Dzieci głupieją. Znikają podstawowe pojęcia i umiejętności: Banknot, szczoteczka do zębów, mapa, przyszycie guzika…

Podstawowe umiejętności zanikają. Dzieci nie umieją z rzeczy codziennego użytku. „Skoro one takich rzeczy nie wiedzą…”

17.02.2026 nczas/podstawowe-umiejetnosci-zanikaja-dzieci-nie-umieja-z-rzeczy-codziennego-uzytku

NCZAS.INFO | Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Wraz z głupieniem społeczeństwa głupieją również dzieci. Jak się okazuje, na jaw wychodzi u nich nieznajomość totalnie najprostszych rzeczy, jak odczytanie godziny z tarczowego zegara, używanie gotówki czy szczoteczki do zębów. Nauczyciele oceniają, że wynika to z jednej strony z braku zainteresowania dzieckiem rodziców, a z drugiej z powodu dawania dzieciom smartfonów z dostępem do Internetu i pozostawianiu ich z nimi całymi godzinami.

Radio ZET opisało szeroko zjawisko braku najbardziej podstawowych umiejętności wśród dzieci. Redakcja pytała nauczycieli o to, czego dzieci nie potrafią, choć wydawałoby się, że już powinny umieć.

Uwagi dotyczą głównie dzieci z klas 1-3, ale w toku rozmów wyszło, że także starszych.

– Zegarek. Wielu uczniów nie potrafi odczytać godziny z zegarka analogowego – powiedział Adam Ejnik, nauczyciel polskiego w SP nr 1 w Żurominie.

Potwierdziła to dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie Dorota Kuchta. W tej szkole dyrektor zlikwidowała cztery lata temu dzwonki. Na korytarzach i w klasach zawieszono typowe zegary tarczowe.

– Przez pierwsze dwa lata nie było problemów, ale w zeszłym roku szkolnym przyszło takie pokolenie do klas pierwszych, które nie potrafiło już sobie z tym poradzić. Nie rozumie takiej formy zegarka. Zresztą trzy czwarte dzieci nie posiada zegarków, a pozostałe mają smartwatche – powiedziała Kuchta.

Powieszono więc obok zegary elektroniczne.

– Dzieci muszą wiedzieć, kiedy iść do klasy, żeby nie spóźnić się na lekcję. Ale nie zdejmujemy tych zwykłych, bo znajomość tarczy zegarowej jest chociażby jednym z wymogów egzaminacyjnych – podkreśliła.

Problem jest także ze szczoteczkami do zębów. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z woj. świętokrzyskiego, pani Katarzyna zabiera pierwszoklasistów po przerwie obiadowej, by umyły zęby. Ma ich nauczyć tego nawyku.

– Poprosiłam, żeby rodzice dali im zwykłe, jednorazowe szczoteczki. Ale okazało się, że niektórzy uczniowie nie wiedzieli, jak z nich skorzystać. Szukali przycisku, żeby włączyć je jak elektryczną – powiedziała.

Wskazała też na problem, który zauważyła poza klasą. Dziecko próbowało czytać lub przeglądać książkę. Zamiast odwrócić stronę, próbowało „przewinąć” ją palcem po stronie, jakby to był tablet.

– Albo gdy oglądało bajkę w telewizji, krzyczało „zablokuj”. Nie rozumiało, że to nie bajka z YouTube’a, gdzie można w każdej chwili cofnąć, zatrzymać czy przewinąć wideo – podkreśliła.

Z kolei nauczyciel angielskiego, Grzegorz ujrzał, jak szóstoklasiści nie umieli wydać reszty z papierowych pieniędzy. Nie znali w ogóle nominałów i nie potrafili rozliczyć pieniędzy.

Teraz płacimy komórką, kartą, zegarkiem, ostatnio obrączką. Dzieci nie mają więc styczności z papierowymi pieniędzmi – powiedział Grzegorz.

Podobnie jest z mapami i atlasami samochodowymi. Pani Anna, nauczycielka geografii i przyrody w woj. świętokrzyskim oceniła, że dzieci w życiu nie trzymały papierowej mapy w rękach, więc nie mogą umieć ich wykorzystywać. W szkole mają z nimi styczność, ale głównie jest to używane na zasadzie nauki podziału administracyjnego Polski.

Nie brakuje mi dzieci w klasie, które były w Tajlandii, w Egipcie, zjeździły pół Europy, ale nie były w Tatrach, nie widziały Bałtyku – powiedziała pani Anna.

Dotyczy to również starszych dzieci. Pan Grzegorz wspomina kolegę, który przyjmował na praktyki młodzież z technikum z klas technik elektryk.

Był przerażony tym, że nie wiedzieli, jak płynie prąd. Dla nich to powinna być podstawa – podkreślił.

Dyrektor Dorota Kuchta zwraca uwagę na podstawowe umiejętności życiowe. Wskazuje na przyszycie guzika, zacerowanie dziury czy użycie maszyny do szycia.

– Uczennica kiedyś opowiadała mi, że gdy miała ugotować jajko na miękko, szukała w Internecie, jak to zrobić i ile czasu na to potrzeba – powiedziała pani Anna.

