Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

19.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/sceny-mysliwskie

„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad”

Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.

Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?

Czy jest on narodowości prawniczej?

Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Okoliczność trzecia

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.

Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.

Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Wywiad rosyjskiego ministra spraw zagranicznych o polityce światowej

Thomas Röper anti-spiegel.ru/die-uebersetzung-eines-einstuendigen-interviews-des-russischen-aussenministers-zu-allen-fragen-der-weltpolitik

Ławrow własnymi słowami

Tłumaczenie godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych na temat wszystkich aspektów polityki światowej

Minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow udzielił godzinnego wywiadu, który został tutaj w całości przetłumaczony, aby przedstawić niemieckiej publiczności niefiltrowaną rosyjską perspektywę w tym krytycznym momencie.

Anti-Spiegel 17 wrzesień 2026

Ponieważ Zachód, a zwłaszcza Europejczycy, obecnie wręcz domaga się wojny i próbuje ją sprowokować wszelkimi możliwymi sposobami, podczas gdy niemieckie media jednocześnie coraz bezczelniej kłamią lub ukrywają stanowiska i argumenty rządu rosyjskiego, uważam za istotne przetłumaczenie w całości niedawnego, godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem. Pytano go w nim o wszystkie bieżące kwestie, a w szczególności o Ukrainę i rosnące zagrożenie wojną z Europą, gdzie wyjaśnił stanowisko Rosji.  (mid.ru/ru/foreign_policy/news)

Początek tłumaczenia:

Panie Ministrze, z przyjemnością witam Pana w naszym programie „Wielka Gra”. Dziękuję za poświęcony nam czas. Chciałbym przedstawić mojego kolegę, sędziego Napolitano, znanego amerykańskiego prezentera telewizyjnego i stałego uczestnika programu „Wielka Gra”.

Ławrow: Dziękuję za zaproszenie. To wielka przyjemność być tutaj z sędzią Napolitano i Panem.

Panie Ministrze, z wielką przyjemnością jestem Pana gościem w tej sali recepcyjnej. Dziękuję za możliwość rozmowy.

Niedawno Steve Witkoff i Jared Kushner, wysłannicy prezydenta USA Trumpa, odwiedzili Moskwę i spotkali się z prezydentem Rosji Putinem. Co może nam Pan powiedzieć o wynikach tej wizyty?

Ławrow: Duża część początku tych rozmów była transmitowana w telewizji, w tym wypowiedzi prezydenta Rosji Putina oraz odpowiedzi pana Witkowa i pana Kushnera. Następnie prezydent Uszakow, doradca prezydenta Rosji, który uczestniczył w rozmowach, udzielił szczegółowego komentarza.

W naszej tradycji dyplomatycznej przyjęło się ograniczać do tego, co postanowiliśmy przekazać opinii publicznej. Nie chcę przyłączać się do tych, którzy spekulują teraz na temat tego, „co pan Witkoff i pan Kushner przywieźli do Moskwy, a co następnie zabrali do Kijowa”. Jeden z deputowanych Rady Najwyższej stwierdził już, że to, co przywieźli, jest o wiele gorsze niż to, co Ukraina już odrzuciła.

Są spekulacje. Strona amerykańska nie skomentowała dalszych kroków dyplomatycznych. Jednak strona francuska, Pałac Elizejski, oświadczyła już, że Amerykanie zasugerowali, iż bezpośrednie negocjacje z udziałem USA zostaną z pewnością wznowione po wyborach do Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej. Wszystko to pozostawiam sumieniu Pałacu Elizejskiego. Zwłaszcza że wielokrotnie zasłynął on nieetycznym traktowaniem treści rozmów telefonicznych i innych rozmów.

Mogę z całą pewnością powiedzieć, że sedno dyskusji opiera się na stanowisku, jakie prezydent Trump przedstawił w sprawie Ukrainy zaraz po powrocie do Gabinetu Owalnego. Po pierwsze, wezwał do zaprzestania prób wciągnięcia Ukrainy do NATO. Przypomniał, że sprawa została rozstrzygnięta na długo przed objęciem urzędu przez prezydenta Rosji Putina; sprawa jest zamknięta i nie ma sensu jej ponownie otwierać.

Drugim elementem stanowiska USA jest uznanie realiów na miejscu. Chcę podkreślić, że nie chodzi tu o terytorium.

Niektórzy twierdzą, że Rosja już podbiła jakieś terytorium, więc powinniśmy pozostać tam, gdzie jesteśmy. Ale nie chodzi tu o terytorium. Kiedy mówimy o realiach, mówimy o ludziach, którzy zaraz po zamachu stanu w lutym 2014 roku zostali nazwani „podludźmi”, „stworzeniami” lub terrorystami. Po odrzuceniu wyników nielegalnego zamachu stanu, wysłano przeciwko nim wojsko, myśliwce i artylerię – co jest kategorycznie zakazane na mocy międzynarodowego prawa humanitarnego – i po prostu odebrano im status człowieka.

Pan Poroszenko, wybrany na prezydenta wkrótce potem, w 2014 roku, powiedział, że dzieci „prawdziwych” Ukraińców będą chodzić do czystych szkół i przedszkoli, a dzieci mieszkańców Donbasu będą gnić w piwnicach. I jak Europejczycy zamierzają zmusić tych ludzi do powrotu pod rządy tego reżimu, skoro domagają się przywrócenia granic z 1991 roku? Po prostu oddać terytorium nazistom? A może chcą ukarać tych ludzi za to, że chcą zachować swoją wolność, swoją kulturę i przynależność do rosyjskiego świata?

Mówiłem o tym już kilkakrotnie. Chcę podkreślić, że realia na miejscu, które prezydent USA Donald Trump i jego zespół, o ile nam wiadomo, uznali i nadal uznają – jak to miało miejsce na Alasce – są powiązane z ludźmi i ich opiniami wyrażanymi w referendach. Dotyczy to Krymu, Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a także oczywiście Zaporoża i obwodu chersońskiego. Fakt, że Amerykanie we wszystkich swoich interakcjach z nami, a zwłaszcza w rozmowach z prezydentem Rosji Putinem, kierują się tymi realiami, budzi w nas pozytywny oddźwięk i wzmacnia chęć kontynuowania dialogu z nimi. Uznają te fundamentalne fakty i starają się wnosić konstruktywny wkład na ich podstawie. Uważam, że zasługuje to na poparcie.

Wspomniał Pan właśnie o Alasce i spotkaniu w Anchorage. Wielu uważa, że ​​Rosjanie myśleli, że osiągnęli porozumienie z Amerykanami, ale potem okazało się, że tak nie było. Wiemy, że prezydent USA Trump podpisał memorandum o porozumieniu z Iranem i zerwał je zaledwie kilka godzin później. Skąd ta pewność ze strony Rosjan?

Ławrow: Chcę to jasno powiedzieć i uniknąć nieporozumień. Już kilkakrotnie komentowaliśmy tę sytuację.

To nie była nasza propozycja. To była propozycja, którą pan Witkoff przywiózł ze sobą do Anchorage na kilka dni przed spotkaniem. Prezydent Rosji Putin również skomentował tę sytuację. Stwierdził, że w jego ocenie istnieją trudne aspekty. Początkowo wstrzymał się z aprobatą, gdy propozycja została mu przedstawiona w Moskwie. Ale kiedy przybył na Alaskę, powiedział, że rozważał ją i uważa, że ​​każde porozumienie wiąże się z kompromisami w taki czy inny sposób, ale przyjął odpowiedzialność za jej przyjęcie, a ludzie to zrozumieją.

Tak wyglądała propozycja USA w pierwotnej formie. Oczywiście, propozycja nie zawierała szczegółów, ale nakreślała zasady porozumienia. Prezydent Rosji Putin zaakceptował wszystkie te zasady bez żadnych zmian. Dlatego byłem nieco zaskoczony, gdy sekretarz stanu USA Rubio oświadczył w czerwcu tego roku, że Stany Zjednoczone nie mogą pełnić roli mediatora, ponieważ wyraźnie wspierają Ukrainę.

A tak przy okazji, co stało się później z tymi ocenami? Dla przypomnienia, spójrzcie na zapis konferencji prasowej prezydentów Putina i Trumpa w Anchorage. Padły tam słowa takie jak „wspaniały wynik” i sformułowania takie jak „zrozumienie porozumienia”. Prezydent USA Trump określił wyniki z Anchorage jako „wspaniały, ogromny krok naprzód”. Powiedział nawet, że w zasadzie pozostała do rozwiązania tylko jedna kwestia, a zatem osiągnięto ogromny przełom. To sedno sprawy; nie pamiętam teraz dokładnego sformułowania.

A co stało się później? Oczywiście europejscy sojusznicy USA byli zbulwersowani. Pospieszyli do Waszyngtonu i zaczęli lobbować u amerykańskich przywódców.

Minęło wiele miesięcy. W czerwcu tego roku, na szczycie G7 w Évian, prezydent Francji Macron z dumą ogłosił, że Anchorage zostało „pogrzebane”. Ameryka była teraz po ich stronie. Trump był po ich stronie. I wszyscy znów zjednoczyli się przeciwko Rosji. Taka była sytuacja.

Wszyscy śledziliśmy wydarzenia między szczytem w Anchorage, szczytem G7 w Évian i szczytem NATO w Ankarze, a także to, jak relacjonowała je prasa i jak przedstawiali je politycy. Było jednak oczywiste, że Europa nie ukrywała swojego głównego celu: uniemożliwić Amerykanom trzymanie się własnej propozycji, którą prezydent Rosji Putin zaakceptował bez żadnych zmian. Właśnie tego chciała Europa.

Patrząc na amerykańskich negocjatorów, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z poważnymi ludźmi, którzy szczerze pragną pokoju. Sam prezydent Rosji Putin to podkreślał. Chociaż znam Kushnera tylko powierzchownie, miałem z nim bardzo intensywne doświadczenie: prokurator specjalny USA Mueller przesłuchał nas wówczas osobno w sprawie naszych powiązań i domniemanej „rosyjskiej ingerencji” za naszym pośrednictwem. Nasze oświadczenia były całkowicie zbieżne. Na podstawie tego doświadczenia uważam, że na Kushnerze można polegać również na płaszczyźnie osobistej. Jednak właśnie dlatego, że uważamy ich za porządnych ludzi, myślę, że musimy również uznać, że reprezentują oni Stany Zjednoczone, kraj, który, jak powiedział sekretarz stanu USA Rubio, bardzo aktywnie wspiera Ukrainę. Jak można pogodzić rolę USA jako mediatora z ich rolą jako zwolennika Ukrainy?

Ławrow: Po pierwsze, podkreśliłem już cechę, która odróżnia administrację Trumpa od reszty Zachodu: uznanie realiów, zarówno w odniesieniu do uzasadnionych interesów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej – mam na myśli, że nie biorą nawet pod uwagę NATO jako części umowy – jak i w odniesieniu do życzeń ludzi, którzy od wieków mieszkają w tych częściach Ukrainy i którzy wraz z tymi terytoriami stali się częścią Ukraińskiej SRR przez czysty przypadek. To uznanie jest bezcenne. Kiedy ludzie, o których mówimy, przyznają się do oczywistości, staje się jasne, jak nisko upadły inne państwa zachodnie, które odmawiają nawet uznania oczywistości.

Znałem Kushnera z pierwszej kadencji Trumpa, kiedy prezydent USA przyjął mnie w Białym Domu. Wymieniliśmy kilka słów. Sprawia wrażenie osoby miłej i wiarygodnej. Rozmawiałem z Witkoffem podczas drugiej kadencji prezydenta Trumpa. On również jest wyraźnie zdeterminowany, aby osiągnąć rezultaty. Jest oczywiste, że działają jako wszechstronni negocjatorzy w różnych dziedzinach: Iranie, Palestynie, sprawach Bliskiego Wschodu ogólnie; nie kierują całością relacji rosyjsko-amerykańskich.

Jak słusznie zauważyłeś, Departament Stanu USA pozostaje nieco na uboczu, podobnie jak rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wykonujemy instrukcje, które otrzymujemy od Prezydenta Rosji. W negocjacjach bezpośrednio biorą udział osoby, które naszym zdaniem odpowiadają randze i stanowisku zajmowanym przez obu negocjatorów w administracji USA.

Ale jednocześnie ci, którzy decydują o wszystkich innych kwestiach stosunków rosyjsko-amerykańskich, działają według własnego uznania, niezależnie od tego, czy są zainteresowani sukcesem negocjacji, czy nie.

Na przykład Kongres, administracja, Departament Skarbu i inne odpowiednie agencje amerykańskie bez zastrzeżeń i stale przedłużają wszystkie sankcje nałożone przez ówczesne władze amerykańskie. Prezydent Biden i Kongres Bidena. Kiedy prezydent Trump mówi, że to „wojna Joe Bidena, do której nigdy by nie doszło, gdyby był prezydentem”, należy zdawać sobie sprawę z tego, co się faktycznie dzieje.

Oprócz przedłużenia sankcji wprowadzonych za Bidena, obecna administracja wprowadziła już nowe sankcje, m.in. wobec Łukoilu i Rosniefti. Sekretarz skarbu USA Bessent otwarcie mówi o konieczności zaostrzenia sankcji i objęcia kontroli USA nad światowymi rynkami energii. Wszystko to nie bardzo pasuje do nastroju panującego podczas negocjacji. Ale takie jest życie. I jak zawsze, życie jest złożone.

Hasło MAGA „Make America Great Again!” i związana z nim ideologia nie zniknęły. Widać to również w relacjach z Rosją. To fakt. Amerykanie chcą uzyskać korzyści ekonomiczne. Tak, zdają sobie sprawę, że aby je uzyskać, nie mogą traktować Rosji tak, jak są gotowi traktować inne kraje. Nie wiem jeszcze, jaki będzie wynik.

Skoro mowa o Europejczykach, pytanie brzmi, co zrobią z pozytywnym impulsem, który właśnie wygenerowały negocjacje w Moskwie. Kushner i Witkoff udali się do Kijowa i spotkali się z Zełenskim, a następnie spotkali się z przedstawicielami Europy z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec.

Ławrow: Mamy na to określenie: „fortepian w krzakach”.

Dokładnie. Jestem pewien, że chcą wyciągnąć ten fortepian z krzaków i odgrywać coraz bardziej aktywną i wrogą rolę. Jak ocenia Pan stanowisko Europy? Czy nie obawia się Pan, że – podobnie jak po Anchorage – uda im się storpedować wszystko, co próbujemy osiągnąć?

Ławrow: Szczyt w Anchorage nie był pierwszym takim wydarzeniem. Rola Europy w sprawach ukraińskich byłaby tematem wartym osobnych badań. Podobnie jak jej rola w rozwoju naszej planety w ciągu ostatnich 500 lat, podczas których Europejczycy żyli kosztem innych. Wystarczy pomyśleć o niewolnictwie, kolonializmie, wyzysku i wielu innych. Nie zapominajmy, że w Europie wybuchły dwie wojny światowe i to z powodu polityki państw europejskich.

Można również przypomnieć wojny napoleońskie, kiedy przywódca walczącego państwa zjednoczył całą Europę pod swoim sztandarem, by zaatakować Rosję, tak jak później zrobił to Hitler. Dlatego dla wielu Europa jest pomiotem piekła w historii świata. Nawiasem mówiąc, kiedy europejscy osadnicy wyruszyli na kontynent amerykański – nie wspominamy o tym zbyt często, ale nie należy o tym zapominać – Katarzyna II odegrała kluczową rolę, wspierając tych osadników w walce z brytyjskimi władcami kolonialnymi.

Widzicie, nie możemy zapominać o korzeniach naszej relacji. Ta relacja przybierała różne formy w różnych epokach, w tym w okresie zimnej wojny. Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i II wojny światowej sojusz – jak zawsze podkreślałem w moich ostatnich przemówieniach – ostatecznie odegrał kluczową rolę. Wielu badaczy podkreśla, że ​​program Lend-Lease i konwoje arktyczne odegrały kluczową rolę w przetrwaniu Związku Radzieckiego w pierwszym roku wojny. Potem nastąpiła przerwa, okres oczekiwania. Niektórzy historycy interpretują ten okres jako próbę naszych sojuszników, Brytyjczyków i Amerykanów, sprawdzenia, jak sytuacja się odwróci.

Ale nawet jeśli otwarcie drugiego frontu nie było decydującym czynnikiem, to jednak było to prawdziwe braterstwo broni. Wystarczy obejrzeć nagranie ze spotkania nad Łabą, aby zrozumieć, że więź między tymi, którzy walczyli z narodowym socjalizmem z bronią w ręku, charakteryzowała się głęboką powagą i szczerością. To był, że tak powiem, „duch Łaby”. Nie chciałbym uwieczniać „ducha Anchorage”, ponieważ w Anchorage panował nie „duch”, lecz zrozumienie.

Ale wracając do Europy, zauważam, że Europejczycy mieli niezliczone okazje, by odegrać konstruktywną rolę. Wierzą, że bez nich nie da się przeprowadzić żadnych negocjacji, że absolutnie muszą zasiąść do stołu negocjacyjnego i tak dalej.

Siedzą przy stole negocjacyjnym od grudnia 2013 roku, kiedy wybuchł „Majdan” – podsycany zresztą zarówno przez niektórych Europejczyków, jak i Waszyngton – i kiedy ówczesna zastępca sekretarza stanu USA, Victoria Nuland, osobiście kierowała przygotowaniami bojowników, rozdając „ciasteczka i wypieki”. W tym czasie Europejczycy, reprezentowani przez Francję, Niemcy i Polskę, prowadzili negocjacje między ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem a opozycją, która dążyła do władzy. 21 lutego 2014 r. zostało podpisane porozumienie między Janukowyczem a opozycją, za którego przestrzeganie w zasadzie gwarantowała UE.

Zgoda na wcześniejsze wybory była ustępstwem Janukowycza. Chciał oddać dużą część swoich uprawnień do czasu nowych wyborów, a na czele kraju powinien stanąć przejściowy rząd jedności narodowej. Następnego ranka nastąpił zamach stanu. Uzbrojeni bojownicy okupowali budynki administracyjne, nie zważając na podpisy Niemiec, Francji i Polski, a Zachód to wszystko „połknął”.

Prezydent Rosji Putin ostatnio często wspominał, że kiedy porozumienie było już gotowe do podpisania, zadzwonił do niego prezydent USA Obama i powiedział, że Ukraińcy osiągnęli porozumienie, że rozumie, że nie wszystko nam się tam podoba, ale poprosił, aby nie odradzano Janukowyczowi podpisania porozumienia. Prezydent Rosji Putin odpowiedział, że Janukowycz jest niezależną, powszechnie uznawaną głową państwa i jeśli w tym charakterze podpisałby coś, jak on mógłby mu tego zabronić?

Podpisanie odbyło się 21 lutego 2014 r., a zamach stanu nastąpił 22 lutego. Wszyscy przedstawiciele Zachodu, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, 22 lutego po południu zaczęli – czytajcie wypowiedzi polityków – komentować doniesienia o rzekomej ucieczce Janukowycza i nieobecności w Kijowie. Był na konferencji partyjnej w Charkowie. Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy napisali, że „naród w końcu dokonał właściwego wyboru”. A atrament na dokumencie gwarantowanym przez Europejczyków nawet jeszcze nie wysechł.

Drugą szansę otrzymali, gdy w lutym 2015 roku po maratonie negocjacji w Mińsku osiągnięto odpowiednie porozumienia. Były też podpisy ówczesnej kanclerz Niemiec Merkel i prezydenta Francji Hollande’a, a także prezydentów Rosji Putina i ówczesnego prezydenta Ukrainy Poroszenki.

Kilka lat temu Merkel, obecnie na emeryturze, Hollande, również już nie sprawujący urzędu, i Poroszenko – wszyscy trzej z dumą oświadczyli, że nie mieli zamiaru wprowadzać w życie żadnego z tych założeń, ale pilnie potrzebowali „kupić” czas na „napompowanie Ukrainy do pełna” bronią. To była kolejna szansa dla Europejczyków.

Trzecia europejska szansa – były inne epizody, ale wspomnę o tym najważniejszym – pojawiła się w kwietniu 2022 roku, kiedy rosyjscy negocjatorzy w Stambule, podobnie jak prezydent Putin w Anchorage, zaakceptowali propozycje Amerykanów oraz propozycje przedstawione im przez Ukraińców. Zaakceptowali zasady, na których mogłoby opierać się kompleksowe porozumienie pokojowe. Cały dokument został parafowany. Prezydent Putin wielokrotnie to demonstrował, nawet przed kamerami, omawiając tę ​​kwestię ze swoimi rozmówcami.

Ówczesny brytyjski premier Johnson powiedział, że nikomu niczego nie zakazał, a jedynie oświadczył, że Brytyjczycy będą wspierać Ukraińców, jeśli zechcą walczyć. To kłamstwo. Wiemy, co powiedział. Arachamija, który nadal przewodzi frakcji Sługa Narodu w Radzie Najwyższej, przyznał, że tak nie było. Johnson polecił Ukraińcom, aby niczego nie podpisywali.

Europejczycy mieli kolejne okazje, by zająć stanowisko równie rozsądne i odpowiedzialne, jak administracja Trumpa. Oznaczałoby to przyjrzenie się faktom, sytuacji na miejscu, w tym ludziom tam mieszkającym i ich opiniom. Ale nie, oni wciąż wspinają się coraz wyżej po płocie, z którego bardzo trudno zejść. Przy każdej okazji deklarują, że Rosja musi ponieść „strategiczną porażkę”.

Niedawno Wysoki Przedstawiciel UE Kallas lub któryś z członków unijnego „zespołu rozmów” ogłosił, że muszą zintensyfikować swoje wysiłki, choć odrobinę, a „Ukraina pokona wszystkich”. Mówi się, że nigdy nie przyznają się do czegoś, co narusza integralność terytorialną Ukrainy.

I po co to wszystko? Bo Ukraina, jak twierdzą, broni europejskich wartości.

Ale to przyznanie się do winy, samoobnażenie. Jeśli tak jest, jak twierdzą od lat, to przez „europejskie wartości” rozumieją oni otwarty przejaw autentycznego narodowego socjalizmu i dyskryminację ze względu na rasę, narodowość lub religię, co jest sprzeczne z Kartą Narodów Zjednoczonych, która stanowi, że wszyscy muszą szanować prawa człowieka, bez względu na płeć, rasę, język czy religię.

Język rosyjski jest zakazany. W Izraelu nie jest zakazany ani arabski, ani perski. W Iranie hebrajski nie jest zakazany; synagogi nadal działają,  istnieje odrębna społeczność żydowska. Ukraina jest jednak jedynym krajem, który nie tylko zakazał jakiegoś języka, ale złamał zasady ONZ. Osobom mówiącym po rosyjsku odmawia się obsługi w sklepach; zlikwidowano wszystkie lekcje języka rosyjskiego w szkołach, zakazano działalności mediów, w tym tych należących do Ukraińców, a kanoniczny Kościół Prawosławny został zdelegalizowany. To są właśnie „europejskie wartości”.

Te „europejskie wartości” najwyraźniej obejmują również sceny, które niezliczoną ilość razy widzimy codziennie w telewizji i mediach społecznościowych: jak rekruterzy „zatrudniają” obywateli, po prostu zbierając ich jak bydło na ulicy i wpychając do autobusów. Dziesięciu krzepkich mężczyzn chwyta młodego mężczyznę, zaciąga go do środka, ubiera w mundur, wpycha mu karabin szturmowy do ręki i wysyła na linię frontu. Oto więc „europejskie wartości”.

Dlatego, kiedy Europa mówi: „Nie, musimy…”, mieliście tyle okazji i wszystkie je zmarnowaliście. Jeśli chcecie, by w ogóle zaufano wam w przyszłości, będziecie musieli bardzo się postarać, aby wytłumaczyć, co tym razem wymyśliliście. A to będzie trudne.

