Z okazji 83. rocznicy Krwawej Niedzieli, w doborowym towarzystwie rozdawałem kwiaty lnu. Zwykli ludzie wykazują o wiele większą wrażliwość na krzywdę pomordowanych rodaków niż „główny nurt” zanieczyszczonej rzeki, zwanej „polską sceną polityczną”.
Kwiaty lnu to symbol narodowego męczeństwa narodu, do którego mam zaszczyt należeć, ale też znak przypominający o podwójnym zbiorowym morderstwie: na ludziach i na pamięci.
Pierwszego dokonali ukraińscy zwyrodnialcy, zaopatrzeni w widły, siekiery i noże, inspirowani ideologią, której głównym twórcą był Dmytro Doncow. Ukraińscy zwyrodnialcy, którzy zrobili rzeczy tak potworne, że ich potomkowie do dziś nie chcą rozpocząć ekshumacji ciał ich ofiar na pełną skalę.
Sprawcą drugiego był cały „główny nurt” III RP, ramię w ramię działające PO i PiS, w tym prezydent Andrzej Duda strofujący wg mnie jednego z największych Polaków ostatnich dziesięcioleci, księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który dla wołyńskiej pamięci zrobił więcej niż cała nasza „elita” razem wzięta.
Mieliśmy do czynienia z wieloletnią ponadpartyjną współpracą tych od „historię zostawmy historykom” (nawet, gdybyśmy chcieli to zrobić – Ukraińcy nie dopuścili by ich do ekshumacji) oraz tych przekonanych, że w imię walki z Rosją trzeba zapomnieć o setkach tysięcy polskich ofiar banderyzmu.
Ktoś mnie zapytał: a co to właściwie ta „elita”? Spieszę z wyjaśnieniem.
To ludzie, dla których albo wszystkie poglądy (w tym ukrainofilia) są funkcją wykorzenienia z polskości i niechęci do państwa narodowego albo – jak w przypadku części pisowskiej (jeśli chodzi o paranoję ukrainofilską to są dwie strony tego samego medalu) – karykaturalny romantyzm (czyli „umierajmy za tych, którzy nas zabijali”) i „bardziej nienawidzę Rosji niż kocham Polskę” to aksjomaty polityczne i geopolityczne.
To depozytariusze fałszywych miar, wyrzuceni pracownicy kantoru, którzy za złotego płacili mniej niż za włoskiego lira.
Ci, którzy oburzają się (słusznie) kilkoma słowami za dużo do ukraińskiego dziecka, ale zupełnie nie oburza ich nadawanie imienia seryjnych morderców Polaków ukraińskim jednostkom wojskowym (na poziomie państwowym, nie przez faceta w autobusie!). Ukraińców, którzy w dzisiejszej Polsce napadają na Polaków najchętniej anonimizowaliby pisząc „mężczyzna” – metoda na Zachodzie sprawdzona.
Ci, którzy od 100 lat tropią „faszyzm” (niezastąpiony Adam Michnik wspominał o zagrożeniu faszystowskim w ostatnio udzielonym wywiadzie – jak co miesiąc, chce się rzec), a gdy widzą promocję nazizmu na Ukrainie, mówią, że „przecież to jak Niezłomni”, „przecież to ich bohaterowie”.
Ci, którzy straszą „wojną z Rosją”, więc z tej okazji rozbrajają polską armię.
Ci, którzy prowadzą politykę strachu, tą którą imputują „faszystom” i „ksenofobom” – i całą narrację sprowadzają do tego, że armia, która nie radzi sobie na Ukrainie napadnie na Polskę (wpadłem na pomysł, że w przypadku braku rosyjskiej agresji obywatele powinni składać pozwy o zadośćuczynienie z powodu stresu wywołanego obawą agresji).
Ci, którzy zamilczali masakrę wołyńską, a przepraszali za ponad 100 razy mniej zabitych w Jedwabnem.
Ci, którzy „historię zostawiają historykom”, ale tylko wtedy, gdy to historia krzywd Polaków (kapitanem „Burym” i insynuacjami pod jego adresem mogliby zajmować się przez cały czas wolny od oglądania TVN).
Ci, którzy uprawiają negacjonizm wołyński. Jak Sławomir Sierakowski, przemianowany przez samego siebie z lewaka w mainstreamowego chat-bota od „onuc” i „szampanów na Kremlu”, kapłana poprawniactwa, uznającego punkt 1 pewnej księgi: „uznałem, że jestem bezsilny wobec posiadania własnych poglądów”. On i jemu podobni domagają się, w typowym dla siebie stylu łączącym moralistę i galaretę, restrykcyjnego egzekwowania kar za negacjonizm oświęcimski.
Ci, którym „lewicowa wrażliwość” leczy sumienie, a jedynym ich stosunkiem do narodu jest pouczanie go i rysowanie jego karykatur. Ci, którzy zawsze poprą deweloperów, którzy spalili Jolantę Brzeską – jak przyjdzie co do czego.
Ci z manią wyższościową, którzy uznają, że naród omamiony przez „populistów” nie dorósł do jaśniepaństwa – a naród okazał się od jaśniepaństwa mądrzejszy.
Ci od układania krzyży z piwa Lech.
Ci od wpychania się w kolejki w szpitalach, wciąż tkwiący w hamletowskim rozdarciu między „lewicową wrażliwością” a arystokratycznymi nawykami.
Ci, którym ta wynoszona na sztandar wrażliwość nie przeszkadza w kpiarskim przyrównywaniu odpowiedzialności za Wołyń do odpowiedzialności za Grunwald – bo nigdy, przenigdy nie chcieli wsłuchać się we wspomnienia żyjących świadków gehenny Polaków.
Ci, którzy uznają, że powierzchowna grzeczność i dyplom uczelni dają przynależność do lepszej rasy – budują przewagę nad „kibolem co jeździł na ustawki”. Lubią ładnie pachnieć, polityka to dla nich moralistyka i perfumeria – niestety, nie lubią samodzielnie myśleć. Głosują jak „wypada”. Mówią „obrzydliwe”, „straszne”, „przerażające”, bo konkrety i fakty ich przerażają.
Mieli szansę się wycofać, powiedzieć, że się mylili.
Powiedzieć, że to skandal, że fan UPA miał order, a ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski przypłacił niezłomność krótszym życiem. Odciąć się od swojego guru (przyznam, że wiele poziomów wyżej niż aktualni guru) Bronisława Geremka, który osobiście dopilnował, by rzeź wołyńska nie została nazwana ludobójstwem.
Mogliby nawet troszkę zmanipulować, wykazując odrobinę poczucia wstydu – powiedzieć, że nie wiedzieli, powiedzieć, że infekowali toksynami polską duszę, bo nie znali historii. Że morderstwo z powodu antysemityzmu nie jest znowu tak dużo gorsze od zabójstwa z powodu nienawiści do Polaków.
Zaakceptowałbym nawet taki wybieg, jeśli miałby on służyć uznaniu zła, własnego grzechu zaniechania, własnego doktrynalnego przyjęcia, że życie Polaka dużo mniej znaczy.
Co zrobili? Chcieli dać order fanowi nazistowskich rzezimieszków, patronowi korupcji na nieprawdopodobną skalę, człowiekowi, który Polaków ostentacyjnie spycha do tylnego rzędu.
Bezczelność Wołodymyra Zełenskiego to wina Polaków – tu „elita” ma rację. Tyle że ta wina nie polega na odebraniu orderu, lecz na pomyśle, by go kiedykolwiek przyznać.
I myślałem, która część ich osobowości przeważy- ukrainofilsko-mesjanistyczna czy manipulancko-cyniczna. Niespełniony i niedoceniony „przewodnik moralny” narodu reaguje wściekłością na niewdzięczny naród: jest w stanie jedynie kipieć w moralistycznym nadąsaniu.
Nienawiść „Europejczyków” do Nawrockiego w pewnym sensie pięknie pomogła Polsce. Bo była nienawiścią do polskiej podmiotowości, do zakończenia polityki charytatywnej.
Ujawniła dużo wyraźniej niż wcześniejsze zachowania postawę „elity”, której z polskiego punktu widzenia nie da się obronić. Nie da się obronić nawet „interesem narodowym” i innymi „faszystowskimi” pojęciami, po które „elita” sięgnęła, jak zdała sobie sprawę, że tonie.
Nawet walcząc z rekinami jak Rafał, nawet haj lajfem zastępując maj lajf, nawet radząc sobie z pracą w 50 szpitalach jednocześnie.
Pamięć leczona ze stresu, kości przeliczane na euro – Polacy zabici tylko dlatego, że byli Polakami złożeni na ołtarzu „dobrych relacji sąsiedzkich”.
Pamiętam, że jeszcze niedawno dla funkcjonujących nad Wisłą mediów na początku lipca istotniejsze były obchody rocznicy zbrodni w Jedwabnem, gdzie w niejasnych okolicznościach zginęło kilkaset Żydów od obchodów rocznicy Krwawej niedzieli, choć w trakcie rzezi wołyńskiej zginęło ponad 100 tysięcy Polaków.
To naród powiedział, że tak nie można, to naród zaczął czuć coś, czego „elita” nigdy nie odczuła i nigdy nie odczuje. To naród wykazał godność, którą „elita” nazywa „nacjonalizmem”, tylko dlatego, że jej nie rozumie.
To zwykli ludzie uznali, że zbrodnia wołyńska to nie żadna historia – a na pewno nie będzie nią do momentu, w którym skończą się wszystkie ekshumacje i do chwili, w której na Ukrainie stoi choć jeden pomnik Bandery czy Szuchewycza.
„Elita” nie boi się „nacjonalizmu” – boi się samej siebie i dyktatu wybiórczej amnezji, w jakim tresowała naród. A może i niczego się nie boi, skoro nie boi się UPA.
To kibice na stadionach i raperzy w piosenkach wyrazili uczucia zranionego narodu, który woła o pamięć i sprawiedliwość – wyrazili to, czego nie potrafią ci, co ostatnio mówią o pojednaniu – pojednaniu w imieniu ofiar, które chcieli zamilczeć, pojednaniu z banderowcami, którzy przecież podobno nie istnieją. Naród ma dość tej ściemy – bla, bla, bla – „Na Ukrainie nie ma banderyzmu” – bla, bla, bla – „Skupmy się na przyszłości” – bla, bla, bla – „Obie strony są winne” – bla, bla, bla – „Dla Ukraińców to bohaterowie” – bla, bla, bla.
Marszałek Józef Piłsudski, koło którego pomnika w Otwocku rozdawaliśmy dziś kwiaty lnu rzekł słynne słowa: „Naród wielki, tylko ludzie kurwy”. Pozwolę sobie się nie zgodzić, bo zamiast „ludzi” widziałbym w tym zdaniu „elity”.
Naród wygrał walkę o pamięć. Dlatego wciąż potrafi być wielkim narodem.
Realpolitik? Poważne nieporozumienie? A może wycofanie się bez nazywania tego wycofaniem?
Oto, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami – a właściwie za kilkoma drzwiami: wysoce uprzywilejowane, poufne informacje z obu ośrodków ciężkości obecnego dramatu, Teheranu i Islamabadu, wskazują na rodzącą się architekturę, która wykracza daleko poza typową spektakularną inscenizację Waszyngtonu. W obecnej sytuacji możemy wykorzystać uzyskane informacje, aby zrozumieć tę architekturę, wyostrzyć nasze pytania i nakreślić niezwykle spójny obraz.
Krótko mówiąc, administracja Trumpa zasadniczo ogranicza swoją ofensywę militarną, podczas gdy Teheran nadal utrzymuje w gotowości drabinę eskalacji. Zagrożeń jest wiele. Różnica polega na tym, że po największej ze wszystkich podróży na początku tego tygodnia – feldmarszałek Asim Munir udał się do Teheranu, aby porozmawiać ze wszystkimi kluczowymi graczami – Pakistan ponownie przejmuje praktyczne mechanizmy możliwego wyjścia z bezpardonowej konfrontacji Trumpa z Iranem.
Munir udał się do Teheranu z propozycją amerykańską: Trump dzwonił do niego wcześniej i dosłownie błagał go, żeby znalazł jakiś bodziec, który pozwoli Teheranowi powrócić do stołu negocjacyjnego – stołu negocjacyjnego, który sam Waszyngton rozbił.
Islamabad poinformował później Teheran, że nowe sankcje USA mogą zostać cofnięte przed wznowieniem negocjacji lub w ich trakcie.
W tym samym czasie Departament Skarbu USA, za pośrednictwem odrażającego byłego człowieka Sorosa, Scotta Bessenta – uosobienia arogancji i ignorancji – ogłosił niezwykle agresywną kampanię maksymalnej presji ekonomicznej, mającą na celu uduszenie irańskiej gospodarki, ale powstrzymał się od podjęcia środków finansowych – na przykład wobec chińskich firm i banków – które natychmiast uczyniłyby tę „kampanię” systemową i praktycznie nieodwracalną.
I co najważniejsze, ograniczono zakres ukierunkowań wojskowych.
Łącznie – i patrząc na to, co mówią nam źródła z obu ośrodków grawitacyjnych – środki te tworzą coraz bardziej spójną architekturę: na bieżąco powstaje wyjście z sytuacji.
Trump – lub Neo-Krassus – kurczowo trzyma się retoryki maksymalnej presji z powodów wewnętrznych i politycznych. Waszyngton utrzymuje odwracalne sankcje jako narzędzie negocjacyjne. Pakistan zarządza komunikacją polityczną między Waszyngtonem a Teheranem. Oman omawia specyficzny mechanizm dotyczący Cieśniny Ormuz. Teheran utrzymuje kontrolę nad cieśniną, presję na żeglugę i opcje eskalacji, jednocześnie oceniając, czy Waszyngton jest wreszcie gotowy do poważnych negocjacji.
Oto więc kluczowa informacja: Iran się nie poddaje, a Trump nie ustępuje.
Obie strony starają się stworzyć sobie wystarczająco dużo swobody politycznej, aby móc się wycofać, bez konieczności publicznego przyznawania się do tego.
To sprawia, że nowe okno czasowe jest realną, choć jednocześnie niezwykle kruchą szansą.
Jak utrzymać drabinę eskalacji bez wchodzenia po niej
Munir udał się do Teheranu z konkretnym amerykańskim przesłaniem, które Waszyngton chciał przekazać irańskim przywódcom.
Możliwość, że Waszyngton cofnie nowe sankcje przed wznowieniem negocjacji lub w ich trakcie, pokazuje, że sankcje są w istocie narzędziem wywierania nacisku: instrumentem przymusu, który można jednocześnie zawiesić, zmniejszyć, a nawet wymienić w ramach sekwencji negocjacji.
Jak zadrukowane opakowanie z wbudowanymi drzwiami wyjściowymi.
Amerykański „Gospodarczy Dzień D” był dotychczas typowym retorycznym cyrkiem, przesiąkniętym bombastycznymi groźbami – i wywołał niezliczone żarty w całym Globalnym Południu. Waszyngton powstrzymał się od podjęcia kroków, które mogłyby bezpośrednio przekształcić presję ekonomiczną w systemową konfrontację.
Tłumaczenie: Trump utrzymuje otwartą pozycję negocjacyjną. Most powrotny do dyplomacji nie został całkowicie spalony. Można to nazwać taktyczną pauzą w warunkach ekstremalnej presji militarnej.
Tymczasem Iran i Oman podjęły działania w celu utworzenia tymczasowego korytarza żeglugowego i wspólnego mechanizmu rozminowywania.
Teheran jasno i jednoznacznie stwierdza jedną rzecz: nNie oznacza to, że Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta.
Tłumaczenie: Iran wykazuje elastyczność, utrzymując jednocześnie swoją strategiczną pozycję.
Tak więc, powtórzę: Teheran nie ugiął się. Wręcz przeciwnie:
Żądania pozostają niezwykle surowe, w tym znaczące ustępstwa ze strony Stanów Zjednoczonych w sprawie sankcji, zamrożenia aktywów, blokady morskiej i przymusu militarnego. A co najważniejsze: wszystkie te zobowiązania są zapisane w martwym punkcie Porozumienia o Porozumieniu – podpisanego dwustronnie – i muszą zostać spełnione, zanim będzie możliwa jakakolwiek normalizacja stosunków wokół Cieśniny Ormuz.
Wreszcie Iran nadal dysponuje praktycznie wszystkimi istotnymi instrumentami przymusu: kontrolą żeglugi, czarnymi listami, zatrzymaniami, możliwością wywierania presji na żeglugę oraz potencjałem eskalacji działań przeciwko interesom USA.
Kluczowym sygnałem jest obecnie to, czego Teheran celowo nie robi. Teheran koncentruje się na budowaniu korytarzy, mediacji, wymianie informacji oraz dyplomacji telefonicznej i osobistej. Żadnej strategicznej eskalacji. Teheran ma gotową drabinę eskalacji, ale świadomie – przynajmniej na razie – decyduje się po niej nie wspinać.
Kto rusza się pierwszy, nie sprawiając wrażenia, że to on wykonał pierwszy ruch?
Cóż, to trudne. Waszyngton chce, żeby Iran wykonał pierwszy krok. Teheran chce, żeby Ameryka wykonała pierwszy krok.
Politycznie Trump nie może pozwolić sobie na stwarzanie wrażenia, że Teheran zmusił go do wycofania się. Teheran jednak nie przejmuje się pozorami: potrzebuje namacalnego dowodu, że negocjacje doprowadzą do wzajemnych działań ze strony Stanów Zjednoczonych, a nie staną się kolejnym mechanizmem, za pomocą którego Waszyngton wymusza ustępstwa Iranu, zachowując jednocześnie wszystkie swoje środki przymusu.
Pakistan, znajdujący się dokładnie pośrodku, próbuje załagodzić tę lukę, odpowiadając na kluczowe pytanie: Kto działa pierwszy, nie sprawiając przy tym wrażenia, że zrobił to pierwszy?
Informacje, które otrzymaliśmy, pozwalają nam porównać to, co Islamabad uważa za transmitowane, z tym, co Teheran uważa za odbierane. To właśnie tam znajdują się naprawdę cenne informacje.
Kluczowe pytania brzmią: Co Islamabad chciał, żeby Teheran zrozumiał? I co Teheran faktycznie zrozumiał?
Jaką odpowiedź Teheran wysyła tym kanałem?
Co mogłoby realnie sprowadzić Pakistan z powrotem do Waszyngtonu?
Jest nowa pętla komunikacyjna. Wygląda na to, że działa.
Trump potrzebuje wyniku, który będzie mógł przedstawić jako zwycięstwo. Potrzebuje powrotu Iranu do stołu negocjacyjnego, ponieważ presja amerykańska rzekomo odniosła skutek. Potrzebuje deeskalacji w Cieśninie Ormuz, nie stwarzając wrażenia, że Teheran jest za to nagradzany. Musi wiarygodnie podtrzymywać zagrożenie militarne, nie wszczynając jednocześnie kolejnej, potencjalnie niekontrolowanej wojny.
Przede wszystkim potrzebuje wyjścia, które nie będzie wyglądało jak wyjście.
Teheran z kolei potrzebuje widocznych ustępstw ze strony USA. Potrzebuje dowodu, że sankcje rzeczywiście można znieść, a nie tylko mówić. Potrzebuje zakończenia blokady morskiej. Potrzebuje zapewnienia, że negocjacje nie staną się pułapką, w której Iran zrzeknie się swoich wpływów, a Waszyngton pozostawi całą swoją architekturę przymusu nienaruszoną.
A przede wszystkim Teheran potrzebuje wiarygodnej formuły dla Cieśniny Ormuz, która zachowa wystarczającą kontrolę suwerenności, aby ani w jego własnym kraju, ani w całej Azji Zachodniej nie powstało wrażenie kapitulacji.
I to doprowadza nas do Pakistanu, który próbuje pogodzić te dwa zasadniczo sprzeczne i prawie niemożliwe do rozwiązania żądania polityczne gdzieś pośrodku.
To sprowadza nas z powrotem do możliwego wyjścia. Niewielkiego otwarcia. Ale do porozumienia wciąż daleka droga.
Cały proces dyplomatyczny toczy się w obliczu bardzo poważnej i trwającej konfrontacji militarnej. Amerykańska blokada morska nadal obowiązuje. Teheran oficjalnie uznaje Cieśninę Ormuz za zamkniętą. Żegluga handlowa jest całkowicie odsłonięta. Ryzyko wojny pozostaje dość wysokie. Iran nadal dysponuje znacznymi możliwościami eskalacji. Stany Zjednoczone nadal dysponują przytłaczającą siłą militarną. Jeden błąd w obliczeniach może zniszczyć cały kanał komunikacyjny.