Dyrektor największe zdziwienie wywołało to, że uczniowie jednej z jej klas nie mieli pojęcia, jak rośnie marchewka i nie rozróżniały warzyw.

– Nie wymagałam wiedzy, jak rośnie ananas, czy jak wygląda batat, ale według niektórych warzywa mamy z Lidla czy Biedronki – podkreśliła.

Chodzi tutaj o dzieci w większości z terenów wiejskich.

– To skoro one takich rzeczy nie wiedzą, a mają to pod nosem, to jaki jest stan wiedzy uczniów z aglomeracji? – zapytała.

Wspomniała też na ujrzany wcześniej materiał na TikToku. Znajdowało się tam zdjęcie krowy z przypiętą jednorazową rękawiczką. Nalane było do niej mleko, a dzieci doiły rękawiczkę.

– Wysłałam to nawet dziewczynom z przedszkola, gdyby rozmawiały o tym z dziećmi, może im się przyda – powiedziała dyrektor i dodała, że stwierdzenia, iż „mleko jest z Biedronki, a nie od krowy”, to już nie tylko internetowy mem.

Zdaniem dyrektor, dzisiejsze rodziny nie dają dzieciom żadnych obowiązków, poza chodzeniem do szkoły. Warto dodać, że przy tym oczekują, że faktycznie szkoła wychowa dziecko, a nie je wytresuje.

Brakuje tego, by dziecko było częścią rodzinnej wspólnoty, że ma zanieść talerze do zlewu, potrafi je umyć ręcznie, posprzątać swój pokój. Dziś dzieci są w większości wypadków z tego zwalniane – zauważyła Kuchta i wskazuje, że przez to nie mają praktycznych umiejętności ani wiedzy. Bo to dzięki wykonywaniu codziennych czynności tę wiedzę zdobywamy.

– Jeśli dziecku pozwolimy wstawić zmywarkę, to będzie wiedziało, że do niej trzeba najpierw włożyć tabletkę, a do pralki wsypać proszek do prania. To nie są oczywistości dla dzieci. Zresztą odpowiednie wstawienie talerza do zmywarki to też jest umiejętność – podkreśliła.

Trochę mniej tragiczne, ale jednak, jest komunikowanie się w teoretycznie tym samym języku. – Niedawno powiedziałem, że ktoś wyskoczył jak filip z konopi. Nikt nie wiedział, o co mi chodzi i co to za filip. A kiedyś na zająca mówiono filip i od tego pochodzi ten związek frazeologiczny – powiedział Adam Ejnik.

Dodał, że od kilku lat biblijne i mitologiczne związki frazeologiczne są dla uczniów nieznanymi definicjami, których muszą się wyuczyć na pamięć.

– Język się zmienia, wiele jest słów, które odeszły do lamusa – podkreślił polonista.

Dyrektor Kuchta oceniła, że lektury z dawnych czasów, ale też z ubiegłego wieku, są dla dzieci „enigmatyczne”. Kochanowski „nie wchodzi”, a Mickiewicza tłumaczy się z polskiego „na nasze”.

– Jak omawiam „Świteziankę”, muszę wyjaśniać wszystko: Dlaczego jakiś strzelec chodził dookoła jeziora, co to jest bór, mimo że pojęcie to pojawia się na przyrodzie – powiedziała Kuchta.

Z kolei przy przypowieści o siewcy musi opowiedzieć dzieciom historię kultury. Kilkanaście lat temu był to całkowicie zrozumiały dla dzieci kod kulturowy.

– Kiedyś pewne symbole, znaczenia były wokół nas, więc to przychodziło naturalnie. Teraz trzeba pokazywać od nowa symbolikę, bo dzieci żyją w popkulturze – wyjaśniła.

Natomiast obecny program tresury, formalnie zwany podstawą programową, opiera się głównie na tekstach historycznych.

– I dobrze, gdzieś te teksty muszą się pojawić, bo to nasze dziedzictwo kulturowe, ale musimy kombinować, jak to przekazać – oceniła.

Jak przekonuje, 20 lat temu pracowało się ze słowem, a dzisiaj pracuje z obrazem, który ma być „niezbędny” dla obecnego młodego pokolenia. Nawet Radio ZET zauważa, że przez to „kuleje myślenie metaforyczne”. Ponadto dzieci znają coraz mniej baśni, gdzie świat inaczej przedstawiano. A jeśli już nawet takowy znają, to przedstawia się go za pomocą obrazów, co niszczy rozwój wyobraźni.

„Z drugiej strony nauczyciele zgadzają się z tym, że młodsze pokolenia funkcjonują w świecie i warunkach, jakie stworzyli im starsi. To dorośli zabierają im młotki i miotły z rąk, a dają telefony – dziecko samo sobie ich nie kupiło. To rodzice wolą posprzątać za dziecko zabawki, zająć się ogródkiem, bo tak będzie szybciej, lepiej. W końcu to dorośli jadąc pociągiem czy tramwajem, włączają dzieciom bajki, zamiast opowiadać, co jest za oknem. To nie kosztuje tak wiele wysiłku” – czytamy na radiozet.pl.

– Nasze dzieci żyją w cyfrowym świecie, trzeba być więc przewodnikiem po dawnym świecie – oceniła dyrektor Kuchta.