Samotność w czasach pięciu tysięcy znajomych

Samotność w czasach pięciu tysięcy znajomych

Krzysztof Bielejewski 27.06.2026 wolnemedia/samotnosc-w-czasach-pieciu-tysiecy-znajomych

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Prawdopodobnie gdzieś pomiędzy wynalezieniem przycisku „Obserwuj”, serduszka pod zdjęciem śniadania i przekonaniem, że człowieka można zastąpić powiadomieniem.

Jeszcze trzydzieści lat temu samotność wyglądała zupełnie inaczej. Człowiek siedział na ławce przed blokiem, patrzył w dal i był samotny w sposób staromodny, niemal szlachetny. Sąsiadka przynosiła rosół, ktoś zapukał do drzwi, listonosz zamienił dwa zdania, a pies przynajmniej udawał zainteresowanie losem właściciela.

Dzisiaj człowiek ma pięć tysięcy znajomych, siedem komunikatorów, cztery konta społecznościowe, dwa smartfony, zegarek mierzący puls, lodówkę wysyłającą powiadomienia i sztuczną inteligencję gotową napisać mu wiersz na każdą okazję.

I nigdy jeszcze nie był tak samotny.

To naprawdę niezwykłe osiągnięcie cywilizacji. Wynaleźliśmy technologię, która pozwala rozmawiać z Australią bez opóźnienia, ale coraz częściej nie wiemy, jak odezwać się do sąsiada zza ściany. Możemy obejrzeć śniadanie nieznajomego z Buenos Aires, lecz od miesięcy nie zapytaliśmy własnej matki, czy wszystko u niej w porządku.

WHO uznała samotność za jedno z największych wyzwań zdrowotnych naszych czasów. Według najnowszego raportu aż jedna osoba na sześć na świecie doświadcza chronicznego osamotnienia, a jego skutki wiążą się z ponad 870 tysiącami zgonów rocznie. To mniej więcej sto osób na godzinę. Nie od wirusa, nie od wojny, lecz od czegoś, czego nie da się sfotografować rezonansem magnetycznym.

Brzmi absurdalnie?

Bo samotność jest chyba najbardziej absurdalną chorobą współczesności. Można umrzeć z braku rozmowy w epoce, która nigdy nie przestaje gadać.

Nasz gatunek osiągnął poziom komunikacji godny międzyplanetarnej cywilizacji. Wysyłamy sobie emoji przedstawiające emocje, których już nawet nie próbujemy przeżywać. Składamy życzenia urodzinowe ludziom, których numer telefonu dawno usunęliśmy. Gratulujemy sukcesów osobom, których twarzy nie rozpoznalibyśmy w kolejce po bułki.

To nie są znajomości. To jest katalog kontaktów z funkcją powiadomień.

Profesor Bogdan de Barbaro powiedział kiedyś bardzo trafnie, że kontakty internetowe bywają bardziej środkiem znieczulającym niż lekarstwem na samotność. Coś w tym jest. Smartfon przypomina tabletkę przeciwbólową. Na chwilę pomaga. Potem ból wraca jeszcze mocniej.

Zresztą proszę spojrzeć na współczesne kawiarnie. Przy jednym stoliku siedzi para zakochanych. Oboje patrzą w telefony. Przy drugim grupa studentów. Każdy przewija własny ekran. Przy trzecim ojciec z córką. Dziewczynka pokazuje mu filmiki z TikToka. Ojciec odpowiada, wysyłając służbowego maila. Kelner przynosi rachunek. To jedyny moment, kiedy wszyscy podnoszą wzrok.

Psychologowie mówią dziś o FOMO – lęku, że coś nas ominie. Ja mam wrażenie, że cierpimy raczej na FOMO odwrotne. Paniczną obawę, że przez chwilę moglibyśmy zostać sami ze sobą.