Panie Ministrze, dla każdego neutralnego obserwatora, a nawet dla wielu ludzi na Zachodzie, jest całkowicie oczywiste, że Rosja nieuchronnie odniesie zwycięstwo militarne w trakcie tej operacji wojskowej, i to już wkrótce. Jaki jest Pana zdaniem plan? Co stanie się z Ukrainą po tym, jak Rosja odniesie zwycięstwo militarne?

Ławrow: Właściwie, panie Napolitano, to kontynuacja mojej odpowiedzi na poprzednie pytanie. Oprócz tych, którzy są wręcz fanatykami – nie potrafię tego inaczej nazwać – domagającymi się przywrócenia granic z 1991 roku, aby ponownie zepchnąć ludzi kultury rosyjskiej, którzy od wieków mieszkają na tych terenach, do prawdziwego obozu koncentracyjnego, istnieje również grupa, u której czasami dostrzegamy oznaki realizmu. Niektórzy, w tym prezydent Finlandii i premier Włoch, zaczynają teraz mówić o pilnej potrzebie zawieszenia broni. Za tym jednak kryje się chęć zyskania na czasie; to jest dla wszystkich całkowicie jasne. Zełenski również nie ukrywa tego. Mówi: „Pilnie potrzebujemy pocisków do systemów Patriot i innego sprzętu obrony powietrznej; musimy zachować nasze państwo”. I tak dalej.

Jednak spośród wszystkich, którzy wzywają do zaprzestania działań, większość deklaruje również, że w przypadku zawieszenia broni nie uzna niczego, co Rosja obecnie kontroluje. Jeszcze inni uważają, że należy jak najszybciej zamrozić sytuację, Ukrainie, czyli pozostałej części Ukrainy, natychmiast dać gwarancje równoważne z art. 5 Traktatu NATO, a na obszarze pozostającym pod kontrolą Kijowa powinny stacjonować międzynarodowe siły stabilizacyjne.

Odpowiedzieliśmy już na to. Daliśmy jasno do zrozumienia, że ​​dla nas każda osoba w mundurze i każdy przedmiot wojskowy jest uzasadnionym celem i że opcja zasadniczo imitująca członkostwo Ukrainy w NATO bez jej formalnej pieczęci prawnej jest absolutnie wykluczona.

Ale najważniejsze jest to, że zarówno ci, którzy chcą jedynie „granic z 1991 r.” i opowiadają się za natychmiastowym zakończeniem walk, jak i ci, którzy chcą zakończenia walk z ukrytym uznaniem realiów na południowym wschodzie Ukrainy, czyli sytuacji, która tam powstała po rozpoczęciu przez nas operacji wojskowej w odpowiedzi na wojnę rozpoczętą przeciwko nam przez reżim kijowski, opowiadają się za utrzymaniem reżimu aktualnie rządzącego w Kijowie. A to oznacza dokładnie te cechy, które już przypisałem temu reżimowi: narodowy socjalizm, agresywną rusofobię i łamanie praw człowieka, praw językowych i wolności religijnej. Wszystko to, wszystkie te „wartości europejskie” utrwalą się, gdy w ten czy inny sposób zakończy się faza militarna.

Jeśli chodzi o wybory, to już napomykano o wyborach, ale teraz wszyscy mówią, żeby tego nie robić. Byłoby również niezwykle dziwne, gdyby Amerykanie sprzeciwiali się wyborom, ponieważ w przeciwnym razie stanowczo żądaliby, aby odbywały się one co dwa lata. Tutaj także Amerykanie wykazują się realizmem.

Europa z kolei chce zachować jawnie rusofobiczny, agresywny reżim neonazistowski. Taki jest europejski plan. Nie rozumiem, jak Rosjanie mogliby zaakceptować taki wynik.

Co można zrobić, aby Rosjanie mogli mieć pewność, że taki scenariusz nie powtórzy się za 25 lat, że mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie zaproszą NATO, ale będą w stanie mu się przeciwstawić?

Ławrow: Wszyscy mówią o tym, że Rosja potrzebuje „strefy buforowej”. Niech Ukraina będzie tym buforem.

My, zarówno prezydent Rosji, jak i ja, wielokrotnie wspominaliśmy, jak powstała współczesna Ukraina. Terytoria zachodnie, zamieszkiwane przez wieki przez silnie nacjonalistycznych przedstawicieli różnych narodowości europejskich, zostały przyłączone do Związku Radzieckiego na mocy rozkazu sowieckiego kierownictwa. Aby jednak nieco stłumić ich radykalizm, albo, jak to mówimy, „rozwodnić”, postanowiono dodać do tych nowych terytoriów zachodnich terytoria tradycyjnie rosyjskie. Całość nosiła wówczas nazwę „Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej”. Już nie istnieje.

A jednak ta dość sztuczna konstrukcja, państwo liczące zaledwie kilkadziesiąt lat, istniało w ramach zjednoczonego państwa, które gwarantowało zarówno prawa wszystkich narodów zamieszkujących Związek Radziecki, jak i własne bezpieczeństwo. Kiedy to skrzyżowanie „jeża i drżącej łani” uzyskało niepodległość, a po upadku Związku Radzieckiego szybko ujawniły się głęboko zakorzenione różnice cywilizacyjne między zachodnimi Ukraińcami a Rosjanami mieszkającymi w południowo-wschodniej Ukrainie, stała się ona prawdziwym punktem zapalnym.

Europa od samego początku w znacznym stopniu podsycała te podziały. Doskonale pamiętam protesty na Majdanie w 2004 roku, kiedy Amerykanie i Europejczycy odmówili uznania wyników drugiej tury wyborów prezydenckich i – być może to Państwa zainteresuje – zmusili ukraiński Sąd Konstytucyjny do zarządzenia trzeciej tury głosowania, mimo że konstytucja jej nie przewidywała. W związku z tym odbyła się trzecia tura i wybrali kandydata, którego chcieli. Jeszcze przed wyborami pojawiły się publiczne żądania ze strony UE: „Ukraińcy muszą zdecydować, po której stronie stoją: z Rosją czy z Zachodem”. Ta mentalność „albo-albo”, to przeciwstawianie wszystkich, którzy nie chcą zerwać z Rosją, europejskim wartościom, jest tam od dawna zakorzeniona.

Omówiliśmy już wiele kwestii, ale faktem jest, że Ukraina, którą uznawaliśmy za prawowity byt w polityce światowej, już nie istnieje. Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka już nie istnieje, a my uznaliśmy niepodległość dzisiejszej Ukrainy na podstawie Deklaracji Niepodległości z 1990 roku. Ta deklaracja, uchwalona przez Radę Najwyższą, ukraiński parlament, stanowiła, że ​​państwo ukraińskie zobowiązało się do bycia i pozostania wolnym od broni jądrowej, neutralnym i niezaangażowanym.

Dziś wszystkie te trzy zobowiązania są po prostu ignorowane. Już w 2022 roku Zełenski publicznie oświadczył, że wyrzeczenie się broni jądrowej było błędem. Wielu polityków zaczęło poważnie sugerować, że wiedza i technologie z czasów sowieckich mogłyby zostać wykorzystane do przywrócenia tego statusu. Nie wspomnę nawet o NATO. Wszyscy twierdzą, że członkostwo w NATO i UE zagwarantuje im bezpieczeństwo. UE jest obecnie sojuszem wojskowym w takim samym stopniu jak NATO. Te cechy, które uważano za fundament państwa ukraińskiego i które skłoniły nas do uznania go za niezależny podmiot w stosunkach międzynarodowych, zostały utracone.

Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony twierdzą, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej „zaatakuje”. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. W obliczu tego obrazu zadaję sobie pytanie: Czy uważa Pan, że oni naprawdę się nas boją? Czy też pod pretekstem „rosyjskiego zagrożenia” wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?

Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą zwiększyć wydatki na obronę do 5% PKB w każdych okolicznościach, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie dodatkowe 90 miliardów euro na przyszły rok.

Przemysł zbrojeniowy jest wniebowzięty. Zbiera ogromne zyski. Tymczasem kanclerz Niemiec Friedrich Merz, na przykład, publicznie deklaruje: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy do tego zobowiązani – ze względu na Ukrainę, ze względu na europejskie wartości”.

A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.

Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy agresję na Europę.

To absurd. Z jednej strony twierdzą, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia i ta pomoc musi zostać zwiększona, aby mogła wygrać – a z drugiej strony ta sama Rosja, która ich zdaniem „przegrywa”, rzekomo planuje atak na Europę. Z perspektywy polityka, wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Ale prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie mamy zamiaru nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.

Ale jeśli ta gadnina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.

Istnieje jednak również możliwość, że czynnik wyzwalający, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś na wzór arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego dałoby się zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód oraz ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich możliwości; pomyśl tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak wywołali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani krzty dowodów.

Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała pokazała ekipa BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim momencie? Nikt nie udziela nam odpowiedzi.

Mówią nam, że rodziny tego nie chcą. Ale nic od nich nie słychać. To niemożliwe, że dziesiątki ludzi giną masowo, dochodzi do zbrodni wojennych, a rodziny nie zgłaszają żadnej inicjatywy. Ale tutaj panuje całkowita cisza, więc nie wykluczam prowokacji.

Patrząc na rządy krajów europejskich, odnosi się wrażenie, że różnią się one znacząco od wyników sondaży, że opinia publiczna w Europie jest znacznie bardziej pokojowo nastawiona niż elity europejskie, elity globalistyczne. To prowadzi mnie do pytania: Czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie porozumienia z tymi elitami globalistycznymi? Powiedział Pan niedawno, że w tym konflikcie, przynajmniej w obecnej fazie, decydującą rolę odgrywa nie dyplomacja, lecz użycie siły. Co Pan o tym sądzi? Czy możemy przedłużać sytuację, w której Ukraińcy atakują nasze terytorium rakietami i dronami dostarczonymi przez Zachód lub zbudowanymi przy jego wsparciu i kontrolowanymi przez Zachód, podczas gdy my atakujemy tylko terytorium samej Ukrainy? Jak długo może trwać ta sytuacja i czy poradzimy sobie bez ataków na Europę?

Ławrow: Goście pańskiego programu poruszyli już ten temat – działania militarne i dyplomację. Nie widzę powodu, dla którego te procesy nie mogłyby przebiegać równolegle i jednocześnie. W końcu takie przypadki zdarzały się w historii.

Po tym, jak zostaliśmy oszukani w kwietniu 2022 roku, kiedy byliśmy gotowi zaakceptować ukraińskie propozycje, parafowaliśmy je i oczekiwaliśmy rozpoczęcia prac nad pełnym porozumieniem, prezydent Francji Macron zadzwonił do prezydenta Rosji Putina. Poprosił o gest dobrej woli, aby poprawić atmosferę przed podpisaniem umowy: wycofanie wojsk lub jakąś formę przerwy. Po ujawnieniu tego oszustwa, prezydent Putin oświadczył, że pozostajemy otwarci na negocjacje, ale nie zaprzestaniemy wypełniania naszych zobowiązań militarnie w trakcie negocjacji. Ta polityka pozostaje w mocy do dziś. Były dwu- lub trzydniowe zawieszenia broni, które proponowaliśmy w okolicach Wielkanocy lub Dnia Zwycięstwa. Niedawno, na prośbę strony amerykańskiej, ogłoszono trzydniowe zawieszenie broni i nie użyliśmy siły, aby umożliwić amerykańskim negocjatorom dotarcie do Kijowa.

Jednak nasza odpowiedź na ataki terrorystyczne na cele cywilne głęboko w głębi Rosji również jest w toku i jest o wiele bardziej bolesna dla Ukraińców. Otwarcie to przyznają. To również wyjaśnia pilną potrzebę, z jaką Zachód wzywa do zawieszenia broni na tym etapie. Nie odrzucamy negocjacji, gdy wiemy, że inicjatorzy tych rozmów są autentycznie zainteresowani rozwiązaniem problemu i nie stawiają nam ultimatum.

Amerykańscy negocjatorzy Witkoff i Kushner zajmują się problemem, zamiast stawiać żądania, które są po pierwsze niesprawiedliwe, a po drugie, po prostu niemożliwe do spełnienia. Europa natomiast postępuje dokładnie w taki sposób.

Niedawno ostrzegał Pan, że rząd niemiecki spiskował, by wywołać nową wojnę. Dlaczego Pan to powiedział?

Ławrow: Po pierwsze, ponieważ kanclerz Niemiec Merz nie przepuści żadnej okazji w swoich przemówieniach, by podkreślić, że jest przekonany, a wręcz z każdym dniem coraz bardziej, że Rosja stanowi największe zagrożenie dla Europy i że musimy być gotowi do wojny z tym zagrożeniem. Co więcej, Niemcy – i nigdy nie przestanę go tu cytować – muszą ponownie stać się wiodącą potęgą militarną na kontynencie. Tak jak Niemcy uważały się za wiodącą potęgę militarną przed I wojną światową, a później przed II wojną światową.

I to nie jest freudowska pomyłka. Oni szczerze w to wierzą; nadal czczą swoich przodków, którzy wiernie służyli narodowemu socjalizmowi i uczestniczyli w zbrodniach wojennych, wierząc, że postąpili słusznie. I to nie przypadek, że tak zaciekle popierają Zełenskiego, człowieka, który obecnie ekshumuje szczątki ukraińskich nazistowskich zbrodniarzy wojennych z grobów w Europie – w Austrii, Rumunii i gdzie indziej. To zbrodniarze skazani na wieczną karę za czyny uznane przez Trybunał Norymberski za absolutnie bezprawne. Każe ich ponownie pochować na Ukrainie, a konkretnie w najświętszym miejscu Kijowa – Ławrze Pieczerskiej (Klasztor Pieczerski). Tam proklamował budowę „Cytadeli Bohaterów” dla bohaterów takich jak Bandera i innych zbrodniarzy, którzy na zawsze splamili hańbą siebie i swoją przynależność do narodu ukraińskiego. Dla niego są oni bohaterami; klęka przed trumnami z ich szczątkami, gdy są one sprowadzane z Europy. Europa z wielką chęcią pomaga w tworzeniu takich „panteonów”, zamiast tłumaczyć tej postaci, co właściwie robi i jak to wpisuje się w europejskie wartości.

Dlatego nie wykluczam możliwości, że osobistości takie jak kanclerz Niemiec Merz mogą próbować powtórzyć „bohaterskie czyny” swoich przodków.

Mam pytanie dotyczące rosyjskiego statku, który Norwegia przejęła, moim zdaniem, z rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i bez jakichkolwiek zarzutów, że statek ten dopuścił się w ogóle jakiejkolwiek nagannej działalności. Stało się tak tylko dlatego, że norweski sąd zdecydował się zastosować się do żądań ukraińskiego koncernu „Naftogaz”. Roszczenia nie są skierowane konkretnie przeciwko temu statkowi, ale zasadniczo są skierowane przeciwko Rosji jako całości.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa określiła to jako piractwo. Uważam, że ta ocena jest jak najbardziej słuszna. Co z tym zrobimy, panie ministrze? To, co mnie martwi, oczywiście szkoda statku, a jeszcze bardziej współczuję załodze, to fakt, że agresja Zachodu, europejska agresja na Rosję, stale wzrasta. I za każdym razem, gdy nie reagujemy ostro, oni czują, że mogą zrobić wszystko. Prezydent Putin powiedział, że jesteśmy gotowi „kopnąć ich w zęby”, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czy jesteśmy gotowi? A jeśli tak, to jak?

Ławrow: Bez wątpienia powiedział to rosyjski prezydent Putin. I nie jest to tylko figura retoryczna, ale jasne stanowisko.

Jeśli chodzi o statek, nie ma on żadnego związku z niczym innym niż działalnością naukową i turystyczną na Svalbardzie, w pełnej zgodzie z Traktatem Svalbardzkim z 1920 r. Cała ta historia jest oczywiście hańbą przede wszystkim dla norweskiego wymiaru sprawiedliwości, ale także dla państwa norweskiego.

I to tylko dlatego, że „Naftogaz” argumentował najpierw przed ukraińskimi sądami, a później w innych instancjach, że nikomu nie wolno uznać wyników referendum na Krymie. Argumentowano, że Krym jest ukraiński i dlatego wszystko, co robi tam Rosja, jest nielegalne. Najwyraźniej stracili tak wiele zasobów, sprzętu, pieniędzy i inwestycji, dlatego kochana społeczności światowa, kradnij wszystko, co wpadnie ci w ręce i przekaż nam jako rekompensatę za to, co wydarzyło się w wyniku wyrażenia woli Krymian, co było reakcją na zamach stanu i użycie uzbrojonych bojowników przeciwko ludności Krymu, którą wówczas określano jako terrorystów.

To hańba dla Norwegii. Już to mówiłem i nie chcę wchodzić w szczegóły, ale norwescy urzędnicy i urzędujący politycy wiedzą, że to hańba. Są z nami w kontakcie i nie wiedzą, co robić.

Ale te tendencje są niezwykle niebezpieczne, zaczynając od prób przejęcia statków tzw. floty cieni. Oto jak to działa: przejmują tankowiec transportujący ropę naftową w interesie Rosji pod banderą, powiedzmy, kraju afrykańskiego – bez wskazywania palcem – a następnie twierdzą, że flaga jest fałszywa.

Po przejęciu tankowca ich ambasador w kraju, pod którego banderą pływa statek, udaje się do MSZ lub administracji prezydenckiej. Tam słyszy: „Słuchajcie, mamy dla was program pomocowy i zatrzymamy go, jeśli natychmiast nie wycofacie tej flagi i nie ogłosicie jej fałszywą”.

To cała sztuczka, którą stosuje Zachód. Ale nie mogę i nie mam prawa wchodzić w szczegóły. Prezydent Rosji powiedział już wszystko, co miał powiedzieć. Tak jak zrobił to odpowiadając na pytanie o brytyjskie prowokacje, kiedy ogłosił je tajemnicą wojskową.

Chciałbym zapytać o oświadczenia z Waszyngtonu. Czy istnieją realne szanse na spotkanie trzech prezydentów – prezydenta Rosji Putina, prezydenta USA Trumpa i Xi Jinpinga – w Chinach w listopadzie? Czy jest to życzenie Amerykanów, czy też rzeczywiście istnieje szansa, że ​​do niego dojdzie?

Ławrow: To nie jest życzenie Amerykanów, Chińczyków ani Rosjan. To, że tak powiem, kwestia doświadczenia politycznego.

Kiedy trzej przywódcy trzech największych mocarstw świata – gospodarczo przede wszystkim Chin, a militarnie Rosji i USA – znajdują się w tym samym miejscu i czasie, politolog, który nie potrafi połączyć faktów, jest bezużyteczny. Myślę, że właśnie tak jest.

Nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli nadarzy się taka okazja – spotkanie odbędzie się w Shenzhen, a nasi chińscy gospodarze zorganizują program – i jeśli pojawi się odpowiednia propozycja, to jestem więcej niż przekonany, że nasz prezydent jej nie odrzuci.

Mamy czas na jeszcze jedno krótkie pytanie. Jak długo, Pana zdaniem, potrwa operacja wojskowa?

Ławrow: Prezydent Rosji Putin niedawno odpowiedział na to pytanie. Powiedział, że wojna nie sprzyja prognozom, ale fakt, że idziemy naprzód i z każdym dniem robimy postępy, jest niezaprzeczalny.

Wiele będzie zależało od tego, jak rozsądne będą rady, których Ukrainie udzielają poplecznicy ukraińskiego reżimu. Jak dotąd nie usłyszeliśmy żadnych sensownych rad. Słychać jedynie apele i żądania, by wrzucić coraz więcej Ukraińców w tę maszynkę do mięsa, czy to poprzez porywanie cywilów z ulic, wciąganie ich do pojazdów i przewożenie na front, gdzie czeka ich pewna śmierć, czy też poprzez wiele innych środków, do których Ukraina jest zmuszana, w tym przez gehennę znoszenia opłakanego, wręcz katastrofalnego stanu tego, co kiedyś nazywano gospodarką.

Pęknięcie na Brandmauer [zapora ogniowa]

Pęknięcie na Brandmauer

Dwunastego czerwca 1987 roku, podczas przemówienia pod Bramą Brandenburską, ówczesny jankeski przywódca Ronald Reagan zwrócił się do ówczesnego przywódcy rosyjskiego Michaiła Gorbaczowa przywoływanymi później wielokrotnie słowami „Mr. Gorbachev – tear down this wall”.

Berliner Mauer zburzony został 9 listopada 1989 roku, nie uwolniło to jednak Niemców z duszącego ucisku liberalnego Systemu – przeciwnie, objęta została nim także wschodnia część kraju. Liberalny System szczególne spustoszenie zasiał w danej NRD, toteż to w tej części Niemiec szczególnie silnie się go kontestuje. W ostatnich tygodniach kontestacja ta spowodowała wyraźne rysy na murach liberalnego więzienia, w którym od dekad niewolone są Niemcy i cała Europa.

Zwycięstwo ponad oczekiwania

Szóstego września 2026 roku, gdy ogłoszono wyniki wyborów do landtagu Saksonii-Anhalt, w siedzibie chrześcijańskich demokratów tego niemieckiego kraju związkowego, w hotelu Maritim w Magdeburgu dało się słyszeć tylko jedno słowo: „Katastrophe”. Zdobyte przez Christlich Demokratische Union 17,2% głosów przełożyły się na piętnaście mandatów w 83-osobowym Zgromadzeniu Krajowym, co oznaczało stratę 19,9% oraz dwudziestu pięciu miejsc w porównaniu z wynikami wyborów z 2021 roku.

Kilka kilometrów dalej, gdzie w magdeburskim Altes Theater zgromadzili się działacze Alternative für Deutschland, wybuchła euforia a przywódca miejscowych struktur partii i w znacznej mierze autor jej sukcesu wyborczego, Ulrich Siegmund obejmował radośnie członków sztabu generalnego Tino Chrupallę i Alice Weidel. Alternatywa dla Niemiec zdobyła 43,8% głosów, co przełożyło się na trzydzieści dziewięć mandatów w Zgromadzeniu Krajowym, choć najkorzystniejsze przedwyborcze sondaże dawały jej ledwie 40%. Do samodzielnej większości rządowej niemieckim alter-prawicowcom zabrakło trzech mandatów, osiągnęli jednak najlepszy wynik wyborczy w swojej historii.

Prawdopodobny przyszły premier landu Ulrich Siegmund to typ postmodernistycznego Politik-Popstar, z ponad siedmiuset tysiącami obserwujących na TikToku. Każdy jego gest, każde słowo są starannie wyreżyserowane. Nie ma tu miejsca na improwizację. Charyzmat zostaje wpleciony w wizerunkową strategię opartą na powracaniu do kilku zapadających w pamięć idei. Swój wyborczy przekaz przywódca saksońsko-anhaltckiej alter-prawicy oparł na „Ossi-pride”, dumie z bycia wschodnim Niemcem. Na spotkania wyborcze przyjeżdżał NRD-owskim motocyklem marki Simpson. Program pisał mu mówiący biegle po arabsku absolwent studiów islamskich Hans-Thomas Tillschneider. Na tle przywódcy niemieckich alter-prawicowców dotychczasowy chrześcijańsko-demokratyczny premier landu Sven Schulze wydaje się nie tylko nudny ale wręcz siermiężny. Taki typowy niemiecki „kartoffelbauer”.

W liczącym 2,1 mln. mieszkańców landzie szóstego czerwca zawalił się „Brandmauer” – „zapora ogniowa”, którą System w Niemczech starannie obudowywał AfD, by nie dopuścić jej do instytucji rządowych. Strategia ta, na dłuższą metę, stała się najlepszym lewarem pozycji politycznej niemieckich prawicowców. Izolacja partii o wciąż rosnącym poparciu przybliżyła stan, w którym będzie mogła ona obyć się bez innych. Powinno się to stać asumptem do przemyśleń również polskiej Korony, którą od ewentualnego prawicowego rządu dyskretnie starają się odsunąć ambasador USA, Nawrocki i reżimowe partie prawicowe. Berlin nie może już udawać, że fakt polityczny uznany za „nielegalny” przez sam fakt takiego uznania traci swoją polityczną realność. Sukces AfD wynika bowiem z dynamiki strukturalnej. Niemieccy alter-prawicowcy podwoili swoje poparcie w porównaniu do wyborów z 2021 roku. Zmobilizowali około 170 tysięcy wcześniej niegłosujących. Zabrali 82 tysiące chrześcijańskim demokratom. Przyciągnęli dwie trzecie głosów robotniczych (SPD uzyskała w tej grupie śmieszne 6% głosów). Równocześnie rozszerzyli bazę wyborczą w dużych miastach uniwersyteckich.