W obecnej sytuacji wydaje się, że inicjatywa przejęła ścieżka dyplomatyczna: tak wąska, tak niepewna, ale mimo to realna. Kolejny kluczowy krok będzie miał charakter polityczny – a nie militarny. Chyba że, oczywiście, któryś z aktorów celowo zamknie to okno możliwości zawczasu.
Islamabad uważa – za pośrednictwem kręgu premiera Shehbaza Sharifa, który rozmawiał bezpośrednio z Trumpem i irańskimi przywódcami – że istnieje znaczna szansa na wznowienie porozumienia, przy czym okno negocjacyjne wynosi od 60 do 90 dni, w ciągu których obie strony mogłyby wypracować bardziej kompleksowe porozumienie i zerwać z drabiną eskalacji, zanim przerodzi się ona w całkowicie niekontrolowaną wojnę.
I nagle coś przychodzi z biura prezydenta Iranu Pezeshkiana. Jest on niezwykle zadowolony z wizyty pakistańskiej delegacji i przesłania, które Munir przekazał mu od Trumpa:
„Ta wojna może wreszcie dobiec końca – a zwycięzcą będzie Iran”.
Realpolitik? Poważne nieporozumienie? A może wycofanie się bez nazywania tego wycofaniem?
Rzeczy są w toku, o czym świadczy nagła i niespodziewana wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie wojskowym samolotem transportowym C-17.
W komentarzach krąży mnóstwo plotek na temat tego, co jego podróż może oznaczać. Najpierw jednak spójrzmy na kontekst, przypominając, że jest to pierwsza wizyta dyrektora CIA w Rosji od pamiętnego przyjazdu dyrektora CIA Williama Burnsa w listopadzie 2021 roku, który naznaczony był ostatnią próbą USA, by powstrzymać Rosję przed rozpoczęciem inwazji nieco ponad dwa miesiące później.
W związku z tym wielu słusznie przypisało temu ostatniemu spotkaniu duże znaczenie.
Według teorii WSJ wizyta może mieć coś wspólnego z informacjami wywiadowczymi USA, że Rosja przygotowuje się do jakiejś nowej kampanii na szeroką skalę:
Stany Zjednoczone zebrały informacje wywiadowcze wskazujące na wczesne przygotowania Rosji do ewentualnej mobilizacji wojskowej na Ukrainie oraz plany przetestowania determinacji Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, poinformował „The Wall Street Journal”.
Analitycy twierdzą, że Ratcliffe może spotkać się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, aby przekazać ostrzeżenie. „Może to oznaczać: »Wiemy, co zamierzasz zrobić i lepiej, żebyś tego nie robił«” –powiedziała Beth Sanner, była zastępczyni dyrektora amerykańskiego wywiadu narodowego ds. integracji misji. „Może to również dotyczyć zawieszenia broni z Iranem i włączenia kogoś innego do dyskusji” – dodała, dodając, że Ratcliffe może również poruszyć kwestię wsparcia Kremla dla Iranu po kolejnej kampanii sankcji USA przeciwko temu reżimowi.
Inne internetowe agregatory donoszą, że może to mieć coś wspólnego z rzekomymi „wtargnięciami dronów” Rosji na terytorium NATO, choć osobista wizyta dyrektora CIA w tej sprawie wydaje się nieco naciągana:
Wizyta dyrektora CIA Ratcliffe’a na Kremlu była ultimatum w związku z niedawnymi wtargnięciami dronów na terytorium NATO. Miała ona odstraszyć Rosję od eskalacji ataków na Kijów po ukraińskich atakach na magazyny łańcucha dostaw komercyjnych. Powiedział to wysoki rangą urzędnik USA portalowi Faytuks Network.
Rosyjski kanał RVoenkor podaje, że ukraińskie źródła uważają, że spotkanie jest odpowiedzią na jakąś „znaczącą tajną operację” przygotowywaną przez Rosję:
W Moskwie odbyły się rozmowy z dyrektorem CIA dotyczące ważnej tajnej operacji.
▪️ Według kijowskich mediów, strona ukraińska jest świadoma pewnych aspektów i kwestii, które były dziś omawiane w Moskwie. ▪️ Chodzi o ważną operację, której przygotowania trwają w tajemnicy od pewnego czasu. Jej wyniki mogą mieć istotny wpływ na dalszy rozwój sytuacji.
Na czym mogłaby polegać taka operacja?
Cóż, po pierwsze, wciąż krążą silne pogłoski o potencjalnej dużej operacji rosyjskiej w obwodzie czernihowskim na północy Ukrainy, graniczącym z Kijowem:
Uwaga: Informacje te pochodzą ze źródeł rosyjskich i ukraińskich, z którymi rozmawiałem. Oba źródła wyraziły zgodę na ich opublikowanie. Szczegóły, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosję lub Ukrainę do atakowania się nawzajem, zostały pominięte. Wszystkie wymienione tu informacje są już znane obu stronom. Strzałki pokazane na mapie mają charakter poglądowy.
Bardziej prawdopodobnym powodem może być to, że CIA po prostu próbuje ratować Ukrainę, która obecnie zmaga się z problemami i chwieje się pod falą rosyjskich ataków, niszczących resztki jej gospodarki. To właśnie dlatego w zeszłym tygodniu USA i Ukraina podobno opracowały kolejny z długiej serii desperackich planów, mających na celu nakłonienie Rosji do zawieszenia broni:
Prezydent Ukrainy powiedział w niedzielę, że Kijów współpracował z wysłannikami prezydenta Trumpa i europejskimi urzędnikami nad planem. Dodał, że plan ten zakładałby zawieszenie broni, wzajemne wycofanie się wojsk rosyjskich i ukraińskich z linii frontu oraz utworzenie strefy buforowej.
„Z tego, co wiemy, strona amerykańska ma jeszcze kilka pomysłów. Chcą znaleźć odpowiedni moment, żeby się nimi podzielić. Czekamy na nie” – dodał Zełenski.
Do Moskwy podobno przybył „urzędnik watykański”, aby przekazać wiadomość i wezwać Putina do zakończenia wojny. Putin oświadczył wczoraj , że nadal otrzymuje „ekstremalne i nie do przyjęcia” oferty od USA dotyczące przedwczesnego zakończenia konfliktu.
Możemy jedynie przypuszczać, że sytuacja na Ukrainie stała się jeszcze gorsza niż kiedykolwiek, zwłaszcza wraz z nadejściem zimy, która obnaży na oczach świata wszystkie najgorsze słabości Ukrainy. W związku z tym, są to desperackie próby Zachodu, by powstrzymać narastającą ofensywę Rosji.
Bez względu na prawdziwy charakter spotkania, po jego zakończeniu doszło do szeregu dziwnych zdarzeń. Pojawiły się twierdzenia, że ambasada USA w Moskwie miała zdjąć swoją flagę amerykańską natychmiast po odejściu Ratcliffe’a. Później jednak sprostowano, że była to flaga „Amerykańskiego Centrum” w Moskwie.
==================================
Amerykańskie „samoloty zagłady” nagle zauważono wzbijające się w powietrze nad Środkowym Zachodem:
Nie wspominając już o tym, że Putin miał podpisać trzy „tajne dekrety” po wizycie szefa CIA:
Putin podpisał 3 tajne dekrety w dniu wizyty dyrektora CIA w Moskwie.
* Rosyjskie liberalne media donoszą o tej „sensacji”. * Zauważyli lukę między dekretami 604 i 608 na oficjalnej liście dekretów prezydenckich. * Treść dokumentów jest nieznana, ale ewidentnie nie ma ona związku z wizytą dyrektora CIA. Po tajnych dekretach podpisano dekret nr 608, dotyczący dymisji irackiego ambasadora E. Kutraszewa, który ujawniono wcześniej rano. * Niejawne dokumenty mogą dotyczyć ochrony infrastruktury krytycznej.
Grafika z oficjalnej strony Kremla przedstawia dekrety ponumerowane w kolejności chronologicznej, przy czym brakuje numerów 605, 606 i 607, co ponownie wywołało burzliwe plotki i histerię:
Oto, co na temat całego zdarzenia powiedział jeden rosyjski analityk:
Samolot z amerykańską delegacją, na czele której stał dyrektor CIA John Ratcliffe, opuścił Moskwę.
„Wall Street Journal” donosi, że mogła to być wizyta podobna do tej sprzed SMO, kiedy to amerykańscy urzędnicy podobno ostrzegali Kreml przed podjęciem działań.
W tym przypadku przesłaniem byłoby powstrzymanie się od mobilizacji w Rosji, o której poważnie dyskutowano przez ostatnie trzy lub cztery miesiące i do której istnieją dowody sugerujące, że trwają przygotowania. Wyobrażam sobie, że decyzja o mobilizacji zostanie podjęta w zależności od wyników wyborów za miesiąc.
Z drugiej strony, dyrektor CIA próbowałby również ostrzec Kreml przed prowokacją lub testowaniem determinacji NATO, co również było rozważane.
Bezpośrednio po spotkaniuPutin podpisał trzy „tajne dekrety”. Powodem ich opisania jest fakt, że istnieją publicznie dostępne dekrety nr 604 i 608, podczas gdy trzy poprzednie dekrety zaginęły. Znajduje to odzwierciedlenie w rejestrze na oficjalnym portalu informacji prawnej. (A może to po prostu zbieg okoliczności)
Rosyjski teoretyk polityki Henry Sardaryan również przedstawia kilka ciekawych argumentów na temat charakteru wizyty Ratcliffe’a:
Podkreślając desperację za kulisami, która prawdopodobnie jest motorem najnowszych działań Ukrainy, zaskakujące nowe oświadczenie byłego ministra obrony Fiodorowa stwierdził, że Ukraina w rzeczywistości „przegrywa wojnę z Rosją” i ma tylko kilka miesięcy, aby odwrócić sytuację:
Kijów stopniowo zbliża się do porażki w konflikcie z Moskwą, powiedział były minister obrony Nikołaj Fiodorow.
„Myślę, że osiągnęliśmy punkt zwrotny, który zadecyduje o naszej dalszej trajektorii. Wygląda jednak na to, że stopniowo, powoli przegrywamy” – powiedział w wywiadzie dla Reutersa.
Ukraina ma więc zaledwie kilka miesięcy – dokładnie zsynchronizowanych z nadejściem, jak się obecnie przewiduje, brutalnej i bezkompromisowej zimy, podczas której wyniszczona Ukraina, pozbawiona obrony powietrznej i z resztkami energii elektrycznej, będzie próbowała odeprzeć niepowstrzymany, nieustępliwy rosyjski atak balistyczny na swoją kluczową infrastrukturę krytyczną. Wygląda na to, że ukraińskie elity widzą, co się dzieje, a CIA i inni zachodni sponsorzy oraz popychacze spieszą się, by podjąć ostatnią próbę odstraszenia rosyjskiego molocha od odłączenia jałowego białego karła, znanego dawniej jako Proxy-404.
Szczury teraz spadają w przepaść.
Zupełnie zrozumiałe jest, że przybycie Ratcliffe’a zwiastuje ostateczny upadek gryzonia Bankova.[?? nie znalazłem, nie domyślam się.. md]
Lider KKP Grzegorz Braun złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci handlu ludźmi w związku z działalnością ukraińskiej firmy surogacyjnej. W przyszłym miesiącu firma organizuje konferencję w Warszawie.
Ukraińska klinika BioTexCom w połowie września organizuje konferencję na temat surogacji, czyli zamawiania zajścia w ciążę i sprzedaży dzieci. Na Ukrainie jest to legalny i uregulowany prawnie biznes, w Polsce zaś w teorii jest to zakazana praktyka, która może podchodzić pod handel ludźmi.
O sprawie konferencji pisaliśmy w artykule poniżej.
Sprawą zainteresował się lider KKP Grzegorz Braun. Na Facebooku opublikował pismo z zawiadomieniem dla Prokuratury Okręgowej w Warszawie o możliwości przestępstwa polegającego na handlu ludźmi.
„Na podstawie art. 304 § 1 Kodeksu postępowania karnego niniejszym zawiadamiam o możliwości popełnienia przestępstwa handlu ludźmi, w tym przygotowania do tego przestępstwa, w związku z planowaną organizacją i promocją komercyjnych programów tzw. macierzyństwa zastępczego (surogacji) na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” – napisał w zawiadomieniu Grzegorz Braun.
„Z publicznie dostępnych informacji, w tym z materiału opublikowanego na platformie YouTube pod adresem: https://youtu.be/UWn7MeDPQDw (kanał Tomasza Piekielnika, tytuł: „Sprzedaż Dzieci, Ukraińska Klinika, Warszawska Konferencja, Surogacja i Ważne Pytania!”), a także z niezależnych doniesień medialnych wynika, że ukraińska klinika BioTexCom (Centrum Rozrodu Człowieka BioTexCom z siedzibą w Kijowie) organizuje w dniach 12–13 września 2026 r. w Warszawie konferencję poświęconą m.in. komercyjnej surogacji” – czytamy w opublikowanym zawiadomieniu.
Jak podkreślił Braun, „w oficjalnym formularzu rejestracyjnym uczestnicy są pytani wprost o zainteresowanie 'macierzyństwem zastępczym’ z własnymi komórkami jajowymi lub komórkami dawczyni. Na stronie internetowej kliniki BioTexCom (w wersji polskojęzycznej) oferowane są konkretne pakiety komercyjne”. Wskazał na omawiane wcześniej w naszym artykule pakiety: „Standardowy”, „Standardowy Plus” i „VIP”. Ich ceny oscylują od prawie 40 tys. euro do prawie 65 tys. euro.
Podkreślił następnie, że ukraińska firma „opisuje procedury wyboru matki zastępczej oraz zapewnia klientom wsparcie medyczne, prawne, transport i zakwaterowania”. Natomiast samo wydarzenie „ma charakter otwartej promocji usług, które w warunkach polskich budzą poważne wątpliwości prawnokarne”.
„Przypominam, że znowelizowana dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/36/UE w sprawie zapobiegania handlowi ludźmi i zwalczania tego procederu oraz ochrony ofiar wprost uznaje wykorzystywanie surogacji za jedną z możliwych form eksploatacji. Polski Kodeks karny w art. 189a §1 penalizuje handel ludźmi, a w §2 – przygotowanie do tego przestępstwa. Ponadto art. 619 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi, że matką dziecka jest kobieta, która je urodziła – umowy o surogację nie przenoszą macierzyństwa. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w opinii z sierpnia 2025 r. wskazała, że działania związane z surogacją mogą podlegać ocenie na gruncie przepisów karnych, w tym dotyczących handlu ludźmi” – napisał w zawiadomieniu lider KKP Grzegorz Braun.
Wskazał też, że organizacja konferencji w Polsce, której „celem jest pozyskiwanie klientów do komercyjnych programów surogacji prowadzonych poza granicami Polski, a także zbieranie danych osobowych uczestników zainteresowanych tymi programami, może wyczerpywać znamiona przygotowania do przestępstwa handlu ludźmi (art. 189a §2 k.k. w zw. z art. 18 §1 k.k.)”.
„Istnieje ponadto ryzyko naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych (RODO) – w widocznej treści formularza rejestracyjnego brak jest pełnej klauzuli informacyjnej wskazującej administratora danych i podstawę ich przetwarzania. Mając na uwadze powyższe fakty, a także ochronę ładu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, godności człowieka oraz interesów małoletnich, zwracam się z wnioskiem o: 1. wszczęcie postępowania przygotowawczego w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa z art. 189a §1 i §2K .k.; 2. ustalenie organizatorów, promotorów i ewentualnych współsprawców planowanego wydarzenia; 3. zabezpieczenie materiałów reklamowych, formularzy rejestracyjnych oraz danych osobowych zebranych w związku z konferencją; 4. podjęcie działań mających na celu uniemożliwienie przeprowadzenia wydarzenia w formie promującej działalność, mogącą nosić znamiona handlu ludźmi. Wnoszę o prowadzenie postępowania w celu ustalenia sprawców ww. czynów” – podsumował Grzegorz Braun.
Politycy kupują sprzęt, na tle którego będę mogli sobie zrobić ładne zdjęcia. Rządzi propaganda, a nie rzeczywiste potrzeby Wojska Polskiego. Drogie zabawki dla dużych chłopców, bo duże pieniądze z SAFE trzeba wydać szybko na cokolwiek
NCZAS.INFO | Lekarz na pieniądzach. Obrazek ilustracyjny AI
Redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer skomentował na platformie X najnowsze dwie sprawy związane z wynagrodzeniami w polskiej ochronie zdrowia. Pierwsza dotyczy lekarza ze szpitala w Bielsku Podlaskim, który łączy pięć stanowisk, pracuje rzekomo po 20 godzin dziennie i w 2025 roku zarobił ponad dwa miliony złotych. Druga odnosi się do zestawienia najwyższych zarobków pielęgniarek zatrudnionych w 4. Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką SPZOZ we Wrocławiu, z których najwyższa przekracza 340 tysięcy złotych rocznie.
Arsalan Azzaddin pracuje w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Bielsku Podlaskim od niemal 20 lat. Do Polski przyjechał w 1980 roku z Iraku na studia medyczne i pozostał w kraju na stałe. Obecnie jednocześnie sprawuje funkcję zastępcy dyrektora szpitala do spraw lecznictwa, koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, lekarza dyżurującego na tym oddziale, a także pracuje na oddziale chorób wewnętrznych.
Grafiki dyżurów, do których dotarła redakcja TVN24, pokazują, że lekarz pracuje na SOR-ze niemal bez przerwy. Grafiki dyżurów zatwierdza ten sam lekarz, który jednocześnie zajmuje stanowisko zastępcy dyrektora szpitala do spraw medycznych, czyli Arsalan Azzaddin osobiście. Z oficjalnej dokumentacji wynika, że w 2025 roku przepracował w sumie 7530 godzin, czyli średnio… 20 godzin dziennie.
Według przedstawionych informacji łączne wynagrodzenie brutto Arsalana Azzaddina za pracę na wszystkich pięciu stanowiskach w szpitalu w Bielsku Podlaskim przekroczyło w 2025 roku dwa miliony złotych.
„Poznajcie prawdziwego siłacza – kilka posad lekarskich, 20 godzin pracy dziennie przez cały rok bez przerwy. Dalibyście radę za dwie bańki?” – odniósł się do sprawy Sommer.
Zarobki pielęgniarek we wrocławskim szpitalu wojskowym
Druga sprawa skomentowana przez Sommera dotyczy zestawienia dziesięciu najwyższych łącznych wynagrodzeń brutto pielęgniarek i pielęgniarzy zatrudnionych lub współpracujących z 4. Wojskowym Szpitalem Klinicznym z Polikliniką SPZOZ we Wrocławiu w 2025 roku.
Najwyższa odnotowana kwota wyniosła 341 450,20 zł i dotyczyła osoby zatrudnionej na podstawie umowy o pracę. Pozostałe dziewięć miejsc na liście zajęły osoby rozliczające się w ramach kontraktów. Ich roczne wynagrodzenia wyniosły od 259 tys. zł do 315 tys. zł.
„Szok! Czy pielęgniarki powinny zarabiać więcej niż prezydent i premier? Ktoś totalnie zwariował w NFZ-cie” – skomentował Sommer.
Do watykańskiej Dykasterii ds. Promowania Integralnego Rozwoju Człowieka powołane zostały osoby, które opowiadają się za tzw. “synodalnością” oraz zmianami w nauczaniu Kościoła Katolickiego w odniesieniu do moralności seksualnej.
We wtorek, papież Leon XIV mianował tuzin konsultantów Dykasterii ds. Promowania Integralnego Rozwoju Człowieka, w tym kilka osób, które opowiadają się za „święceniami” kobiet na kapłanów, synodalnością, zmianami w nauczaniu Kościoła katolickiego dotyczącym moralności seksualnej, a nawet jedną osobę powiązaną ze Światowym Forum Ekonomicznym (WEF). press.vatican.va/salastampa/en/bollettino/pubblico
Wśród osób mianowanych 18 sierpnia przez papieża Leona do tej dykasterii znalazł się Peter G. Kirchschlager, specjalista ds. etyki społecznej z Uniwersytetu w Lucernie w Szwajcarii, który stwierdził, że Kościół boryka się z nierozwiązanym problemem dotyczącym niemożliwości święceń kapłańskich dla kobiet. Kolejną osobą mianowaną przez papieża jest niemiecki ksiądz Peter Klasvogt, który poparł „Drogę Synodalną” i wezwał do przeglądu nauczania Kościoła w sprawie kobiet -„kapłanek” oraz moralności seksualnej z „gotowością do zmian”.
