Przebudowa porządku świata

Przebudowa porządku świata

Zorard zorard/przebudowa-porzadku-swiata

Kiedy w lutym 2022 zaczynała się Specjalna Operacja Wojskowa wszyscy – od zwykłych ludzi po amerykańskich generałów – byli pewni, że Rosja pokona Ukrainę w parę tygodni. Tak myśleli nawet szykujący Ukraińców do tej wojny amerykańscy generałowie, którzy dawali im maksymalnie parę miesięcy. Tak myśleli oczywiście także i rosyjscy dowódcy planujący defiladę w Kijowie. Ale Ukraina broni się już czwarty rok, oczywiście dzięki wsparciu na każdym poziomie przez NATO, niestety z dużym udziałem Polski.

Okazało się więc, że Rosja jest dużo słabsza niż się wydawało zarówno nam – jak i samej Rosji. Jest na tyle silna, że NATO nie udało się jej pokonać i powoli, z trudem, przechyla szalę zwycięstwa na swoją stronę – ale z pewnością dużo słabsza niż ZSRR, nawet w ostatniej dekadzie jego istnienia.

Kiedy miesiąc temu USA rozpoczęło swoją Specjalną Operację Wojskową (bo do tej pory oficjalnie nie jest to wojna!) przeciwko Iranowi wszyscy – na czele z amerykańskim prezydentem – pewni byli, że po zabiciu przywódców kraju w nagłym ataku powietrznym oraz zbombardowaniu Teheranu Persowie po prostu powstaną i zmiotą znienawidzone przez Izrael władze co pozwoli obsadzić zwolnione stanowiska posłusznymi marionetkami pokroju niejakiego Pahlaviego.

Nic takiego nie nastąpiło, a przekonanie, że zmasowane naloty skłonią Iran do kapitulacji okazało się również nieprawdziwe. Napadnięty Iran zaczął się srogo odgryzać co było zupełnie niespodziewane i nie fair – jak to określił Donald Trump. Minął miesiąc, cieśnina Hormuz nadal zamknięta – chyba, że ktoś zapłaci Iranowi „myto” – a rakiety na Izrael i amerykańskich sojuszników z Zatoki Perskiej spadają praktycznie co noc. Nic nie wskazuje by USA miało tą wojnę wygrać.

USA okazało się więc słabsze niż sie wydawało zarówno nam – jak i amerykańskiemu kierownictwu. Nie tak słabe by Iran mógł je pokonać, ale na tyle słabe, że nie jest w stanie pokonać Iranu. Dużo słabsze niż podczas wojny z Irakiem w 1991 czy 2003 roku.

Zatem dwa mocarstwa – Rosja i USA – które nadawały ton naszemu myśleniu o świecie przez większość 20 wieku okazują się dużo słabsze niż się wszystkim wydawało. To bardzo, bardzo ważny moment, który powinien dać do myślenia władzom polskiego państwa gdyby takowe realnie by istniało.

Strach przed Rosją połączony z podsycaną zazdrością niechęcią to stały element polskiej psyche. Z drugiej strony po upadku (czy raczej kapitulacji) ZSRR do 2022 roku funkcjonowaliśmy w świecie jednopolarnym, w którym jest jeden hegemon – USA.

Trwało to 32 lata. Przyzwyczailiśmy się do myśli o wielkich, wszechpotężnych Stanach Zjednoczonych Ameryki, do ich niepokonanej armii dysponującej niezrównaną techniką – i tak dalej – tym bardziej, że poza Talibami nikt nie powiedział „sprawdzam!”. To powodowało, że wielu nawet szczerych patriotów uważało, że Polska powinna być wasalem USA i że to nam coś gwarantuje. Przez pewien czas wydawało się to nawet być prawdą, bo hegemon nie wymagał od nas wiele poza likwidacją rodzimego przemysłu i dostarczaniem taniej siły roboczej.

Teraz jednak układ zmienia się i to zmienia się w sposób widoczny. Zarówno los Ukrainy – ponad milion zabitych, miliony uciekły z kraju, zdemolowana infrastruktura – jak i amerykańskich wasali z Zatoki Perskiej pokazuje, że bycie „sojusznikiem” USA wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przeciwnie, może okazać sie bardzo ryzykowne i fatalne w skutkach.