Niemiecki patchwork

Licząca sobie 20,5 tys. km² powierzchni Saksonia-Anhalt jest najbardziej wewnętrznie zróżnicowanym z trzech niemieckich länder odwołujących się w nazwie do dziedzictwa Sasów (dwoma pozostałymi są Dolna Saksonia ze stolicą w Hanowerze i Freistaat Sachsen ze stolicą w Dreźnie). Początki tego landu są dość świeże, powołany został bowiem w 1947 roku przez radzieckie władze wojskowe jako sklejka dawnej pruskiej Saksonii (przyznanej Prusom na Kongresie Wiedeńskim kosztem Królestwa Saksonii, ukaranego tą cesją za poparcie Napoleona), kilku przejętych przez Prusy po wojnie trzydziestoletniej zsekularyzowanych biskupstw i Księstwa Anhaltu będącego odległym dziedzicem Marchii Wschodniej założonej we wczesnym Średniowieczu przez Albrechta Niedźwiedzia. Już jednak w 1952 roku nowy land uległ likwidacji w reformie centralizacyjnej NRD. Gdy państwo to upadało w październiku 1990 roku, tereny dzisiejszej Saksonii-Anhalt planowano podzielić pomiędzy Saksonię i Brandenburgię. Opór historycznych stolic w Halle i Magdeburgu przekreślił te projekty a tożsamość Sachsen-Anhalt potwierdziły późniejsze referenda graniczne a nawet epizodyczne „Gebietskämpfe”.

Północ landu to dawne ziemie słowiańskie, nazywane obecnie Altmark. Do dziś z polami uprawnymi przeplatają się tu wrzosowiska i mokradła, co podziwiać można z siodła rowerowego lub z okna pociągu. Poniżej zaczyna się żyzna równina Börde ze stolicą kraju Magdeburgiem. Im dalej na południe, tym bardziej mistycznie, bo częstsze stają się lasy a teren jest coraz bardziej pofałdowany. Góry Harcu są najdalej na północ wysuniętym pasmem górskim Niemiec i zarazem duchowym sercem landu. Położony u stóp Harcu niewielki Quedlinburg to wczesnośredniowieczna siedziba władców, gdzie do dziś zachowały się przepiękny zamek i budowle wzniesione z fachwerku i cegły.

Porośnięte lasami góry Harcu były celem wędrówek pragnących nawiązać łączność z tradycją Niemców jeszcze w czasach NRD. Znajduje się tam największa w Europie sieć kolejek wąskotorowych – kolej zaś, obok sterowców, to symbol starych imperialnych Niemiec; o ile indywidualistyczny automobilizm jest atrybutem cywilizacji anglosaskiej, o tyle wspólnotowa kolej jest symbolem cywilizacji europejskiej, matecznikiem i sercem której są Niemcy. Po drugiej stronie Harcu rozciąga się największy we wschodnich Niemczech okręg przemysłu ciężkiego z największym ośrodkiem miejskim landu Halle i dawną stolicą Anhaltu Dessau. W górnym biegu Soławy miasta znów stają się mniejsze i bardziej przytulne, krajobraz zaś bardziej naturalny i tradycyjny.

Rozpad starego kraju

Ewolucja gospodarcza Sachsen-Anhalt po rozpadzie realnego socjalizmu zmierzała od rozkładu wielkich podmiotów przemysłowych ku rozdrobnieniu struktury gospodarczej. Różnice płacowe pomiędzy wschodnimi a zachodnimi Niemcami nie zostały zniwelowane do dziś. Land doświadcza zapaści demograficznej. Angela Merkel nie skonsolidowała tu ani nie odnowiła infrastruktury materialnej ani społecznej. Rządy Olafa Scholza okazały się katastrofą, gdy kanclerz znalazł się w centrum ujawnionych przez kolońską prokurator Anne Brorhilker skandali finansowych nazwanych „cum-ex-steuerbetrug”, obnażających uchylanie się przez sektor bankowy od płacenia podatków. Nokaut będącemu kręgosłupem systemu produkcyjnego przemysłowi samochodowemu, już wcześniej przeżywającemu problemy z adaptacją do warunków cyfrowych, zadał ukraiński zamach na Nord Stream we wrześniu 2022 roku. Ucierpiał też oczywiście zatrudniający w Saksonii-Anhalt dwadzieścia pięć tysięcy pracowników przemysł chemiczny, a także farmaceutyczny i naftowy. Ulrich Siegmund obiecuje wrócić upadłemu landowi życie, między innymi ściągając tych, którzy z niego wyjechali.

Uchodźcy i imigranci napływający masowo z Ukrainy po rosyjskiej inwazji na ten kraj zostali przez niemieckie rządy uprzywilejowani w dostępie do świadczeń społecznych. Będąca w istocie kontynuacją linii Scholza, „banksterska” orientacja Merza uderzyła w system emerytalny landu podlegającego emigracji roczników produkcyjnych i starzeniu się populacji. Inflacja spowodowana spadkiem produkcji i będący jej rewersem wzrost cen, szczególnie energii (wracamy tu do kwestii zastąpienia dostaw gazu z Rosji przez kilkukrotnie droższy gaz z USA po zamachu na Nord Stream) dodatkowo uderzyła w standard życia uboższych warstw klasy średniej i niepewnej znalezienia pracy młodzieży, które we wrześniu stały się elektoratem Alternative für Deutschland. Jak wskazują niemieccy analitycy, partia zaczęła przenikać do uzwiązkowionych fabryk Halle, Dessau, Bitterfel-Wolfen i innych ośrodków przemysłowych. Niemieccy alter-prawicowcy obiecują reemigrację nielegalnie przebywających w landzie cudzoziemców i nieproduktywnych imigrantów legalnych, choć realizacja tego akurat postulatu nie będzie możliwa bez przejęcia władzy na poziomie narodowym, bo polityka migracyjna nie leży w kompetencjach krajów związkowych.

Gniew niemieckich „petits blancs”

Niemieccy „aktywni pracujący” mają też dość oszołomskiego feminizmu, wokeness, lewicy, queer, polityki płci, promowania imigracji i całej reszty liberalnej szurii z jej parytetami, poprawnością polityczną, cenzurą debaty publicznej i deplatformizacją „nieprawomyślnie” myślących (czyli w ogóle myślących), ale także demonizacją Rosji i Putina i panoszeniem się policji politycznej z Urzędu Ochrony Konstytucji. Wyborcy AfD (a także Bündis Sahra Wagenknecht) mają dość szaleństw Unii (anty)Europejskiej, nachalnego promowania Ukrainy, chcą powrotu do taniej energii z atomu i węgla oraz normalizacji stosunków z Rosją. Niemcy obawiają się dziś – mówią tamtejsi socjologowie – niepewności związanej z niewskoczeniem przez niemiecką gospodarkę na poziom cyfrowy, spadku wartości płac, brudnych ulic, szkół w których mówiące po niemiecku dzieci są mniejszością. Nieprzypadkowo Ulrich Siegmund jest gwiazdą TikToka popularnego wśród niepewnej swego jutra młodzieży. Ideolog AfD Hans-Thomas Tillschneider, wielbiciel Ottona von Bismarcka i imperialnej tradycji niemieckiej, to zaś zwolennik „wycięcia ideologii LGBT ze szkół”, reformy mediów publicznych i oczyszczenia programów nauczania z „pedagogiki wstydu”.

Decydujące dla zmiany politycznej okazało się więc niezadowolenie społeczne. W kampanii zaś wiodącymi tematami były bezpieczeństwo wewnętrzne, przestępczość i imigracja. Urodzony w 1990 roku Ulrich Siegmund powtarzał wielokrotnie, że dorastał w kraju, gdzie jako dziecko mógł bez obaw bawić się wieczorem na ulicy. Przekaz Systemu, by ratować kraj przed AfD, nikogo już nie przekonuje. Niemcy szukają natomiast w AfD ratunku przed Systemem, który zalał ich kraj imigrantami, wcześniej pogrążając go w stagnacji gospodarczej i paraliżując znaczną część jego zdolności przemysłowych. Jedyną odpowiedzią na strukturalny kryzys Niemiec do jakiej zdolny się okazał finansista na jankeskiej smyczy zasiadający dziś na fotelu kanclerza Niemiec, okazało się podkręcanie antyrosyjskiej histerii i kolejne zakupy sprzętu wojskowego z USA, kosztem zapaści świadczeń emerytalnych. Analogie z agendą PiS, Nawrockiego i ich „młodzieżowych” klonów pokroju Krzysztofa Bosaka i jego Ruchu Narodowego w Polsce nasuwają się same.

Rozbić CDU

Wyborcza rewolta w Saksonii-Anhalt nie była przy tym skierowana przede wszystkim przeciw Svenowi Schulzemu. W Niemczech wybory w krajach związkowych niemal nigdy nie są sprawą narodową, ani tym bardziej globalną. Tym razem jednak było inaczej. Wyborcy zbuntowali się przeciw byłemu prezesowi BlackRock Deutshland (87% badanych w landzie było niezadowolonych z pracy rządu centralnego), który zasiadając na fotelu kanclerza federalnego w połowie 2025 roku obiecywał zerwanie z czasami Angeli Merkel: rewizję polityki nuklearnej, imigracyjnej i gospodarczej. Realizując strategię Systemu, Friedrich Merz musiał jednak wykluczyć jakąkolwiek współpracę z AfD, analogicznie jak dziś w Polsce PiS i Nawrocki wykluczają współpracę z Braunem. Skrycie się za Brandmauer zmusiło zaś Merza do współpracy z socjaldemokratami, a zatem do przyjęcia części ich agendy. W ten sposób depozytariuszem obietnic wyborczych CDU stała się AfD (84% ankietowanych w Saksonii-Anhalcie odpowiedziało, że CDU wiele obiecała, lecz niewiele zrealizowała).

Powyborcza strategia Ulricha Siegmunda zmierza do skompromitowania chadeków i ich rozbicia. W pierwszej kolejności, zakłada wyciągnięcie ręki do CDU. Gdy reżimowi konserwatyści odrzucą ofertę koalicyjną AfD tłumacząc to logiką Brandmauer, zwycięzca wyborów postara się wyłuskać z ich szeregów działaczy, którzy nie wierzą już w sens izolacji jego partii. Nie będzie to trudne, bowiem Friedrich Merz wprowadził do partii pokolenie ludzi bezideowych, politycznie oślizgłych i niedorozwiniętych moralnie, a którzy wśród bardziej koherentnych politycznie działaczy chadeckich budzą pogardę – zarząd młodzieżówki CDU w Brandenburgii już w tej chwili domaga się ustąpienia Merza. Wielką ambicją AfD jest spowodowanie pęknięć w chadecji i rozebranie muru oddzielającego ich od władzy cegła po cegle. Na gmachu Systemu, który zdefiniował w 1987 roku Franz Josef Strauß, gdy po sukcesie wyborczym Republikanów stwierdził że na prawo od CDU/CSU nie ma prawa istnieć żadna uznana w Systemie partia, szóstego września zaczęło pojawiać się w Saksonii-Anhalt głębokie pęknięcie.

Dwudziestego września odbędą wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i w Berlinie. W stolicy AfD notuje 18% poparcia wobec 20% dla chadeków, w poszukującym swojej „Ossi-pride”, zdegradowanym cywilizacyjnie i ekonomicznie przez System dawnym kraju Obodrytów prowadzi natomiast w sondażach, mając szansę na trzydzieści siedem miejsc w 79-osobowym Zgromadzeniu Krajowym. Kolejny sukces AfD, zgodnie z nadziejami tej partii, podsycać będzie zaś napięcia w CDU. Wyborów w katolickiej Nadrenii-Północnej Westfalii w kwietniu 2027 roku alter-prawicowcy już raczej nie wygrają bo to matecznik Christlich Demokratishe Union, chadekom przewodzi tam jednak uważany za eksponenta konserwatywnego skrzydła tej partii Hendrik Wüst, który mógłby zastąpić Friedricha Merza jako przywódca struktur krajowych, jako taki zaś być może zrewidowałby ideę Brandmauer.

Ronald Lasecki

Szczyty głupoty i hipokryzji

Szczyty głupoty i hipokryzji

Izabela BRODACKA

Od lat trwa batalia o konie przewożące turystów z Polany Włosienica do Morskiego Oka. Histeryczni obrońcy zwierząt alarmują, że konie są zmęczone pracą ponad siły i że z wysiłku zdychają na szosie. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do podstawowego pytania sformułowanego kiedyś przez jednego z moich dowcipnych uczniów. Powiedział on, że chciałby się dowiedzieć który to idiota wymyślił pracę i dać mu w łeb.

Otóż konie tak jak i ludzie muszą pracować. Mają gorzej niż ludzie bo nie można zmusić społeczeństwa do utrzymywania bezużytecznych zwierząt choć utrzymuje ono wielu ludzi nie tylko bezużytecznych lecz również szkodliwych. Bezużyteczne, a nawet groźne zwierzę każdy może utrzymywać dla własnej rozrywki, o ile pozwala na to prawo. Wśród młodych ludzi pojawiła się od pewnego czasu moda na hodowanie piranii, pytonów czy pająków ptaszników.

Nikt nie zabrania natomiast członkom różnych stowarzyszeń czy fundacji wykupywania koni i utrzymywania ich w postulowanych przez nich luksusowych warunkach. Zdjęcia koni uratowanych od rzeźni napędzają spontaniczne zbiórki ludzi dobrej woli, które są podstawowym sposobem pozyskiwania przez fundację środków. Zdarza się, że taki konik dawno zdechł, albo został przerobiony na karmę dla psów, a jego zdjęcie nadal figuruje na reklamowej stronie fundacji. Podobnie jak zdarza się, że fundacje charytatywne zbierają środki na operację dawno zmarłego dziecka.

Chociaż sposoby pozyskiwania oraz wydawania środków przez fundacje mają ścisły związek z awanturami o konie w Tatrach zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi. W Tatrach przy przewożeniu turystów pracują prawie wyłącznie konie zimnokrwiste. Konie zimnokrwiste, hodowane kiedyś jako konie pociągowe, są obecnie hodowane na rzeź.

Według statystyk Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce zabija się rocznie w rzeźniach od 15000 do 25000 koni. Taki koń trafia do rzeźni w wieku dwóch, najwyżej trzech lat ze względu na jakość mięsa końskiego, która związana jest właśnie z wiekiem zwierzęcia. Pracujący koń pociągowy żyje natomiast kilkanaście lat. Górale kupujący konie do bryczki po prostu ratują im życie. A wprowadzenie zakazu używania koni w Tatrach skazuje wszystkie obecnie pracujące tam konie na śmierć w rzeźni. Choć nikt nie może zmusić obywatela do utrzymywania bezużytecznego zwierzęcia jest wiele osób które opłacają dożywocie swoim ukochanym wierzchowcom.

Są również tacy którzy ofiarowują dożywocie cudzemu koniowi. Znam rodzinę, która zapewniła dożywotnie utrzymanie ślepemu koniowi wyścigowemu Grajkowi. Grajek wzruszał swoim ( nomen omen) ślepym zaufaniem do człowieka. Obrońcy zwierząt dla jego własnego dobra wykluczyli go z wyścigów co oznaczało skierowanie do rzeźni a od przerobienia na karmę dla psów uratowali go właśnie znajomi. Personaliów dobroczyńców, pod których opieką Grajek żył długo w dobrych warunkach nie podaję, bo zrobili to z dobrego serca a nie dla rozgłosu. Utrzymanie konia to wcale nie bagatelna sprawa. To obecnie około dwóch tysięcy miesięcznie.

Wracając do koni przewożących turystów w Tatrach. Jak ustalono w czasie spornych kilkunastu lat padły tylko trzy konie przewożące turystów. Przyczyną śmierci było pęknięcie tętniaka i nagła kolka. W tym samym okresie w Tatrach zginęło w wypadkach i zmarło na serce kilkanaście osób. Czy to oznacza, że należy zamknąć góry dla ruchu turystycznego?. Wiele lat temu oglądałam w telewizji dramatyczny obraz zdychającego na szosie konia. Koń ewidentnie cierpiał na kolkę. Kolka nie ma nic wspólnego z pracą konia, występuje najczęściej niespodziewanie i jedynym sposobem uratowania zwierzęcia jest zmuszenie go do ruchu. Jak zalecają weterynarze trzeba konia podnieść, często z konieczności brutalnie, nawet kopiąc go boleśnie w nos. Na oczach widzów młody woźnica usiłował podnieść konia przy użyciu bata co mogło uratować mu życie.

Rzuciły się na niego rozhisteryzowane paniusie, uniemożliwiły mu działanie, a jedna z nich podłożyła zdychającemu koniowi firmową torebkę pod głowę. Tak więc koń zmarł w męczarniach bynajmniej nie z przepracowania lecz na skręt kiszek z torebką Louis Vuitton pod głową. Podłożenie zdychającemu koniowi drogiej torebki pod głowę było aktem skrajnej głupoty a nie miłosierdzia. Właścicielka tej torby myśli jak pewien adwokat który kierując Mercedesem zderzył się czołowo z prawidłowo jadącym Audi 80. Twierdził on, że jadące Audi kobiety zginęły, ponieważ jechały kiepskim samochodem, który nazwał „trumną na kółkach”.

Trudno opisywać wszystkie etapy awantur pomiędzy aktywistami obrony zwierząt a góralami i lokalnymi władzami . To właśnie aktywiści DIOZ ( Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt) zorganizowali protesty czyli awantury na szosie do Morskiego Oka. Przeciwko tym aktywistom prokuratura prowadzi liczne dochodzenia. Zarzuca się im obrażanie funkcjonariuszy policji i urzędników starostwa, bada co naprawdę stało się z odebranymi przez organizację końmi, kto rzeczywiście podpalił użytkowany przez nich samochód, na co idą pozyskiwane przez nich pieniądze i czy faktycznie- jak twierdzą górale – DIOZ ma swoje udziały w firmie produkującej wózki, które miałyby zastąpić konie na szosie do Morskiego Oka.

Jest wielce prawdopodobne, że obrona zwierząt to tylko pretekst do prób wypchnięcia górali z rynku usług przewoźniczych. Wojny ekonomiczne, wrogie przejęcia, są zjawiskiem starym jak świat. Dla mnie porażający jest tylko fakt, że w imię ochrony koni faktycznie się im szkodzi. Wielokrotnie przywoływałam tu wypowiedzi i prace amerykańskiego ekonomisty Henry’ego Hazlitta. Twierdzi on, że ustawy i zarządzenia mające chronić pewne grupy społeczne najczęściej im szkodzą. Na przykład ochrona prawna emerytów przed zwolnieniem powoduje, że osoba w wieku przedemerytalnym ma wielkie kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Głupotą jest odbierania dziecka za muszki w domu i skazywanie go na bidul. Szczytem głupoty i hipokryzji jest skazywanie koni na rzeź w imię jak twierdzą ich obrońcy ich własnego dobra.

Europa przygotowuje się do wojny – a kto przygotowuje się do pokoju?

Europa przygotowuje się do wojny

– a kto przygotowuje się do pokoju?

Uwe Froschauer apolut/europa-rustet-sich-fur-den-krieg-und-wer-rustet-sich-fur-den-frieden-von-uwe-froschauer

Europa przygotowuje się do wojny – a kto przygotowuje się do pokoju? | Autor: Uwe Froschauer

Opinia Uwe Froschauera

Niemcy przygotowują swoje szpitale do leczenia nawet 1000 rannych żołnierzy dziennie. Niemiecki i amerykański przemysł zbrojeniowy ma się ściślej zintegrować. Miliardy są inwestowane w rakiety i drony dla Ukrainy. Myśliwce NATO zestrzeliwują drony nad Litwą. Kanclerz Friedrich Merz twierdzi, że Rosja prowadzi wojnę przeciwko „Ukrainie i Zachodowi”.

Co właściwie dzieje się w Europie?

Po politycznych deklaracjach z ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że wojna między Rosją a NATO jest nieuchronna. Uzbrojenie, odstraszanie, obrona przed dronami, sankcje, gotowość bojowa, ochrona infrastruktury krytycznej – słownictwo uległo zmianie. Wojna nie jest już opisywana jedynie jako możliwość. Europa coraz bardziej się do niej przygotowuje, i to w sposób konkretny.

Zastanawiam się: Czy oni wszyscy oszaleli?

Gdzie są główne inicjatywy dyplomatyczne? Gdzie są europejscy politycy, którzy jeżdżą do Moskwy, rozmawiają, słuchają, negocjują i szukają wyjścia? Gdzie są warte miliardy euro programy na rzecz pokoju i porozumienia?

Nie mogę ich zobaczyć.

Zamiast tego machina wojenna działa z pełną prędkością.

Szpitale na 1000 rannych dziennie

O tym, jak daleko posunięto się w tym rozwoju, świadczy raport dotyczący przygotowania niemieckiego systemu opieki zdrowotnej do potencjalnej wojny. Nie jest to bynajmniej plotka. Już w maju 2026 roku niemieckie siły zbrojne poinformowały o konsultacjach dotyczących „zapewnienia opieki zdrowotnej w razie kryzysu lub obrony”. Program obejmował między innymi „opiekę nad 1000 rannymi dziennie”, bezpieczne łańcuchy dostaw leków oraz struktury cywilno-wojskowe. [1]

Bloomberg ponownie przeanalizował te plany w połowie września. Pięć szpitali Bundeswehry nie poradziłoby sobie z takim scenariuszem samodzielnie. Szpitale cywilne musiałyby interweniować.

1000 rannych żołnierzy. Każdego dnia.

Oczywiście, przygotowanie się na katastrofy i sytuacje kryzysowe jest jednym z obowiązków państwa. Nie ma w tym nic złego. Prawdziwe pytanie brzmi: w jakim środowisku politycznym to się dzieje?

I tu obraz wygląda inaczej. 14 września Rada Bezpieczeństwa Narodowego rządu niemieckiego ponownie zajęła się kwestiami obrony wojskowej i cywilnej, podejmując decyzję o dalszych środkach przeciwko szpiegostwu i sabotażowi, a także ochronie infrastruktury krytycznej. Rząd niemiecki jako punkt wyjścia podaje rzekomo zorganizowany przez Rosję atak dronów na lotnisko Lipsk/Halle. [2] Co za farsa! Słaby ciąg poszlak jest sprzedawany opinii publicznej jako dowód i pewność co do rosyjskiej agresji.

Minister obrony Boris Pistorius z kolei nazwał rosyjski atak dronów na pociąg w pobliżu granicy polsko-ukraińskiej „zaplanowaną eskalacją” ze strony Putina. [3] To oś walczących mocarstw – Wielka Brytania, Francja i Niemcy – eskaluje, a nie Rosja, panie Pistorius!

14 września włoski myśliwiec NATO zestrzelił nad Litwą drona, który wleciał w litewską przestrzeń powietrzną z Białorusi i, według władz litewskich, przewoził ładunki wybuchowe. Zidentyfikowano go jako prawdopodobnie rosyjski dron Geran-2. Nie daje to jednak automatycznie jednoznacznego wyjaśnienia jego pochodzenia i okoliczności. [4]

Każdy z tych incydentów należy traktować poważnie. Ale pytanie o konsekwencje polityczne, jakie z nich wynikną, należy potraktować jeszcze poważniej. Niemal odruchowa odpowiedź brzmi: więcej odstraszania, więcej broni, więcej sankcji, więcej działań militarnych.