Kathryn Koch, prezes i dyrektor generalna globalnej niezależnej firmy zarządzającej aktywami TCW, wcześniej przez 20 lat pracowała w Goldman Sachs. W 2015 roku, Koch została wybrana przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) do grona „Young Global Leaders”.
W 2018 roku, Kirchschläger skrytykował Kościół Katolicki za „niewystarczające przestrzeganie praw człowieka w swoich własnych szeregach” oraz za „nierozwiązany problem” tzw. „równości płci”, zwłaszcza w kontekście odmowy dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich.
Kirchschläger stwierdził nawet, że „państwo powinno powiedzieć Kościołowi: »Macie problem z równouprawnieniem«” oraz nalegać, by państwo egzekwowało „powszechność praw człowieka” w Kościele Katolickim i innych wyznaniach, niezależnie od tego, czego nauczają.
Przypomnijmy, że Kościół Katolicki niezmiennie naucza, że do sakramentu święceń kapłańskich mogą być dopuszczani wyłącznie mężczyźni. W liście apostolskim „Ordinatio Sacerdotalis” z 1994 roku papież Jan Paweł II potwierdził tę odwieczną naukę:
“Dlatego też, aby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące sprawy o wielkim znaczeniu, sprawy dotyczącej samej boskiej konstytucji Kościoła, na mocy mojej posługi umacniania braci (por. Łk 22, 32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy do udzielania święcenia kapłańskiego kobietom i że wszyscy wierni Kościoła powinni definitywnie trzymać się tego orzeczenia”.
Ojciec Klasvogt, pełniący funkcję rektora Campo Santo Teutonico w Rzymie, w pełni poparł heterodoksyjną niemiecką „Drogę Synodalną” oraz Synod poświęcony synodalności. W wydanej w 2022 r. książce, której był współautorem, zatytułowanej „Riskierte Berufung”, błędnie stwierdził również, że w niebie „nie będzie już kapłanów – przynajmniej nie w sensie urzędu”, co wydaje się być subtelnym wezwaniem do większego udziału świeckich w zarządzaniu Kościołem. Kościół naucza, że skoro sakrament święceń kapłańskich nadaje nieusuwalny znak, kapłani, którzy dostaną się do nieba, rzeczywiście pozostaną kapłanami.
Ksiądz argumentował dalej, że Kościół ma swobodę tworzenia nowych posług „zgodnie z potrzebami czasów” i zasugerował, że w związku z tym Kościół powinien ustanawiać nowe posługi „dla mężczyzn i kobiet, w tym te ustanawiane poprzez znak nałożenia rąk i modlitwę”.
Wydaje się to być wezwaniem do wyświęcania kobiet na kapłanki i diakonisy.
Kathryn Koch, oprócz tego, że 11 lat temu została wybrana przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) na „Młodą światową liderkę”, obecnie zasiada w zarządzie Nasdaq, kluczowego partnera tej globalistycznej organizacji.
Nominacje te wpisują się w trend charakterystyczny dla ostatnich decyzji papieża Leona. Na początku tego miesiąca papież mianował 15 nowych konsultorów w Dykasterii Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, której przewodniczy prefektka siostra Simona Brambilla. Wśród nich znaleźli się zwolennicy ideologii LGBT i „święceń kobiet”, większej swobody eksperymentów liturgicznych oraz zmian strukturalnych w zarządzaniu Kościołem.
Najbardziej rzucającym się w oczy spośród tych nominacji na konsultantów było mianowanie siostry Patricii Murray, byłej sekretarz wykonawczej Międzynarodowej Unii Przełożonych Generalnych. Podczas konferencji poświęconej synodalności w 2021 roku argumentowała ona, że dyskusje dotyczące kontrowersyjnych kwestii, w tym święceń diakonatu i kapłaństwa dla kobiet, nie mogą być po prostu wykluczone z tego procesu. „Musimy również pozwolić, by poruszano tematy, o których ludzie chcą rozmawiać” – powiedziała, wyraźnie wspominając o diakonacie i kapłaństwie kobiet.
Podczas konferencji prasowej w Watykanie poświęconej synodowi, która odbyła się 16 października 2023 r., Murray była również przepytywana o „cierpienie osób LGBTQ+”.
Jak już wspomniałem, wybryki prezydenta Donalda J. Trumpa niemal co tydzień mogą rozbawiać, ale rozbawienie często przeradza się w gniew, a nawet w obrzydzenie, gdy konsekwencje jego zachowania stają się oczywiste. Z pewnością trudno przebić niedawno ujawnioną relację z lutowej „Parady Jastrzębi”, podczas której Air Force One został zamieniony po spotkaniu NATO w Ankarze. Było to wydarzenie bezprecedensowe w swoim jawnym, egocentrycznym braku szacunku dla biedaków zmuszonych podróżować z prezydentem i znosić jadowity bełkot największego amerykańskiego oszusta golfowego. Kiedy rzeczniczka prasowa Trumpa, Karoline Leavitt, złożyła rezygnację kilka dni później – prawdopodobnie w związku z tym, że prezydent przedstawił ją jako jedną z ofiar potencjalnego ataku terrorystycznego – Trump opublikował swoje zdjęcie na swojej stronie internetowej „TruthSocial” z podpisem „Najlepszy rzecznik prasowy”. Obraził Leavitta i sam się nominował!
Donald Trump jest ciągle w ruchu, kiedy nie gra w golfa ani nie przesypia spotkań. Terroryzuje swoich wrogów w kraju i za granicą groźbami i przekleństwami. Wystarczy spojrzeć, jak Trump, z pomocą swojej Rady Pokoju, wynegocjował porozumienie w sprawie Gazy: Hamas zobowiązałby się do rozbrojenia, a w zamian armia izraelska wycofałaby się z 70% okupowanego terytorium i zostałaby zastąpiona międzynarodowymi siłami pokojowymi. Po tym, jak Hamas zgodził się na ten plan, Trump wysłał swojego syjonistycznego zięcia, Jareda Kushnera, do Izraela, aby porozmawiał z premierem Benjaminem Netanjahu i sfinalizował porozumienie. Głupi ruch, Donald!
Netanjahu oczywiście odrzucił porozumienie, a Kushner natychmiast zobowiązał się do bezwarunkowego wsparcia dla Izraela. To, co robi Izrael, Jared, to zabijanie Palestyńczyków każdego dnia po tym, jak ukradli im ziemię i zniszczyli ich źródła utrzymania.
Na nagraniu wideo widać, jak izraelski osadnik brutalnie bije pałką starszego Palestyńczyka Saeeda Al-Omoura w Hebronie, na okupowanym Zachodnim Brzegu. Al-Omour stracił nogę postrzelony przez izraelskich osadników ponad rok temu. W innym, szczególnie makabrycznym incydencie, również zarejestrowanym na wideo, izraelscy osadnicy pobili palestyńskiego rolnika na Zachodnim Brzegu, a następnie ukradli mu osła. Ciągnęli osła za ciężarówką, aż zdechł – bolesna śmierć dla łagodnego i spokojnego zwierzęcia.
Tak, to właśnie z takimi ludźmi mamy do czynienia, którzy nie zadowalają się zabijaniem nas, „podludzi”; muszą nawet torturować nasze zwierzęta na śmierć, aby zademonstrować swoją wyższość. Izraelski minister bezpieczeństwa Itamar Ben-Gvir chce zabijać od 30 do 40 Palestyńczyków dziennie, ponieważ uważa to za uzasadnione, ponieważ są „podludźmi”. Cały świat zdaje się rozumieć, że dochodzi do ludobójstwa, ale Donald Trump i szumowiny, którymi się otacza, najwyraźniej tego nie pojmują lub nie przejmują się tym.
Trump ponownie zagroził uduszeniem Iranu bezprecedensową presją ekonomiczną. Sekretarz Skarbu Scott Bessent ogłosił „środki, jakich nigdy nie widziano w historii izolacji gospodarczej kraju”. Tym razem szkody będą pochodzić z blokady morskiej irańskich portów przez USA, a także nowych, niszczycielskich sankcji, które prawdopodobnie zostaną rozszerzone do drugiego poziomu, dotykając kraje takie jak Rosja i Chiny, które ośmielą się handlować z Iranem pomimo zakazu USA.
Tak więc, robisz wroga z Iranu, atakując go w imieniu Izraela, mimo że nie stanowił on żadnego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych, a następnie pogarszasz sytuację, próbując podżegać inne kraje do tego niesprawiedliwego zachowania, grożąc im i zmieniając je również we wrogów. I, nawiasem mówiąc, kłamiesz na ten temat. Trump jednocześnie ogłasza trzy zwycięstwa. Mówi, że Iran jest „bardzo mocno bity”; Cieśnina Ormuz jest w istocie amerykańska — „należy do nas”; I wreszcie, Stany Zjednoczone miałyby „pełną kontrolę” nad szlakiem wodnym, który, według niego, jest otwarty po tym, jak Iran oczyścił go z min. Bardzo sprytne, ale nikogo to nie oszuka, kto wygrał wojnę, i raczej nie przyniesie Donaldowi Trumpowi „zwycięstwa”!
A skoro już o wojnach handlowych mowa: Trump nałożył 50% cła na produkty kanadyjskie, co skłoniło Ottawę do podjęcia podobnych działań, zerwania wszelkich negocjacji i nałożenia własnych ceł. Amerykańskie cła są po części reakcją na odmowę Kanady sprzedaży wody pitnej Stanom Zjednoczonym po drastycznie obniżonej cenie, której żądał prezydent. To przekształciło jednego z tradycyjnie najbliższych sojuszników i sąsiadów Ameryki we wroga. W poście na Truth Social Trump oskarżył Kanadyjczyków o „pragnienie korzyści płynących z bycia państwem federalnym, nie będąc nim” – nawiązując do jego wcześniejszych komentarzy na temat sugerowania Kanady jako 51. stanu.
A skoro o wrogach mowa: minister spraw zagranicznych Marco Rubio i prezydent umieścili Kubę na liście krajów objętych zaostrzonymi sankcjami. Jakie zagrożenie stanowi Kuba dla Stanów Zjednoczonych? Ma komunistyczny rząd! Minister spraw zagranicznych Marco Rubio ogłosił w czwartek nowe sankcje, które dotyczą zarówno Kubańczyków, jak i instytucji państwowych. Krok ten jest postrzegany jako element narastającej kampanii nacisków administracji Trumpa, mającej na celu zmianę reżimu komunistycznego w Hawanie.
Wśród wymienionych znaleźli się liderzy Kubańskiego Instytutu Przyjaźni z Narodami (ICAP). Rubio w oświadczeniu stwierdził, że grupa ta wykorzystuje wymianę edukacyjną ze Stanami Zjednoczonymi i innymi krajami do „identyfikacji, promowania i radykalizacji wywrotowców… Administracja Trumpa nie będzie biernie przyglądać się, jak wrogie mocarstwo zagraniczne wykorzystuje nasze wolności – wolności odmawiane własnym obywatelom – wprowadzając w błąd i korumpując obywateli amerykańskich kłamstwami, szpiegostwem i innymi przestępstwami. Jest to część racji bytu reżimu, jakim jest eksport marksizmu, nienawiści rasowej i przemocy komunistycznej na cały świat”.
Według Sekretarza Stanu USA, nowe sankcje są wymierzone w organizacje, „które utrzymują aparat represji reżimu poprzez kontrolę kluczowych sektorów gospodarki”. Można by pomyśleć, że lepiej byłoby po prostu zostawić Kubańczyków w spokoju, skoro nie stanowią oni zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Ale Trump i Rubio nie postępują w ten sposób.
W kraju, a dokładniej w Białym Domu, w zeszłym tygodniu można było dostrzec mnóstwo typowego dla Trumpa uroku – można by to nazwać grą słów. Trump kazał ponownie umieścić swoje nazwisko na Kennedy Center for the Performing Arts i, jak się okazuje, teraz widnieje ono dwukrotnie na budynku, aby nikt go nie przeoczył. Zamknął również budynek na czas rzekomego „remontu”, więc nikt nie może go odwiedzić. Międzynarodowy Port Lotniczy Dulles w pobliskiej Wirginii również ma przejść gruntowny remont i być może zostanie przemianowany w ramach tego remontu!
W Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych pojawił się jeszcze bardziej intrygujący scenariusz nazewnictwa. Obecnie trwają prace nad lotniskowcem, który nie ma jeszcze oficjalnej nazwy. Spekuluje się, że mógłby on zostać nazwany na cześć Doris Miller, czarnoskórej marynarki, która ostrzelała z działa przeciwlotniczego atakujące japońskie samoloty w Pearl Harbor. Później została odznaczona Krzyżem Marynarki Wojennej za odwagę. Byłaby pierwszą czarnoskórą osobą, która nadałaby swoje imię lotniskowcowi, największemu i najbardziej prestiżowemu okrętowi w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych. Jest jednak pewien problem. Plotka głosi, że Donald Trump chce nazwać okręt, którego ukończenie planowane jest dopiero na rok 2034, swoim imieniem, prawdopodobnie po to, aby mógł on kiedyś dołączyć do floty pancerników klasy Trump, budowanych obecnie kosztem 275 miliardów dolarów. Nie chcemy wywoływać niepokoju, ale większość marynarek wojennych na świecie nie posiada już pancerników, a tym bardziej lotniskowców, ponieważ są one niezwykle kosztowne w eksploatacji, a jednocześnie narażone na ataki pocisków balistycznych i manewrujących, które są powszechne zarówno na lądzie, jak i na morzu.
Odnosząc się do ich lotniskowca, jeden z komentatorów na Facebooku zauważył: „Obie nazwy są nieodpowiednie. Tradycyjnie lotniskowce nazywano od szlachetnych idei (niepodległość, przedsiębiorczość itp.), następnie od postaci politycznych związanych z wojskiem (Nimitz, Dwight D. Eisenhower, John F. Kennedy), a na końcu od innych prezydentów lub polityków, którzy byli bohaterami ludowymi lub zbierali fundusze na wojsko (George Washington, John C. Stennis). Nadanie lotniskowcowi imienia pierwszego Afroamerykanina, który otrzymał Krzyż Marynarki Wojennej, jest politycznie przesadne; zazwyczaj niszczyciel lub inny mniejszy okręt nosi imię takiej osoby. A nadanie imienia prezydenta, który uniknął służby wojskowej i pracuje dla rządu Izraela, jest świętokradztwem”.
A skoro mowa o obronie narodowej z perspektywy zwolenników Trumpa, w zeszłym tygodniu pojawił się kolejny raport dotyczący często wyrażanego przez Trumpa gniewu, że członkowie NATO nie popierają jego wojny agresywnej przeciwko Iranowi w imieniu Izraela. Można by zaprotestować, twierdząc, że NATO jest sojuszem obronnym, ale to subtelne rozróżnienie najwyraźniej umknęło uwadze wielkiego myśliciela w Gabinecie Owalnym. W tamtym czasie język Trumpa był, nazwijmy to, niedyplomatyczny, a niektórzy obawiali się, że jego zwyczajowe wybuchy gniewu mogą doprowadzić do upadku NATO.
Teraz Trump ponownie uderza w tę samą strunę. Polecił swoim łącznikom w różnych zagranicznych kwaterach głównych NATO, aby pytali swoich kontaktów o gotowość do „politycznej lojalności” za każdym razem, gdy Stany Zjednoczone zajmą twardą linię gdziekolwiek na świecie. Podobno Pentagon przedstawił sojusznikom Stanów Zjednoczonych z NATO długą listę pytań, aby ocenić, czy podzielają „wizję” prezydenta Donalda Trumpa dotyczącą sojuszu. Trzystronicowy dokument zatytułowany „Pytania do sojuszników z NATO i innych kluczowych aktorów” stawia pytanie, czy poszczególne państwa publicznie poparły priorytety polityki zagranicznej USA i czy „zdecydowanie, jasno i powściągliwie” opowiedziały się za amerykańskim podejściem. To ostatnie wydaje się nawiązywać do dosadnego sformułowania użytego przez Sekretarza Obrony Pete’a Hegsetha w jego przemówieniu otwierającym konferencję Shangri-La Dialogue w maju.
Dokument wydaje się być wytycznymi Departamentu Wojny USA dotyczącymi potencjalnych interakcji między urzędnikami USA a ich odpowiednikami z NATO, rozważanymi w ramach trwającego sześciomiesięcznego przeglądu amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, prowadzonego przez Pentagon. Szczególnie kontrowersyjne pytanie dotyczy sojuszników w kwestii potencjalnych ograniczeń dostępu USA do baz NATO i/lub autoryzacji amerykańskich lotów wojskowych nad ich krajami – kwestii, która zyskała na znaczeniu w obecnej wojnie między USA a Izraelem z Iranem.
Kilka krajów europejskich nałożyło takie ograniczenia po wybuchu wojny pod koniec lutego. Kwestionariusz zawiera pytanie: „Czy jesteście Państwo gotowi na zmniejszenie lub zniesienie takich ograniczeń?”. Wysoki rangą urzędnik europejski zauważa, że dokument wysyła sygnał do sojuszników, aby „zapewnili sobie dobrą wolę Białego Domu, oczekując ścisłego powiązania z jego programem”. To powiązanie obejmowałoby trwającą wojnę z Iranem i zbliżające się potencjalne partnerstwo w planowaniu obronnym z Państwem Izrael, gdyby obecne projekty ustawy o autoryzacji wydatków na obronę narodową (NDAA) na rok 2027 i powiązanej z nią ustawy o wywiadzie zostały uchwalone przez Kongres.
Rosja w latach 90. pod przywództwem Borysa Jelcyna została skierowana na Zachód: wszystko, co rzekomo miało być złotym Zachodem, stało się nagle modne i szykowne, kraj zalały zachodnie dobra konsumpcyjne, a podróże do krajów zachodnich stały się łatwe. Mimo to ludzie w Rosji i innych częściach byłego Związku Radzieckiego nie wspominają lat 90. najlepiej. Reforma walutowa pochłonęła oszczędności milionów ludzi, bezrobocie gwałtownie wzrosło, średnia długość życia wyraźnie spadła, a bezpieczeństwo w miastach uległo katastrofalnemu pogorszeniu. To, co pozostało z rosyjskiego przemysłu dóbr konsumpcyjnych, nie było już konkurencyjne i upadło.
W tym czasie nieliczni – często byli urzędnicy partyjni – czerpali z tego korzyści, przejmując wciąż dochodowe przedsiębiorstwa państwowe. Szkody nie ograniczały się jednak do surowców i przemysłu; sięgały znacznie dalej: działy badawczo-rozwojowe wielu firm zostały zlikwidowane, a wiedza naukowa i technologiczna, którą był zainteresowany Zachód, została wyprzedana. Szczególnie uderzającym przykładem jest technologia stealth dla samolotów stealth, nad którą radzieccy naukowcy pracowali latami. Mówiąc bardziej ogólnie, w tych latach wyrządzono znaczne szkody w dziedzinie nauki i techniki. Naprawa tych szkód trwała dekady.
Z perspektywy wielu Rosjan, Władimir Putin w porę powstrzymał zgubny, prozachodni kurs Jelcyna, zanim Rosja została całkowicie wyprzedana. Podobnie jak Trump w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych, Putin objął urząd 25 lat temu z zamiarem wznowienia produkcji i zmniejszenia jednostronnego uzależnienia Rosji od surowców. Postępy były powolne przez długi czas, ale zachodnie sankcje z ostatnich lat mogły wywrzeć niezbędną presję na Rosję, aby podjęła te działania.
Edukacja i nauka jako solidny fundament
Moskiewski Uniwersytet im. Łomonosowa
Najtrwalsze skutki nowego rozdźwięku między Rosjanami a zachodnimi Europejczykami z pewnością dotyczą edukacji. Jeszcze kilka lat temu zachodnie uniwersytety wydawały się wielu Rosjanom atrakcyjniejsze niż te w ich własnym kraju. Niezliczone ‚prywatne sankcje’ nakładane przez licznych transatlantyckich fanatyków, obsesja na punkcie ‚nowych wartości’, które są obce wielu Rosjanom, ograniczenia w podróżowaniu, a także bariery handlowe sprawiły, że wielu Rosjan odwróciło się od Europy Zachodniej.
