie narodu powinien nieustannie przechodzić ostry miecz oddzielający dobro od zła, prawdę od nieprawdy. Również i tutaj trzeba bez ustanku odrzucać to, co przypadkowe, przemijające, niewłaściwe. Cóż więc zaspokoi nasze pragnienie całkowitej ufności, żarliwego oddania, ostatecznego ukojenia? Czy nie ona, trzecia wybranka, swojska i ponadnarodowa, historyczna i ponaddziejowa – Kościół powszechny? Ale czy to dobrze z naszej strony, że widzimy w niej tylko ukojenie, że tej wybrance ofiarujemy jedynie lenistwo umysłu i woli, uśpione sumienie, i że na tak lichym darze opieramy nasze zjednoczenie z nią? I czy ona rzeczywiście przyjmie od nas ten dar? Na cóż jej on? A czy nie przyjmą go, podszywając się pod jej imię, inni, którym zależy na tym, aby obezwładniony został nasz rozum i aby ogłuchło nasze sumienie? Nie, nigdy nie będzie i nie powinno być dla ludzkiego ducha uspokojenia na tym świecie. Nie może i nie powinno być takiego autorytetu, który zastąpiłby nasz rozum i nasze sumienie i uczynił zbędnymi swobodne dociekania. Kościół, podobnie jak ojczyzna i podobnie jak biblijna „żona młodości”, powinien być dla nas wewnętrznym motorem nieustającego ruchu ku odwiecznemu celowi, a nie poduszką dla wygodnego odpoczynku. Nie czynię wyrzutów tym, co ustają i nie nadążają, ale wspominając wielkiego człowieka trzeba przypomnieć i to, że zmęczenie duchowe nie jest znamieniem ludzi wielkich.
Nie zapominajmy przy tym, że zmęczenie i nienadążanie umysłu mają dwie postaci, z których każda jest warta drugiej: uspokojenie na zasadzie ślepego oddania jakiemuś zewnętrznemu autorytetowi i uspokojenie na zasadzie pustej i łatwej negacji. Jedni, nie chcąc trudzić swego umysłu i woli, zadowalają się patentowaną prawdą kieszonkowego formatu i domowego wyrobu, inni dla tego samego komfortu duchowego z góry odrzucają, jako niemądry wymysł, wszelkie zadanie, które nie jest dla nich od razu zrozumiałe i łatwe. I jedni, i drudzy – zarówno ludzie leniwej ufności, jak i ludzie leniwej niewiary – mają wspólnego śmiertelnego wroga w tym, co nazywają oni mistycyzmem. I Mickiewicz właśnie jako mistyk spotkał się z potępieniem z obu stron, zwłaszcza w związku z ruchem powstałym wśród polskiej emigracji za sprawą Andrzeja Towiańskiego. O ile znam ten ruch, to obok pewnych drugorzędnych błędów (jak np. kult Napoleona) zawierał on też pewne pierwszorzędnej wagi prawdy, mające prawo obywatelstwa w świecie chrześcijańskim, a przede wszystkim prawdę o stałym wewnętrznym wzroście chrześcijaństwa. Skoro świat trwa tyle wieków po Chrystusie, to znaczy, że coś się w nim dokonuje – coś pożytecznego dla naszego zbawienia. I jeśli chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią bogo-człowieczą, to udział w tym procesie jest naszym obowiązkiem.
Kryzys religijny, przeżyty przez Mickiewicza u progu starości, nie był dla niego zerwaniem z samym Kościołem – podobnie jak uprzednio jego kryzys patriotyczny nie był zerwaniem z samą ojczyzną i podobnie jak jeszcze wcześniej jego klęska miłosna nie zniszczyła w nim indywidualnego życia serca. Mickiewicz rozstał się nie z Kościołem, lecz tylko z małodusznością niektórych ludzi Kościoła, którzy chcieli widzieć w chrześcijaństwie jedynie opartą na tradycji przeszłości regułę zachowania w życiu codziennym, nie zaś życiową i dynamiczną zasadę całej przyszłości rodzaju ludzkiego. Zewnętrznemu autorytetowi Kościoła przeciwstawił Mickiewicz nie siebie, lecz obowiązującą również Kościół zasadę ogólnego prawa duchowego: est Deus in nobis – Bóg jest w nas. Nie widać też, aby kiedykolwiek odstąpił on od tej religijnej postawy, wyrażonej w jednym z listów, gdzie nie przyjmując tytułu nauczyciela, mówi tak: „Nie wierzcie ślepo żadnemu z ludzi i moje każde słowo sądźcie, bo dziś mogę prawdę mówić, jutro fałsz: dziś dobrze robić, jutro źle”. Każdemu zewnętrznemu autorytetowi przeciwstawiał jedynie absolutną prawdę Bożą, poświadczoną przez sumienie.
Zaiste, był on człowiekiem wielkim i mógł spoglądać na świat z wysoka, bowiem życie wyniosło go na wyżyny. Ciężkie próby nie zdławiły, nie osłabiły i nie spustoszyły jego duszy. Z klęski szczęścia osobistego nie wyszedł jako rozgoryczony mizantrop i pesymista; fiasko szczęścia narodu nie przemieniło go w obojętnego kosmopolitę; walka o wewnętrzne przekonania religijne przeciwko zewnętrznemu autorytetowi nie uczyniła z niego wroga Kościoła. Jest wielki przez to, że wznosząc się na nowe stopnie wyżyn moralnych, niósł ze sobą na te wyżyny nie dumną i czczą negację, lecz miłość ku temu, ponad co się wznosił.
Autor: Stanisław Romański
=========================================
Mail:
Co do przyjaźni polsko-rosyjskiej w XIX wieku przypomina mi się
następujący incydent.
Otóż, Milij Bałakiriew, rosyjski kompozytor i pianista wystawił w
Żelazowej Woli, w 45 rocznicę śmierci Fryderyka Szopena skromny pomnik polskiego
kompozytora.
Z tyłu pomnika, małymi, może półcentymetrowymi literami było podane
rosyjska czcionką nazwisko fundatora.
Widziałem to nazwisko jeszcze w latach siedemdziesiątych. Napis
przetrwał więc dwie okupacje niemieckie i tzw. polski szowinizm dwudziestolecia międzywojennego.
Nazwisko to jest teraz zatarte, dając wymowne świadectwo dzisiejszego czasu.