15 września kanclerz Friedrich Merz oświadczył nawet, że Rosja prowadzi wojnę przeciwko „Ukrainie i Zachodowi”. Dzień później dziennikarz na Federalnej Konferencji Prasowej logicznie zapytał, czy oznacza to, że Niemcy są w stanie wojny z Rosją. Rzecznik rządu Stefan Kornelius udzielił wymijającej odpowiedzi. Oświadczenie Merza było „analizą stanowiska Rosji”. [5]

Poczekaj chwilę. Kanclerz Niemiec publicznie oświadcza, że ​​Rosja prowadzi wojnę z Zachodem – a zapytany, czy to oznacza, że ​​Niemcy są w stanie wojny z Rosją, niemiecki rząd nie chce wyciągnąć takiego wniosku?

Słowa mają swoje konsekwencje. Zwłaszcza słowa kanclerza Niemiec.

Należy również zadać sobie pytanie, dlaczego Friedrich Merz tak eskaluje konflikt w polityce zagranicznej. W polityce wewnętrznej jego rząd jest w impasie. We wrześniu 2026 roku zaledwie 13% ankietowanych było zadowolonych z pracy Friedricha Merza, podczas gdy 83% było niezadowolonych – to najniższy wskaźnik aprobaty dla urzędującego kanclerza w historii sondażu ARD-DeutschlandTrend. Wicekanclerz Lars Klingbeil również uzyskał zaledwie 22% aprobaty. [6]

Z mojej perspektywy prowadzi to do uzasadnionego podejrzenia: im większe problemy wewnętrzne, tym większa uwaga skupia się na czynnikach zewnętrznych. W naukach politycznych powiązany mechanizm znany jest jako „efekt zjednoczenia wokół flagi”: zagrożenia zewnętrzne i kryzysy międzynarodowe mogą prowadzić do silniejszego zjednoczenia społeczeństwa wokół przywództwa politycznego, przynajmniej tymczasowo. Rosja jest doskonałym przykładem takiego scenariusza zagrożenia. Ci, którzy mówią o Putinie, dronach, odstraszaniu i gotowości militarnej, mogą na chwilę mniej mówić o problemach gospodarczych, rozpadającej się infrastrukturze, wysokich cenach energii czy niezadowoleniu z własnego rządu.

Uważam tę grę za niezwykle niebezpieczną. Niemcy płacą dziś za tę politykę miliardami. W najgorszym przypadku jutro mogą za to zapłacić ludzkim życiem. Każdy, kto retorycznie eskaluje konfrontację, ponosi zatem ogromną odpowiedzialność polityczną. I obarczam Was osobistą odpowiedzialnością, panie Merz, panie Macron, panie Burnham i pani von der Leyen!

Merz twierdzi, że Rosja prowadzi wojnę z Zachodem. Ja widzę to inaczej: Europa od dawna jest na kursie konfrontacji z Rosją, przynajmniej retorycznie. Coraz więcej broni, coraz więcej odstraszania, coraz więcej sankcji, coraz więcej przygotowań do wojny – i żadnej dyplomacji. Dla mnie to nie jest odpowiedzialna polityka pokojowa. To igranie z ogniem.

Miliardy na rakiety – ale kto inwestuje w dyplomację?

Bruksela również podąża obecnie tylko w jednym kierunku. 17 września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła przeznaczenie dodatkowych 3,3 miliarda euro dla Ukrainy – konkretnie na zakup rakiet i dronów. [7]

W obliczu takich doniesień coraz częściej zadaję sobie pytanie: Gdzie jest europejski program dyplomacji wart miliardy euro? Gdzie są specjalne szczyty negocjacyjne? Gdzie są europejscy negocjatorzy nieustannie kursujący między Moskwą a Kijowem? Gdzie jest polityczna ambicja, by wreszcie zakończyć tę wojnę? Myślę, że z europejskiej perspektywy nie powinna ona zostać zakończona – wręcz przeciwnie!

Oczywiście, rządy europejskie twierdzą, że ich wsparcie militarne ostatecznie służy pokojowi. Argumentują, że tylko silna Ukraina może zmusić Rosję do negocjacji, a tylko wiarygodne odstraszanie może zapobiec dalszym rosyjskim atakom.

To jedno stanowisko. Moje jest diametralnie odmienne. Każdy, kto chce zakończyć wojnę, musi w końcu porozmawiać z wyidealizowanym „wrogiem”. Nie ze swoimi przyjaciółmi. Z przeciwnikiem. Ale wróg jest jedynie demonizowany. Moim zdaniem demon w tym konflikcie, który mógł zakończyć się w Stambule już w kwietniu 2022 roku, rezyduje w Europie. Zachód nie był gotowy zakończyć konfliktu, Rosja też nie! Moim zdaniem podżegacze wojenni są opętani przez demony. Żaden normalny człowiek nie chce wojny ani nie akceptuje jej po cichu.

Niemcy nadal polegają na dalszym wsparciu wojskowym. Merz zapewnił Zełenskiego na początku września o „zdecydowanej kontynuacji niemieckiego wsparcia cywilnego i wojskowego”. [8] Proszę już podać się do dymisji, panie Merz! Poniósł pan całkowitą porażkę zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. A potem dziwi się pan, dlaczego wyborcy coraz bardziej skłaniają się ku AfD? To już nie są wyborcy protestujący; większość z nich głosuje na AfD z konieczności!

Kilka dni później Pistorius poszedł o krok dalej. 15 września Niemcy i USA uzgodniły ściślejszą integrację swoich przemysłów obronnych. Wspólny rozwój i produkcja nowoczesnych systemów uzbrojenia, komponentów i amunicji mają zostać rozszerzone. Niemcy planują również zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk. [9]

Trzeba to wziąć pod uwagę. Retoryka polityczna staje się coraz bardziej militarystyczna. Szpitale planują leczenie rannych w wojnie. Produkcja broni rośnie. Infrastruktura wojskowa jest rozbudowywana. Miliardy idą na rakiety i drony. A jednocześnie społeczeństwo ma uwierzyć, że to wszystko to po prostu polityka pokojowa. Pokój poprzez coraz więcej broni? Wierzcie, jeśli chcecie. Ja nie.

Baśń o ataku Rosji na Europę

Centralnym uzasadnieniem tego rozwoju sytuacji jest to, że Rosja zagraża Europie. Ale czy ten obraz jest prawdziwy? Fakt, że Rosja najechała Ukrainę z dużą siłą w lutym 2022 roku, jest faktem. Uważam jednak, że nie należy zaczynać historii tego konfliktu od 24 lutego 2022 roku i ignorować wszystkiego, co miało miejsce wcześniej. Nawet ówczesny Sekretarz Generalny NATO Jens Stoltenberg stwierdził jednoznacznie w lutym 2023 roku: „Wojna nie zaczęła się w lutym ubiegłego roku. Wojna zaczęła się w 2014 roku”. [10]

Od zakończenia zimnej wojny NATO rozszerzyło się daleko na wschód. Polska, Czechy i Węgry dołączyły w 1999 roku. W 2004 roku dołączyły do ​​nich m.in. Estonia, Łotwa i Litwa. Od tego czasu dołączyły kolejne państwa. NATO liczy obecnie 32 członków. Na szczycie w Bukareszcie w 2008 roku NATO zadeklarowało również, że Gruzja i Ukraina (!) powinny w przyszłości zostać członkami. [11]

NATO argumentuje, że jego ekspansja nikomu nie zagraża i że każdy suwerenny kraj ma prawo decydować o swoich sojuszach. To śmieszne. Rosja natomiast, całkiem słusznie, od dziesięcioleci postrzega militarne podejście NATO do swoich granic jako zagrożenie dla swoich interesów bezpieczeństwa. Wyobraź sobie, że Kanada lub Meksyk wystrzeliłyby rakiety w kierunku USA. Jak myślisz, jak zareagowałyby Stany Zjednoczone?

Z mojej perspektywy, Rosja od dziesięcioleci jest coraz bardziej osaczona w kwestii polityki bezpieczeństwa. Pogląd, że Zachód nie miał absolutnie nic wspólnego z tym rozwojem sytuacji i że Moskwa po prostu obudziła się pewnego ranka z imperialnymi fantazjami o podboju, jest moim zdaniem groteskowym uproszczeniem – lub, mówiąc językiem bawarskim: kompletną bzdurą nieodpowiedzialnych podżegaczy wojennych!

I coś jeszcze nie wpisuje się w obecny obraz zagrożenia. Putin wielokrotnie i wyraźnie oświadczał, że Rosja nie zamierza atakować państw NATO. Już w marcu 2024 roku zbył obawy dotyczące Polski, państw bałtyckich czy Czech, nazywając je „bzdurami”. Rosja nie miała takich planów. [12]

W listopadzie 2025 roku Putin powtórzył: „Nigdy nie planowaliśmy” ataku na Europę. Rosja była nawet gotowa złożyć odpowiednią deklarację na piśmie i omówić paneuropejski porządek bezpieczeństwa. [13]

Oczywiście, można nie ufać Putinowi. Oczywiście, można powiedzieć: słowa nie dają gwarancji. Ale przynajmniej należałoby zadać sobie pytanie, dlaczego takie stwierdzenia prawie nie odgrywają roli w debacie europejskiej, podczas gdy każdy scenariusz zagrożenia jest akceptowany.

Nie postrzegam Rosji jako kraju, który jutro chce zaatakować Berlin, Paryż czy Brukselę. Widzę konflikt bezpieczeństwa między Rosją a Zachodem, który narasta od dziesięcioleci, konflikt, którego historia obejmuje ekspansję NATO na wschód. Dla mnie nie oznacza to, że powinniśmy rozmieścić jeszcze więcej wojsk na granicach Rosji. Oznacza to, że w końcu musimy ponownie porozmawiać o europejskiej architekturze bezpieczeństwa, która uwzględnia nie tylko interesy bezpieczeństwa państw NATO, ale także Rosji.

I jeszcze jedno: prawdziwym agresorem nie jest ten, kto pierwszy robi krok, ale ten, kto go wymusza. A dla mnie bez wątpienia jest to NATO. Do tego dochodzi zachodnia pycha wobec Rosji, która od lat mnie zadziwia: wrażenie, że nie trzeba rozmawiać z Moskwą jak równy z równym, że rosyjskie interesy bezpieczeństwa są mniej ważne niż nasze własne, a negocjacje są praktycznie oznaką słabości. Co to za arogancja? Pokój zaczyna się od uznania nawet przeciwnika za równoprawnego partnera.

Czy Niemcy zapomnieli o własnej historii?

Niemcy, w szczególności, powinny zachować w tej kwestii większą ostrożność. 22 czerwca 1941 roku nazistowskie Niemcy napadły na Związek Radziecki. Ponad trzy miliony niemieckich żołnierzy przekroczyło granicę sowiecką w ramach operacji Barbarossa. Rozpoczęła się wojna na wyniszczenie o niemal niewyobrażalnym okrucieństwie. W II wojnie światowej życie straciło około 27 milionów obywateli radzieckich, w tym około 14 milionów cywilów. [14]

27 milionów. Każdy niemiecki polityk powinien znać tę liczbę, zanim zacznie bezmyślnie mówić o wojnie z Rosją. To nie Rosja maszerowała na Niemcy w 1941 roku. Niemcy maszerowały w kierunku Rosji i innych części Związku Radzieckiego.

Nie oznacza to oczywiście, że obecna polityka rosyjska powinna być wolna od krytyki ze względu na historię. Historia nikomu nie daje wolnej ręki. Powinna jednak uczyć pokory.

Kiedy dziś niemieccy politycy znów mówią o konieczności przygotowania Niemiec do wojny, kiedy niemieccy żołnierze na stałe stacjonują na wschodniej flance NATO na Litwie i kiedy niemiecki kanclerz oświadcza, że ​​Rosja prowadzi wojnę z Zachodem, to należy chociaż na chwilę zastanowić się nad historycznym wymiarem tych słów.

Uważam, że brakuje tej wrażliwości. Być może nieco mniej wojennej retoryki, a nieco więcej dyplomacji byłoby stosowne, zwłaszcza biorąc pod uwagę odpowiedzialność Niemiec, czyż nie zgadza się pan, panie Merz?

Od kraju motoryzacyjnego do centrum produkcji broni

Równolegle z militaryzacją polityczną następuje zmiana gospodarcza, o której moim zdaniem mówi się stanowczo za mało.

Tradycyjne gałęzie przemysłu w Niemczech borykają się z trudnościami. Przemysł motoryzacyjny zmaga się z problemami sprzedażowymi, wysokimi kosztami i rosnącą konkurencją ze strony Chin. Bosch planuje do końca dekady zwolnić tysiące miejsc pracy w swoim dziale motoryzacyjnym. Volkswagen przechodzi głęboką restrukturyzację. Oczekuje się również, że niemiecki sektor inżynierii mechanicznej skurczy się czwarty rok z rzędu w 2026 roku. [15]

Tymczasem inny sektor przeżywa rozkwit: produkcja zbrojeniowa. Symboliczne znaczenie tego rozwoju ilustruje nie kto inny jak Volkswagen. Na początku września ogłoszono wstępne porozumienie w sprawie zakładu VW w Osnabrück, zgodnie z którym zakład będzie w przyszłości wykorzystywany do produkcji zbrojeniowej. Mogłyby tam być produkowane między innymi komponenty do systemów obrony powietrznej. Dzięki temu udałoby się zachować około 1400 z obecnych około 1800 miejsc pracy. [16]

Dawna fabryka samochodów jest przekształcana w zakład produkcji broni. Można by rzec: Wspaniale, uratowane miejsca pracy. Mam inne pytanie:

Czym będą żyć Niemcy w przyszłości?

Niemcy były kiedyś dumne ze swoich samochodów, maszyn, produktów chemicznych, inżynierii roślinnej, technologii medycznej i wielu innych wysokiej jakości produktów cywilnych. Czy rozwiązaniem kryzysu przemysłowego powinna być teraz produkcja większej ilości czołgów, dronów, pocisków rakietowych, amunicji i systemów wojskowych?

W połowie września sekretarz obrony USA Pete Hegseth oświadczył wprost, na czym polega problem: niemieckie moce produkcyjne powinny być szerzej wykorzystywane do obrony NATO. Pistorius i Hegseth podpisali stosowne porozumienie. [17]

To tworzy mechanizm ekonomiczny. Firmy zbrojeniowe potrzebują zamówień. Zamówienia są generowane poprzez zbrojenia. Dozbrojenia stają się łatwiejsze do wdrożenia pod względem politycznym, gdy zagrożenia wydają się znaczące. A utrzymujące się napięcia geopolityczne zapewniają stały popyt.

Ale co to właściwie oznacza, gdy się nad tym głębiej zastanowić? Czy Niemcy mają mieć nadzieję, że na świecie jest wystarczająco dużo napięć, wrogów i wojen, by utrzymać pełne portfele zamówień w przemyśle zbrojeniowym i zapewnić bezpieczeństwo miejsc pracy? Czy dobrobyt gospodarczy ma zależeć od tego, że ludzie w innych częściach świata będą się siebie bać, strzelać do siebie i umierać?

Sam fakt, że takie pytania trzeba zadać, powinien być sygnałem ostrzegawczym. Jakim pojęciem postępu byłby brak miejsc pracy w cywilnym przemyśle, a ich zastępstwo pojawiałoby się coraz częściej tam, gdzie produkuje się broń, amunicję i pociski? Czy etycznie uzasadnione jest budowanie struktury gospodarczej, której wzrost czerpie zyski ze świata, który staje się coraz bardziej niepewny, podzielony i niebezpieczny?

Dla mnie to nie byłby postęp. To byłby krok wstecz dla cywilizacji.

Hańba podżegającym do wojny ludziom tego świata!

Nie oznacza to automatycznie, że firma zbrojeniowa wszczyna wojny. Takie twierdzenie byłoby nieodpowiedzialne. Należy jednak zidentyfikować leżące u jego podstaw interesy.

Firma produkująca samochody czerpie zyski, gdy ludzie kupują samochody. Firma produkująca pralki czerpie zyski, gdy ludzie kupują pralki. A jakie zyski generuje firma produkująca rakiety, czołgi i amunicję?

Każdy może sam odpowiedzieć na to pytanie.

Przemysł zbrojeniowy jest potrzebny. Nikt rozsądny nie może żądać, by państwo było całkowicie bezbronne. Istnieje jednak ogromna różnica między możliwością obrony a coraz większym uzależnieniem ekonomicznym od zbrojeń.

Stany Zjednoczone pokazały, jak potężny może stać się kompleks militarno-przemysłowy. Już w 1961 roku prezydent USA Dwight D. Eisenhower ostrzegał przed jego rosnącymi wpływami w swoim przemówieniu pożegnalnym. Czy Europa naprawdę chce podążać tą drogą?

Kto przygotowuje Europę do pokoju?

Już słyszę często powtarzany sprzeciw ze strony podżegaczy wojennych, takich jak Roderich Kiesewetter i jemu podobni: Naiwność! Z Putinem nie da się rozmawiać. Rosja rozumie tylko siłę. Ale być może jeszcze bardziej naiwne jest przekonanie, że wojnę między mocarstwami nuklearnymi można eskalować w nieskończoność, a jednocześnie kontrolować ją przez cały czas. W pewnym momencie wystarczy błędna interpretacja, dron, pocisk, usterka techniczna, niewłaściwa alokacja zasobów, przytłoczony dowódca. I nagle wydarzy się coś, czego nikt nie będzie w stanie powstrzymać.

Jestem głęboko zaniepokojony obecnym rozwojem sytuacji. Nie dlatego, że Europa chce się bronić. Powinna. Ale obecnie nie ma ku temu najmniejszego powodu. Jeszcze nie! To dzięki roztropności Rosji nie doszło jeszcze do konfliktu na pełną skalę, a nie dzięki bełkotowi niedyplomatycznych, nieodpowiedzialnych i niekompetentnych europejskich podżegaczy wojennych.

Okoliczności i język uległy zmianie. O broni mówi się konkretnie. Dyplomacja pozostaje abstrakcyjna. Miliardy są dostępne na zbrojenia. Inicjatywy pokojowe pozostają ograniczone.

Szpitale spodziewają się 1000 rannych dziennie. Fabryki są przestawiane na produkcję wojskową. Zamówienia na rakiety i drony są wydawane. Żołnierze są rozmieszczani na wschodniej flance. Kanclerz Niemiec ogłasza, że ​​Rosja prowadzi wojnę z Zachodem.

Może Europa powinna w końcu zadać inne pytanie.

Notatka: W jaki sposób Europa może stać się bardziej zdolna do prowadzenia wojny?

Ale raczej: w jaki sposób Europa może zapobiec wybuchowi tej wojny?

Niemcy i Rosja mają wspólną historię, która powinna zmusić każdego niemieckiego polityka do ostrożności. Około 27 milionów ofiar sowieckich nie powinno być jedynie historycznym przypisem.

Europa potrzebuje zdolności obronnych. Ale jeszcze pilniej, Europa potrzebuje polityków, którzy mają odwagę rozmawiać ze swoimi przeciwnikami. Bo ostatecznie pozostaje jedno proste pytanie:

Jeśli Niemcy przygotowują obecnie swoje szpitale do leczenia nawet 1000 rannych żołnierzy dziennie, kto właściwie przygotowuje Niemcy do pokoju z taką samą determinacją?

+++

Notatki i źródła

[1] Niemieckie Siły Zbrojne: „Wspólne zapewnianie opieki zdrowotnej w sytuacjach kryzysowych i obronnych”, 13 maja 2026 r. W odniesieniu do skali planowania do 1000 rannych, poszkodowanych i chorych dziennie oraz integracji cywilnego systemu opieki zdrowotnej.
https://www.bundeswehr.de/de/organisation/unterstuetzungsbereich/meldungen/gesundheitsversorgung-krise-verteidigungsfall-gemeinsam

[2] Rząd federalny: „Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego we wrześniu 2026 r.”, 14 września 2026 r. W sprawie ataków hybrydowych przypisywanych Rosji przez rząd federalny, w szczególności w Lipsku/Halle, a także w sprawie środków przeciwko szpiegostwu i sabotażowi oraz ochrony infrastruktury krytycznej.
https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/sitzung-des-nationalen-sicherheitsrates-im-september

[3] Reuters: „Atak dronów na pociąg to celowa eskalacja ze strony Putina, mówi niemiecki minister”, 14 września 2026 r. W sprawie oceny Borisa Pistoriusa, że ​​atak dronów w pobliżu granicy polsko-ukraińskiej to „celowa eskalacja”.
https://www.reuters.com/business/aerospace-defense/drone-strike-train-is-calculated-escalation-by-putin-german-minister-says-2026-09-14/

[4] Reuters: „Włoski myśliwiec NATO zestrzelił podejrzewanego rosyjskiego drona nad Litwą”, 14 września 2026 r. Chodzi o zestrzelenie przez włoski myśliwiec NATO podejrzanego rosyjskiego drona Geran-2, który wleciał w litewską przestrzeń powietrzną z Białorusi.
https://www.reuters.com/business/aerospace-defense/nato-fighter-shoots-down-drone-lithuania-2026-09-14/

[5] Rząd federalny: „Konferencja prasowa rządu z 16 września 2026 r.”. W odniesieniu do oświadczenia kanclerza Friedricha Merza o wojnie Rosji z „Ukrainą i Zachodem” oraz późniejszego pytania o ewentualny stan wojny, rzecznik rządu Stefan Kornelius określił oświadczenie Merza jako „analizę stanowiska Rosji”.
https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/pressekonferenzen/regierungspressekonferenz-vom-16-september-2026-2452890

[6] Mapa infratestowa: „ARD-DeutschlandTREND wrzesień 2026”. Reprezentatywne badanie przeprowadzone na zlecenie ARD, okres badania od 31 sierpnia do 2 września 2026 r. Zadowolenie z Friedricha Merza: 13 proc.; Lars Klingbeil: 22 proc.
https://www.infratest-dimap.de/umfragen-analysen/bundesweit/ard-deutschlandtrend/2026/september/

[7] Reuters: „UE przekaże Ukrainie 3,3 mld euro na zakup pocisków i dronów, mówi von der Leyen”, 17 września 2026 r. W odniesieniu do ogłoszenia Ursuli von der Leyen o przekazaniu Ukrainie dodatkowych 3,3 mld euro na zakup pocisków i dronów.
https://www.reuters.com/world/eu-disburse-33-billion-ukraine-procure-missiles-drones-von-der-leyen-says-2026-09-17/

[8] Rząd federalny: „Kanclerz Merz rozmawia telefonicznie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim”, 2 września 2026 r. Merz zapewnił Ukrainę o „zdecydowanym kontynuowaniu cywilnego i wojskowego wsparcia Niemiec”.
https://www.bundesregierung.de/breg-de/suche/bundeskanzler-merz-telefoniert-mit-dem-praesidenten-der-ukraine-wolodymyr-selenskyj-2451310

[9] Reuters: „Niemcy i USA podpisują umowę o pogłębieniu współpracy obronnej między przemysłami”, 15 września 2026 r. W sprawie umowy między Borisem Pistoriusem a Pete’em Hegsetem o zacieśnieniu niemiecko-amerykańskiej współpracy w przemyśle obronnym i planowanym nabyciu przez Niemcy pocisków manewrujących Tomahawk.
https://www.reuters.com/business/aerospace-defense/germany-us-sign-agreement-deepen-defense-cooperation-between-industries-2026-09-15/

[10] NATO: Jens Stoltenberg, „Oświadczenie z drzwi”, 14 lutego 2023 r. Stoltenberg: „Wojna nie zaczęła się w lutym ubiegłego roku. Wojna zaczęła się w 2014 roku”.
https://www.nato.int/en/news-and-events/events/transcripts/2023/02/14/doorstep-statement

[11] NATO: „Deklaracja ze Szczytu w Bukareszcie”, 3 kwietnia 2008 r. oraz dokumentacja NATO dotycząca rozszerzenia. W sprawie rozszerzenia NATO i deklaracji ze Szczytu w Bukareszcie, że Gruzja i Ukraina powinny zostać członkami Sojuszu.
https://www.nato.int/en/about-us/official-texts-and-resources/official-texts/2008/04/03/bucharest-summit-declaration

[12] Reuters: „Putin mówi, że Rosja nie zaatakuje NATO, ale F-16 zostaną zestrzelone na Ukrainie”, 27 marca 2024 r. Putin oświadczył, że Rosja nie ma zamiaru atakować Polski, państw bałtyckich ani Czech i nazwał te obawy „kompletną bzdurą”.
https://www.reuters.com/world/europe/putin-tells-pilots-f16s-can-carry-nuclear-weapons-they-wont-change-things-2024-03-27/

[13] Reuters: „Putin mówi, że Rosja jest gotowa do dyskusji na temat bezpieczeństwa europejskiego, nie planuje ataku na UE”, 27 listopada 2025 r. Putin oświadczył, że Rosja nigdy nie planowała ataku na Europę i była gotowa przedstawić to na piśmie oraz omówić paneuropejski porządek bezpieczeństwa.
https://www.reutersconnect.com/item/putin-says-russia-is-ready-to-discuss-european-security-has-no-plans-to-attack-eu/dGFnOnJldXRlcnMuY29tLDIwMjU6bmV3c21sX1ZBNTUwOTI3MTEyMDI1UlAx

[14] Muzeum Berlin-Karlshorst: „Rocznica niemieckiej inwazji na Związek Radziecki”. O niemieckiej inwazji z 22 czerwca 1941 r. i około 27 milionach poległych żołnierzy radzieckich w II wojnie światowej, w tym około 14 milionów cywilów.
https://www.museum-karlshorst.de/veranstaltungen/jahrestag-des-deutschen-ueberfalls-auf-die-sowjetunion/

[15] Reuters: „Pracownicy niemieckiego dostawcy części samochodowych Bosch wzywają UE do podjęcia działań w celu powstrzymania utraty miejsc pracy”, 16 września 2026 r.; uzupełnione danymi VDMA dotyczącymi rozwoju niemieckiego sektora inżynierii mechanicznej. O redukcjach zatrudnienia w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym i trudnej sytuacji w inżynierii mechanicznej.
https://www.reuters.com/business/world-at-work/workers-german-auto-supplier-bosch-call-eu-action-stem-job-losses-2026-09-16/

[16] Reuters: „Volkswagen odkrywa przyszłość obronną dla niemieckiej fabryki w trakcie gruntownej przebudowy”, 7 września 2026 r. W sprawie planowanego przekształcenia fabryki VW w Osnabrück na produkcję obronną i potencjalnego zachowania około 1400 z około 1800 miejsc pracy.
https://www.reuters.com/business/aerospace-defense/israels-aurelius-german-state-take-over-vws-osnabrueck-plant-defence-projects

[17] Deutschland.de: „Hegseth: Wykorzystanie niemieckiego przemysłu dla obrony NATO”, 16 września 2026 r. W sprawie oświadczenia intencyjnego Borisa Pistoriusa i Pete’a Hegsetha dotyczącego ściślejszej integracji niemieckiego i amerykańskiego przemysłu obronnego.
deutschland.de/de/news/hegseth-deutsche-industrie-fur-nato-verteidigung-nutzen

Nie było żadnego tajnego raportu CIA na biurku Donka

Serwis Informacyjny Myśli Polskiej 19.09.2026 myslpolska/serwis-informacyjny-mysli-polskiej-19-09-2026/

Polska. Kilka dni temu premier Donald Tusk powiedział: 

„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeśli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE”. 