Rosja historycznie miała jeden z najwyższych wskaźników absolwentów uniwersytetów na świecie. Odsetek studentów pierwszego roku utrzymuje się stale na poziomie około 70–75% w danym roczniku. Około 30–35% z nich wybiera studia na silnie wspieranych przez państwo kierunkach inżynieryjno-budowlanych. Podwójny system miejsc na uniwersytetach finansowanych przez państwo, tzw. miejscach budżetowych i miejscach samo-finansowanych wywiera presję na wyniki. Osoby studiujące na bezpłatnych, finansowanych z budżetu miejscach są pod ciągłą presją: niepowodzenie w standardowych egzaminach oznacza utratę miejsca lub szybkie wydalenie. Naukowe i technologiczne podstawy produkcji zaawansowanych technologicznie towarów w Rosji pozostają nienaruszone.
Nie tylko ropa i gaz
W ciągu ostatnich 25 lat Rosja przekształciła się z państwa uzależnionego wyłącznie od dochodów z produkcji ropy naftowej i gazu w kraj, który rozwinął swoją gospodarkę i którego dochody państwa nie pochodzą już wyłącznie z eksportu ropy naftowej i gazu. Od 2000 roku rosyjskie rolnictwo przeszło transformację z silnego uzależnienia od importu do niemal całkowitej samowystarczalności w produkcji żywności. Wynika to z kompleksowej digitalizacji logistyki i przyspieszonej substytucji importu, która wpłynęła zasadniczo na cały sektor dóbr konsumpcyjnych. Puste supermarkety z końca epoki radzieckiej są dalekie od dzisiejszej rzeczywistości.
Zmiana paradygmatu w rosyjskiej gospodarce jest najbardziej widoczna na ulicach kraju. Obecnie chińskie samochody zaczynają dominować na drogach. Nie są one tańsze w zakupie niż samochody zachodnioeuropejskie, a jak będą się sprawować wraz z wiekiem i przebiegiem, okaże się dopiero za kilka lat, ale można przewidzieć, że rosyjski rynek zostanie ostatecznie utracony na rzecz Chin. Jednak nie tylko Chiny korzystają na zaniku zachodnich marek, ale także Białoruś. Fabryka samochodów BelGee w okolicach Borysowa ma produkować do 120 tysięcy pojazdów rocznie. Powstała jako białorusko-chińska spółka joint venture, wspierana głównie przez chińskiego giganta motoryzacyjnego Geely i białoruskiego państwowego producenta pojazdów użytkowych BiełAZ. Około 70–80% całkowitej produkcji jest eksportowane do Rosji, gdzie modele cieszą się ogromnym popytem po wycofaniu się zachodnich marek samochodów. Już 50% komponentów pochodzi z produkcji białoruskiej i rosyjskiej.
Produkcja pojazdów na Białorusi
Rosyjscy producenci samochodów nie produkują już tylko komponentów dla marek zachodnich, jak miało to miejsce przed zachodnimi sankcjami, ale powoli zaczynają oferować imponujące produkty. Firmy takie jak Wołga i Łada w końcu produkują nowe modele, które spełniają dzisiejsze standardy. Obecnie są to pojazdy produkowane w Chinach na licencji, ale Rosja, wraz z Białorusią, może dołączyć do grona największych światowych producentów samochodów już za kilka lat. Największymi przegranymi w tym sektorze w latach 2019–2025 są Stany Zjednoczone, Francja, Meksyk, Hiszpania, Brazylia, Japonia, Turcja i Niemcy, które odnotowały dwucyfrowy spadek.
Globalna produkcja samochodów w latach 2019–2025 w milionach wyprodukowanych pojazdów
———————————————————————
Z powodu braku części zamiennych i usług serwisowych zachodnie marki powoli znikają z Rosji. Powrót zachodnich marek na rosyjski rynek motoryzacyjny jest mało prawdopodobny w nadchodzących dekadach.
Stagnacja polityczna spowodowana wojną?
Historyczny przykład wojny radzieckiej w Afganistanie w latach 1979–1989 pokazuje, że przedłużające się konflikty zbrojne, pomimo silnej bazy edukacyjnej i przemysłowej, jaką posiadał Związek Radziecki, mogą stopniowo prowadzić do głębokiego niezadowolenia wewnętrznego i zmian społecznych. Wiodące kręgi w Rosji zdają sobie sprawę, że kraj wciąż ma wiele do nadrobienia w zakresie demokracji, praworządności i wolności prasy. Co więcej, nie każdy Rosjanin jest zadowolony z wojny na Ukrainie i pragnie jej jak najszybszego zakończenia. Jednak sprzeciw wobec rządu w czasach egzystencjalnego zagrożenia dla Rosji – wezwania do strategicznej klęski Rosji i jej podziału na republiki – są nie do pomyślenia.
W przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, gdzie do lat 80. XX wieku przemysł ciężki stanowił centrum władzy państwowej, Rosja rozwinęła przemysł dóbr konsumpcyjnych i zmniejszyła zależność od eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. W erze Putina udało się Rosji ożywić krajową produkcję przemysłową bez angażowania się w wojnę handlową z Chinami. Zmiana globalnej potęgi gospodarczej i wpływ zachodnich sankcji na niezależność gospodarczą Rosji będą miały długofalowe konsekwencje dla przepływu towarów, usług, finansów i siły roboczej. Białoruś i Chiny wkraczają teraz jako substytuty Zachodu. Nie może to obyć się bez reperkusji politycznych. Każdy, kto uważa, że wojna z Ukrainą i sankcje Zachodu wpędzają dzisiejszą Rosję w rozwój podobny do tego, który miał miejsce w Związku Radzieckim w latach 80., źle rozumie dzisiejsze okoliczności.
Dlaczego władza Waszyngtonu jest nieskuteczna, a porządek globalny ulega przekształceniu.
Artykuł Dirka Ellerbrocka.
Wprowadzenie: Beczka prochu i puste skrzynie
Rozbieżność między amerykańskimi roszczeniami do potęgi a ich rzeczywistą siłą finansową rzadko była tak wyraźna, jak w tych sierpniowych dniach 2026 roku. Podczas gdy sekretarz skarbu Scott Bessent, w imieniu Donalda Trumpa, ogłasza „Operację Wygnańców” przeciwko Iranowi i mówi o „gospodarczym D-Day”, dług publiczny Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy przekroczył granicę 40 bilionów dolarów – wzrastając z 39 bilionów dolarów do ponad 40 bilionów dolarów w ciągu zaledwie pięciu miesięcy, w tempie około 7 miliardów dolarów dziennie. W tym tempie próg 41 bilionów dolarów prawdopodobnie zostanie osiągnięty przed końcem roku; Biuro Budżetowe Kongresu szacuje obecny deficyt budżetowy na sam rok 2026 na około 1,9 biliona dolarów, z czego 1,8 biliona dolarów zgromadziło się już w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy.
Ale nie tylko malejące możliwości finansowe malują obraz supermocarstwa w cichym upadku. To coraz bardziej absurdalna retoryka maskująca ten upadek. Zapytany o możliwe środki stabilizacji rynku obligacji rządowych, sam Trump oświadczył, że dysponuje licznymi narzędziami interwencji – „najważniejszym z nich są nasze siły zbrojne”. Siła militarna jako środek wpływania na rentowność obligacji? To sformułowanie jest nie tylko dziwne, ale wręcz groteskowe, biorąc pod uwagę, że według emerytowanego czterogwiazdkowego generała Barry’ego McCaffreya, Stany Zjednoczone faktycznie i trwale utraciły dostęp do 15 baz wojskowych w Zatoce Perskiej.
„Najpotężniejszego narzędzia”, którego użycie jest publicznie zagrożone, praktycznie nie da się już wykorzystać w żadnym miejscu w regionie. Próba dyktowania geopolityki za pomocą systemu dolara amerykańskiego osiąga swoje fizyczne i ekonomiczne granice.
Iluzja izolacji: dlaczego „Operacja Wyrzutek” kończy się niepowodzeniem
Zapowiedź Bessenta, że wdroży „zasadę zerowego wycieku” w odniesieniu do sankcji wobec Iranu i całkowicie odetnie każdy kraj, który kontynuuje interesy z Teheranem, od systemu dolara amerykańskiego, nie ma żadnych realnych podstaw. Reakcje były szybkie.
Chiny natychmiast odrzuciły amerykańską wojnę gospodarczą z Iranem i zapowiedziały, że będą chronić własne interesy. Władze Iranu oświadczyły, że partnerzy handlowi kraju jasno dali do zrozumienia, zarówno w mediach, jak i w wiadomościach bezpośrednich, że nie będą już zwracać uwagi na amerykańskie groźby.
W tym kontekście mamy do czynienia z postępującym rozwojem równoległych, bez-dolarowych struktur handlowych. Iran od dawna handluje chińską walutą i współpracuje z chińskimi bankami – omijając zachodni system finansowy. Kraje BRICS rozwijają swoje alternatywne mechanizmy płatności, Korytarz Północ-Południe zyskuje na znaczeniu, a kraje takie jak Pakistan, niegdyś podporządkowane Waszyngtonowi, dawno temu zdały sobie sprawę, że ich kluczowe zaopatrzenie w energię przebiega przez Iran.
Sankcje USA nie działają jako broń przeciwko Iranowi, lecz raczej jako katalizator globalnej dedolaryzacji. Z perspektywy USA może to wyglądać na operację mającą na celu wydalenie Iranu. W rzeczywistości to same Stany Zjednoczone coraz bardziej wycofują się z globalnego systemu gospodarczego.
Geografia twierdzy: asymetryczna obrona i logistyka Iranu
Pomysł, że Iran można pokonać poprzez izolację gospodarczą lub militarną, kłóci się z rzeczywistością geograficzną. Kraj ma 15 sąsiadów lądowych i dostęp do Morza Kaspijskiego – okoliczność, która obiektywnie komplikuje wszelkie próby całkowitej blokady.
Ale nie tylko geografia czyni Iran odpornym. Jego potencjał militarny przeszedł w ostatnich latach transformację jakościową i ilościową. Władze Iranu niedawno zaprezentowały podziemną fabrykę pocisków balistycznych. Takie podziemne ośrodki produkcyjne i badawcze są rozproszone po całym kraju, co czyni je niezwykle trudnym celem dla ingerencji z zewnątrz. Tempo produkcji nowych systemów rakietowych już teraz przewyższa amerykańskie możliwości rozwoju obrony przeciwrakietowej.
Jednocześnie rozbudowa irańskiej infrastruktury handlu lądowego nie jest już tylko zapowiedzią, ale trwającym procesem: linia kolejowa Raszt–Astara – kluczowy element międzynarodowego korytarza transportowego północ–południe – której budowa rozpoczęła się na początku 2026 roku po latach opóźnień związanych z sankcjami, już teraz służy do transportu towarów; w czerwcu 2026 roku wolumen przewozów przez przejście graniczne w Astara wzrósł o 3,5% w porównaniu z rokiem poprzednim.
Towary, które wcześniej trafiały do Iranu przez Zatokę Perską i Dubaj, są obecnie coraz częściej przekierowywane szlakami środkowoazjatyckimi – nie jako projekt na przyszłość, ale jako wymierna zmiana.
Podatność Zatoki Perskiej na szantaż i bezbronność baz USA są oczywiste dla każdego podmiotu regionalnego. Znaczna część krytyki ze strony Iranu skierowana jest pod adresem krajów, które pomimo własnych deklaracji solidarności z Palestyńczykami, nadal współpracują ze stroną amerykańską i izraelską. Przesłanie jest jednoznaczne: jeśli wojna gospodarcza będzie trwała, ani jedna kropla ropy nie zostanie wyeksportowana – ani przez samą cieśninę, ani z żadnego innego punktu w Zatoce Perskiej.
Przesunięcie tektoniczne w Azji Zachodniej: koniec starego systemu sojuszy
Być może najważniejsze wydarzenia ostatnich tygodni rozgrywają się nie na polach bitew ani na giełdach, ale w pałacach królewskich i ośrodkach rządowych Azji Zachodniej. Tradycyjny wizerunek sunnicko-szyickiego wroga, który Stany Zjednoczone od dziesięcioleci wykorzystują jako narzędzie swojej polityki regionalnej, rozpada się.
Pakt obronny podpisany w Mekce 7 sierpnia między Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem zburzył dotychczasowy porządek. Oficjalny autoportret jest już wymowny: wszystkie trzy państwa-sygnatariusze publicznie podkreślają, że porozumienie „nie jest skierowane przeciwko żadnemu konkretnemu państwu”. To stwierdzenie stoi w wyraźnej sprzeczności z faktem, że wszystkie państwa członkowskie są bezpośrednimi sąsiadami Iranu, a pakt został zawarty w trakcie najpoważniejszego od dziesięcioleci konfliktu obronnego w Zatoce Perskiej – to doskonały przykład tego, jak deklarowana funkcja sojuszu i jego strukturalny charakter mogą się rozmijać.
Według doniesień medialnych, powołujących się na źródła irańskie, Teheran został zaproszony do przystąpienia do paktu; oficjalne potwierdzenie ze strony Rijadu, Ankary lub Islamabadu wciąż oczekuje na potwierdzenie, ale same władze Iranu już zapowiadają ponowne rozpatrzenie zaproszenia. Bahrajn, państwo Zatoki Perskiej, które gości również Piątą Flotę USA, podobno negocjuje przystąpienie do paktu. 25 sierpnia wiceminister spraw zagranicznych Bangladeszu Humajun Kobir oficjalnie potwierdził zainteresowanie swojego kraju przystąpieniem do paktu, powołując się na rosnące międzynarodowe uznanie dla nowego przywództwa premiera Tarique Rahmana; wizyta Rahmana w Rijadzie na zaproszenie następcy tronu, księcia Mohammeda bin Salmana, jest spodziewana po lecie.
Według spójnych doniesień wiarygodnych źródeł, rozmowy między dowódcą pakistańskiej armii Asimem Munirem a irańskim kierownictwem w Teheranie przebiegały „entuzjastycznie”. Nie chodzi tu o jednorazowe porozumienie, ale o rozszerzającą się regionalną architekturę bezpieczeństwa, która obejmuje coraz więcej państw – od bezpośrednich sąsiadów Iranu po Azję Południową.
Historia powstania paktu podkreśla ten pragmatyzm: nie powstał on jako emocjonalna reakcja na wojny w Strefie Gazy czy Syrii, ale jako chłodna kalkulacja po saudyjskich atakach na Jemen – w czasie, gdy zaatakowano międzynarodowe lotnisko w Sanie, a irański samolot pasażerski miał tam lądować.
Państwa Zatoki Perskiej znajdują się w pozornie nierozwiązywalnym dylemacie: rozdarte między niepłynnymi rezerwami amerykańskimi a bezpośrednim zagrożeniem regionalnym. Coraz bardziej zdają sobie sprawę, że Stany Zjednoczone nie są już w stanie dotrzymywać obietnic dotyczących ich ochrony. Stany Zjednoczone nie zwiększają bezpieczeństwa swoich sojuszników, lecz sprowadzają na nich większe zagrożenie
Wnioski: Zmiana epoki – przymus kontra pragmatyczne sieciowanie
To, co się tu wyłania, to coś więcej niż regionalna zmiana układu sił. To koniec porządku jednobiegunowego – i narodziny świata wielobiegunowego, w którym finansowa i militarna hegemonia USA zostaje zastąpiona regionalną inicjatywą.
Asymetria nie mogłaby być bardziej oczywista: z jednej strony mamy amerykańskie cła, groźby i reżimy sankcji, z drugiej – bezwarunkowe inwestycje infrastrukturalne i pragmatyczne korytarze handlowe. Tam, gdzie Waszyngton oferuje przymus i warunki, pojawiają się alternatywy bez porozumień ograniczających politycznie.
Iran nie tylko oparł się natarciu, ale także rozbudował swoją infrastrukturę wojskową i logistyczną we współpracy z partnerami w Azji. Siedemdziesięcioletnia, niekwestionowana dominacja Stanów Zjednoczonych nad Zatoką Perską i Azją Zachodnią dobiega końca.
Ten koniec nie nadchodzi z hukiem – nadchodzi cicho. Nie nagle, ale nieubłaganie. Upadek supermocarstwa rzadko następuje w wyniku pojedynczej spektakularnej porażki, lecz poprzez stopniową erozję jego wiarygodności, fundamentów finansowych i strategicznej obecności. Świat się zmienia, podczas gdy Waszyngton pozostaje uwięziony w retoryce przeszłości. A gdy trwa „Operacja Wyrzutek”, historyczna ironia tego procesu staje się oczywista: ostatecznie to same Stany Zjednoczone są wygnane.
Groźby nuklearne Elbridge’a Colby’ego wobec Chin wykraczają daleko poza kwestie psychotyczne.
Dobry znajomy z Substack opowiedział mi grecki żart, komentując mój esej o filmie Nolana Odyseja .
Ateńczyk oglądał obraz przedstawiający bitwę, w której Ateńczycy pokonali i wymordowali spartańskich wojowników.
Mężczyzna zawołał: „Odważni, dzielni Ateńczycy!”
„Tak” – przerwał mu sucho stojący obok Spartanin – „– w obrazach”.
Każdy, kto czytał historię wojny peloponeskiej autorstwa Tukidydesa , wie, że Spartanie sprawili Ateńczykom prawdziwą klęskę w bitwie – „zmietli” Ateny na proch.
Ta historia jest klasycznym przykładem „lakonicznego dowcipu” – suchego, dosadnego humoru, z którego słynęli Spartanie. Została ona opisana w „ Słowach Spartan” Plutarcha .
Ten żart przypomina mi jak „niezwyciężona” jest armia amerykańska – w hollywoodzkich filmach .
Podobnie jak w przypadku Ateńczyków, zachowanie Amerykanów w realnym świecie nieco różni się od tego w Hollywood.
Jedną z ludzkich cech, która mnie bawi, jest szalony zapał hazardzisty, który podwaja swoją stawkę, mimo że stracił już koszulę .
Mam niechętny szacunek i jednocześnie rozbawione niedowierzanie dla wieloryba, który jest gotów stracić nawet własną bieliznę .
Współczesne imperium USA, z jego polityką finansową i przywództwem na poziomie „republiki bananowej”, coraz bardziej przypomina gracza, który po serii pecha stawia wszystko na jedną kartę.
Stany Zjednoczone podwajają swoje zaangażowanie wobec Chin
W połowie sierpnia Elbridge Colby wybrał się w podróż do Azji, odwiedzając Manilę, Seul i Tokio.
Colby, jako podsekretarz obrony USA, jest numerem 3 w Pentagonie. Jest autorem Strategii Obrony Narodowej (NDS). Jego głównym obszarem zainteresowania są Chiny.
Colby, 46-latek, uchodzi za najinteligentniejszego człowieka w Departamencie Wojny – w przeciwieństwie do napędzanego testosteronem Hegsetha, którego iloraz inteligencji jest na poziomie temperatury pokojowej. [w USA – to ok. 70 stopni Fahrenheita; md]
Stany Zjednoczone musiały wycofać znaczną liczbę „zasobów” z regionu, aby wykorzystać je w Azji Zachodniej, w tym THAAD, lotniskowiec „George Washington” i znaczną część swojego arsenału rakietowego.
Wizyta Colby’ego miała rzekomo przekonać „sojuszników i partnerów” USA w Azji Wschodniej o ich „zaangażowaniu” w obliczu przedłużającej się wojny z Iranem.
Colby wygłosił przemówienie otwierające w Manili. Potwierdził w nim amerykańską politykę odstraszania Chin w regionie „Indo-Pacyfiku” – fikcyjnej koncepcji geograficznej, której celem jest utrzymanie Chin w ryzach poprzez włączenie Indii. Choć taka wiadomość od władz USA brzmi jak banał, wojownicza ostrość doboru słów jest zaskakująca.
Większość obserwatorów spodziewała się ograniczenia agresji ze strony USA, biorąc pod uwagę mierne osiągnięcia militarne USA w Iranie i perspektywę kolejnej „nieustającej wojny” w Azji Zachodniej.