Samotność ma dwie twarze. Pierwsza jest piękna. To ta, kiedy jedzie się nad jezioro z książką. Kiedy siedzi się na ganku podczas letniej burzy. Kiedy człowiek przez godzinę nic nie mówi i nagle odkrywa, że świat wcale nie potrzebuje nieustannego komentarza. Ta samotność leczy.

Ale jest jeszcze druga. Ta, która zaczyna się wieczorem, kiedy telefon milczy już trzeci dzień. Kiedy chorujesz i nie bardzo wiesz, komu powiedzieć, że gorączka przekroczyła trzydzieści dziewięć stopni. Kiedy sukces nie ma komu sprawić radości, a porażka nie ma z kim zostać podzielona. To już nie jest samotność. To jest osamotnienie, i ono boli naprawdę.

Badania pokazują, że przewlekłe poczucie izolacji zwiększa ryzyko chorób serca i udaru o około jedną trzecią, przyspiesza rozwój demencji, pogarsza odporność i znacząco zwiększa ryzyko depresji. Amerykański Surgeon General porównał wpływ chronicznej samotności na zdrowie do wypalania kilkunastu papierosów dziennie. To jedna z tych metafor, które brzmią przesadnie, dopóki nie zajrzy się do statystyk.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego. Najbardziej samotni nie są wcale staruszkowie siedzący na parkowych ławkach. Najbardziej samotni okazują się młodzi. Ludzie, którzy teoretycznie mają cały świat na wyciągnięcie kciuka. Młodzi mężczyźni, nastolatki, studenci. Pokolenie wychowane w przekonaniu, że zawsze ktoś będzie online. Okazało się, że online nie oznacza razem.

Być może największym oszustwem XXI wieku było wmówienie nam, że liczba kontaktów zastąpi więzi. Że algorytm wie, z kim powinniśmy się przyjaźnić. Że aplikacja zastąpi przypadkowe spotkanie. Że serduszko pod zdjęciem jest dowodem troski.

Nie jest. Serduszko kosztuje pół sekundy. Przyjaźń kosztuje czas, a czasu nikt już nie chce wydawać. Wolimy inwestować go w produktywność, rozwój osobisty, kolejne kursy, szkolenia i aplikacje uczące… uważności. To dopiero jest dowcip naszych czasów. Instalujemy program, który przypomina nam, żeby przez pięć minut dziennie pobyć ze sobą, bo sami już o tym nie pamiętamy.

Może dlatego samotność stała się epidemią. Nie dlatego, że ludzie zniknęli. Lecz dlatego, że przestaliśmy być dla siebie obecni.

Nie chodzi o to, żeby nagle wyrzucić telefon do Wisły, zamieszkać w Bieszczadach i hodować kozy, choć przyznaję, że po niektórych dyskusjach internetowych brzmi to kusząco. Chodzi raczej o coś znacznie prostszego. O telefon wykonany nie dlatego, że wypada. O kawę bez patrzenia co trzydzieści sekund na ekran. O spacer z kimś, kto nie musi być sfotografowany. O wizytę u rodziców bez pretekstu w postaci zepsutego kranu. O rozmowę, która nie kończy się słowami: „Dobra, muszę już lecieć”.

Może największym luksusem XXI wieku nie będzie elektryczne Ferrari ani wakacje na Marsie. Może największym luksusem stanie się człowiek, który usiądzie naprzeciwko ciebie, schowa telefon do kieszeni i przez godzinę będzie naprawdę obecny.

Proszę zwrócić uwagę, jakie to dziś ekstrawaganckie. Milioner może kupić jacht. Miliarder może kupić wyspę, ale nawet najbogatszy człowiek świata nie kupi sobie prawdziwej przyjaźni z dostawą następnego dnia.

Na szczęście można ją jeszcze wyhodować. Tylko trzeba na chwilę wyłączyć Wi-Fi i włączyć… człowieka.

Autorstwo: Krzysztof Bielejewski
Źródło: StudioOpinii.pl