Na informacje te w nocy z czwartku na piątek zareagował szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.


Przydacz powiedział: 

„Nie było żadnego tajnego raportu CIA na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?”

Polowanie na leśników

Polowanie na leśników

Mirosław Majkowski

Od czasu przejęcia władzy przez uśmiechniętą koalicję dla leśników nastał bardzo trudny czas.

Co prawda już poprzednia ekipa wyrządziła im krzywdę traktując PGLLP jako skarbonkę do finansowania sobie akcji wyborczej, co skrzętnie wykorzystali medialnie uśmiechnięci, ale oprócz partyjniaków pojawiło się największe zagrożenie dla lasów. Nie jest to kornik drukarz, jemioła czy inne gatunki degradujące drzewa, ale najgroźniejszy z pasożytów czyli organizacje dla zmylenia przeciwnika nazywające siebie „ekologicznymi”.

Organizacje te poprzez zainstalowanie swoich ludzi startujących z list Polski 2050 w Ministerstwie Klimatu i Środowiska uzyskały realny wpływ na działania tego resortu. Do tego stopnia, że zaczęły żądać głów niepokornych nadleśniczych, dyrektorów i wszystkich tych, którzy stoją im na drodze. Drodze zniszczenia polskiej gospodarki leśnej w imię „biernej ochrony przyrody”. Wszelkie dyrdymały opowiadane przez nich o ochronie przyrody, starolasach i konieczności tworzenia nowych form ochrony przyrody można włożyć między bajki z krainy mchu i paproci. Emitowanie emocjonalnych filmików ma na celu wyłącznie wydojenie kasy z kieszeni Polaków, którzy wrażliwi są na kwestie ochrony przyrody.

Kto finansuje i wytycza kierunki działań owych ludzi zrzeszonych w różnych fundacjach, inicjatywach, stowarzyszeniach pozostaje na razie tajemnicą poliszynela i powinno zostać wnikliwie zbadane przez instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne państwa, a że owe są zajęte tropieniem wyłącznie „ruskich agentów” więc trochę trzeba zaczekać.  Wszystkie te organizacje działają według pewnego podręcznikowego schematu.

  1. Budowanie narracji zagrożenia dla przyrody celem uzyskania poparcia społecznego.
  2. Występowanie w trybie dostępu do informacji publicznej do nadleśnictw o wskazanie miejsc i rodzaju planowanych prac związanych z pozyskaniem drzewa, prac pielęgnacyjnych itp.
  3. Po uzyskaniu tych informacji występowanie o zablokowanie tych prac i ustanowienie w tych miejscach nowych form ochrony przyrody.

Przy pomocy ministerstwa i ogłoszonego moratorium udało się im skutecznie sparaliżować działalność nadleśnictw. Nadleśniczy rwą włosy z głowy gdzie znaleźć brakujące powierzchnie do zamiany, aby wywiązać się z rozstrzygniętych przetargów i zapewnić pracę dla ludzi zatrudnionych w ZUL – ach.

Tak w wielkim skrócie tylko za ubiegły rok straty w lasach z tytułu tych wszystkich działań przekroczyły 1 mld złotych. Półtora roku temu pisałem na łamach MP, że tak będzie i ku czemu to zmierza. Nie pomyliłem się.

Nie udałoby się im tego osiągnąć gdyby nie nieliczna na szczęście część leśników, którzy hańbią mundur leśnika swoją postawą stając się ministerialnym popychadłem bez czci i honoru. Którzy, dla własnych korzyści, chęci władzy uczestniczą w tym haniebnym procederze. Żeby ich wsadzić na stanowiska decyzyjne trzeba było jednak usunąć tych, co las kochają i nie pozwolą go zniszczyć.

Na Podkarpaciu, gdzie mieszkam, w pierwszej kolejności zapolowano i  odwołano ze stanowiska dyrektora RDLP w Krośnie Pana Janusza Starzaka, za to, że miał odwagę sprzeciwić się żądaniom pseudo-ekologów. Po pamiętnej sesji Sejmiku Województwa Podkarpackiego, na której przedstawił zagrożenia i skutki dla lasów tej obłąkańczej polityki został odwołany ze stanowiska.

W lipcu bieżącego roku kolejną ofiarą polowania na nieprzychylnych padł  wspaniały człowiek, którego mam zaszczyt znać osobiście – Przemysław Włodek, Nadleśniczy Nadleśnictwa Krasiczyn. Jak informują mnie moje jaskółki pato- ekolodzy już od dawna żądali jego głowy. No i się doczekali. Sposób w jaki Pan Przemek został wysłany na przymusową emeryturę przez swoją dyrekcję w Krośnie jest niedopuszczalny. Skrzywdzono człowieka, który poświęcił życie zawodowe i prywatne lasom, wychował kilka pokoleń leśników, a dla wszystkich był jak ojciec. Potraktowano go jak intruza, nie pozwalając nawet pożegnać się z pracownikami. Po tym jak pracownicy zamieścili na stronie internetowej podziękowania dostali nakaz ich zdjęcia.

Historia człowieka jak pewnie jedna z wielu, ale… Tu nie chodzi o zwykłego człowieka, bo Pan Przemysław Włodek to człowiek nieprzeciętny, dobry, kulturalny, empatyczny, skromny. Tu chodzi o pewien bardzo niebezpieczny proces. Proces niszczenia ludzi, którzy stoją na straży interesu narodowego, na straży swoich nadleśnictw. To także sygnał dla wszystkich niepokornych, że w każdej chwili mogą stracić pracę, to element zastraszania, niemal taki sam jak za czasów stalinowskich w bolszewickiej Rosji.

W ostatnim czasie bardzo mocno przyspieszył proces związany z powoływaniem nowych rezerwatów. Tworzy się je mimo negatywnych opinii ekspertów, samorządów. W procederze tym czynnie uczestniczy także rzeszowska RDOŚ. Na porządku dziennym stało się mamienie wójtów bieszczadzkich gmin obietnicą rekompensat, inwestycji dla gmin, albo stosuje się wysublimowaną formę szantażu w postaci nie zatwierdzania na wybranych terenach 10-letnich Planów Urządzania Lasów sugerując, że dzieje się tak przez opór włodarzy i rad gmin.

Nie macie zatwierdzonego PUL? Bo jesteście uparci. Też ciekawa jest taktyka działania. Najpierw pato-ekolodzy występują o duże powierzchnie, które następnie podlegają weryfikacji i powierzchnia przyszłego rezerwatu nagle mocno spada. Przekaz idzie do włodarzy następujący: Zobacz Janusz… chcieli Wam zrobić rezerwaty na 1 200 ha, a po weryfikacji wyjdzie tylko 200 ha. Zgódź się. No i jak dany wójt się zgodzi i rezerwat powstanie, to popłynie przekaz, że na terenie danej gminy powstał rezerwat, bo wójt tak chciał. A następnie powołać strefy ochrony dla jakiegoś gatunku z ochroną całoroczną,  aż dojdzie do tego co było na początku.

Upolowano więc Panów Starzaka i Włodka, ale moje jaskółki donoszą, że naciski na wyrażenie zgody na rezerwaty wywierane są na Nadleśniczego Nadleśnictwa Bircza Zbigniewa Kopczaka oraz Nadleśniczego Nadleśnictwa Stuposiany Ewę Tkacz. Polowanie więc trwa. Jeżeli myślicie drodzy czytelnicy, że pato-ekolodzy wraz ze swoimi sługusami zakończą polowanie na leśnikach, to jesteście w błędzie. Rozpoczęli już polowanie na myśliwych zbierając podpisy pod projektem ustawy zakazującej polowań. Następnie przyjdzie czas na wędkarzy, którym już utrudniają życie poprzez blokowanie możliwości odstrzału kormoranów dokonujących masakr ryb na rzekach. Potem w kolejce będą rolnicy. Ocknijcie się, bo za chwilę przyjdą i wam urządzać życie.

Mirosław Majkowski

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Czy czeka nas Trzecia Wojna Światowa?

Czy czeka nas Trzecia Wojna Światowa?

Łukasz Jastrzębski 

Trzecia Wojna Światowa wisi na włosku i może rozlać się po Europie. Bezsensowne są zaklęcia w rodzaju – „przecież ona już trwa” i „bierzemy w niej udział”. Piszę o realnym uczestnictwie bloku militarnego, którego jesteśmy częścią w wojnie z Federacją Rosyjską. Wojnie na terenie naszego kraju. Skala i wyniki tego starcia zaważyłyby na losach ludzkości na całe pokolenia. Nie ma żadnej gwarancji, że nasz naród przetrwałby takie starcie biologicznie. Od wojny hipotetycznej tej dzieli nas tylko gruba prowokacja jednej z zaangażowanych w nią stron.

Wszyscy są mocno zmęczeni konfliktem na Ukrainie. Wojna ta niezależnie od jakiego momentu liczyć jej rozpoczęcie, trwa już dłużej niż Pierwsza Wojna Światowa. Szefowa francuskiego Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen ostrzegła, że bezpośrednie wejście NATO do wojny na Ukrainie oznaczałoby III wojnę światową, natomiast alternatywą może być konflikt ciągnący się przez dziesięciolecia, który nazwała wojną stuletnią. Francuscy suwereniści nazwali ten konflikt „prawdziwą rzezią” i mam nadzieję, że przesadnie oszacowali, że poległo w niej już dwa miliony ludzi.

Praktycznie w Polsce nikt nie mówi o konieczności pokoju, za to praktycznie wszyscy mówią o wojnie. Moim zdaniem dla zdecydowanej większości establishmentu w Polsce „wojna stała się oczywistością”. Z czego to wynika? W mojej ocenie, w znacznej części oni spłacają długi. Zachodnie stypendia, szkolenia, granty i znajomości umożliwiły im robienie karier w III RP. Nic nie ma za darmo – jak mówi Janusz Gajos w „Egzekutorze”. Tym samym nikt praktycznie nie kwestionuje bezrozumnego zadłużania naszego kraju na pokolenia, by kupować za astronomiczne pieniądze broń i w znacznej części przekazywać ją Ukrainie.

Nielicznych krytyków bezrefleksyjnych zbrojeń i stronników pokoju z Rosją określa się mianem zdrajców, malkontentów i „ruskich onuc”. To przecież spotyka byłego premiera Leszka Millera, prof. Grzegorza Kołodkę, prof. Annę Raźny, prof. Marię Szyszkowską, red. Jana Engelgarda, europosła Grzegorza Brauna, posła Romana Fritza, analityków Leszka Sykulskiego i Krzysztofa Podgórskiego czy nestora polskiej prawicy Janusza Korwina-Mikke. Obrywa się nawet pozbawionym prowojennego zacietrzewienia sportowcom i artystom.

Trwa to nieprzerwanie od ponad czterech lat. Ale w ostatnim czasie retoryka rządzących oraz mediów się znacznie nasiliła. Wojna toczy się na kilku poziomach, również tym propagandowo-informacyjnym. I obie strony używają tych narzędzi, chociaż w zupełnie nieproporcjonalnie. Myślę jednak, że tym razem może chodzić o coś znacznie większego, niż tylko zastosowanie strategii socjotechnicznej nazywanej „zarządzaniem strachem”. Wypowiedzi czołowych polityków w Europie, a zwłaszcza w Polsce budzą obawę przed realnym konfliktem europejskiej części NATO z Federacją Rosyjską. Nie ma wątpliwości jakie państwo jest główną bazą przerzutową broni na Ukrainie i gdzie znajduje się strefa zgniotu. Polska jest państwem, które powinno dmuchać na ziemne.

Niepokoi fakt, że do Polski przybył założyciel Geopolitical Futures i architekt unowocześnionej koncepcji trójmorza George Fridman. Sekretarz stanu szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta RP Marcin Przydacz zorganizował mu potkanie z przedstawicielami mediów, polityki, ośrodków analitycznych oraz świata nauki i biznesu. Dyskusja dotyczyła według jego relacji przyszłości relacji transatlantyckich, bezpieczeństwa europejskiego, polityki USA oraz roli regionu w kształtującym się porządku międzynarodowym w związku z wojna rosyjsko-ukraińską. To może być próba wciągnięcia, nie do końca przekonanego co do wszystkich „ukraińskich racji” prezydenta Karola Nawrockiego do prowojennego rydwanu. Przed tym jastrzębiem i atlantystą już wiele lat temu ostrzegał w „Tygodniku Ojczyzna” dobrze obeznany w tych sprawach redaktor Bogusław Jeznach.

Z okazji 87. rocznicy agresji ZSRR na Polskę, premier Donald Tusk udostępnił nagranie z przemówieniem do Polaków. Tusk stwierdził: „I dziś mówię z całą mocą – nie damy się zastraszyć (…) Nie szukamy wojny, ale jeśli ktokolwiek odważy się nas zaatakować, spotka się ze stanowczą odpowiedzią. Naszą i naszych sojuszników.” Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ocenił, że działania Rosji wobec państw NATO mają charakter systemowy, a nie incydentalny. Dodał, że mamy do czynienia z agresją wobec NATO, z agresją wobec Unii Europejskiej, z agresją wobec Polski, systemową agresją, nie epizodyczną (…) sytuacja jest najniebezpieczniejsza„. To słowa, które powinny wzbudzić nasz niepokój.

Premier Donald Tusk poszedł dalej i w przemówieniu sejmowym stwierdził: „Istnieje realne ryzyko, że drony mogą wlatywać na teren państw NATO, by osłabiać motywację sojuszu (…) Istnieje realne ryzyko, że na teren któregoś z państw na wschodniej flance mogą wlatywać drony lub pociski, dokonywać nawet zniszczeń, a oficjalna narracja będzie taka, że jest to całkowity przypadek i że nie ma powodu do odpowiedzi„. Premier powiązał też tę kwestie z „rosnącymi falami zachodniego pacyfizmu”, wytykając naiwność liderom globalnym, w tym administracji prezydenta USA Donalda Trumpa. Zbiegło się to z analizą kreującego myślenie Polaków poprzez media Instytutu Studiów Wschodnich (ISW). Według przytoczonej przez „Rzeczpospolitą” analizy ISW jednym z możliwych realnych scenariuszy są ograniczone rosyjskie uderzenia lotnicze, rakietowe lub dronowe albo operacja lądowa przeciwko jednemu z państw bałtyckich. Rosja według ISW mogłaby również próbować zająć niewielki fragment terytorium NATO.

To bardzo niepokoi. Każdy rozsądny człowiek przypomina sobie w tym momencie słowa byłego prezydenta Polski Andrzeja Dudy, że przywódca Ukrainy Wołodymyr Zełenski w 2022 roku próbował wciągnąć Polskę do wojny z Rosją. Pretekstem do tego miało być zabicie przez Rosjan rakietą dwóch Polaków w Przewodowie. Okazało się, że mieliśmy wtedy do czynienia z pociskiem wystrzelonym przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Pro-ukraiński Duda w rozmowie z dziennikarzem Bogdanem Rymanowskim powiedział: „Oni od początku próbują wciągnąć wszystkich w wojnę. To jest oczywiste, to jest w ich interesie, a najlepiej gdyby udało się wciągnąć w wojnę kraje NATO. Oczywiste jest, że poszukują tych, którzy po ich stronie walczyliby czynnie przeciwko Rosjanom. To się dzieje od pierwszego dnia„. Warto pamiętać o tej sprawie. Prowokacje są możliwe z strony każdej ze stron i w każdym kierunku.

Szef MSZ Polski Radosław Sikorski wezwał NATO do organizowania bardziej intensywnych ćwiczeń wojskowych w pobliżu rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego. Wypowiedź padła podczas dorocznego konferencji Yalta European Strategy w Kijowie organizowanej przez fundację ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka. Sikorski stwierdził: „Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my podjęlibyśmy rękawice, uważam, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu”. Szef polskiej dyplomacji oszacował, że państwa NATO dysponują łącznie około 2 500 samolotów. Podkreślił, że przewaga nad rosyjskim lotnictwem pozostałaby znacząca nawet bez uwzględnienia sił Stanów Zjednoczonych. To oczywiście wywołało reakcję Moskwy.

Strona rosyjska tradycyjnie zaprzecza temu, że chcą wojny z państwami NATO. Jednocześnie podtrzymują, a nawet umacniają swoje wcześniejsze stanowisko w kwestii ukraińskiej. Szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow stwierdził: „Rosja wielokrotnie mówiła, że nie zamierzamy atakować państw zachodnich i nie jesteśmy tym zainteresowani. Ale jeśli Europa, która regularnie mówi o przygotowaniach do wojny z Rosją, zaatakuje Federację Rosyjską, będzie to już zupełnie inna wojna i będzie ona bardzo krótka”. Dodał również, że rozmieszczenie zachodnich kontyngentów wojskowych na Ukrainie zostałoby przez Moskwę potraktowane jako wypowiedzenie wojny.

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji, Aleksandr Gruszko „Szczerze mówiąc, nie chcę komentować wypowiedzi Sikorskiego, ponieważ uważam, że powinni je komentować ludzie w białych fartuchach (…) To zaskakujące, że minister spraw zagranicznych wygłasza takie oświadczenia, które, po raz kolejny, eskalują napięcia i stwarzają zagrożenia dla samej Polski. Wyglądało na to, że jako minister spraw zagranicznych był opłacany za robienie wszystkiego, co w jego mocy, aby wzmocnić bezpieczeństwo Polski”.

Doradca prezydenta Rosji Władimira Putina Nikołaj Patruszew udzielił wywiadu tygodnikowi „Argumienty i Fakty” w którym również odniósł się do słów szefa dyplomacji w Polsce. Powiedział: „W przypadku przystąpienia Polski do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj użyje całego arsenału sił i środków, jakimi dysponuje, a polska państwowość przestanie istnieć w ciągu dwóch, trzech dni”. Dodał, że: „Szef polskiej dyplomacji ewidentnie w sposób amatorski ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne nie wykorzystują w pełni swojego potencjału”.

Wiceprzewodniczący komisji ds. obrony w Dumie Aleksiej Żurawlew stwierdził, że do hipotetycznego zajęcia Warszawy „wystarczą dwie brygady armii rosyjskiej”. Wyraził również opinię, że aby Radosław Sikorski zrezygnował z prób pokonania Rosji, wystarczy, by „rosyjski myśliwiec przeleciał w pobliżu polskiej przestrzeni powietrznej”.

Jeszcze dalej w swoich opiniach poszedł wpływowy rosyjski dziennikarz i propagandzista pisma „Komsomolskaja Prawda” Aleksandr Koc. Według niego szef MSZ Polski Radosław Sikorski mówiąc o pokonaniu Federacji Rosyjskiej Sikorski przedstawił konkretną ocenę sytuacji Warszawy i Brukseli. Według niego to nie figura retoryczna w dyskusji, ale plan wojenny. Stwierdził: „Oznacza to, że zaplanowano już tam operację wojskową przeciwko nam, obliczono niezbędne do jej przeprowadzenia siły i środki, wyznaczono terminy oraz określono cele priorytetowe i drugorzędne. Doszli też do wniosku, że poradzą sobie z nami w ciągu półtora miesiąca”. Koc dodał, że jeśli Unia Europejska zaatakuje Federację Rosyjską, i tak „zamieni się w wielki krater„.

Tym razem pewien niepokój budzi również wizyta strony amerykańskiej na Białorusi. Do Mińska przybył specjalny przedstawiciel prezydenta USA Donalda Trumpa John Coale. Według relacji Amerykanina w czasie spotkania z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką omówiono „kwestie międzynarodowe, sprawy dwustronne i inne kwestie będące przedmiotem wspólnego zainteresowania” oraz „uzgodniły umowę tymczasową”. Czescy analitycy sugerowali, że być może delegacja USA chciała przekonać Białoruś do daleko posuniętej neutralności w czasie ewentualnego konfliktu europejskiej części NATO z Federacją Rosyjską. Według części komentatorów przedstawiciel USA mógł sugerować również, że jego kraj będzie starała się jak najbardziej zdystansować od ewentualnego konfliktu. Nie wiem na ile jest to realne, ale nie można na dzisiaj takiej hipotezy odrzucić.

Niepokój budzi również szereg innych kwestii, które „Myśl Polska” przedstawia w codziennym Serwisie Informacyjnym. Dotyczą one zarówno Polski jak i innych krajów Unii Europejskiej. Oto kilka przykładów.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała uruchomienie programu wspólnych projektów europejskiego i ukraińskiego przemysłu obronnego przy wykorzystaniu pozostałych środków z SAFE. W puli może znaleźć się nawet 20 000 000 000 euro dodatkowych pieniędzy na zbrojenie. Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika , że władze w Polsce przekazać Ukrainie kilka pocisków do systemu Patriot. Kilka dni temu przedstawiciele ukraińskiego resortu obrony poinformowali, że wartość polskiej donacji dla Ukrainy wyniesie 50 000 000 euro i znajdą się w niej środki obrony powietrznej.