Zakłada się, że Stany Zjednoczone utrzymają „strategiczną stabilność” w Azji Wschodniej, radząc sobie jednocześnie ze skutkami nieudanej przygody z Iranem.
Zamiast tego Colby poszedł jeszcze dalej. Potwierdził „niezachwiane zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w obronę Pierwszego Łańcucha Wysp”.
Wezwał państwa azjatyckie do podjęcia działań na pierwszej linii frontu w konflikcie z Chinami poprzez zwiększenie wydatków na obronność, rozbudowę baz USA i zwiększenie zapasów broni.
Najbardziej alarmującym komunikatem jest obniżenie progu nuklearnego USA.
Colby ogłosił, że Pentagon dokonuje rewizji amerykańskiej doktryny nuklearnej, aby „dać prezydentowi więcej opcji”, ponieważ reżim USA zdaje sobie sprawę, że szanse na wygranie wojny konwencjonalnej stają się coraz mniej realne.
Od momentu dołączenia do klubu nuklearnego w 1964 roku Chiny stosują doktrynę nuklearną „No First Use” (NFU). Istnieje tylko jedno wytłumaczenie dla rewizji amerykańskiej doktryny – Stany Zjednoczone rozważają przeprowadzenie ataku nuklearnego jako pierwszy.
Wiadomość ta wywołała oczywiście duże zaniepokojenie w chińskich kręgach wojskowych.
Później omówię, w jaki sposób pierwszy atak nieuchronnie doprowadziłby do całkowitego zniszczenia USA w wyniku chińskiego kontrataku.
Diagnoza urojeniowego imperium
Nie wiem, który konkretny medyczny „syndrom” opisuje stan, w którym człowiek staje się coraz bardziej skłonny do wojny po wielokrotnych porażkach.
Istnieje jednak szereg zaburzeń psychicznych, które odpowiadają objawom wykazywanym przez Colby’ego i reżim amerykański.
W psychologii ewolucyjnej i zachowaniu zwierząt „efekt przegranego” zwykle prowadzi do tego, że osobniki stają się uległe po porażce, aby uniknąć dalszych szkód.
Jednak w sytuacjach rozpaczy lub słabej kontroli impulsów następuje odwrócenie sytuacji, w którym powtarzające się porażki prowadzą do eskalacji zamiast poddania się.
Zjawisko to znane jest jako „odwrotny efekt przegranego ”.
Istnieje również mniej dyplomatyczne określenie „ efekt pułapki na szczury ”, które opisuje reakcję na zagrożenie, w której tryb reakcji zmienia się z „ucieczki” na „walkę”, gdy powtarzające się porażki eliminują wszelkie postrzegane możliwości odwrotu.
U osób wysoce narcystycznych występuje „narcystyczna wściekłość ”, w której powtarzające się porażki powodują „narcystyczną krzywdę”, która zagraża ich zawyżonemu obrazowi własnej osoby.
W takiej „narcystycznej wściekłości” pacjent zamiast się poddać, reaguje narastającą wrogością, intensywnym gniewem i niekończącymi się aktami odwetu, aby odzyskać poczucie dominacji.
Specjaliści z dziedziny medycyny klasyfikują takie chroniczne tendencje do przemocy jako zaburzenia osobowości – zaburzenie eksplozywne przerywane (IED) i zaburzenie opozycyjno-buntownicze (ODD).
W naukach politycznych i stosunkach międzynarodowych używa się kilku mniej przenośnych określeń, aby opisać supermocarstwo zachowujące się jak szaleniec.
Należą do nich „eskalacja zaangażowania”, „agresja kompensacyjna” lub „błędy utopione”.
Jednakże nie da się opisać takiego zachowania psychotycznego – w historii doświadczyliśmy już poważnych implozji władzy, które można porównać z obecnym zachowaniem USA.
———————–
W latach 431–404 p.n.e., podczas wspomnianej wojny peloponeskiej, Ateny toczyły wyczerpującą walkę ze Spartą i traciły wpływy.
Zamiast dążyć do pokoju, duma i pycha Ateńczyków skłoniły ich do ataków na sąsiadów.
Ateny wysłały flotę na małą wyspę Melos, neutralną wyspę, która po prostu chciała, żeby ją zostawiono w spokoju.
Ateńscy posłowie zażądali, aby Melijczycy poddali się i zapłacili trybut – w przeciwnym razie groziła im całkowita zagłada.
Gdy Melijczycy próbowali dyskutować o moralności, sprawiedliwości i bogach, Ateńczycy uciszyli ich czystą, nieskażoną realpolityką:
„Silni robią, co mogą, a słabi znoszą, co muszą”.
Melijczycy odmówili poddania się. Ateńczycy oblegali wyspę, zamordowali wszystkich dorosłych mężczyzn, a kobiety i dzieci sprzedali w niewolę.
W 415 r. p.n.e. Ateny zebrały to, co zasiały.
Zaślepieni pychą i przekonaniem, że ich niesłabnąca potęga czyni ich niezwyciężonymi, Ateny rozpoczęły potężną, agresywną inwazję morską na Sycylię, aby zdobyć Syrakuzy – znacznie potężniejszego rywala.
Wyprawa zakończyła się katastrofalną porażką.
Ateńska flota została zniszczona, dziesiątki tysięcy żołnierzy dostało się do niewoli, a Ateny utraciły większość swojej floty.
Ateny nigdy już nie odzyskały przewagi na morzu i ostatecznie całkowicie przegrały wojnę ze Spartą.
Tukidydes napisał w swojej książce, że imperia bazujące na logice brutalnej siły, hipokryzji i zasadzie „silniejszy ma prawo” ostatecznie niszczą się same z powodu własnej arogancji.
Kolejnym imperium, które upadło z powodu własnej pychy, było francuskie imperium Napoleona w 1812 roku.
Armia Napoleona utknęła w Hiszpanii podczas wojny półwyspowej i nie była w stanie przełamać lokalnego oporu ani zmusić Wielkiej Brytanii do kapitulacji.
Kierowany potrzebą wprowadzenia Systemu Kontynentalnego i zademonstrowania absolutnej przewagi w Europie, Napoleon zaostrzył sytuację, tworząc Wielką Armię (ponad 600 000 ludzi) w celu dokonania inwazji na Rosję.
Taktyka spalonej ziemi i surowa rosyjska zima zniszczyły armię francuską.
Przeżyło mniej niż 100 000 ludzi, co wywołało wojnę z VI koalicją, abdykację Napoleona i koniec Cesarstwa Francuskiego.
=============================================
Podczas II wojny światowej, od 1937 r., Cesarstwo Japońskie uwikłało się w kosztowną i niemożliwą do wygrania wojnę lądową z Chinami, która poważnie uszczupliła zasoby tego kraju i doprowadziła do paraliżujących embarg handlowych.
Zamiast negocjować wycofanie wojsk z Chin, japońskie dowództwo wojskowe posunęło się jeszcze dalej.
W 1941 roku zaatakowali Stany Zjednoczone w Pearl Harbor, aby zabezpieczyć rezerwy ropy naftowej w Azji Południowo-Wschodniej, licząc na to, że ta agresja położy kres znacznie potężniejszemu mocarstwu.
Decyzja ta zmobilizowała największą potęgę przemysłową świata przeciwko Japonii, co doprowadziło do całkowitego zniszczenia japońskiej marynarki wojennej, sił powietrznych i głównych miast, a także zrzucenia na Japonię dwóch bomb atomowych.
Równolegle do Japonii można wymienić jej sojusznika z czasów II wojny światowej, nazistowskie Niemcy.
Po tym, jak Niemcom nie udało się zmusić Wielkiej Brytanii do wycofania się z wojny w bitwie o Anglię, kraj stanął w obliczu nieokreślonej blokady i możliwej wojny na dwóch frontach.
Niemcy przecenili swoją niezwyciężoność i, powodowani ideologiczną arogancją, w 1941 r. przypuścili niespodziewany atak na Związek Radziecki w ramach operacji Barbarossa.
Hitler stanął twarzą w twarz z narodem, który dysponował znacznie większą siłą roboczą, powierzchnią ziemi i potencjałem produkcji wojennej.
Niemcy uwikłały się w wojnę na wyniszczenie na froncie wschodnim, która zniszczyła Wehrmacht i ostatecznie doprowadziła do całkowitego zdobycia Berlina i rozpadu „Tysiącletniej Trzeciej Rzeszy”.
============================================
Coraz bardziej wygląda na to, że imperium USA podąża śladami swoich imperialnych poprzedników.
Elbridge Colby i jego przełożeni mogliby skorzystać ze studiowania własnej „zachodniej” historii.
Ale oczywiście wiadomo, że kolonialne i osadnicze imperia w swojej końcowej fazie są rządzone przez ignoranckich i złośliwych błaznów, dla których nauka jest czymś dla „przegranych”.
Co się stanie, jeśli na Pierwszym Łańcuchu Wysp wybuchnie wojna?
Napisałem już wiele esejów na Substacku o tym, dlaczego z militarnego punktu widzenia USA nie mają szans na wygranie wojny z Chinami na zachodnim Pacyfiku.
Więc nie będę się powtarzać.
Zamiast tego porównam Chiny do Iranu, który obecnie wygrywa z USA.
Chiny są sześć razy większe od Iranu i mają ponad 14 razy większą populację.
Gospodarka Chin jest 40 razy większa od gospodarki Iranu.
Chiny mają armię liczącą 2 miliony żołnierzy, największą na świecie.
Chiny dysponują zintegrowanym systemem obrony powietrznej, większą marynarką wojenną od USA i siłami powietrznymi o możliwościach porównywalnych z siłami powietrznymi USAF.
Chiny dysponują potencjałem w przestrzeni kosmicznej i cyberprzestrzeni, który w niczym nie ustępuje potencjałowi USA.
Chiny dysponują triadą nuklearną i wystarczającą ilością broni jądrowej, aby zniszczyć USA w ataku odwetowym. [Lądowy, Morski, Powietrzny]
Chiny dysponują arsenałem rakiet i dronów, który przewyższa Iran i USA zarówno pod względem jakościowym, jak i ilościowym.
Chińskie systemy bezzałogowe (na lądzie, w powietrzu, na morzu i pod wodą) oraz wojskowa sztuczna inteligencja są światowej klasy.
W rzeczywistości wojna u wybrzeży Chin byłaby tak jednostronna, że sam Pentagon przyznaje, że armia amerykańska nie jest w stanie przetrwać dłużej niż kilka tygodni w grach wojennych.
Wyniki gier wojennych zostały szczegółowo opisane w tajnym badaniu zatytułowanym „Overmatch Brief ”.
Przyjrzyjmy się teraz, co mogą wnieść „sojusznicy” USA do wojny na zachodnim Pacyfiku, zgodnie z żądaniem Colby’ego.
Po pierwsze, mało prawdopodobne jest, aby Korea Południowa, będąca jednym z „sojuszników” USA w regionie, ingerowała w konflikt.
Seul wie, że jego gospodarka opiera się na handlu z Chinami. Kraj leży tuż u progu Chin. Na północy ma sąsiada, który już teraz wymaga od niego więcej, niż jest w stanie udźwignąć.
W związku z tym możliwe jest, że w akcji militarnej wezmą udział Japonia, Filipiny i Australia.
Niezależnie od aktualnej pozycji politycznej, gdy tylko kule zaczną naprawdę latać, Waszyngton dowie się, kto jest jego prawdziwym poplecznikiem, a kto chętnie służy jako mięso armatnie.
Załóżmy, że wszyscy wezmą udział, i przeanalizujmy, co by się stało.
Chiny z radością rozliczą się z Japończykami za barbarzyńskie okrucieństwa popełnione w czasie wojen chińsko-japońskich w XX wieku.
Cały obszar Japonii znajduje się w zasięgu konwencjonalnych ataków Chin – od rakiet po drony.
Japonia „gości” 130 amerykańskich baz wojskowych, najwięcej na świecie, a Chiny mają pełne prawo zamknąć każdą japońską infrastrukturę, jeśli zostanie ona wykorzystana do wsparcia wojny.
Tokio musi spodziewać się zmasowanych ataków rakietowych i rojów dronów na wyspy japońskie.
Pekin może również zablokować Japonii dostęp do energii i żywności. Japonia importuje 90% swojej energii i 60% żywności.
Chińczycy nie okazują żadnego współczucia, gdy chodzi o wymierzanie najsurowszej kary Japonii, która zachowywała się jak zwierzęta, dopuściła się niewypowiedzianych zbrodni wojennych i nigdy nie okazała skruchy.
Gdyby Japonia zaangażowała się w wojnę, należy spodziewać się całkowitego zniszczenia jej gospodarki i infrastruktury.
Australia jest jak chihuahua, merdający ogonem i podążający za swoim panem krok w krok za każdym razem, gdy w grę wchodzą wojny rozpętywane przez USA od czasów wojny koreańskiej.
Ale lojalny piesek jest militarnie nieistotny. Niewielka populacja, odległość od zachodniego Pacyfiku i znikoma siła militarna sprawiają, że jest raczej utrapieniem niż zagrożeniem.
Australia jest w ogromnym stopniu uzależniona od handlu z Chinami, który polega głównie na wydobywaniu surowców z ziemi i sprzedaży ich do Chin.
Udział Canberry w wojnie z Chinami będzie zagrożony, jeśli przetrwa ona gospodarczo.
Jeśli Australia jest szczekającym Chihuahua, to Filipiny jako potęga militarna są po prostu żartem.
Kraj ten ma najbardziej skorumpowany rząd i najsłabsze wojsko w Azji Południowo-Wschodniej, siły powietrzne i marynarkę wojenną wyposażone w przestarzałą broń amerykańską z lat 50. i 60. XX wieku.
W Manili znajdują się także niezwykłe bronie pochodzące ze złomowisk z II wojny światowej, jak na przykład „Sierra Madre”, która osiadła na mieliźnie na rafie Ren’ai na Morzu Południowochińskim.
Oprócz braku sprzętu wojskowego Filipiny mają niewielką tożsamość narodową, gdyż archipelag nigdy nie był państwem narodowym aż do 1946 roku.
Krajem rządzili kolejni kolonialni okupanci, a po uzyskaniu niepodległości – najbardziej skorumpowani dyktatorzy i oligarchowie na świecie.
Można to dosłownie nazwać „republiką bananową”.
Dysponując mniejszą siłą ognia niż Katar czy Kuwejt, które wydają na obronę dziesięć razy więcej niż Filipiny, Manila nie nadaje się nawet na mięso armatnie.
Będzie on służył przede wszystkim do przechwytywania chińskich rakiet wymierzonych w bazy amerykańskie.
Krótko mówiąc: amerykańska „sieć sojuszy”, na której polegają Colby i Pentagon, nie stanowi znaczącej „przewagi” w wojnie totalnej.
A co z innymi zachodnimi „instrumentami”, jeśli wybuchnie wojna?
Inne chwalone zachodnie „strategie” przeciwko Chinom obejmują blokowanie importu chińskiej energii przez Cieśninę Malakka i nakładanie sankcji gospodarczych.
Wojna w Iranie i na Ukrainie pokazała, że takie manewry przynoszą odwrotny skutek, gdy mamy do czynienia z zdeterminowanymi przeciwnikami.
Co więcej, jeśli chodzi o zdolność do odwetu, Chiny znajdują się w zupełnie innej lidze niż Iran i Rosja.
Gdyby USA i ich wasale zamknęli regionalne wąskie gardła lub zakłócili ruch morski, aby wywrzeć presję na Pekin, w zamian natychmiast odcięliby swój krajowy przemysł od dostaw energii, komponentów i żywności.
Chiny dysponują rozległą, samowystarczalną siecią zasobów rolniczych i lądowych; odizolowane państwa wyspiarskie, takie jak Japonia i Filipiny, w tych samych warunkach mogłyby doświadczyć gwałtownego paraliżu społecznego.
Chiny są największym producentem rolnym na świecie, odpowiadając za 37% globalnej produkcji rolnej. Są również największą potęgą przemysłową, generując 33% światowej produkcji przemysłowej.
Ponadto wszystkie państwa biorące udział w blokadzie Cieśniny Malakka musiałyby stawić czoła chińskim hipersonicznym pociskom przeciwokrętowym, myśliwcom, okrętom podwodnym i eskorcie morskiej.
Trudno sobie wyobrazić, aby USA mogły zbudować sieć państw regionalnych w celu narzucenia Chinom monopolu na rynku energetycznym i embarga handlowego.
W przeciwieństwie do Iranu i Rosji, które nie są zaangażowane w krytyczne globalne łańcuchy dostaw, Chiny są największą potęgą przemysłową świata i mogą podjąć działania odwetowe, które zaszkodziłyby znacznie bardziej każdemu, kto zgodziłby się na sankcje.
Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że sąsiednie kraje raczej nie będą skłonne poświęcić własnego przetrwania w zamian za hegemonię USA lub „demokrację” Tajwanu.
Wysoce zfinansjalizowane i zorientowane na usługi gospodarki zachodnie same w sobie opierają się na globalnych łańcuchach dostaw, w których dominują Chiny.
W przypadku całkowitego załamania gospodarczego spowodowanego wojną, gospodarka światowa się załamuje, ale skutki polityki wewnętrznej są niesymetryczne.
Chiny dysponują potencjałem rolniczym, dostępem do surowców (przez szlaki lądowe z Rosji i Azji Środkowej) oraz infrastrukturą przemysłu ciężkiego, co pozwala im na przekształcenie gospodarki nastawioną na wojnę.
Stany Zjednoczone i Zachód, które od dziesięcioleci przenoszą swoją produkcję za granicę, stanęłyby w obliczu natychmiastowych, katastrofalnych niedoborów wszystkiego, od podstawowych leków i elektroniki po minerały niezbędne do produkcji broni.
Jeśli wybuchnie wojna, Chiny nie będą musiały wykorzystywać swojej globalnej potęgi, żeby wygrać; wystarczy, że będą kontrolować ograniczony odcinek morza znajdujący się w ich zasięgu.
Wykorzystując swoją ogromną przewagę przemysłową, bliskość geograficzną i absolutną determinację polityczną, Chiny mają strukturalne atuty, z którymi USA po prostu nie mogą się równać.
Gwarancja zniszczenia ojczyzny USA sprawia, że szantaż nuklearny staje się pustym i samobójczym zagrożeniem.
Colby i Pentagon są w pełni świadomi rzeczywistości, którą właśnie opisałem.
Wiedzą doskonale, że USA nie mają szans na wygranie wojny konwencjonalnej z Chinami.
Doprowadziło to do szokującego publicznego ogłoszenia, że Pentagon dokonuje rewizji swojej doktryny nuklearnej w celu obniżenia progu użycia broni jądrowej.
Tutaj zdrowy rozsądek umierającego imperium zostaje w pełni uwypuklony – nie jest on po prostu szalony, jest samobójczy.
Jak powiedział Trump, Stany Zjednoczone zostałyby całkowicie „unicestwione”, gdyby odważyły się przeprowadzić pierwszy atak nuklearny.
Ponieważ Chiny dysponują absolutną możliwością przeprowadzenia „drugiego uderzenia”, przed którym USA nie są w stanie się obronić.
Chiński arsenał zawiera standardową triadę nuklearną przeznaczoną do kontrataków – międzykontynentalne pociski balistyczne (ICBM) z głowicami jądrowymi, wystrzeliwane z lądu, powietrza i okrętów podwodnych.
Co więcej, istnieje unikalna platforma ataku nuklearnego, z której korzystają jedynie Chiny i przed którą nie ma obrony.
To jest system frakcyjnego bombardowania orbitalnego (FOBS) .
W przeciwieństwie do konwencjonalnych międzykontynentalnych pocisków balistycznych, które poruszają się po stałej, mocno zakrzywionej trajektorii parabolicznej, platforma FOBS umieszcza głowicę nuklearną na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO).
Dzięki temu może okrążyć kulę ziemską – na przykład przez Biegun Południowy – zanim zostanie wytrącony z orbity, a także ominąć stałe, zwrócone na północ instalacje radarów wczesnego ostrzegania w USA z dowolnego kierunku.
Ponieważ FOBS znajduje się na tymczasowej orbicie, dokładny cel pozostaje nieznany przeciwnikom aż do momentu wystrzelenia pocisków hamujących w celu wybicia głowicy bojowej z orbity.