W szerszym planie warto zauważyć, że USA – a ściślej żydowska szajka banksterów używająca USA jako golema – usiłuje utrzymać pozycję hegemona metodą siłową. Ewidentnie ktoś tam doszedł do wniosku, że „teraz albo nigdy” – czyli, że teraz mają jeszcze dość siły militarnej by próbować zbrojnie wywalczyć przedłużenie „pax americana”.

Jaki jest dalszy plan ciężko powiedzieć, zwłaszcza, że poza kalkulacjami geopolitycznymi czy ekonomicznymi mamy też do czynienia np. z fanatykami „chrześcijańskiego syjonizmu”, którzy uważają iż wspieranie Izraela jest misją o charakterze nadprzyrodzonym, mającą doprowadzić do apokalipsy w sensie biblijnym a więc w ostatecznym rozrachunku powtórnego przyjścia Chrystusa.

Wiele osób łamie sobie nad tym głowę. Polecam zapoznać się tu z analizami m.in. Aleksandra Dugina, który uważa, że planowana kolejność to Iran, Turcja a następnie Chiny.

Jedno jest jednak pewne – nawet jeżeli USA się nie uda i świat wielobiegunowy stanie się faktem, to USA nadal może zamknąć się w swojej części świata pozostając wielkim, bogatym mocarstwem. Hesgeth – amerykański minister wojny (Secretary of War) ostatnio w przemówieniu nazwał to „Greater North America”, która obejmuje przestrzeń od Wenezueli po Grenlandię i Kanadę. To zarysowanie nienegocjowalnej strefy wpływów, które USA „rezerwuje sobie” na wypadek gdyby nie dało rady pokonać Chin, Rosji i innych w toczącej się już III Wojnie Światowej.

Świat wielobiegunowy bowiem to kilka większych mocarstw wraz ze strefą wpływów złożoną z lokalnych wasali.

I tu wracamy do sytuacji Polski. USA bowiem jeśli osłabną i wycofają się do swojej strefy „Greater North America” to przestaną się nami interesować i zajmować. I wydaje się to całkiem prawdopodobne – jednopolarność to w historii wyjątek, nie reguła. Regułą jest za to słabnięcie i upadanie imperiów. Tak więc obecność dalekiego mocarstwa morskiego w Polsce to incydent, nie coś co będzie trwać kolejne dziesięciolecia.

Rosja natomiast jest pod bokiem i wyjąwszy jakiś kataklizm w tej czy innej formie będzie nadal tu gdzie była przez ostatnie setki lat. Wypadałoby więc zacząć się zastanawiać jak mamy sobie z tą Rosją ułożyć stosunki w sytuacji, kiedy amerykański ambasador nie będzie już dostarczać poleceń naszym lokalnym marionetkom. Najbardziej fatalnym wyjściem byłoby gdyby po prostu „przekazał pałeczkę” ambasadorowi rosyjskiemu przy zachowaniu kompradorskiej, służalczej kasty lokalnych nadzorców. Dużo lepiej by było gdyby ktoś myślący podmiotowo zastanowił się się jak ułożyć sobie relację z Rosją będąc ich wasalem tak, by zachować pole manewru i szanse na przyszłość. Jakieś pole do rozgrywki dają tu np. relacje z Chinami. To zdają się już robić Węgrzy i Słowacy – i oczywiście Białoruś.

Problem w tym, że nie ma w Polsce komu o tym myśleć, kto by miał szansę mieć jakiś wpływ na wydarzenia. A ci co by mogli cierpią na tą przywarę, którą diagnozował już ponad sto lat temu Roman Dmowski: bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę. W efekcie nikt z Warszawy nie rozmawia poważnie ani z Pekinem ani z Moskwą ani nawet z Mińskiem.

Dodam, że sytuacja jest bardziej wielowymiarowa – mamy też schyłek kapitalizmu, rewolucję AI czy problem żydowski, który staje się palący – Żydzi bowiem trzymają za pysk większość świata zarówno poprzez system bankowy jak i zupełnie bezpośrednio. W tym wpisie zająłem się tylko tym geopolitycznym aspektem – ważnym, ale nie jedynym. W istocie uważam, że jeśli bycie wasalem Rosji dawałoby szansę na poluzowanie żydowskiego uścisku to byłoby tego warte.