Wojsko Polskie rozpoczęło wzmacnianie infrastruktury wykorzystywanej przez Straż Graniczną przy granicy z Ukrainą. W Dorohusku, Medyce i Korczowej powstają posterunki obserwacyjno-strażnicze, a saperzy wykorzystują przy budowie umocnień system HESCO Bastion. O sprawie poinformował w swoich mediach społecznościowych miedzy innymi ekspert od spraw wojskowości Krzysztof Podgórski. Z kolei Wojskowe Centra Rekrutacji (WCR) rozpoczęły wysyłkę kart mobilizacyjnych. Dokument określa, gdzie i w jakim czasie osoba ma się stawić w przypadku ogłoszenia mobilizacji lub wybuchu wojny. Sam fakt otrzymania takiej karty nie oznacza oczywiście tego, że mobilizacja wojskowa już się rozpoczęła. Ale również to budzi pewien niepokój. Karta mobilizacyjna może trafić do: żołnierzy rezerwy posiadających odpowiednie kwalifikacje oraz specjalistów z kluczowych dziedzin, m.in. medycyny, logistyki, informatyki czy łączności.

Tajna niemiecka jednostka już wspiera Ukrainę. Działający w tajemnicy zespół w niemieckim Ministerstwie Obrony stał się kluczowym mechanizmem udzielania wsparcia wojskowego Ukrainie – informuje Interia powołująca się na „Financial Times” cytowane przez agencję UNIAN. Jednostka Sonderstab Ukraina może zawierać umowy zbrojeniowe w ciągu dwóch tygodni, omijając tym samym skomplikowaną ścieżkę prawną w Niemczech. Jednym z najważniejszych rezultatów działalności jednostki było sfinansowanie ukraińskiego systemu obrony powietrznej IRIS-T.

W tym samym czasie niemiecki minister obrony Boris Pistorius zarządził obowiązkowe przeniesienie części żołnierzy, by w pełni sformować brygadę Bundeswehry na Litwie – poinformował o tym fakcie 14 września jego resort. Rozkaz obejmuje kilkuset żołnierzy. Niemieckie ministerstwo obrony podkreśliło, że dzięki ochotnikom obsadzonych jest obecnie prawie 80 proc. stanowisk w 45. brygadzie pancernej „Litwa”. Rozlokowanie jednostki na Litwie stanowi odpowiedź rządu w Berlinie na zmianę sytuacji bezpieczeństwa w Europie. Na miejscu według chińskiej prasy ma stacjonować prawie 5000 niemieckich żołnierzy oraz 200 pracowników cywilnych.

Jak donosi Bloomberg, niemieckie władze dokonują przeglądu infrastruktury oraz systemu opieki zdrowotnej, aby ocenić ich zdolność do funkcjonowania w warunkach stanu wojny. Według niemieckich sił zbrojnych, w przypadku wojny Rosja-NATO, RFN musi liczyć się z przyjmowaniem nawet około tysiąca rannych na dobę.

Czasem nawet drobne i wydające się niepoważne informacje budzą w obecnym czasie niepokój. Jak informuje portal Kresy duńskie siły zbrojne rozpoczną szkolenie księży parafialnych na wypadek dużej wojny w Europie. Jeden z rozpatrywanych scenariuszy zakłada konieczność organizowania pogrzebów nawet dla 10–20 poległych żołnierzy dziennie. Kapelani wojskowi są szkoleni są z duszpasterstwa wojskowego, międzynarodowego prawa humanitarnego oraz zagadnień dotyczących funkcjonowania armii.

Jesteśmy wbrew opiniom samozwańczych łowców onuc, hermetycznie zamknięci przed wpływem informacji i propagandy Federacji Rosyjskiej. Nie wiemy co sie tak naprawdę dzieje w Rosji. Niewielu uczciwych dziennikarzy tam dociera i podaje wolne od propagandy informacje – takim wyjątkiem w ostatnim czasie jest redaktor portalu Strajk Maciej Wiśniowski. Jego relacja z pobytu w Rosji zamieszczona w Tygodniku „NIE” jest zdecydowanie daleka od tego, by można ją nazwać optymistyczną.

Szwajcarska prasa kilka dni temu napisała, że 3000 kilometrów na wschód od Moskwy, poza zasięgiem Ukrainy i NATO, buduje gigantyczny nowoczesny kompleks przeznaczony do produkcji i magazynowania komponentów rakietowych. Obiekt ma być wyposażony w zaawansowany system ochrony przed atakami dronów.

W filmie dokumentalnym w reżyserii Władimira Sołowjowa zatytułowanym „Porządek świata 2018” (ros. Миропорядок 2018) prezydent Rosji Władimir Putin mówi: „Jeśli ktoś podejmie decyzję o zniszczeniu Rosji, mamy pełne prawo odpowiedzieć. Tak, dla ludzkości będzie to globalna katastrofa, dla świata również. Ale jako obywatel Rosji i szef rosyjskiego państwa chcę zadać pytanie: po co nam taki świat, jeśli nie będzie w nim Rosji?”

W lutym tego roku MSZ Rosji wydał komunikat o ryzyku „bezpośredniej konfrontacji militarnej między mocarstwami nuklearnymi”. Rosyjska polityka zakłada ochronę Rosji oraz jej sojuszników przed agresją potencjalnego przeciwnika, a w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego – zapobieganie eskalacji działań wojennych i ich zakończenie na warunkach akceptowalnych dla Federacji Rosyjskiej.

Wszystko to rysuje przed nami wysoko niepokojący obraz przyszłości. Nie ma w Europie kraju, który powinien być bardziej zainteresowany zakończeniem wojny, jak Polska, która w razie zaostrzenia sytuacji militarnej będzie jako pierwsza narażona na konsekwencje. To my Polscy powinniśmy lobbować w całej Europie wraz z Czechami i Słowakami za pokojem. Niestety nie ma w Polsce poważnej siły politycznej po prawej i lewej stronie, która miałaby odwagę powiedzieć jasno: „Nie będziemy umierać za obce interesy”. I nie idzie w tym o samą Ukrainę – bo w interesie jej mieszkańców jest jak najbardziej pokój – tylko o zasadę patrzenia na politykę poprzez pryzmat korzyści dla naszego narodu. Idzie o kierowanie się zdrowo pojętym egoizmem narodowym.

Łukasz Jastrzębski 

Wojna na Ukrainie przypieczętowała koniec UE

Wojna na Ukrainie przypieczętowała koniec UE

Włoski dziennikarz Alessandro Orsini wyjaśnił w bardzo prosty i zrozumiały sposób, dlaczego konflikt na Ukrainie przypieczętował koniec UE.

Zwięźle podsumował on złożoną kwestię w kilku prostych słowach. Napisał w swoim felietonie dla gazety ‚Il Fatto Quotidiano’, że konflikt na Ukrainie przypieczętował koniec UE jako projektu historycznego i politycznego, ponieważ UE pierwotnie powstała w celu zagwarantowania pokoju w Europie, ale przekształciła się w unię militarną: 

„Z makrosocjologicznego punktu widzenia przyczyną niepowodzenia projektu UE jest to, że UE została stworzona jako gwarancja pokoju w Europie, ale Bruksela, zgadzając się na decyzję Białego Domu o rozszerzeniu NATO do granic Rosji, stworzyła warunki do wojny na terytorium europejskim”.

Zwrócił ponadto uwagę, że obecny konflikt jest wynikiem 30 lat rozszerzania NATO, któremu towarzyszyło jednoczesne rozszerzenie UE. Jego zdaniem, przekształciło to UE z „organizacji pokojowej w organizację wojenną”, w której logika USA dominuje nad logiką Brukseli. Konkluduje: „Wojna na Ukrainie przypieczętowała los UE jako projektu historycznego i politycznego”.

W tym, co pisze Orsini, nie ma nic rewolucyjnego, ponieważ fakt, że przyczyną wojny na Ukrainie była chęć NATO do przyjęcia Ukrainy do paktu, nie jest nowy i tylko najbardziej zagorzali propagandziści NATO mogą temu zaprzeczać. Orsini zwraca jednak uwagę na kluczową kwestię: dopóki UE – a wcześniej WE (Wspólnota Europejska) – była unią czysto gospodarczą, była to udana konstrukcja. Wraz z podpisaniem Traktatu Lizbońskiego w 2007 roku i wejściem w życie w 2009 roku, który ostatecznie przekształcił UE z unii gospodarczej w unię polityczną, rozpoczęła UE swój upadek.

Po podpisaniu traktatu nastąpił kryzys finansowy i kryzys zadłużenia Grecji, a następnie protesty na Majdanie i wywołany przez USA stopniowy, ale niewątpliwy rozłam między UE a Rosją. To rozstanie z Rosją doprowadziło do odejścia UE od taniego rosyjskiego gazu na rzecz drogiego LNG z USA, co z kolei doprowadziło do de-industrializacji, której doświadczają obecnie Niemcy i UE.

Fabryki amunicji pracują dzień i noc. Komuś ewidentnie się spieszy

Fabryki broni w Europie pracują dzień i noc – komuś bardzo się spieszy

UE była kiedyś unią gospodarczą i wtedy odnosiła sukcesy, przynosząc dobrobyt swoim obywatelom. Jednak każdy, kto czyta dzisiejsze deklaracje ze szczytów UE, zauważy, że szefowie państw i rządów UE nie mają już nawet gospodarki na liście priorytetów. Zamiast tego koncentrują się na takich kwestiach jak Ukraina, Afryka, Chiny, Wenezuela i tak dalej. Krótko mówiąc, Orini ma absolutną rację: gdy UE stała się projektem politycznym, który utorował drogę do rozszerzenia NATO, zapomniała o kwestiach gospodarczych i o dobrobycie, skupiając się wyłącznie na kwestiach geopolitycznych. Czyniąc to, UE służyła wyłącznie interesom USA, a nie Europy czy jej mieszkańców.

Nikt nie może temu zaprzeczyć, zwłaszcza gdy spojrzymy, kto płaci rachunek, a kto czerpie zyski: UE finansuje wojnę z Rosją i kupuje niezbędną broń od USA, które czerpią z niej korzyści. UE wymieniła tani rosyjski gaz na drogi amerykański, na czym USA korzystają podwójnie: po pierwsze, zarabiają miliardy, a po drugie, horrendalnie droga energia osłabia ich konkurenta gospodarczego, UE.

W świetle tych wydarzeń, przed którymi wielu ekspertów i publicystów ostrzegało od dawna, i które w związku z tym nie były w żadnym razie zaskakujące, czy żądanie postawienia polityków odpowiedzialnych w Brukseli i stolicach europejskich przed sądem za zdradę stanu i zdradę państwa jest przesadą?

anti-spiegel.ru/2026/der-ukraine-konflikt-hat-das-ende-der-eu-besiegelt

Napisał: Thomas Röper

Opracował: Zygmunt Białas

Ślepota światowego sumienia

Ślepota światowego sumienia

18. września 2026 Marek Wojcik world-scam/slepota-swiatowego-sumienia

11 stycznia 2024 r. Blinne Ní Ghrâlaigh, adwokat koronny (KC), wygłosiła mowę końcową w imieniu Republiki Południowej Afryki w sprawie przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości.

Mowa końcowa Republiki Południowej Afryki przeciwko Izraelowi w sprawie o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Można włączyć polską ścieżkę dźwiękową.

Przedstawione argumenty dobrze opisują dramatyczną sytuację narodu Palestyńskiego w Strefie Gazy. Co było do przewidzenia, wyrok Trybunału został przez Izrael zignorowany. Bezwzględne ludobójstwo narodu gospodarzy ziem okupowanych przez terrorystyczne państwo Izrael, mordowanie pracowników organizacji humanitarnych przynoszących pomoc Palestyńczykom, a także zabijanie dziennikarzy przekazujących światu prawdę o planowym ludobójstwie palestyńskiego narodu, nie zostało wstrzymane.

Władze palestyńskie szacują, że szczątków ponad 8000 osób nie odnaleziono jeszcze i nadal pozostają one pogrzebane pod gruzami.

6 września Palestyńskie Centrum ds. Osób Zaginionych ponownie wyraził głębokie zaniepokojenie i stanowczo potępił systematyczne działania Izraela mające na celu rozbiórkę i usuwanie gruzu ze zdewastowanych obszarów mieszkalnych. Ostrzeżono, że inicjatywa ta stanowi celowy wysiłek mający na celu wyeliminowanie dowodów kryminalistycznych niezbędnych do ustalenia losu zaginionych Palestyńczyków.

Cytat pochodzi z wydanego w środę na presstv.co.uk artykułu: Ciała wydobyte z gruzów Gazy budzą obawy dotyczące izraelskich zbrodni wojennych: szefowa ONZ ds. praw człowieka. Źródło.

Ostrzeżenie: Treści mogą wywołać silne emocje
Wzruszające sceny po odnalezieniu ciała palestyńskiego niemowlęcia spod gruzów budynku, w którym mieszkali wysiedleni Palestyńczycy, a który zawalił się w dzielnicy Al-Sinaa w zachodniej części miasta Gaza.
Źródło: Telegram 16.09.2026 r. 15:15.

Takie sceny są przyczyną radykalizacji z gruntu pokojowej społeczności islamskiej. Zgadnijcie, kto steruje tymi emocjami, komu zależy na podziałach religijnych i stwarzaniu atmosfery terroru? Nie zamierzam usprawiedliwiać islamskich radykałów, chcę jednak zwrócić uwagę na przyczyny takiego nastawienia.

Film dokumentuje użycie bomb wyprodukowanych w USA podczas ataków na Gazę. Nagranie z ruin zniszczonego domu w Strefie Gazy pokazuje szczątki bomby produkcji amerykańskiej, użytej podczas ataków, w których zginęły całe palestyńskie rodziny.
Stany Zjednoczone dostarczają tę broń, a Izrael wykorzystuje ją w atakach na Palestyńczyków.
Źródło: Telegram 17.09.2026 r. 12:05.

Produkujący narzędzia śmierci przemysł zbrojeniowy jest współodpowiedzialny za te zbrodnie. Potężne lobby – słowo wymyślone po to, żeby uniknąć prawdziwej nazwy: korupcja – wpływa na polityków, żeby wywoływali kolejne wojny i wraz z nimi kolejne rynki zbytu dla przemysłu śmierci.

Palestyńskie dziecko zostało uwięzione pod gruzami po tym, jak izraelskie siły zbrojne przeprowadziły atak na budynek mieszkalny w Strefie Gazy.
Źródło: Telegram 16.09.2026 r. 06:02.

Świat dawno już przywykł do takich obrazów i patrzy obojętnie na ewidentne wyniszczanie narodu palestyńskiego. A jednak coś się zmienia. Pamiętamy, jak podczas plandemii znani aktorzy zaprzedali się oprawcom biologicznego ludobójstwa, propagując broń biologiczną przeciwko ludzkości.

Kiedy na tournée zorganizowanym przez proizraelskiego Eda Sheerana amerykański raper Macklemore zawołał: wolność dla Palestyny, rozpoczęła się klasyczna kampania obrzucająca tego rapera dawno przeżutym epitetem antysemityzmu. Co było potem? Obejrzyjcie film z polskim dźwiękiem:

Ed Sheeran opowiedział się po stronie Izraela – teraz świat go nienawidzi.

Podobne tendencje widać podczas aktualnej kampanii wyborczej w USA. Szczególnie po stronie partii demokratycznej widać tendencję odrzucania kandydatów biorących łapówkę od izraelskiego lobby – AIPAC.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Czy NATO może pokonać Rosję?

Czy NATO może pokonać Rosję?

18.09.2026 wolnemedia/czy-nato-moze-pokonac-rosje

Polski minister Sikorski to niebezpieczny głupiec, tuba skompromitowanych europejskich elit.

Działający w Rosji analityk Stanisław Krapiwnik nie zostawił suchej nitki na przechwałkach polskiego ministra spraw zagranicznych, jakoby NATO mogło „szybko pokonać” Rosję w wojnie konwencjonalnej. Zrobił to w wywiadzie udzielonym fundacji Strategic Culture. Jego własny regularny podcast można znaleźć pod nazwą „In The Eyes of Truth”.

Szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski z zadufaniem oznajmił podczas forum publicznego w Kijowie 11 września, że europejskie siły powietrzne NATO mogą zmiażdżyć Rosję w otwartym starciu. Powiedział też, że naloty NATO mogą zniszczyć rosyjski sektor rafineryjny w ciągu sześciu tygodni. Sikorski, będący jednocześnie wicepremierem Polski, powołał się przy tym na dane, wedle których łączna flota powietrzna NATO ma liczyć 2500 samolotów bojowych, podczas gdy Rosja dysponuje tylko 300 myśliwcami. Przekonywał więc, że nawet bez udziału militarnego Stanów Zjednoczonych europejscy sojusznicy mogliby z łatwością pokonać Rosję.

Absurdalna treść wypowiedzi wysokiego rangą polskiego polityka przekracza granice zdrowego rozsądku i graniczy z przestępczym szaleństwem. Czy nie wie on, że rosyjska doktryna nuklearna przewiduje użycie arsenału jądrowego w przypadku wojny konwencjonalnej zagrażającej istnieniu państwa, co oznaczałoby koniec Europy?

„Sikorski jest członkiem europejskiej idiokracji” – skomentował Krapiwnik, były kapitan armii USA, mieszkający w Rosji i dobrze poinformowany analityk wojskowy zajmujący się konfliktem na Ukrainie. Stwierdził, że liczby przytaczane przez Sikorskiego nie trzymają się kupy, nawet jeśli przyjąć je za dobrą monetę.

Według wyliczeń Krapiwnika NATO dysponuje tylko dwukrotną przewagą liczebną floty samolotów bojowych nad Rosją, a nie ośmiokrotną, jak twierdzi polski minister. Uproszczone kalkulacje Sikorskiego nie uwzględniają jednak gotowości bojowej ani doświadczenia wojennego, które – zdaniem Krapiwnika – rosyjscy piloci posiadają w większym stopniu niż piloci europejskich państw NATO.

Dodatkowo rosyjskie systemy obrony powietrznej – S-300, S-400 i S-500 – mają przewyższać skutecznością systemy posiadane przez państwa europejskie, w szczególności amerykański system Patriot, który – jak twierdzi – okazał się niezbyt skuteczny w obronie Ukrainy. Co więcej, rosyjski arsenał zaawansowanych dronów mógłby, zniszczyć europejskie ośrodki decyzyjne już na samym początku ewentualnego konfliktu zbrojnego.

Z czysto militarnego punktu widzenia postawa polskiego polityka jest nierozsądna, by nie rzec – lekkomyślnie prowokacyjna. Dlaczego zatem wygłasza on tak wojownicze komentarze?

Krapiwnik zauważa, że Sikorski jest typowym przedstawicielem „europejskiej idiokracji” – elitarnej klasy politycznej w Brukseli, Berlinie, Londynie i Paryżu, która popada w coraz większą desperację, widząc, jak prowadzona przez NATO na Ukrainie wojna zastępcza przeciwko Rosji przeradza się w katastrofalną porażkę.

Krapiwnik twierdzi, że „problem w tym, że im [elitom NATO] brakuje już Ukraińców” do kontynuowania tej wojny. Sikorski i podżegające do wojny elity próbują więc rozniecić wśród zwykłych Europejczyków panikarskie nastroje wojenne, by skłonić ich do popierania konfliktu z Rosją.

Starają się równocześnie odwrócić w ten sposób uwagę od kryzysu gospodarczego, który same wywołały, realizując przez lata strategię mającą na celu „strategiczne pokonanie” Rosji. Tak zwani europejscy przywódcy polityczni – jak Ursula von der Leyen, Friedrich Merz, Emmanuel Macron czy Brytyjczyk Andy Burnham, a także szef NATO Mark Rutte – uparcie dążą do pogłębiania konfliktu z Rosją, który prowadzi donikąd.

Polityka ta doprowadziła europejskie gospodarki na skraj bankructwa i zdziesiątkowała Ukrainę. Europejska klasa polityczna i służalcze wobec niej media nie potrafią przyznać się do porażki; muszą kontynuować kurs na wojnę, odrzucając wszelkie ścieżki racjonalnej dyplomacji.

Skoro jednak zaczyna brakować już ukraińskiego „mięsa armatniego”, europejskie elity próbują przekonać szersze społeczeństwo, że wojna z agresywną rzekomo Rosją jest nieunikniona i zakończy się łatwym zwycięstwem.

„Europejskie elity nie troszczą się ani o Ukraińców, ani o własnych obywateli… traktują ich jedynie jak »biomateriał« do prowadzenia wojny” – podsumowuje Krapiwnik.

Stąd właśnie te skandaliczne wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji, twierdzącego, że NATO łatwo pokonałoby Rosję. On i europejskie elity chcą wojny; oni tej wojny potrzebują. Można jednak mieć pewność, że to nie ich dzieci będą ginąć na froncie… chyba że ich szaleńcze podżeganie do konfliktu doprowadzi do nuklearnej katastrofy.

================

O autorze: Finian Cunningham, były redaktor i publicysta współpracujący z czołowymi organizacjami medialnymi. Jest autorem licznych tekstów na temat spraw międzynarodowych, publikowanych w wielu językach.

Autorstwo: Finian Cunningham
Tłumaczenie: Pesymista
Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su

Powtórka z rozrywki

Izabela BRODACKA


Ostatniego dnia sierpnia 2026 roku, w przeddzień
osiemdziesiątej siódmej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej
Polacy mieli szansę oddawać się typowym rozrywkom z
czasów komuny, a raczej z czasów realnego socjalizmu, jakimi
było wystawanie w ogromnych kolejkach po wszystko. Po
meble, pralki, ser żółty miękki albo twardy (w Polsce były
znane wówczas tylko te dwa gatunki sera podczas gdy we
Francji znano ich podobno ponad 1200 ),
papier toaletowy i
oczywiście paliwo.