Platforma FOBS jest sprzężona z hipersonicznym pojazdem szybującym (HGV) poruszającym się z prędkością Mach 20–Mach 25 (około 24 tys – 28 tys km/h) i charakteryzującym się wyjątkową zwrotnością przed uderzeniem.
Obecnie jest to najszybsza metoda rozmieszczania rakiet.
Nie ma obrony przed atakiem nuklearnym za pomocą systemu FOBS połączonego z HV. Ta niszczycielska siła nie pozostawia wątpliwości, że atak odwetowy byłby druzgocący.
Gwarantuje, że nawet jeśli tylko niewielka część chińskich sił nuklearnych przetrwałaby pierwsze uderzenie, pozostałe głowice ominęłyby obronę USA i zniszczyły swoje cele.
To nie jest broń teoretyczna, taka jak „Złota Kopuła”. Chiny testowały już system FOBS latem 2021 roku.
Kiedy w październiku 2021 r. Financial Times poinformował o wystrzeleniu satelity, zaskoczyło to amerykańskie służby wywiadowcze i skłoniło Pentagon do porównania tego wydarzenia do współczesnego „momentu Sputnika”.
Wydaje się, że w ostatnich latach Stany Zjednoczone doświadczyły wielu „momentów Sputnikowych”.
Czy pamiętasz start DeepSeek w styczniu 2025 roku? Albo pojawienie się dwóch chińskich prototypów myśliwców szóstej generacji 26 grudnia 2024 roku?
Można się zastanawiać, ile „momentów Sputnika” musi być potrzebnych, aby psychotyczne, umierające imperium zdało sobie sprawę, że może lepiej porzucić iluzję panowania nad światem i dać szansę pokojowi.
Agencja TASS informuje o wizycie szefa amerykańskiego wywiadu w stolicy Rosji.
25 sierpnia uwaga rosyjskich i międzynarodowych mediów skupiła się na amerykańskim wojskowym samolocie transportowym Boeing C-17A Globemaster III. Według źródeł, samolot wystartował tego ranka z bazy lotniczej Andrews pod Waszyngtonem i przez Rygę skierował się do Moskwy. „Samolot skierował się w stronę granicy z Rosją” – podało źródło agencji.
Według internetowych systemów monitorowania ruchu lotniczego, Globemaster III wylądował w stolicy Rosji około godziny 10-tej Korespondentka CBS News Jennifer Jacobs poinformowała w programie X, że na pokładzie znajdował się dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) USA, John Ratcliffe. Jacobs twierdziła, że Ratcliffe przybył do Rosji na spotkania. Podobną informację podała agencja Axios . CIA nie odpowiedziała jeszcze na prośbę agencji TASS o potwierdzenie tych informacji.
Około 18:50 samolot odleciał w przeciwnym kierunku. „Amerykański Boeing C-17A Globemaster III wleciał w łotewską przestrzeń powietrzną przez punkt kontrolny OPOKA na granicy z Rosją, po czym wylądował na lotnisku w Rydze” – poinformowało TASS źródło w unijnej kontroli ruchu lotniczego.
Reakcja na wizytę
W związku z doniesieniami o wizycie Ratcliffe’a w Moskwie, rosyjska giełda przyspieszyła wzrost o ponad 2,4% podczas głównej sesji . Według Moskiewskiej Giełdy Papierów Wartościowych, o godzinie 17:00 czasu moskiewskiego tego dnia, przed wiadomością o przyjeździe szefa CIA, indeks Moskiewskiej Giełdy Papierów Wartościowych wzrósł o 0,65%, osiągając 2084,76 punktów, podczas gdy indeks RTS wzrósł o 0,65%, osiągając 788,52 punktów. Do godziny 17:34 czasu moskiewskiego indeks Moskiewskiej Giełdy Papierów Wartościowych przyspieszył wzrost do 2121,09 punktów (wzrost o 2,41%), podczas gdy indeks RTS osiągnął 802,27 punktów (wzrost o 2,41%).
Reprezentantka Izby Reprezentantów USA Anna Paulina Luna (republikanka z Florydy) pochwaliła doniesienia o podróży Ratcliffe’a do Rosji. „Dyrektor CIA robi wspaniałe rzeczy dla USA” – napisała amerykańska parlamentarzystka w X, dodając wizerunek gołębicy pokoju. W marcu 2026 roku, na zaproszenie Luny, delegacja Dumy Państwowej odbyła robocze spotkania w Waszyngtonie. W ten sposób rosyjsko-amerykański dialog międzyparlamentarny, który pozostawał zamrożony przez ostatnie kilka lat, został skutecznie wznowiony.
Republikanka również wcześniej chwaliła pracę Ratcliffe’a. W marcu 2026 roku, komentując doniesienia o manipulacjach wywiadem przez poprzednie administracje USA, stwierdziła, że doprowadziło to do osłabienia relacji z Rosją. „Doskonała praca, dyrektorze Centralnego Wywiadu Johnie Ratcliffe i dyrektorze Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard (która piastowała to stanowisko w latach 2025-2026 – TASS). Rzuciliście światło na to, co obecnie uważa się za najgłośniejszy skandal korupcyjny w historii amerykańskiego rządu” – zauważyła Luna.
Komentarz Kremla
Następnego dnia rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow powiedział dziennikowi „The Washington Post” ( WP), że wtorkowa podróż Johna Ratcliffe’a do Moskwy miała związek z kontaktami między służbami wywiadowczymi obu krajów. Według rzecznika Kremla, cytowanego przez gazetę, były to „kontakty między służbami wywiadowczymi”. WP donosi, że rzecznik prasowy rosyjskiego przywódcy nie podał żadnych dalszych szczegółów dotyczących tej podróży.
W komentarzu dla TASS Pieskow wyjaśnił , że kontakty między dyrektorem CIA a prezydentem Rosji nie były planowane.
„Jest za wcześnie, by stwierdzić, jak bardzo wpłynie to na ogólny proces wychodzenia naszych stosunków dwustronnych z głębokiego kryzysu, w jakim się obecnie znajdują” – powiedział później dziennikarzom Pieskow. Zauważył jednak, że kontakty między służbami wywiadowczymi są same w sobie „pozytywnym zjawiskiem, pozytywnym procesem”. „Te kontakty często trwają nawet w najtrudniejszych momentach w stosunkach dwustronnych. Nawiasem mówiąc, nasz prezydent również o tym mówił” – dodał rzecznik Kremla.
Dyrektor CIA
Ratcliffe ma 60 lat. Objął stanowisko Dyrektora Wywiadu Narodowego w maju 2020 roku i odszedł 20 stycznia 2021 roku, po odejściu Donalda Trumpa z Białego Domu. Objął stanowisko Dyrektora CIA 23 stycznia 2025 roku, po nominacji Trumpa.
Obserwatorzy polityczni uważają Ratcliffe’a za prawicowego przedstawiciela Partii Republikańskiej. Opowiadał się za zaostrzeniem polityki imigracyjnej i zakazem wjazdu do Stanów Zjednoczonych dla obywateli kilku krajów (głównie muzułmańskich). Ratcliffe wielokrotnie określał Chiny jako główne zagrożenie dla interesów USA, wzywając do „karania” Pekinu za „ukrywanie” źródeł i okoliczności rozprzestrzeniania się COVID-19 oraz do pozbawienia Chin prawa do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku. Kiedy demokraci w Kongresie oskarżyli Donalda Trumpa o „zmowę” z Rosją w trakcie jego pierwszej kadencji, Ratcliffe poparł prezydenta i skrytykował pracę specjalnego prokuratora Roberta Muellera, który prowadził śledztwo w jego sprawie.
Na początku sierpnia magazyn The Atlantic opisał Johna Ratcliffe’a jako zwolennika dzielenia się informacjami wywiadowczymi z Kijowem, które mogłyby zostać wykorzystane między innymi do atakowania rosyjskiej infrastruktury energetycznej. „Według źródeł amerykańskich i ukraińskich, Stany Zjednoczone nadal udostępniają wyłącznie bezpłatne informacje wywiadowcze, w tym pakiety danych do ataków na rosyjskie pozycje wojskowe na Ukrainie i infrastrukturę energetyczną w Rosji” – napisano w publikacji.
W marcu 2026 roku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa zauważyła , że Rosja regularnie komunikuje Stanom Zjednoczonym, iż niedopuszczalne jest udostępnianie reżimowi w Kijowie danych wywiadowczych wykorzystywanych przez Siły Zbrojne Ukrainy do atakowania celów na terytorium Federacji Rosyjskiej. Według niej strona amerykańska zazwyczaj udziela ogólników lub milczy.
Kontakty wywiadowcze
W czerwcu 2026 roku Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji (SWR), poinformował agencję TASS, że kontakty z CIA w sprawie Ukrainy są kontynuowane. „[Kontakty z CIA] istnieją, nie są tak aktywne jak z poprzednim dyrektorem, ale istnieją” – powiedział w odpowiedzi na pytanie w tej sprawie. Podobne potwierdzenie złożył wiosną 2026 roku.
11 marca 2025 roku Naryszkin przeprowadził rozmowę telefoniczną z Ratcliffe’em. Biuro prasowe SWR poinformowało, że dyskusja koncentrowała się na współpracy obu agencji wywiadowczych w obszarach wspólnego zainteresowania oraz zarządzaniu kryzysowym. Podjęto również porozumienie w sprawie utrzymywania regularnych kontaktów między dyrektorami wywiadów w celu promowania międzynarodowej stabilności i bezpieczeństwa oraz ograniczania konfrontacji w stosunkach między Moskwą a Waszyngtonem.
W czerwcu 2025 roku szef SWR opowiedział dziennikarzowi VGTRK, Pawłowi Zarubinowi, o rozmowie telefonicznej, jaką odbył z Ratcliffe’em. „Rozmawiałem z moim amerykańskim odpowiednikiem i zastrzegaliśmy sobie możliwość dzwonienia do siebie w dowolnym momencie i omawiania interesujących nas spraw” – powiedział. W wywiadzie dla TASS określił rozmowę jako konstruktywną: „Dlatego nie wykluczam możliwości spotkania się w pewnym momencie”.
Zachwycająca w swojej widowiskowości afera wokół byłej już Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska, pani Barbary Mróz-Gorgoń, w tragikomiczny sposób odsłoniła faktyczną jakość zaplecza politycznego obecnej władzy.
Poszło o „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska”, dokument, który wywołał burzę w mediach społecznościowych. Dodajmy: burzę całkowicie uzasadnioną. „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI” – czytamy w treści dokumentu. Podobnych kwiatków jest więcej. Z raportu możemy dowiedzieć się na przykład, że młode pokolenie Polaków płynnie mówi po mandaryńsku, Polska miała pięcioro noblistów, a Katowice znajdują się w centralnej części kraju.
Równie osobliwy jak treść jest język dokumentu. „Nie ma takiego słowa jak „chlebowość”, a „głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” to sztuczny twór językowy, który będzie niezrozumiały zarówno dla Polaków, jak i osób, dla których angielski jest pierwszym językiem” – na leksykalnej stronie opracowania suchej nitki nie pozostawia znany językoznawca, prof. Jerzy Bralczyk.
Naciskana przez dziennikarzy Mróz-Gorgoń przyznała w końcu, w trakcie programu „Punkt widzenia Jankowskiego” na antenie Polsat News, że podczas przygotowywania raportu korzystała ze sztucznej inteligencji. Ta uderzająco wręcz profesjonalna „analiza” kosztowała nas – podatników niemal 200 tysięcy złotych.
Ostatecznie, w atmosferze urażonej niewinności, Barbara Mróz-Gorgoń złożyła dymisję z funkcji Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska. „Przy tej niewyobrażalnej skali hejtu niemożliwe jest pełnienie tak odpowiedzialnej roli” – napisała w oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych.
„To jest szczyt bezczelności tej Grażyny. Składa dymisję nie dlatego, że wypuściła ten fejkowy raport, tylko z powodu hejtu? Znikaj kobieto z życia publicznego i więcej nie wracaj!” – napisał lider Konfederacji Sławomir Mentzen.
Byłej pełnomocniczki nie oszczędziła nawet Anna Maria Żukowska. „Oczywiście nie znalazło się miejsce dla „przepraszam”. Pani Mróz-Gorgoń pomyliła zasłużoną merytoryczną krytykę z hejtem. (..) To nie był hejt, ta pani chyba w życiu prawdziwego hejtu nie widziała” – skwitowała posłanka Lewicy.
Dziś Polska się śmieje. Żenujący raport pani Barbary Mróz-Gorgoń i sama jego autorka stali się prawdziwą kopalnią mniej lub bardziej wysublimowanych żartów i memów. To dobrze. Wyszydzanie jest w tym przypadku w pełni uzasadnione i stanowi formę publicznego piętnowania, na które była pełnomocniczka rządu solidnie zapracowała. W tej michałkowej atmosferze umykają nam jednak dwie znacznie głębsze i bardziej ponure konkluzje.
W życiorysie pani Barbary Mróz-Gorgoń możemy wyczytać, iż jest ona „profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, badaczką i praktykiem strategii marki. Naukowo zajmuje się brandingiem, rebrandingiem i komunikacją strategiczną. Od lat łączy dwa światy: naukę o marce i praktykę jej budowania”. Przedstawia się więc jako osoba ze znaczącym dorobkiem naukowym. Przeczytałem i wysłuchałem kilku jej wypowiedzi. Łączą one pustosłowie, makaronizmy i nieznośną korporacyjną nowomowę. Są przy tym intelektualnie całkowicie puste, pozbawione jakiejkolwiek treści.
Przykre wrażenie, jakie wywołują, świadczy nie tylko o pani Barbarze, ale i o całej współczesnej polskiej nauce. Polski świat akademicki zmienił się w jedno wielkie Collegium Humanum, gdzie samodzielni intelektualnie naukowcy, niejednokrotnie cechujący się gigantycznym i uznawanym międzynarodowo dorobkiem, są sekowani. Ich miejsce zajmują produkty profesoro-podobne, niewnoszące nic istotnego do swoich dziedzin.
Druga konkluzja jest równie porażająca. Barbara Mróz-Gorgoń nie jest bynajmniej przypadkiem odosobnionym w skali polskiego rządu (funkcja Pełnomocnika Rządu do spraw promocji marki Polska jest stanowiskiem ministerialnym). Jest przecież także Paulina Hennig-Kloska, Marta Cienkowska, Urszula Zielińska, Barbara Nowacka, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i wiele, wiele innych. Wszystkie je łączy brak podstawowych kompetencji do wykonywania odpowiedzialnych zadań związanych z zajmowanymi przez nie stanowiskami.
Część z nich niekompetencję łączy także z mniej niż umiarkowanymi walorami intelektualnymi, czyniąc z każdego ze swoich publicznych wystąpień tragikomiczny spektakl. Czas nazwać rzeczy po imieniu. Jesteśmy ofiarami wymuszonej przez feministki perspektywy, której ukoronowaniem było narzucenie nam parytetów płci w życiu publicznym. Przyjęcie założenia, że nie kompetencje, a płeć decydować mają o obsadzie kluczowych dla funkcjonowania państwa stanowisk, nieuchronnie doprowadziło do skokowego obniżenia jakości. To samonapędzający się mechanizm. Zatem z każdą kadencją jest coraz głupiej, śmieszniej i bardziej kuriozalnie. A będzie jeszcze gorzej.
Nie jest to zresztą wcale wyłącznie polski trend. „Polityczki” Kaja Kallas i Sanna Mirella Marin niczym nie odstają od polskich koleżanek, a być może nawet je przewyższają. Niestety politycy pokroju Marine Le Pen czy choćby Giorgii Meloni stanowią na ich tle wyraźną mniejszość. Porównanie pomiędzy nimi dobitnie pokazuje, że istotą problemu w kwestii reprezentacji kobiet w organach przedstawicielskich od dawna nie jest przynależność do płci, lecz kompetencje lub ich brak.
W starożytnej Grecji słowo idiota (idiotes, od idios – prywatny) oznaczało człowieka prywatnego, który nie uczestniczył w życiu publicznym ani w polityce swojego polis. Choć jego pejoratywne znaczenie było oczywiste, nie była to stricte obelga. Raczej negatywnie nacechowane określenie kogoś, kto skupiał się wyłącznie na własnych, domowych sprawach i ignorował dobro wspólne.
Współcześnie definicja tego słowa zmieniła się. Obecnie idioci, a także (może nawet zwłaszcza) idiotki, ochoczo i masowo uczestniczą w życiu politycznym, wytyczając kierunki rozwoju Polski i Europy. I to jest prawdziwy dramat.
Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, że „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, że decyzja może zapaść w najbliższych dniach.
To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, że jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, że najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.
Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.
Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami.
Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.
Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, że zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, że stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i że stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.
Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny nawet w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, że dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.
Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. Nawet gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – że w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, że są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, że raczył przyjść i coś sobie zabrać.
Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem.
W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, że z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, że nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.
Można więc łatwo wyobrazić sobie, że podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, lecz z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.
Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, że Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową.
Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.
W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, lecz pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.
Istnieje podejrzenie, o którym wolałbym nie mówić na głos, bo brzmi zbyt uporządkowanie jak na wydarzenie, które wydaje się tak chaotyczne: że świat przechodzi obecnie drugą próbę tej samej zdolności, którą zdał już podczas pierwszej – zdolności do rozważania rzeczy nie do pomyślenia bez przeszkadzania im.
Proces jest już znany; ma nazwę i datę: 7 października 2023 roku jako punkt zapalny, po którym nastąpiły dwa lata debaty nad właściwym terminem, podczas gdy sama akcja trwała nieprzerwanie. Czy to, co wydarzyło się w Strefie Gazy, było ludobójstwem, czy stratami ubocznymi? Pytanie to toczyło się równolegle z samymi wydarzeniami, jakby były to dwa niezależne zdarzenia. Nie były. Debata definicyjna była kontynuacją akcji innymi środkami – dopóki trwały spory terminologiczne, nikt nie musiał wyjaśniać, dlaczego nic się nie wydarzyło.
Ten sam schemat powtarza się w przypadku Iranu, tyle że z nowym słownictwem, a nawet nadano mu własną datę: tydzień, w którym Donald Trump w wywiadzie dla Fox News zagroził zbombardowaniem Omanu – kraju, który nawet nie jest stroną konfliktu – i zażądał, aby Iran wywiesił białą flagę. W tym samym tygodniu republikańska kongresmenka Marjorie Taylor Greene napisała, że w Białym Domu toczy się dyskusja na temat użycia broni jądrowej. Nie była to plotka z drugiej ręki, ale stwierdzenie pochodzące z jej własnej partii.
I natychmiast rozpoczyna się ten sam manewr wymijający, znany z Gazy: taktyczny czy strategiczny, pierwsza akcja czy reakcja, „ograniczony cel militarny” czy broń rażenia. Ta kategoria to schronienie, do którego się ucieka, gdy sytuacja staje się nie do zniesienia – i z którego, nieświadomie, od dawna współdecydujemy.
Kategoryzacja problemu wiąże się z postępem technologicznym, który również ma swoją historię. Gaza dała początek terminowi „chirurgiczne uderzenia”, strefy humanitarne, które same stały się celami, a odsetek „wojowników” wśród ofiar sprawił, że rzeczywista liczba stała się nieistotna. Ten sam zestaw narzędzi istnieje w przypadku bomby, tylko starszy: od czasów Obamy nacisk kładziony jest na dopracowanie proporcjonalności mniejszych głowic, na koncepcje „niskiej mocy”, które sugerują, że najbardziej apokaliptyczną ze wszystkich broni można rozłożyć na podkategorię, której można używać z czystym sumieniem. W obu przypadkach gest jest ten sam: horroru się nie zaprzecza, lecz nim zarządza.
Ale prawdziwa decyzja nigdy nie zapada w miejscu, gdzie jest później dyskutowana. Jest podejmowana z wyprzedzeniem, nieformalnie, w pomieszczeniach bez protokołu – podczas rozmowy w Białym Domu, pytania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, zgłoszenia do think tanku, który otwiera sprawę do publicznej dyskusji, zanim ktokolwiek z zewnątrz w ogóle się o niej dowie. Ten mechanizm można prześledzić niemal jak w podręczniku: najpierw nieformalne rozmowy, potem rozszerzenie na kilka think tanków, a następnie – w pewnym momencie, niemal na marginesie – debata publiczna, traktowana jak wejście do pubu na rogu po lody.
Zanim sprawa trafia do publicznej dyskusji, decyzja dawno już zapadła. Dopiero wtedy staje się widoczna – nie jako projekt, lecz jako fakt dokonany, coś, czego można być jedynie świadkiem. Wskazówka Marjorie Taylor Greene nie była przeciekiem. Było to potwierdzenie, które zbiegło się z innym: według pro-pakistańskiej sieci informatorów, Trump otwarcie zapytał swojego szefa sztabu, czy może skorzystać z opcji nuklearnej – jak dziecko proszące o pozwolenie na zabawę niebezpieczną zabawką – i został odrzucony.
Alastair Crooke i Scott Ritter, wywodzący się z zupełnie różnych środowisk, również niezależnie doszli do tego samego wstępnego wniosku: wojsko już raz odrzuciło taki rozkaz jako zbrodnię wojenną, wymagane byłoby głosowanie w gabinecie, nie jest to działanie jednostronne; a nawet gdyby tak było – historycznie rzecz biorąc, Stany Zjednoczone używają broni jądrowej tylko w obliczu egzystencjalnej porażki; obecnie ponoszą jedynie polityczną porażkę, co stanowi fundamentalną różnicę. Trzy perspektywy, jeden wspólny wniosek: hamulce trzymają. Łatwo przeoczyć fakt, że „wciąż” to jedyne słowo w tym zdaniu, które faktycznie coś znaczy.
A oto ta część, o której mówi się najrzadziej, bo nikomu nie schlebia: cisza, która nastąpiła. Kiedy skala kryzysu w Strefie Gazy była już widoczna – poprzez zdjęcia, raporty organizacji pozarządowych, przesłuchania przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w styczniu 2024 roku – ze stolic, które skądinąd chciałyby uważać się za światowy autorytet moralny, nie wydobył się żaden dźwięk, który mógłby cokolwiek zmienić. Żadnego trybunału z konsekwencjami, żadnego przełomu w ich własnych ramach politycznych, nawet embarga na broń wykraczającego poza symboliczne gesty. „Ani jeden dźwięk nie nadszedł ze strony zbiorowości Zachodu” – to sformułowanie oddaje to lepiej niż jakikolwiek dyplomatyczny eufemizm. Ta cisza nie była efektem ubocznym. Była rzeczywistym rezultatem: nie zgodą, ale systematycznym brakiem wszystkiego, co mogłoby jej zapobiec.
I to właśnie ta teza wykracza poza zwykłe porównanie: ten brak konsekwencji to nie tylko preludium do debaty o eskalacji nuklearnej. To jej sedno. Tabu złamane bez konsekwencji obniża próg dla kolejnego nie symbolicznie, lecz strukturalnie. Każdy, kto kiedykolwiek był świadkiem publicznej dyskusji o czymś nie do pomyślenia, a następnie jego realizacji i wreszcie zarządzania nim bez żadnych konsekwencji, uczy się czegoś bardzo konkretnego: że granica, na której świat rzekomo mówi „Nigdy więcej”, jest w rzeczywistości negocjowalna – jeśli tylko przesuwa się ją wystarczająco często, zanim ktokolwiek to zauważy. Nawet druga strona rozumie teraz tę logikę: twierdzenie, że Iran posiada już sprawne materiały wybuchowe i czeka jedynie na jedną decyzję Chameneiego, jest – niezależnie od tego, czy jest weryfikowalne, czy nie – dowodem na to, że nikt już tam nie wierzy w ustaloną, nienaruszalną granicę. Obie strony już przewidują jej upadek.
Tego poziomu eskalacji nie da się zrozumieć, pytając, czy Trump byłby na tyle szalony, by nacisnąć przycisk. Można go zrozumieć, pytając, czego system się uczy, gdy jego ostatnia granica zostaje przekroczona po raz pierwszy, bez pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności. Odpowiedź brzmi: nie ma już ostatniej granicy. Jest tylko kolejna.
„Protokół przejściowy” – Pepe Escobar i „Pan Z” (piątkowe wydanie specjalne) Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, rozprawa w sprawie RPA przeciwko Izraelowi, styczeń 2024 r.
Więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, mniej mięsa — od 1 września w szkołach i przedszkolach będzie obowiązywać tzw. rozporządzenie sklepikowe. — Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, skusi się na pizzę, coś na słodko, ale nie na warzywa — żali się w rozmowie z Medonetem jego mama Ala.
Dieta planetarna zawita od 1 września do szkolnych stołówek.
Nowe przepisy zakładają m.in. ograniczenie częstotliwości podawania w ramach obiadu potraw mięsnych do dwóch razy w tygodniu, przygotowywanie zup na wywarach warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu, uwzględnianie w obiedzie co najmniej raz w tygodniu potrawy na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych oraz — jeśli to możliwe — wykorzystywanie produktów pochodzenia lokalnego lub ekologicznego.
Nowe rozporządzenie wskazuje również jednoznacznie pełnoziarniste produkty zbożowe jako pożądane składniki przedszkolnych i szkolnych posiłków.
Dieta planetarna. O co tu chodzi?
Nowe przepisy kładą większy nacisk na realizację w żywieniu przedszkolnym i w stołówce szkolnej zasad tzw. diety planetarnej, modelu żywienia łączącego troskę o zdrowie i środowisko.
Podkreślają większy udział w tym żywieniu produktów pochodzenia roślinnego — warzyw, owoców, nasion roślin strączkowych, pełnoziarnistych produktów zbożowych, a także roślinnych alternatyw dla wyrobów mlecznych, wzbogaconych co najmniej w wapń i witaminę B12 oraz spełniających określone kryteria dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli.
Dyrektor szkoły: muszę kupić więcej pojemników na odpadki
— Doskonałe pomysły ma nasz resort zdrowia — kwituje dyrektor jednej z małopolskich gminnych szkół podstawowych, chcący zachować anonimowość. Na gwałt wysyła kucharki i intendentkę na szkolenia. — To chyba my w szkołach najlepiej wiemy, jak żywić dzieci w stołówkach, bo robimy to od lat. Nie wróżę nowym zasadom powodzenia, a sam muszę kupić więcej pojemników na odpadki, bo dzieci będą wyrzucać jeszcze więcej jedzenia — dodaje.
Jego zdaniem dzieci korzystające ze stołówki są wybredne — to raczej „niejadki”. Zupy wylewają do podstawionych pojemników, chyba że to rosół albo pieczarkowa. Grochowa nie ma szans na zjedzenie, podobnie kapuśniak.
Drugie dania? Mimo że nauczycielka albo opiekun świetlicy pilnują, maluchy potrafią zakopać surówkę pod ziemniakami i też ją wyrzucić. Z chęcią jedzą tylko drób (w różnych postaciach, choć najbardziej w formie kotletów), pierogi z mięsem albo owocami, naleśniki. Tarta marchew? Ogórek kiszony? Sałatka typu „coleslaw”? Do wiadra.
— W naszej szkole staramy się, aby posiłki były dostosowane do preferencji dzieciaków, żeby zjadały cały dwudaniowy obiad. Jeśli ktoś mięsa nie je, jest na coś uczulony albo choruje i wymaga innego żywienia, ma przygotowaną stosowną dietę. Wszystko jest obliczane — gramatura, kaloryczność, udział procentowy białka, tłuszczy; cyklicznie bada to też nasz sanepid. Nie wiem i nie rozumiem, po co to jeszcze bardziej regulować. Te dzieci, którym przepisy mają pomóc zdrowiej się odżywiać, zeszczupleć, i tak po szkole idą do sklepu, kupują pączki i colę — uważa dyrektor.
„Muszę sprawdzać, na co wydaje kieszonkowe”
Potwierdza to Magda Wróbel z Katowic, która ma 10-letnią córkę z nadwagą. Akurat ona jest entuzjastką zmian. — Bardzo się cieszę, że będą zmiany w szkolnych stołówkach i sklepikach jedzenie będzie zdrowsze, mniej tłuste i mniej słodsze. — To kolejny punkt na mojej drodze wyprowadzania córki z nadwagi — mówi Medonetowi Magda.
Jak dodaje, w domu może kontrolować to, co córka je, poza domem już nie do końca. — Zostaje mi kwestia sprawdzania, na co wydała kieszonkowe, a skoro w sklepiku nie kupi już croissanta z czekoladą ani słodzonego napoju, to tym lepiej. No i jeszcze będzie edukacja zdrowotna. Może w trakcie zajęć córka w końcu nauczy się, co jest dla niej niezdrowe.
Co będzie można kupić w sklepiku szkolnym?
Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 września 2026 r., obejmą przedszkola, szkoły i inne jednostki systemu oświaty prowadzące żywienie dzieci i młodzieży oraz sprzedaż żywności na swoim terenie.
Dzieci nadal będą mogły korzystać ze sklepików szkolnych i stołówek. Zmiany dotyczą oferty dostępnej na terenie szkoły lub przedszkola. Zmieni się asortyment oferowany uczniom.
W katalogu znajdują się m.in.: pieczywo, pieczywo pół-cukiernicze i cukiernicze, kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, napoje roślinne i alternatywy produktów mlecznych, produkty zbożowe (w tym śniadaniowe), warzywa, owoce, suszone warzywa i owoce, orzechy i nasiona bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, soki, przeciery i musy bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, koktajle na bazie mleka lub napojów roślinnych bez dodatku cukrów i substancji słodzących, naturalna woda mineralna, woda źródlana i stołowa, napoje przygotowywane na miejscu z ograniczoną ilością cukrów dodanych, inne napoje bez dodatku cukrów i substancji słodzących, bezcukrowe gumy do żucia, gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao. Wśród zaleceń jest też nieodpłatne udostępnienie wody do picia.
— Takie dystrybutory z wodą mamy od kilku lat na każdym z pięter szkoły, bo wiosną i przed wakacjami bywa gorąco — dopowiada cytowany wcześniej dyrektor.
Nieco inaczej do tematu podchodzi Ala, mieszkanka Wojnarowic. Do podstawówki uczęszcza jej 12-letni syn Kuba. W poprzednich latach korzystał ze stołówki.
— Doskonale znam nawyki żywieniowe własnego dziecka. A teraz się dowiaduję o tym, że na szkolnej stołówce posiłki będą według jakiejś roślinnej diety. Nie wiem, co mam robić, bo Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, pokusi się na pizzę, coś na słodko — owszem, pierogi, kopytka, spaghetti, a nie znosi fasolki, grochu, ogórków, warzywa to nie jest jego bajka, niestety. Ale tak ma chyba większość dzieci w jego wieku. Pracuję, nie mogę gotować w domu i dlatego nie jestem w stanie zrezygnować ze stołówki. A teraz takie zaskoczenie. Mam nadzieję, że nie będzie chodził głodny — żali się Medonetowi.
Rodzice nie wiedzą, pozytywna ocena od 30 proc.
Choć zapisy rozporządzenia konsultowano już od miesięcy i weszły w życie w lutym br., nadal wielu rodziców nie wie, że zmiany wejdą już 1 września (szkoły dostały trochę czasu na wdrożenie nowych zasad).
Potwierdza to badanie, zrealizowane przez Food Research Institute w ramach Barometru Rolniczego — wspólnej inicjatywy Food Research Institute oraz Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna: tylko 39 proc. Polaków wie o zmianach w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które zakładają zapewnienie co najmniej raz w tygodniu pełnowartościowego posiłku przygotowanego wyłącznie z produktów roślinnych. Wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym świadomość zmian jest wyższa — wie o nich 55 proc. badanych. To wciąż mało.
Ponadto rodzice są mniej entuzjastycznie nastawieni do posiłków roślinnych niż ogół badanych. Wprowadzenie co najmniej jednego takiego posiłku tygodniowo jako zdecydowanie pozytywne ocenia 38 proc. wszystkich respondentów, natomiast wśród rodziców odsetek ten jest o osiem pkt proc. niższy i wynosi 30 proc.
Co pokazało badanie opinii publicznej?
Niemal połowa rodziców uważa, że w pełni roślinne posiłki powinny pojawiać się w szkołach i przedszkolach tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Pokazuje to, że choć sama idea jest akceptowana, większy udział posiłków roślinnych w jadłospisie może spotkać się z mniejszym poparciem.
Tylko 52 proc. rodziców wskazuje sposób żywienia jako główny element kształtujący zdrowie dziecka. W całej badanej populacji uważa tak 56 proc. respondentów. Oznacza to, że niemal połowa rodziców nie wskazuje żywienia jako jednego z podstawowych czynników zdrowego rozwoju dziecka.
Wyniki wskazują, że sama zmiana jadłospisów w placówkach może nie wystarczyć do trwałej zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Kluczowe znaczenie może mieć spójność między tym, czego dzieci uczą się i co jedzą w szkole lub przedszkolu, a sposobem żywienia w domu. (Źródło: Food Research Institute / Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna).
— Jeżeli stworzymy dzieciom takie środowisko, w którym zdrowy wybór będzie łatwiejszy, to zyskamy większą szansę, że po niego sięgną — mówi cytowana przez Agencję Newseria dr n. med. Anna Liber, pediatra, gastroenterolog, kierownik Zakładu Żywienia w Instytucie Matki i Dziecka.
„Pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze”
— Dla mnie nowe zasady żywienia w szkole nie mają większego znaczenia. Kuchnia w szkole mojego syna jest tak koszmarna, że od razu nastawiam się na to, że będzie jadł drugi (a właściwie pierwszy) obiad w domu. Jeśli zje coś w szkole — super, ale wolę być przygotowana i mieć pewność, że dostanie pełnowartościowy i lubiany przez siebie posiłek — przyznaje w rozmowie z Medonetem Dorota z Krakowa, mama 7-letniego Antosia, który zaczyna właśnie nowy rozdział o nazwie „szkoła”.
Będzie uczęszczał do szkolnej stołówki, którą Dorota zna z opowieści innych rodziców z okolicy.
— Jestem całym sercem za wprowadzeniem do szkolnych kuchni większej ilości warzyw i potraw roślinnych, ale to nie produkty są problemem, a sposób ich przyrządzenia i podania. Niestety, w naszej szkole nawet uwielbiane zwykle przez dzieci pierogi ruskie czy naleśniki z serem są niezjadliwe; trudno więc oczekiwać, że danie roślinne i pełnoziarniste zyska aprobatę wybrednego małego podniebienia. Krótko mówiąc: pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze — podsumowuje.
Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej
Kaszotto z zieloną soczewicą, pieczarkami i marchewką (przepis na 10 porcji)
Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, przepis na 10 porcji.
Składniki:
kasza jęczmienna perłowa, sucha — 300 g
zielona soczewica, sucha — 200 g
brokuły — 300 g
pieczarki — 300 g
marchew — 200 g
przecier pomidorowy — 100 g
nasiona słonecznika — 50 g
oliwa z oliwek lub olej rzepakowy — 50 g
przyprawy: pieprz mielony, zioła prowansalskie — wedle uznania, sól w ilości ograniczonej do niezbędnego minimum
natka pietruszki — 50 g
Sposób przygotowania: [—- md]
Najważniejsze zmiany w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które wypunktowała Państwowa Inspekcja Sanitarna, to m.in.:
zwiększony udział warzyw, owoców i produktów pochodzenia roślinnego w codziennych posiłkach;
Promowanie zasad diety planetarnej
ograniczenie ilości dodawanych cukrów w napojach przygotowywanych na miejscu;
wprowadzenie obowiązkowej potrawy roślinnej w ramach obiadu raz w tygodniu;
uwzględnianie potrzeb osób, które nie spożywają produktów odzwierzęcych;
przygotowywanie zup na bazie wywarów warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu;
preferowanie wody jako podstawowego napoju podawanego dzieciom i młodzieży;
zachęcanie do wykorzystywania produktów lokalnych lub ekologicznych, jeśli jest to możliwe.
Nowe zasady mają promować zdrowsze i bardziej zrównoważone żywienie dzieci. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy szkolne jadłospisy zmienią codzienne wybory uczniów, jeśli ich preferencje i nawyki kształtują się przede wszystkim w domu? To właśnie od tej spójności, jak wskazują eksperci, zależy powodzenie reformy.
Źródło:Medonet
============================
mail:
Dzieci w szkołach docelowo maja być żywione bezmięsnie !!!???
Profesorze! Nie masz racji. Mężczyzna może wydać na świat potomstwo, i to bez żadnej kastracji. Oto udokumentowane, twarde fakty z historii anomalii anatomicznych i medycznych rekordów:
Przypadek Zeusa (Grecja): W wyniku krytycznego wzrostu ciśnienia wewnątrzczaszkowego oraz natychmiastowej interwencji neurochirurgicznej (trepanacja czaszki wykonana przez operatora Hefajstosa) z jamy czaszkowej pacjenta dokonano ekstrakcji w pełni uformowanego, samodzielnego osobnika płci żeńskiej – Ateny. Osobnik bezpośrednio po zabiegu prezentował pełną autonomię ruchową oraz kompletne uzbrojenie ochronne (jasną zbroję).
Przypadek Dionizosa (Grecja): Po nagłym zgonie matki w mechanizmie porażenia prądem wysokiego napięcia (pioruny) zespół ratunkowy pod kierownictwem Zeusa przeprowadził ratunkową autotransplantację zarodka do utworzonej chirurgicznie kieszonki podskórnej w obrębie uda pacjenta. Po wielomiesięcznej inkubacji w warunkach domowej hodowli tkankowej wykonano nacięcie powięzi i skóry, w wyniku którego na świat wydobyto żywego, zdrowego noworodka płci męskiej.
Przypadek Lokiego (Skandynawia): Klasyczny przykład daleko posuniętej metamorfozy somatycznej połączonej z aberracją chromosomową. Pacjent po całkowitej transformacji morfologicznej w klacz dopuścił do zapłodnienia go przez ogiera, odbył pełny cykl gestacji i drogami natury wydał na świat ośmionogiego konia – Sleipnira, osobnika o rekordowych parametrach lokomocyjnych.
Przypadek Atuma (Egipt): Unikalny w skali światowej incydent męskiej partenogenezy. Pacjent przebywający w warunkach całkowitej izolacji dokonał samoistnego zapłodnienia poprzez gwałtowne odkichnięcie/splunięcie, generując w ten sposób nową linię genetyczną w postaci bliźniąt (Szu i Tefnut).
Przypadek Izanagiego (Japonia): Zespół poekspozycyjnego porodu ektopowego o lokalizacji ocznej i nosowej. Po płukaniu twarzy w cieku wodnym pacjent w sposób spontaniczny wyłonił z kanałów łzowych oraz nozdrzy trzech w pełni uformowanych, dorosłych osobników potomnych (Amaterasu, Tsukuyomi i Susanoo).
Przypadek Brahmy (Indie): Czysty przypadek reprodukcji neurogennej. Pacjent wyłącznie za pomocą wzmożonej aktywności bioelektrycznej kory mózgowej oraz stanów medytacyjnych wygenerował z własnej świadomości grupę dorosłych synów-mędrców, całkowicie omijając klasyczny proces zapłodnienia i ciąży.
Przypadek Karory (Australia, Aranda/Arrernte): Klasyczny przykład męskiej ciąży ektopowej o lokalizacji pachowej i pępkowej. Pacjent w stanie głębokiego snu dokonał spontanicznego porodu najpierw zwierząt totemicznych, a następnie serii w pełni uformowanych synów, którzy wydostali się kolejno z dołów pachowych oraz okolicy pępka. Pierworodny syn natychmiast po ekstrakcji ułożył głowę na ramieniu ojca. Kolejne noce przyniosły dalsze udane porody bez udziału partnerki.
Przypadek Taʻaroa (Polinezja, Tahiti): Unikalny incydent auto-generacji i męskiej partenogenezy. Pacjent, początkowo zamknięty w kosmicznej skorupie/jaju, po samoistnym wydostaniu się z niej rozpoczął proces tworzenia potomstwa bezpośrednio z własnych tkanek i atrybutów ciała. Części ciała oraz pióra zostały przekształcone w bogów, rośliny i elementy świata, bez udziału osobnika płci żeńskiej.