Właśnie 31 sierpnia wygaszono trwający
tylko dwa tygodnie rządowy program obniżek cen paliwa
znany jako program CPN. Wbrew deklaracjom premiera Tuska
i ministra Motyki ten program nie miał żadnego realnego
wpływu na sytuację materialną obywateli naszego kraju. Był
on zapewne tylko formą prowokacji, jak to mówią dowcipni,
waleniem prętem w klatkę.
Obywatele jak za komuny tworzyli listy kolejkowe, sprawdzali
te listy co godzinę, wdawali się w awantury i bójki na stacjach
benzynowych. Czuli się dokładnie tak jak za komuny. Coraz
częściej zresztą tak się czują. Afera goni aferę. Afery są tak
absurdalne jak z filmów Barei . Oto Barbara Mróz-Gorgoń,
pełnomocniczka rządu do spraw promocji marki Polska
podpisuje raport, który jak się okazało wygenerowała AI.
Raport, który kosztował podatników 200 tysięcy zawiera
liczne absurdy, zmyślone przypisy, twierdzenie, że Katowice
leżą w „północnej Polsce”, czy błędną liczbę polskich
noblistów. Trudno uwierzyć, że podpisała się pod nim osoba z
wykształceniem przynajmniej podstawowym, bo nawet dziecko ze szkoły podstawowej wie gdzie leżą Katowice. Pani
Barbara musiała nawet nie zajrzeć do raportu, za który
przytuliła niezłe honorarium. To, że poddała się do dymisji nie
zmienia nic w ocenie tej sprawy. Kolejna ujawniona afera ma
miejsce w Szpitalu Południowym. Sprawa dotyczy Dawida
Kacprzyka, który pracując w szpitalu, miał zarobić 1,6 mln zł w
ciągu roku, a także gwarantować politykom Koalicji
Obywatelskiej i ich rodzinom przyjęcie i opiekę na SOR poza
kolejnością. Dawid Kacprzyk, lekarz w trakcie specjalizacji i
jednocześnie radny Koalicji Obywatelskiej w warszawskim
Ursusie, stracił pracę co też nic nie zmienia w ocenie sytuacji
gdyż lekarzy zarabiających szokujące kwoty nie brakuje. Oto
ortopeda z Ciechanowa wystawia dwie faktury za dwa
miesiące pracy, jedną na 316 tysięcy złotych a drugą na 258
tysięcy złotych. Rekordowa wypłata miesięczna Szpitala
Specjalistycznego w Pile wyniosła 307 012 złotych brutto.
Najwyższy kontrakt miesięczny w Szpitalu imienia Dietla w
Krakowie opiewał na 300 933 zł brutto. Młody ortopeda
zarabia około 3 miliony złotych brutto łącząc pracę lekarza z
funkcjami zarządczymi w szpitalach w Grójcu oraz Nowym
Mieście nad Pilicą. Jednocześnie partia rządząca pracuje nad
ustawą zwaną potocznie „ Lex szarlatan” , która pozwoli
wielokrotnie nałożyć na osobę stosującą medycynę naturalną
karę w wysokości miliona złotych. Z jednej strony
projektowana ustawa miałaby zwalczać osoby oszukujące
zdesperowanych ciężko chorych , którzy rezygnują z oficjalnej
uznanej terapii na rzecz znachorskich praktyk czy zabiegów. Z
drugiej działałaby jako mechanizm eliminacji konkurencji
wobec oficjalnych usług medycznych. Jeżeli jak za komuny

zwykły człowiek ma wielkie kłopoty z dostaniem się do
szpitala, jeżeli zarobki lekarzy sięgają absurdalnych sum, nie
należy się dziwić, że pacjent próbuje sobie radzić na własną
rękę.
Tragiczny w skutkach jest fakt, że powrót do komuny
uruchamia w społeczeństwie tak zwaną mentalność
rozbiorową, czyli tryb przetrwania. Zwykli ludzie przestają się
wstydzić, że załatwiają najistotniejsze sprawy życiowe
poprzez łapówkę. Unikają płacenia podatków ponieważ nie
identyfikują się z celami na jakie ich pieniądze są wydawane.
Nie chcą płacić abonamentu telewizyjnego bo nie oglądają
telewizji rządowej , telewizji w likwidacji, która powstała w
drodze naruszenia prawa. Łudzeni pozorami społeczeństwa
obywatelskiego widzą dobrze jak są oszukiwani. Na przemoc
prawną, fiskalną, medialną odpowiadają w najlepszym
przypadku biernym oporem, a przede wszystkim akceptacją
metod, których nie stosowaliby w normalnych warunkach,
gdyby mieli na cokolwiek realny wpływ. Są w rękach tych
którzy stosują prawo tak jak je rozumieją co praktycznie
oznacza całkowite bezprawie. Dlaczego mieliby szanować
takie prawo?
Większość społeczeństwa nie akceptuje przesadnej pomocy
dla Ukrainy, a przede wszystkim konstruowania na naszym
terenie państwa wielonarodowego. Działania rządu wydają
się pogłębiać konflikt narodowościowy, który wydawał się od
lat wygasać. Nie ma zgody na to żeby nazywać ludobójstwo
na Wołyniu sąsiedzkimi sporami, żeby lekceważyć kult
Bandery praktykowany na Ukrainie, oraz prowokacyjne

nazywanie jego imieniem jednostek wojskowych. Działania
naszych władz w tych sprawach są tak głupie, że wydają się
być podobną prowokacją jak wywoływanie histerii związanej
z krótką obniżką cen paliwa. Warto odpowiedzieć sobie na
pytanie po co te wszystkie prowokacje? Nasi rządzący są głupi
lecz nie aż tak głupi żeby nie rozumieć, że nie należy drażnić
się ze społeczeństwem, które podobno jest suwerenem.
Czyżby chcieli poświęcić kilka osób żeby przeprowadzić takie
zmiany, które nic nie zmienią? Świadczyłyby o tym propozycje
powołania komisji w sprawie giełdy kryptowalut Zondacrypto.
Ciekawe jaki kuchcik jest przeznaczony teraz do wyrzucenia z
sanek ściganych przez wilki. Tak jak został swego czasu
wyrzucony Rywin.
„Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko
musi się zmienić” to najsłynniejszy cytat z powieści „Lampart”
autorstwa Giuseppe di Lampedusy. Wydaje mi się, że opisuje
on strategię obecnej władzy. Dokładnie taką, jaką przez całe
lata stosowała władza komunistyczna. Znienawidzeni
stalinowcy zostali zastąpieni wykreowanym na
prześladowanego Gomułką. Gdy Gomółka zaczął przykręcać
społeczeństwu śrubę zastąpiono go Gierkiem, który zadłużył
nas na kilka pokoleń. Czy do końca świata będziemy
zamieniać dżumę na cholerę, która po pewnym czasie okaże
się znowu dżumą.

Fico oświadczył, że zrobi wszystko, aby Słowacja nigdy nie została wciągnięta w konflikt zbrojny

RuskiStatek

🇸🇰 Fico oświadczył, że zrobi wszystko, aby Słowacja nigdy nie została wciągnięta w konflikt zbrojny na podstawie piątego artykułu NATO

Według słowackiego premiera obawia się on, że w Europie szuka się jedynie pretekstu do wielkiej konfrontacji między NATO a Rosją.

Dodał również: istnieje tendencja do zastępowania wojowniczych haseł typu „Walczmyniezdolnością do rozwiązania takich problemów, jak nielegalna migracja i wysokie ceny energii.

„Boże, z kim zamierzamy walczyć? Z kim? Czy potraficie sobie wyobrazić, panie i panowie, że zostanie zastosowany artykuł 5 traktatu NATO?… Czy potraficie sobie wyobrazić, że powiedziano by nam: przygotujcie 5 tysięcy żołnierzy, 10 tysięcy żołnierzy – i wyślą ich gdzieś na wojnę. Nawet nie wiemy, z kim, dlaczego i o co” – podkreślił Fico.

Kijów znów żebrze. Zachód traci cierpliwość

Kijów znów żebrze. Zachód traci cierpliwość

magnapolonia/kijow-znow-zebrze-zachod-traci-cierpliwosc

Władze Ukrainy ponownie zwróciły się do zachodnich państw o gigantyczne pieniądze. Tym razem skala potrzeb jest tak duża, że zaczyna budzić coraz większą frustrację nawet wśród najbardziej twardogłowych sojuszników kliki Zełenskiego (oprócz Polski). Jak ujawnił „The Washington Post”, ukraiński rząd niespodziewanie poinformował o 27-miliardowej dziurze w tegorocznym budżecie obronnym. Europejscy dyplomaci mieli być zaskoczeni, ponieważ jeszcze niedawno zakładano, że potrzeby finansowe Ukrainy na 2026 rok zostały w dużej mierze zabezpieczone.

Kijów znów żebrze. Informacja o brakujących 27 miliardach dolarów to jednak nie wszystko. Według najnowszych informacji Reutersa Ukraina będzie potrzebowała w przyszłym roku ponad 52 miliardów dolarów zagranicznej pomocy finansowej. Na razie partnerzy zadeklarowali około 20 miliardów. Oznacza to, że Kijów musi znaleźć górę złota, aby zasypać powstającą dziurę.

W skrócie, mamy do czynienia z państwem, którego wojenny budżet w coraz większym stopniu zależy od pieniędzy płynących z zagranicy. Według Reutersa od początku rosyjskiej inwazji Ukraina otrzymała około 198 miliardów dolarów pomocy fiskalnej od zagranicznych partnerów. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że wojna stała się tak droga, iż państwo nie jest już w stanie w pełni finansować jej z własnych dochodów.

Skala problemu jest wymowna. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku Ukraina wydała na obronność około 42 miliardów dolarów, podczas gdy krajowe dochody i finansowanie z rynku pokryły około 39 miliardów. Jak stwierdziła przewodnicząca parlamentarnej komisji budżetowej Roksolana Pidlasa, Ukraina nie jest już w stanie pokryć własnej części kosztów wojny.

Kijów znów więc przychodzi do zachodnich stolic z rachunkiem. Problem w tym, że rachunek jest coraz wyższy, a cierpliwość części europejskich partnerów najwyraźniej coraz mniejsza. „The Washington Post” zwraca uwagę na reakcje europejskich dyplomatów, którzy kwestionują między innymi sposób wyliczenia przez Kijów 27-miliardowej luki. Bruksela również domaga się szczegółowego wyjaśnienia, skąd dokładnie wzięła się ta kwota i na co mają zostać przeznaczone dodatkowe środki.

Trudno nie zauważyć paradoksu. Z jednej strony od lat słyszymy zapewnienia o ukraińskich sukcesach, osłabieniu Rosji i perspektywie zwycięstwa. Z drugiej strony finansowa rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej: rosną wydatki wojenne, spadają wpływy budżetowe, a Kijów potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów od zagranicznych sponsorów.

Oczywiście uzależnienie od zagranicznej pomocy samo w sobie nie przesądza o wyniku wojny. Pokazuje jednak skalę problemów ukraińskiego państwa. Państwo, które nie jest w stanie samodzielnie sfinansować własnej obrony i musi prosić o dziesiątki miliardów dolarów rocznie, trudno przedstawiać jako finansowo niezależnego zwycięzcę. Jednocześnie mamy do czynienia z nieustanną propagandą sukcesu. Kijów i jego zachodni sojusznicy regularnie podkreślają ukraińskie osiągnięcia na polu walki. Tymczasem za kulisami trwa walka o pieniądze, amunicję, rakiety i środki na funkcjonowanie państwa.

Problem przestał już dotyczyć pojedynczych pakietów pomocy. Mówimy już o systemowym finansowaniu państwa prowadzącego wojnę, które nie jest w stanie tego robić bez ciągłej kroplówki finansowej i sprzętowej. Gdy wydatki rosną szybciej niż dochody, kolejne prośby o pomoc przestają być wyjątkowym wydarzeniem i stają się stałym elementem funkcjonowania państwa.

Ukraina potrzebuje pieniędzy, żeby prowadzić wojnę. Potrzebuje pieniędzy, żeby kupować broń. Potrzebuje pieniędzy, żeby płacić żołnierzom. Potrzebuje pieniędzy, żeby utrzymać funkcjonowanie państwa. To nie jest obraz finansowej stabilności państwa, które rzekomo wygrywa wojnę. To obraz państwa coraz silniej uzależnionego od zagranicznego finansowania, które stoi de facto nad przepaścią.

Banderowska propaganda oczywiście może iść w zaparte i do końca mówić o rychłym zwycięstwie, podobnie jak było w III Rzeszy na początku 1945 roku. Budżet mówi jednak coś znacznie bardziej konkretnego: Ukraina potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów, aby utrzymać obecny remis. O zwycięstwie nie ma już mowy.

Ludzie Biłeckiego otwierają placówkę w Warszawie. To ukraińska organizacja „Weterański Korpus”.

Korpus Weteranów w Warszawie źr. Facebook.com

Ludzie Biłeckiego otwierają placówkę w Warszawie

18 września 2026 Paweł Król kresy/ludzie-bileckiego-otwieraja-placowke-w-warszawie

Ukraiński „Korpus Weteranów” zapowiedział rozpoczęcie działalności w Warszawie. Organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biłeckiego.

Ukraińska organizacja „Weterański Korpus” zapowiedziała uruchomienie swojej placówki w Warszawie. Informację opublikowano na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku pod hasłem „Korpus Weteranów – teraz także w Warszawie”. Otwarcie ma nastąpić 19 września podczas wydarzenia UA FEST przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie.

„Korpus Weteranów” jest organizacją skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem ukraińskich sił zbrojnych. Zajmuje się m.in. pomocą prawną, psychologiczną i zawodową, wsparciem rodzin oraz reintegracją byłych żołnierzy.

Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele „Korpusu Weteranów” stoi Jan Kliszajew.

Sam 3. Korpus Armijny powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje, że zarówno 3. Korpus Armijny, jak i 1. Korpus „Azow” wywodzą się z ruchu azowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu „Azow”.

Także przedstawiciele samego „Korpusu Weteranów” odwołują się do tej ciągłości. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego: od „Patrioci Ukrainy”, przez „Azow”, po 3. Brygadę Szturmową i 3. Korpus Armijny.

Oficjalna strona organizacji deklaruje, że jednym z jej celów jest nie tylko pomoc weteranom w powrocie do życia cywilnego, ale również przygotowywanie ich do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.

Warszawska placówka ma działać w przestrzeni UA HUB przy ul. Obrzeżnej 7. Sam UA HUB przedstawia się jako centrum służące ukraińskiej społeczności w Polsce.

Na obecnym etapie nie ma oficjalnych informacji, by warszawski ośrodek „Korpusu Weteranów” miał prowadzić nabór do ukraińskich formacji wojskowych. Potwierdzone jest natomiast jego bezpośrednie powiązanie organizacyjne z 3. Korpusem Armijnym oraz genealogiczne związki tego środowiska z ruchem azowskim.

Ruch azowski od lat budzi kontrowersje z powodu obecności symboliki kojarzonej z nazizmem.

Francuski „Le Monde” informował, że podczas szkolenia żołnierzy 3. Brygady Szturmowej we Francji w 2023 roku u części wojskowych widoczne były swastyki, runy SS, symbole czaszek kojarzone z formacjami SS oraz nazistowskie gesty. 3. Brygada Szturmowa wywodzi się ze środowiska azowskiego i później stała się podstawą 3. Korpusu Armijnego dowodzonego przez Biłeckiego.

Na oficjalnych profilach 3. Brygady Szturmowej pojawiały się również fotografie żołnierzy z wewnętrznymi odznaczeniami przypominającymi emblemat 36. Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”. Formacja ta podczas II wojny światowej odpowiadała m.in. za masowe zbrodnie na ludności cywilnej, w tym pacyfikację warszawskiej Woli podczas Powstania Warszawskiego.

Kolejne kontrowersje dotyczą nazewnictwa jednostek. W utworzonym w strukturach Korpusu „Azow” batalionie systemów bezzałogowych znalazł się pododdział „Nachtigal”. Nazwa nawiązuje do batalionu Nachtigall utworzonego podczas II wojny światowej przez niemiecką Abwehrę. Według przywołanej przez Kresy.pl Encyklopedii Holocaustu Yad Vashem członkowie tej formacji uczestniczyli we Lwowie, wraz z Niemcami i miejscowymi Ukraińcami, w zabijaniu Żydów.

O obecności nazistowskiej symboliki w jednostkach związanych z ruchem azowskim mówił również były holenderski ochotnik służący na Ukrainie. Twierdził, że widział w koszarach swastyki i inne symbole nazistowskie, a w części pododdziałów żołnierze mieli wykonywać nazistowski salut. W lutym 2026 roku ukraińska historyk Marta Hawryszko zwracała z kolei uwagę na przedstawiciela 3. Brygady Szturmowej używającego pseudonimu „Makar”, który miał publikować materiały z przerobionym symbolem SS „Dirlewanger” i uczestniczyć w szkoleniach środowiska oddającego hołd Waffen-SS Galizien.

Kresy.pl/Facebook.com

Doniesienia z Moskwy: Narracja o upadku wciąż mija się z obrazem prawdziwej Rosji

sonar21/dispatch-from-moscow-the-collapse-narrative-keeps-missing-the-real-russia

Doniesienia z Moskwy:

Narracja o upadku wciąż mija się

z obrazem prawdziwej Rosji

16 września 2026 r., autor: Larry C. Johnson

Wróciłem do Moskwy po dziesięciu miesiącach nieobecności i pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest przepaść między miastem, które widzi się na własne oczy, a jego obrazem kreowanym tysiące mil stąd. Moskwa i Petersburg kwitną, są nowoczesne i – to słowo nasuwa mi się nieustannie – tętnią życiem. Ulice są czyste i bezpieczne; nie widać na nich tłumów bezdomnych czy żebraków. Przez dwa tygodnie widziałem tylko jednego mężczyznę proszącego o pieniądze – siedział na schodach w Petersburgu i wyróżniał się właśnie dlatego, że był tak rzadkim widokiem. Wystarczy zestawić to z Nowym Jorkiem, Filadelfią, Waszyngtonem czy Atlantą – czy jakimkolwiek innym dużym amerykańskim miastem – by dostrzec, że kontrast nie jest tu drobny. To różnica o rzędy wielkości.

Zaczynam od ulic, ponieważ stanowią one najprostszy sprawdzian twierdzenia, które Zachód forsuje od trzech lat: że rosyjska gospodarka chwieje się na krawędzi, obywatele wycofują gotówkę, a miasta zmierzają ku kryzysowi. Ta narracja nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością ulicy.

Władimir Putin nie płaci mi za publikowanie optymistycznych relacji. Opisuję to, co widzę i słyszę od zwykłych Rosjan zajętych swoim codziennym życiem – a widzę gospodarkę, która mimo sankcji radzi sobie lepiej niż gospodarki zachodnie, do których jest porównywana. Półki sklepowe są pełne. Restauracje pękają w szwach. Ludzie pracują, wydają pieniądze i budują. Nie widać tu oznak kryzysu, który – zdaniem Zachodu – ma lada chwila nadejść. Wystarczy zapytać ludzi, którzy tu mieszkają, by przekonać się, że nie jest to naród szykujący się na upadek. To społeczeństwo, które przetrwało wszystko, czym próbował je dotknąć Zachód, i funkcjonuje dalej.

To właśnie ta prawda, której zachodnia prasa nie potrafi przyznać. Od trzech lat wieszczy ona rosyjski kryzys finansowy, który nigdy nie nadchodzi, a przyczyna tego stanu rzeczy jest widoczna z okna każdej kawiarni przy Newskim Prospekcie w Petersburgu czy ulicy Twerskiej w Moskwie. Nie ma tu szturmu na banki ani gwałtownego spadku wartości rubla. Sankcje miały złamać ten kraj. Nie udało im się to. Wystarczy porównać nastroje panujące na tych ulicach z niepokojem w Londynie czy zapaścią wielkich miast w Ameryce, by zrozumieć, że pytanie nie brzmi: „Czy Rosja przetrwa sankcje?”. Pytanie brzmi: „Dlaczego Zachód w ogóle zakładał, że tego nie zrobi?”.

Kolacja z Ławrowem

W poniedziałek tydzień temu jadłem kolację z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem oraz wiceministrem Siergiejem Riabkowem. Towarzyszyli mi John Mearsheimer, sędzia Andrew Napolitano i Alastair Crooke. Spotkanie miało charakter nieformalny i przebiegało w atmosferze szczerości; Ławrow odpowiadał na pytania wprost – a każdy, kto miał okazję rozmawiać z Mearsheimerem, wie, że nie zadaje on łatwych pytań.

Wyniosłem z tego spotkania dwa wyraźne spostrzeżenia.

Po pierwsze, stanowisko negocjacyjne Rosji wobec Zachodu nie zmieniło się ani o jotę od czasu wystąpienia Putina w rosyjskim MSZ 14 czerwca 2024 roku. W tamtym przemówieniu jasno określił on warunki, które nadal pozostają aktualne: Zachód musi uznać obwody doniecki, ługański, zaporoski i chersoński – wraz z Krymem – za trwale rosyjskie terytorium. Te dawne ukraińskie obwody nie wrócą już pod władzę Kijowa. W Moskwie traktuje się to nie jako propozycję wyjściową do negocjacji, lecz jako fakt dokonany. Co więcej, Rosja tworzy strefy buforowe, posuwając się naprzód w obwodach sumskim, charkowskim i dniepropetrowskim. Z czasem terytoria te również mogą zostać włączone do Rosji – choć przedstawiciele władz przedstawiają to jako kwestię zależną od wyniku głosowania lub plebiscytu, a nie jako przesądzony scenariusz. Formalnie temat ten nie leży na stole, jednak w mojej ocenie jest jak najbardziej możliwy do realizacji.

Drugi wniosek jest taki, że pole manewru dla wynegocjowanego porozumienia jest niezwykle wąskie – węższe, niż chcą przyznać zachodnie stolice – ponieważ Rosja po prostu nie jest skłonna do poczynienia ustępstw, których domaga się Zachód, i nie uważa, by musiała to robić. Moja własna ocena, oparta na wypowiedziach tutejszych przedstawicieli władz, wskazuje, że działania wojenne nie ustaną, dopóki Odessa i Kijów nie znajdą się pod pełną kontrolą Rosji. Traktuję to jako swoją ocenę sytuacji, a nie pewnik, jednak nic z tego, co usłyszałem w tym tygodniu, nie skłoniło mnie do zmiany zdania.

Co tak naprawdę oznaczają „przyczyny źródłowe”

Putin nieustannie mówi o konieczności zajęcia się „przyczynami źródłowymi” konfliktu, a Amerykanie rzadko dowiadują się, co to sformułowanie właściwie oznacza. Zapytałem więc o to wprost podczas rozmowy w Moskwie z Aleksandrem Babakowem – deputowanym do Dumy i ważną postacią w organizacji International Unity Club.

Najprościej można to wyjaśnić moim rodakom w następujący sposób: amerykański projekt wciągnięcia Ukrainy w orbitę wpływów NATO i wykorzystania jej jako taranu wymierzonego w Rosję musi się zakończyć. Nie zostać wstrzymany, lecz definitywnie zakończony. Nie będzie już zgody na działania NATO na Ukrainie, a ukraińska polityka zagraniczna i wojskowa musi zostać na dobre wyrwana z zachodniego uścisku. Z perspektywy Moskwy stanowi to nienegocjowalny fundament, a wszystko inne to jedynie szczegóły.

Warto pamiętać, jak dawno to wszystko się zaczęło. Ukraina przystąpiła do programu NATO „Partnerstwo dla Pokoju” w 1994 roku i od tego momentu – mimo braku formalnego członkostwa – współpraca wojskowa Kijowa z Zachodem stale się zacieśniała. Baza wojskowa w Jaworowie na zachodzie Ukrainy stała się w latach 90. miejscem regularnych ćwiczeń sił zachodnich, a od 2015 roku gościła stałą misję szkoleniową pod dowództwem USA. Z biegiem lat Ukraina stała się jednym z najczęstszych gospodarzy ćwiczeń NATO spośród wszystkich państw spoza Sojuszu – manewrów, których scenariusze nigdy nie wskazywały Rosji jako przeciwnika, lecz ich konstrukcja nie pozostawiała wątpliwości, kto był ich celem. Za pierwszej kadencji Trumpa odbywało się ich po kilka rocznie; niektóre obejmowały działania okrętów podwodnych, niemające nic wspólnego ze ściganiem piratów. W tym kontekście Moskwa uważa, że ​​Putin wykazał się cierpliwością, którą Zachód błędnie wziął za słabość.

Nie trzeba zgadzać się z każdym elementem tej narracji, by dostrzec jej siłę. To realistyczne spojrzenie na wojnę – przedstawione przez Mearsheimera w sposób tak przekonujący, jak to tylko możliwe – i właśnie przez ten pryzmat postrzegają cały konflikt ludzie, z którymi jadłem kolację. Oczywiście w Waszyngtonie pogląd ten jest kwestionowany. Nie sposób jednak zrozumieć, dlaczego stanowisko Rosji jest tak nieustępliwe, jeśli nie pojmie się, że w Moskwie nie postrzega się go wcale jako aktu agresji, lecz jako leczenie rany, którą Zachód pogłębiał przez trzydzieści lat.

Spojrzenie stąd

Wojna nie jest tym, co zaprząta myśli przeciętnego Rosjanina. W codziennym życiu to wciąż „specjalna operacja wojskowa”, a życie na ulicach dwóch wielkich miast toczy się tak, jakby konflikt rozgrywał się na innym kontynencie – co z perspektywy Moskwy niemalże jest prawdą. Istotą tej sytuacji jest właśnie rozbieżność między sztywnym, maksymalistycznym stanowiskiem państwa a niemal normalnym życiem cywilów: kraj ten jest na tyle stabilny wewnętrznie, by czekać, i na tyle przekonany o słuszności swoich warunków, by nie ustępować.