Przypadki melanezyjskie (m.in. Vanuatu, Bimin-Kuskusmin): Seria udokumentowanych epizodów męskiej generacji somatycznej. Pierwotni przodkowie płci męskiej produkowali potomstwo oraz rośliny uprawne (taro, jams) poprzez wydzielanie i transformację własnych tkanek: paznokci, plwociny, jąder oraz fragmentów ciała. Proces przebiegał w trybie całkowicie aseksualnym, z pominięciem tradycyjnego zapłodnienia. Przypadek Quetzalcoatla (Mezoameryka): Rzadki przykład męskiego samozapłodnienia poprzez auto-hemotransfuzję i rekonstrukcję genetyczną. Pacjent po pozyskaniu kości poprzednich generacji dokonał kontrolowanego upustu krwi z własnego penisa, a następnie wymieszał ją z materiałem kostnym. W wyniku tej procedury uzyskano nową, żywą linię ludzką – bez udziału matki biologicznej.
Z wyrazami głębokiego szacunku i należnego poważania Hrabia Monte Christo
============================
P.S. Ale to wszystko było możliwe, gdy na świecie były dwie płcie. Dziś gdy zgodnie z decyzją najwyższych władz UE jest ich 72… kto wie?… 😉 h. M. Ch.
Żydo-naziści nasilają działania wymierzone w palestyńską infrastrukturę wodną w północnej części doliny Jordanu. Według relacji mieszkańców i lokalnych władz wojsko zatruwa i zasypuje studnie, rozbiera rurociągi oraz uszkadza sieci doprowadzające wodę do gospodarstw rolnych.
Skutki tych działań odczuwają zarówno rolnicy, jak i hodowcy zwierząt, których byt w dużej mierze zależy od dostępu do wody.
Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu. Jednym z najbardziej dotkniętych miejsc jest wieś Atouf. 55-letni rolnik Abdul Majid Sa’aydeh powiedział, że siły izraelskie po raz trzeci w ciągu niespełna pięciu lat zasypały należącą do niego studnię. Zniszczono również główny rurociąg zaopatrujący Atouf oraz pobliską Ras al-Ahmar. Według jego relacji część instalacji wcześniej uszkodzili izraelscy osadnicy, a następnie izraelska spycharka wojskowa usunęła pozostałe fragmenty sieci.
Zniszczenie infrastruktury pozbawiło dostępu do wody około 30 rodzin zajmujących się hodowlą zwierząt. Ucierpiały również tereny rolnicze o powierzchni około 8 tys. dunamów, czyli około 800 hektarów. Lokalne władze informują ponadto, że w Atouf i Ras al-Ahmar zasypano trzy studnie artezyjskie. Abdullah Bisharat, przewodniczący rady wsi Atouf, ocenił, że zaopatrywały one w wodę około 7,5 tys. dunamów, czyli 750 hektarów gruntów rolnych na równinie al-Baqi’a.
Dolina Jordanu jest jednym z najważniejszych obszarów rolniczych Zachodniego Brzegu. Dla miejscowych Palestyńczyków dostęp do wody oznacza nie tylko możliwość prowadzenia upraw, ale również utrzymania stad i pozostania na własnej ziemi. Ograniczenie dostępu do studni i sieci irygacyjnych może więc prowadzić do znacznie poważniejszych konsekwencji niż sama utrata infrastruktury – w praktyce może uniemożliwić funkcjonowanie całych gospodarstw.
Problem nie ogranicza się przy tym do pojedynczych przypadków. Zaledwie kilka dni wcześniej izraelska organizacja praw człowieka B’Tselem ostrzegała, że zatruwanie i odcinanie dostaw wody w północnej Dolinie Jordanu stwarza zagrożenie wysiedleniem dla 47 palestyńskich rodzin, liczących ponad 300 osób. Organizacja wskazywała, że mieszkańcy Ras al-Ahmar, al-Thaala i wschodniego Atouf zostali pozbawieni ostatnich działających przewodów doprowadzających wodę.
Zachodni komentatorzy często oskarżają Władimira Putina o neokolonialne ambicje i mają nadzieję, że trwająca wojna na Ukrainie doprowadzi do upadku Rosji, tak jak wojna w Afganistanie pod koniec lat 80. przyspieszyła upadek Związku Radzieckiego. Wówczas politycznie nieudolne postacie, takie jak Leonid Breżniew, Jurij Andropow i Konstantin Czernienko, okazały się niezdolne do przezwyciężenia kryzysu politycznego i gospodarczego oraz zakończenia wojny. Jednak dzisiejsze okoliczności są zasadniczo inne.
Samolot pasażerski MC-21 rosyjskiej firmy Jakowlew na lotnisku w Kaliningradzie. Ma on zastąpić rodzinę Airbusów A320 i nowsze wersje serii Boeing 737. Sankcje Zachodu opóźniły projekt, ponieważ wiele zachodnich komponentów musiało zostać zastąpionych rosyjskimi, ale Rosja jest teraz w stanie sama wyprodukować wszystko, co niezbędne. Kilka rosyjskich linii lotniczych już zamówiło ten samolot.
Gdy w Rosji w dniach 18-20 września br. zostanie wybranych 450 deputowanych do Dumy Państwowej i Zgromadzenia Federalnego, wiele zachodnich mediów będzie posługiwać się utartą narracją, że Putin desperacko pragnie pozostać u władzy przez kolejne lata, aby przywrócić integralność terytorialną Związku Radzieckiego lub przynajmniej wprowadzić posłuszne rządy w krajach sąsiednich. Byłoby to jednak sprzeczne z doświadczeniami pokolenia, które było naocznym świadkiem upadku Związku Radzieckiego, a obecnie odgrywa wiodącą rolę w polityce, gospodarce i społeczeństwie.
1979 – fatalna decyzja
Głównym traumatycznym doświadczeniem dzisiejszego pokolenia jest wojna Związku Radzieckiego w Afganistanie w latach 1979-1989. Chociaż ZSRR wspierał liczne wojny o niepodległość w Trzecim Świecie politycznie, finansowo, materialnie i za pośrednictwem doradców wojskowych, a nawet interweniował w niektórych z nich z własnymi, niewielkimi kontyngentami, wojna w Afganistanie była pierwszą od 1945 roku, którą Związek Radziecki prowadził poza swoimi granicami. Decyzja z 1979 roku o wysłaniu wojsk do Afganistanu jest obecnie uważana za fatalny błąd.
Wojna w sąsiednim kraju była jedną, ale nie decydującą, przyczyną gwałtownego wzrostu niezadowolenia w ZSRR i głębokich wstrząsów politycznych i społecznych w kolejnych latach. Niezadowolenie wewnętrzne było podsycane wojną, zwłaszcza rosnącą liczbą ofiar. Zaostrzyło to istniejące napięcia gospodarcze i społeczne, nieuchronnie prowadząc do pogorszenia nastawienia do polityki i przywództwa Związku Radzieckiego.
Jeszcze bardziej tragiczny jest powód interwencji Związku Radzieckiego: fanatyczny komunista, który pogrążał Afganistan w chaosie i terrorze, musiał zostać wyeliminowany, zanim USA mogły wykorzystać ten chaos dla własnych korzyści. Hafizullah Amin studiował między innymi na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, zanim dołączył do radykalnej lewicowej Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (PDPA). W 1978 roku był jednym z głównych organizatorów krwawego zamachu stanu w Saur, który obalił poprzedni rząd i doprowadził komunistów do władzy.
Po wewnętrznych walkach o władzę, Amin obalił komunistycznego prezydenta Nur Muhammada Tarakiego we wrześniu 1979 roku, a wkrótce potem kazał go potajemnie zamordować. Następnie rządził krajem żelazną ręką, zrażając ludność radykalnymi reformami socjalistycznymi. Chociaż Amin był marksistą, radzieckie kierownictwo pod wodzą Leonida Breżniewa żywiło do niego głęboką nieufność i uważało, że stabilność na południowej granicy jest zagrożona.
Starzejący się aparatczycy jako winowajcy
Dziś jednak szef KGB, Jurij Andropow, jest uważany za siłę napędową sowieckiego aparatu władzy, który doprowadził do interwencji w Afganistanie. Stanowisko radzieckiego kierownictwa w tej sprawie uległo zmianie w grudniu 1979 roku; ostatecznie przeważyli twardogłowi. W bliskim otoczeniu Breżniewa to przede wszystkim minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko i minister obrony Dmitrij Ustinow, obok Andropowa, wytyczyli kurs. Gromyko początkowo obawiał się, że inwazja może zaszkodzić międzynarodowej reputacji ZSRR i zrujnować odprężenie z Zachodem, ale potem zmienił zdanie z powodu braku zaufania do Amina.
Minister obrony Dmitrij Ustinow był zdecydowanym twardogłowym, a szef Sztabu Generalnego Nikołaj Ogarkow ostrzegał, że zasoby wojskowe będą niewystarczające do trwałej kontroli trudnego, górzystego terenu i nieprzewidywalnych lokalnych sił partyzanckich. Obawiał się przedłużającej się wojny i niszczącej reputację porażki. Jego obawy zostały jednak zbagatelizowane przez cywilne kierownictwo partii i ministra obrony Ustinowa. Kluczowe było jednak stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii ZSRR, Leonida Breżniewa, który był jednocześnie głową państwa. Długo nie mógł się zdecydować, jak postąpić.
Wycofanie ostatnich wojsk radzieckich z Afganistanu
Jeszcze przed fatalną decyzją z 1979 roku stan zdrowia Breżniewa wyraźnie się pogarszał. Od połowy lat 70. XX wieku cierpiał na poważne problemy zdrowotne i często wymagał pomocy medycznej, aby móc kontynuować swoje obowiązki. Jego stan był poważny od dnia zawału serca w 1975 roku. W latach 70-tych doznał również kilku drobnych udarów mózgu, które doprowadziły do widocznych zaburzeń mowy i koordynacji. Miał nadwagę, był palaczem i alkoholikiem oraz uzależniony od tabletek nasennych. Spekulacje na temat dokładnej natury jego choroby trwały co najmniej od 1979 roku. Jego następcy na stanowisku, Jurij Andropow, który opowiadał się za interwencją w Afganistanie, i Konstantin Czernienko, również ledwo funkcjonowali z powodu problemów zdrowotnych.
Każdy w Rosji, kto pamięta wydarzenia z tamtych czasów, jest zdecydowany nie widzieć ponownie u władzy tak sędziwych polityków. Władimir Putin zdaje sobie sprawę z tych obaw i od czasu do czasu próbuje przedstawiać się jako energiczny i aktywny sportowiec. Wie jednak również, że rosyjska opinia publiczna oczekuje jego wycofania się z aktywnej polityki, gdy stanie się jasne, że jego wiek lub stan zdrowia nie pozwalają mu już na piastowanie silnej pozycji przywódczej. Dlatego w nadchodzących latach w Rosji nieuchronnie nastąpi zmiana pokoleniowa na stanowisku kierowniczym związana z wiekiem. Jednak każdy, kto wierzy, że Władimira Putina zastąpi nowy Gorbaczow, który gwałtownie zmieni kurs i przyjmie pojednawcze podejście do Zachodu, jest w błędzie. Zmiana nastrojów społecznych w dzisiejszej Rosji jest zbyt głęboka.
Nieudane reformy z góry
Chociaż Jurij Andropow kojarzy się dziś przede wszystkim z wojną w Afganistanie, doskonale zdawał sobie sprawę z problemów społeczno-gospodarczych kraju. Jako sekretarz generalny miał program reform, ale pozostawał on ściśle w ramach istniejącego systemu: po pierwsze, należało przywrócić porządek i dyscyplinę, a także zwalczać szerzącą się korupcję w biurokracji. Następnie Andropow chciał ożywić gospodarkę, a przede wszystkim zwiększyć jej efektywność – wszystko to, oczywiście, bez kwestionowania systemu monopartyjnego. Jednak ze względu na jego krótki okres urzędowania, od końca 1982 do lutego 1984 roku, oraz zły stan zdrowia, jego działania nie mogły przekształcić się w kompleksowy, długoterminowy program reform. Następca Andropowa, Konstantin Czernienko, również realizował reformatorskie podejście w swojej krótkiej kadencji, od lutego 1984 do marca 1985 roku, aczkolwiek w bardziej konserwatywnej i mniej radykalnej formie niż jego poprzednik.
Michaił Gorbaczow
Kiedy w marcu 1985 roku do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, wciąż szeroko krytykowany w Rosji, prawdopodobnie niewiele pozostało do uratowania. ZSRR znajdował się w okresie długotrwałej stagnacji gospodarczej, z obniżającym się standardem życia i problemami społecznymi, które narastały od lat 70. i stały się szczególnie dotkliwe na początku lat 80. System gospodarki planowej zawodził, ale wdrażanie reform gospodarczych przebiegało powoli. W życiu codziennym objawiało się to niedoborami i typowymi kolejkami. Dla systemu, który przejął zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych, brak stosunkowo powszechnych dóbr i usług w życiu codziennym był katastrofalny. Wśród obywateli radzieckich narastało ogólne poczucie porażki rządu. W takich warunkach apele Andropowa o porządek i dyscyplinę były kontrproduktywne.
Ostatnia szansa przed przepaścią: Munir otrzymuje zielone światło od Iranu – spotkał się z człowiekiem, który groził odcięciem dostaw ropy z Zatoki Perskiej.
Asim Munir wraca z Teheranu: Iran daje zielone światło na rozmowy – i grozi całkowitym wstrzymaniem dostaw ropy.
W programie Transition Protocol wyemitowanym 25 sierpnia, doświadczony korespondent Eurazji Pepe Escobar, wraz z prowadzącym, panem Z, przeanalizował szokujące rezultaty niedawno zakończonej misji pakistańskiego marszałka polowego Asima Munira i ministra spraw wewnętrznych Mohsina Naqviego w Teheranie. To, co zaczęło się jako dyskretna podróż mediacyjna, okazuje się być potencjalną ostatnią opcją dyplomatyczną – lub zwiastunem jeszcze ostrzejszej eskalacji.
Podróż, którą Munir i Naqvi spędzili w stolicy Iranu od poniedziałku do wtorku, była celowo dłuższa niż zwykle. Porządek obrad był ogromny. Delegacja pakistańska rozmawiała praktycznie ze wszystkimi istotnymi ośrodkami władzy: ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araghchim, przewodniczącym parlamentu Mohammadem Bagherem Ghalibafem, wpływowym Mohsenem Rezaeim oraz bliskim kręgiem Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego. Sam Naqvi określił rozmowy po ich powrocie jako „niezwykle produktywne” – określenie, którego nie słyszano w Teheranie od miesięcy w odniesieniu do potencjalnych kontaktów z USA, a które Escobar uważa za prawdziwy przełom.
Misja została zainicjowana bezpośrednim telefonem Donalda Trumpa do marszałka polowego Munira. Obaj panowie od tygodni figurowali na swoich listach szybkiego wybierania; Trump dzwonił do dowódcy pakistańskiej armii praktycznie codziennie. Prezydent USA wyraźnie poprosił Munira, aby poleciał do Teheranu i znalazł „jakiś sposób”, który byłby akceptowalny dla jego ogromnego ego.
Escobar bez ogródek nazywa to „błaganiem” : Rząd w Waszyngtonie jest w tarapatach – kurczą się strategiczne rezerwy ropy naftowej, presja w połowie kadencji, napięcia wewnętrzne. Jednocześnie sekretarz skarbu Scott Bessent wprowadził „matkę wszystkich sankcji” wobec Iranu, w tym sankcje wtórne, które w rzeczywistości dotyczą również Chin.
W Teheranie Pakistańczycy otrzymali jasny sygnał: Iran jest gotowy powrócić do rozmów pośrednich – ale wyłącznie na podstawie wcześniejszego Memorandum o Porozumieniu (MOU) z Islamabadu. Ten 14-punktowy dokument, który Escobar od miesięcy nazywał „martwym kotem”, został jednostronnie wycofany przez Stany Zjednoczone po zaledwie kilku dniach. Irańczycy domagają się teraz, aby obie strony w końcu uszanowały podjęte wówczas zobowiązania. Obejmują one zakończenie wszelkich działań zbrojnych przeciwko całej osi oporu (Hezbollahowi, jemeńskiemu Ansarowi Ansarollah, irackim Siłom Mobilizacji Ludowej i, w szczególności, Palestynie), zniesienie amerykańskiej blokady morskiej Cieśniny Ormuz oraz podjęcie konkretnych kroków w celu uwolnienia zamrożonych aktywów i złagodzenia sankcji.
Już w dniu powrotu Naqvi spotkał się w Islamabadzie z pełniącą obowiązki ambasador USA, Natalie Baker, i przekazał jej szczegółowy raport. Dla Escobara jest to jednoznaczny dowód na to, że dyplomacja wahadłowa już trwa. Dalsze misje – takie jak wizyta pakistańskiej delegacji w Waszyngtonie czy kolejna wizyta w Teheranie – są całkiem możliwe w nadchodzących dniach i świadczyłyby o tym, że sprawa nabiera tempa.
Dodatkowe informacje, które dotarły do moderatorów z wewnętrznych źródeł na krótko przed emisją, nadają całej sprawie szczególnej wagi. Gdy Munir i Naqvi przebywali jeszcze w Teheranie, z biura chińskiego ministra spraw zagranicznych Wang Yi nadeszła bezpośrednia wiadomość: Chiny „w stu procentach” popierają Pakistan i Iran. Gdyby Waszyngton jeszcze bardziej nasilił presję, podejmą wspólne działania i, w razie potrzeby, „deportują” Amerykanów. To wsparcie wyraźnie wzmocniło pakistańską delegację.
Jeszcze bardziej dramatyczne jest ostrzeżenie, które Teheran wyraźnie skierował do Pakistanu, a które ma zostać przekazane Trumpowi: jeśli USA podejmą próbę gospodarczego uduszenia Iranu, Republika Islamska odetnie cały dopływ ropy z Zatoki Perskiej. Ani kropli więcej z Arabii Saudyjskiej, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich ani innych producentów. Cieśnina Ormuz i otaczające ją wody znalazłyby się pod kontrolą Iranu. To zagrożenie, na które Mohsen Rezaei napomykał publicznie od jakiegoś czasu, zostało tym razem przekazane bezpośrednio i jednoznacznie.
Opcja nuklearna pozostaje aktualna. Escobar i pan Z donoszą, że Najwyższy Przywódca Chamenei dał zielone światło na wzbogacanie uranu do 90 procent – decyzja, która nie została zatwierdzona za jego poprzednika i nie została zatwierdzona za samego Chameneiego. To, czy zespoły techniczne wdrożyły już ten krok, jest uważane za tajemnicę państwową. Jedno jest jednak pewne: Iran posiada know-how pozwalające na produkcję materiałów o jakości wojskowej w ciągu dwóch tygodni, a w razie potrzeby nawet na przeprowadzenie próbnego wybuchu. Co więcej, decyzja o wycofaniu się z Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT) mogłaby zostać szybko podjęta przez irański parlament, gdy tylko przywódcy dadzą sygnał.
Podczas gdy Trump szuka rozwiązania dyplomatycznego za pośrednictwem Munira, Bessent nadal wywiera maksymalną presję. Jednak nowe sankcje są w dużej mierze ignorowane lub wyśmiewane na Globalnym Południu, a zwłaszcza w Pekinie. Chiny, najważniejszy partner handlowy Iranu i strategiczny sojusznik (25-letnia umowa handlowa o wartości 400 miliardów dolarów, BRI, BRICS, SCO), już uprzejmie, ale wyraźnie oświadczyły, że odrzucają jednostronne sankcje. Handel z Iranem i tak odbywa się coraz częściej bez użycia dolarów amerykańskich i jest trudny do śledzenia przez amerykańskie mechanizmy monitorujące. Dalsze sankcje wobec chińskich banków lub firm natychmiast zamknęłyby kruche okno dyplomatyczne.
Escobar wyciąga trzeźwy wniosek: misja była przełomowa i poważna. Otworzyła się krucha droga powrotu do stołu negocjacyjnego – jedyne realne wyjście z sytuacji, jakie wciąż pozostają Stanom Zjednoczonym. Piłka jest teraz wyraźnie po stronie administracji Trumpa. Jeśli prezydent zareaguje pozytywnie w nadchodzących dniach – być może wspominając o Munirze, Pakistanie, porozumieniu o porozumieniu (MOU) lub negocjacjach w sprawie TruthSocial – sytuacja może nabrać tempa.
W przeciwnym razie zbliża się kolejny etap eskalacji. Amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej nadal się kurczą, zbliża się Zgromadzenie Ogólne ONZ, a wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami. Czas ucieka, a Islamabad jest obecnie epicentrum konfliktu. Dla Pepe Escobara to nic innego jak „salon ostatniej szansy”.