Co powiedzieli mi oficerowie

W tym tygodniu rozmawiałem z trzema rosyjskimi wojskowymi – zarówno emerytowanymi, jak i pozostającymi w służbie: pułkownikiem w stanie spoczynku Eduardem Basurinem, generałem w stanie spoczynku Jewgienijem Bużyńskim oraz pełniącym czynną służbę generałem porucznikiem Aptim Ałaudinowem, dowódcą sił specjalnych „Achmat”. To różni ludzie, reprezentujący odmienne punkty widzenia, a jednak łączyło ich jedno przesłanie: Rosja nie zamierza atakować Europy. Nie ma wobec niej żadnych planów militarnych – absolutnie żadnych – ani zamiaru rozpoczynania takiego konfliktu.

Jak stwierdzili moi rozmówcy, Rosja dostrzega natomiast Europę szykującą się do ataku na nią – i to nie tylko w retoryce przywódców, takich jak kanclerz Niemiec Merz czy premier Wielkiej Brytanii (choć Moskwa traktuje te słowa wystarczająco poważnie). Chodzi o konkretne działania kryjące się za tą retoryką: o systemy uzbrojenia, a zwłaszcza pociski rakietowe, tworzone z myślą o użyciu przeciwko terytorium Rosji. Oficerowie mówili wprost, do czego to prowadzi. Jeśli takie działania będą kontynuowane, Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko zareagować na to zagrożenie, a perspektywa wojny z Europą stanie się realna. Nie jest to wyimaginowane niebezpieczeństwo, wymyślone po to, by kogokolwiek przestraszyć. Tak właśnie ci zawodowcy postrzegają rozwój sytuacji. Rosja nie szuka konfliktu, ale nie jest też głucha ani ślepa na to, co jest przeciwko niej przygotowywane.

Potwierdzili oni również to, co sam już przeczuwałem: Rosja wkroczyła w decydującą, nową fazę wojny z Ukrainą – fazę celowych działań mających na celu szybsze jej zakończenie, niż ktokolwiek wcześniej przewidywał. Przez pierwsze cztery lata Rosja starała się ograniczać własne straty w ludziach. Dlatego nie rzucała masowych formacji na umocnione pozycje, gdzie straty byłyby dotkliwe, lecz polegała na taktyce małych pododdziałów. Z tą wstrzemięźliwością jednak skończono. Nowa faza oznacza odcięcie ukraińskiego wybrzeża Morza Czarnego od handlu w obu kierunkach, poddanie węzłów logistycznych w Kijowie i innych miastach – zwłaszcza na zachodzie Ukrainy – ciągłym atakom oraz zintensyfikowanie działań ofensywnych na całej linii frontu. To przemyślana zmiana strategii rosyjskiego sztabu generalnego, która już przynosi efekty: działania zmierzające do okrążenia Słowiańska i Kramatorska oraz kluczowe zdobycze w rejonie Zaporoża. Według moich przewidywań do końca listopada Donieck ponownie znajdzie się całkowicie pod rosyjską kontrolą, a Zaporoże – ważny ośrodek przemysłowy i stolica regionu nad Dnieprem – stanie w obliczu bezpośredniego zagrożenia okupacją.

Dynamiczna demokracja na własnych zasadach

W najbliższą niedzielę Rosjanie udadzą się do urn, a ja będę na miejscu, by obserwować ten proces. O miejsca w Dumie ubiega się co najmniej pięć partii. Rosja nie jest monolitem, za jaki bywa uważana. Wbrew zachodnim karykaturom jest to dynamiczna demokracja – zbudowana w oparciu o rosyjską kulturę i ideały, a nie będąca kopią rozwiązań innych państw.

Najwyższy czas, by Zachód porzucił uprzedzenia i zaczął postrzegać Rosję taką, jaka jest naprawdę. Nie jest to reżim rządzony przez międzynarodowych komunistów, jak głosiły popularne w latach 60. i 70. stereotypy. Obecnie jest to (całkowicie zasłużenie) czwarta gospodarka świata pod względem parytetu siły nabywczej, kraj innowacyjny technologicznie i bogaty w zasoby naturalne.

To tyle wieści na tę chwilę. Wrócę z kolejnymi spostrzeżeniami w miarę postępów mojej podróży.

Próba generalna?

Próba generalna?

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    19 września 2026 michalkiewicz

Przed wprowadzeniem w grudniu roku 1981 stanu wojennego, w naszym nieszczęśliwym kraju przeprowadzonych zostało wiele prób generalnych, których celem było wysondowanie, jak też na stan wojenny zareaguje społeczeństwo. Według biografa generała Jaruzelskiego, płk Lecha Kowalskiego, przygotowano tedy plany alternatywne na wypadek gdyby zbrojnego oporu nie było i na wypadek, gdyby się pojawił. W tym drugim wariancie przewidziana była blokada całych miast z użyciem artylerii i lotnictwa. Jak pamiętamy, żadnego zbrojnego oporu nie było, bo tylko grupka młodych ludzi zastrzeliła sierżanta Karosa, kiedy próbowała go rozbroić. Warto jednak o tym planie „B” na wypadek zbrojnego oporu przypomnieć, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza niezwyciężona armia bez wahania by go zrealizowała i nikomu nie drgnęłaby ręka.

Ale – jak wspomniałem – przeprowadzono wiele prób generalnych, poczynając od wysłania w teren wojskowych grup operacyjnych, które kazały malować trawę, a to na zielono, a to na rudo – w zależności od pory roku – ale tak naprawdę przygotowywały się do przejęcia kierowania krajem w warunkach „surowych praw stanu wojennego”. Partia bowiem – jak pamiętamy – zaczęła się rozłazić, tworząc jakieś „struktury poziome”, więc Służba Bezpieczeństwa, podobnie jak soldateska, plunęły na nią i przejmowały władzę w swoje ręce. Świadectwem utwardzenia „strony rządowej”, która przedtem bywała bardziej elastyczna, był protest na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie. Mimo, że skrzyżowanie było blokowane, „strona rządowa” ani drgnęła, pokazując w ten sposób, że warunki się zmieniły. W tej sytuacji „unik zrobił byk” – jak śpiewał Wojciech Młynarski o szkole torreadorów w słynnej prowincji Guadalajara – to znaczy – cofnęła się „strona związkowa”, która już na tym niczego nie ugrała.

Ale ostateczna próba generalna odbyła się na Żoliborzu, w Wyższej Szkole Pożarnictwa, w której protest z udziałem podchorążych został zlikwidowany w początkach grudnia 1981 roku w rezultacie desantu.

Przypomniało mi się to wszystko teraz, gdy vaginet obywatela Tuska Donalda, a konkretnie – obywatel Żurek Waldemar, który w tym vaginecie ma fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego – „podjął decyzję” o zmianie rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, kształcącej kadry Służby Więziennej. Wprawdzie według statutu tej Akademii zmianami na stanowisku rektora zajmuje się senat uczelniany, ale obywatel Żurek Waldemar, jak wiadomo, nie czuje się związany żadnymi statutami, ani nawet – tubylczą konstytucją – nad która przedkłada polecenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, w którym zasiadają specjalnie dobrani w korcu maku „nasi” sędziowie – no i oczywiście – kategoryczne sugestie starych kiejkutów, które – podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to przekładały rozkazy z ruskiego na polski – teraz przekładają z niemieckiego na polski.

Skoro tedy scenariusz napisany przez stare kiejkuty według wskazówek BND nakazywał przeprowadzenie próby generalnej w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości – to nie było rady; obywatel Żurek Waldemar musiał „wydać decyzję”, a następnie – przeprowadzić podmiankę na stanowisku rektora tej uczelni. Ale – jak to bywa w takich razach – dramat łączy się z komedią – toteż obywatel Żurek Waldemar z zagadkowych przyczyn upodobał sobie kandydaturę pana Sławomira Cudaka. Jeśli krążące na mieście fałszywe pogłoski na temat tej postaci w ruchu robotniczym zawierają ziarenko prawdy, to te przyczyny nie muszą być aż tak bardzo zagadkowe.

Otóż według krążących po mieście fałszywych pogłosek, pan Cudak jest z wykształcenia piekarzem – a w każdym razie był nim w czasach, gdy należał do PZPR – ale potem jego kariera wystrzeliła pod lazury. Został pułkownikiem i zaczął intensywnie wzbogacać tubylczą naukę rozmaitymi rozprawami – a to doktorskimi, a to habilitacyjnymi – więc nic dziwnego, że gmerając w korcu maku, obywatel Żurek Waldemar musiał natrafić na niego. Nawiasem mówiąc, do wspomnianej Akademii próbował wejść sam Naczelnik Państwa – ale policjanci, podobno pościągani na tę okoliczność z rozmaitych prowincji, nawet na niego nie spojrzeli i oczywiście – nie wpuścili. Ilu wśród tych policjantów jest pochodzenia cudzoziemskiego – na przykład – ukraińskiego – tego ma się rozumieć nie wiemy, ale to chyba nieważne.

Takie dociekania bowiem wynikają z przekonania, że Polak nie może się łajdaczyć. To nieprawda, jak najbardziej może i chętnie z takich możliwości korzysta tym bardziej, że niekiedy mogą one przynieść nieoczekiwane profity. Oto w swoim czasie, gdy jeszcze Ostatniemu Pokoleniu Niemcy nie cofnęli subwencji i nie zakazali prowadzenia działalności, urządziło ono w Warszawie protest przeciwko dewastowaniu „planety” zbrodniczym dwutlenkiem węgla. W proteście tym wziął również działacz wielkiego kalibru, mianowicie pan Piotr Niemczyk, były zastępcza szefa Zarządu Wywiadu UOP, pułkownik, podobnie jak Bartłomiej Sienkiewicz. Na tym etapie jednak policja nie była jeszcze odpowiednio uświadomiona i pan Niemczyk został spisany, a nawet przedstawiony do ukarania. I nawet został przez nienawistny sąd ukarany pracami społecznymi – ale oczywiście – odmówił ich wykonywania, toteż nienawistny sąd mechanicznie skazał go na dwa tygodnie aresztu.

I w tym momencie zaczęło się. Nie tylko zostały poruszone Moce w postaci „legendarnych” opozycjonistów, ale również – madame Sylwia Grergorczyk-Abram, a nawet – Sąd Najwyższy. Pani Sylwia założyła „kasację” i w rezultacie nienawistny sąd w podskokach kazał pana Niemczyka z aresztu wypuścić. Wyobrażam sobie, jak musiały rozdzwonić się telefony. Na przykład – do obywatela Żurka Waldemara: Wy Żurek, wyście chyba zapomnieli, skąd wam wyrastają nogi. Jaki macie stopień? Kapral podchorąży? No widzicie. To jak wy ośmielacie się wtrącać do aresztu pułkownika, co?! Natychmiast każcie go wypuścić, bo inaczej my wam przypomnimy, skąd wyrastają wam nogi. Toteż z tej okazji pan minister Kierwiński sformułował doktrynę, według której „czas świętych krów” się skończył. Skoro tako rzecze pan minister, to nie wypada zaprzeczać – ale co nam szkodzi zapytać, jakie zwierzę w tej sytuacji dostąpiło świętości? Nawet nie śmiem się domyślać.

No dobrze – ale czego dotyczy próba generalna w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości? A czegoż by, jak nie zrobienie porządku w Trybunale Konstytucyjnym. Po jego obsadzeniu „naszymi” sędziami w rodzaju pana Berka, będzie można nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, pozostawiając na niej tylko te zwierzęta, które decyzją starych kiejkutów dostąpiły świętości, no i oczywiście – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, by na jego miejscu umieścić obywatela Czarzastego Włodzimierza, który już tam powinność swej służby zrozumie.

Stanisław Michalkiewicz

Mocarstwo przyszłości: Chiny

Mocarstwo przyszłości: Chiny

19.09.2026 Adam Wielomski nczas/mocarstwo-przyszlosci-chiny

Chiny
NCZAS.INFO | Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Dzięki hojności jednego z moich Widzów i Czytelników miałem okazję spędzić tydzień w Chinach, w liczącym 7,5 miliona mieszkańców Zhengzhou. Nie będę opisywał walorów turystycznych podróży (zainteresowanych zapraszam na mój kanał na YouTubie), lecz skupię się na obserwacjach politologicznych, które mogę porównać z obrazem państwa wyłaniającym się z kilku antologii pism Xi Jinpinga, które przeczytałem.

Po pierwsze, znany polskiej opinii publicznej obraz Chin nie przystaje do rzeczywistości. Nie widziałem nikogo w słomianym kapeluszu. Chińczycy takich nie noszą. Kapelusze takie nosi się w Wietnamie i przy granicy wietnamskiej. W środkowych i północnych Chinach nie jada się psów. Praktyka ta została kilka lat temu prawnie zakazana, choć na południu kraju nadal się zdarza, gdyż to tylko tam je jedzono. Co więcej, w mieście wielu ludzi ma psy i chodzą z nimi na spacery. Szczególnie modne są małe białe pudelki. Posiadanie psa jest symbolem zamożności: wychodzący z nimi na spacery lub trzymający na ręku mężczyźni w garniturach w ten sposób pokazują, że dobrze się im powodzi i stać ich na psa i jego utrzymanie.

Po drugie, bogactwo w mieście robi oszałamiające wrażenie. Zhengzhou ma 13 linii metra liczących razem 450 kilometrów. Całe miasto zapełniają tysiące wieżowców mających mniej więcej po 20 pięter. Poszczególne dzielnice połączone są trzypasmowymi drogami szybkiego ruchu. Mniej więcej połowa samochodów to auta elektryczne, które produkowane są masowo, dzięki gigantycznym zasobom metali ziem rzadkich. Samochody te mają zasięg do 500 km bez ładowania. Część z nich to pojazdy autonomiczne, teoretycznie mogące jeździć i parkować w ogóle bez kierowcy (pierwszy raz w życiu takim autem jechałem). Równocześnie zwraca uwagę fakt, że rynek broni się przed zjawiskiem oligopolizacji. Na przykład chińskie hipermarkety to wielopiętrowe budynki złożone z setek drobnych rodzinnych sklepików, gdzie można targować się o ceny z ich właścicielem. Nie widać było tzw. sieciówek.

Po trzecie, Chińczyków generalnie nie interesuje polityka. Jeden z moich rozmówców powiedział mi, że dla niego i jego rodaków demokracja nie polega na cyklicznych wyborach. Interesuje ich wzrost dobrobytu i państwo ma stworzyć warunki dla jego budowy przez obywateli. Jeśli nie stwarza takich warunków, to „robi się rewolucję i obcina głowy” obalonej elicie, po czym oddaje się władzę nowej. W Państwie Środka nie istnieje „odpowiedzialność polityczna” za porażki, polegająca na braku reelekcji, lecz odpowiedzialność „głowami”, co wymusza na rządzących prawdziwą troskę o państwo ze strachu o własne samo-zachowanie. Rzeczywiście, jeśli spojrzymy na chińskich dysydentów, to mniej więcej połowa z nich to radykalni protestanci wyrastający z kalwinizmu. W całym społeczeństwie jest ich ok. 2–4 proc., co powoduje, że przekaz pro-demokratyczny ma bardzo niewielką grupę odbiorców. W praktyce jest ich więcej na Zachodzie niż w samych Chinach.

Chińczyków nie interesuje polityka wewnętrzna, ponieważ preferują konfucjańsko-menedżerski charakter rządów. Żywo interesuje ich zaś polityka zagraniczna i walka własnego państwa o status wielkiej potęgi. Dlatego nienawidzą Anglosasów, widząc w nich największego konkurenta, który raz po raz fauluje, stosując jednostronne sankcje lub zbrojnie atakując inne państwa i narzucając im własne warunki „wolnego” handlu. W Chinach nie działa nic, co amerykańskie, m.in. Google, YouTube, Facebook, X, karty Visa i Mastercard. Chińczycy stworzyli własne paralelne aplikacje internetowe i bankowe, które są na podobnym standardzie, a o których istnieniu nie mamy pojęcia. O ile Amerykanów nienawidzą, to Rosjan nie lubią i traktują pogardliwie. O ile o Amerykanach mówią chętnie i źle, o tyle o Rosjanach nie chcą rozmawiać. Ci drudzy są ich sojusznikiem przeciw dominacji USA, lecz traktują ten sojusz jako taktyczny. Niechęć do Rosjan wynika ze względów historycznych – z dawnych sporów o Azję Środkową (postardzieckie republiki, takie jak Kazachstan czy Kirgistan) i konfliktów politycznych, ideologicznych i zbrojnych z dawnym ZSRR.

Po czwarte, tutejszy komunizm ma charakter naskórkowy. Xi Jinping i Chińczycy chętnie nazywają swój kraj „socjalistycznym”, lecz to tylko fasada. Xi naucza, że istotą socjalizmu jest tzw. merytokracja, czyli możność awansu politycznego i ekonomicznego bez względu na pochodzenie społeczne, co jest raczej klasyczną doktryną liberalną. Równocześnie zaskoczyła mnie rzadkość występowania w sferze publicznej symboliki komunistycznej, znajdującej się głównie na pomnikach i muzeach upamiętniających walkę z japońską okupacją. Bardzo popularne są stawiane w samochodach za przednią szybą małe stojaczki z flagami Chińskiej Republiki Ludowej i… Związku Radzieckiego. Jakkolwiek, o czym wcześniej wspomniałem, Rosjanie nie są lubiani, to flaga radziecka jest dziś modna pośród tzw. generacji Z, urodzonej ok. 1990–2000 roku.

W praktyce mamy tutaj wolny rynek w takiej postaci, o jakiej w Unii Europejskiej możemy tylko pomarzyć. Z moich rozmów wynika, że miejscowi traktują swobodę prowadzenia biznesu jako najważniejsze „prawo człowieka”, całkowicie nie rozumiejąc znaczenia wszystkich innych zachodnich uprawnień naturalnych jednostki. W efekcie mamy dziwaczną sytuację, gdy „socjalistyczne” Chiny praktykują wolną przedsiębiorczość, a „kapitalistyczna” Europa praktykuje socjalizm. Taki socjalizm bez wahania akceptuję i popieram, nie mając nic przeciwko wprowadzeniu go w Polsce. Można byłoby ironicznie rzec, że Xi Jinping praktykuje „socjalizm korwinistyczny”.

Po piąte, w Chinach nie ma imigrantów. Obcy może tutaj przyjechać na wycieczkę i wydać pieniądze, lecz nie jest mile widziany jako stały mieszkaniec. Nie zmienia tego nawet niska dzietność, wynikła z niechęci Chinek do posiadania dzieci (gdyż obniżają komfort życia i status materialny). Tolerancja dla imigrantów wydaje się być zerowa. Stąd kierunek na AI i robotyzację, które mają zastąpić oczekiwane zmniejszenie się liczby rąk do pracy.

Saudi Aramco odwołuje październikowe dostawy ropy do Europy. Co z dostawami do Polski?

Saudi Aramco odwołuje październikowe dostawy ropy do Europy. Co z dostawami do Polski?

18.09.2026 tysol/saudi-aramco-odwoluje-pazdziernikowe-dostawy-ropy-do-europy-co-z-dostawami-do-polski

Saudyjski koncern Saudi Aramco poinformował europejskich odbiorców, że planowane na październik dostawy ropy zostaną odwołane — podał Bloomberg. Wśród odbiorców saudyjskiego surowca znajduje się Orlen, który zabezpieczył dodatkowe dostawy z innych kierunków. Ministerstwo Energii zapewnia, że Polska posiada odpowiednie rezerwy.[—]

Saudyjczycy już we wrześniu odwołali część dostaw do Europy z powodu uszkodzenia ropociągu Wschód-Zachód/Petroline przez sprzymierzone z Iranem bojówki. Doniesienia Bloomberga sugerują, że przerwa potrwa dłużej.

Orlen zabezpieczył 16 dodatkowych dostaw ropy

Wśród odbiorców saudyjskiej ropy jest również Orlen. Według Ministerstwa Energii i informacji przekazanych przez ORLEN wstrzymanie październikowych dostaw nie stwarza obecnie zagrożenia dla ciągłości zaopatrzenia Polski w ropę i paliwa. Znaczenie saudyjskiego surowca jest jednak duże. Saudi Aramco pozostaje największym dostawcą ropy dla Grupy ORLEN i odpowiada za około 40 proc. jej dostaw. Dane dotyczące polskiego importu pokazują, że w pierwszej połowie 2026 r. z Arabii Saudyjskiej pochodziła niemal połowa sprowadzanej do kraju ropy.

ORLEN przygotował się na przerwę w dostawach, kontraktując 16 dodatkowych ładunków surowca. Ropa ma pochodzić m.in. z Norwegii, Wielkiej Brytanii, Algierii, Kazachstanu, Azerbejdżanu oraz obu Ameryk. Koncern zapewnia, że dostawy do rafinerii są realizowane, a zakłady pracują bez zakłóceń. Dodatkowym zabezpieczeniem jest zawarta wcześniej trzyletnia umowa z norweskim Equinorem, która może pokrywać znaczącą część zapotrzebowania Grupy ORLEN. Polska dysponuje ponadto zapasami interwencyjnymi ropy i paliw.

[—– bla, bla…..]. Sporo tego.

Jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci – i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce. PODPISUJĘ PROTEST przeciwko planetarnemu IDIOTYZMOWI.

dajciedzieciommieso.pl

Jolanta Sobierańska-Grenda
Minister Zdrowia,

Barbara Nowacka
Minister Edukacji Narodowej

Szanowne Panie Minister,

jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci — i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce.

Od 1 września obowiązuje rozporządzenie, które mówi nam, że nasze dziecko może dostać obiad z mięsem najwyżej dwa razy w tygodniu, a w jeden dzień dostanie posiłek wyłącznie roślinny — bez względu na to, czy tego chcemy.

Nikt nas o to nie zapytał.

Nie jesteśmy przeciwni zdrowemu jedzeniu. Rozumiemy ograniczenia cukru, soli czy popularyzację warzyw. Ale nadwaga polskich dzieci nie bierze się z kotleta na obiad. Karanie za świeże mięso nie rozwiąże tego problemu.

Nasze dzieci rosną. Potrzebują białka, żelaza i witaminy B12 w formie, którą organizm przyswaja najlepiej. Kuchnie szkolne nie dostały na tę zmianę ani jednego szkolenia, ani jednej złotówki. Boimy się, że w praktyce zamiast wartościowych posiłków na stoły trafią posiłki, których dzieci po prostu nie zjedzą obiadu. Dla części z nich to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia.

Dlatego wnosimy o:

  1. Zapisanie w rozporządzeniu, że dwa obiady mięsne w tygodniu to minimum, a nie maksimum — tak jak przy rybie i strączkach użyto już słów „co najmniej”.
  2. Żeby danie wyłącznie roślinne było w stołówce dostępne, a nie obowiązkowe.
  3. Zagwarantowanie dziecku, którego rodzice tego chcą, posiłku z produktami odzwierzęcymi każdego dnia — na tych samych zasadach, na jakich zagwarantowano danie roślinne.
  4. Realne rozmowy z rodzicami i radami rodziców, zanim ktoś znowu zdecyduje za nas.

Nie chcemy odbierać nikomu wyboru. Chcemy tylko, żeby nam go nie odbierano.

PODPISUJĘ PROTEST

Barbara Nowacka i przekreślony talerz z kotletem

Rząd ogranicza mięso dzieciom – wbrew ich zdrowiu!

Od 1 września obiad z mięsem może pojawić się w szkolnej stołówce tylko dwa razy w tygodniu. Jeden dzień jest obowiązkowo wegański – dla wszystkich, bez wyjątku.

A dzieci rosną. Potrzebują pełnowartościowego białka, żelaza, cynku i witaminy B12 – w formie, którą organizm faktycznie przyswaja.

Kuchnie szkolne nie dostały ani szkoleń, ani pieniędzy. Zamiast strączków na talerzu wyląduje makaron.

Protestujemy przeciwko absurdalnej wojnie rządu z mięsem. Wojnie, na której cierpią nasze dzieci!

PODPISUJĘ PROTEST