Jak państwo niszczy przedsiębiorców

Jak państwo niszczy przedsiębiorców

Łukasz Warzecha


salon24/lukaszwarzecha/jak-panstwo-niszczy-przedsiebiorcow

Różnego rodzaju inspekcje mają tylko jeden cel: znaleźć pretekst, nałożyć kary i ściągnąć kasę do budżetu. To korzyść dla budżetu krótkoterminowa i pozorna, a karani bezwzględnie przedsiębiorcy nabierają słusznego przekonania, że państwo jest ich wrogiem.

Żadna z dwóch partii, cieszących się w Polsce największym poparciem, nie dba o przedsiębiorców – nie mylić z wielkimi korporacjami, bo te akurat mają się jak pączki w maśle.

Najlepszym przykładem jest nadchodzące wdrożenie KSeF, czyli Krajowego Systemu eFaktur. Jak wiele złych dla Polaków rozwiązań – choćby strefy czystego transportu czy system kaucyjny – to wspólne dzieło PiS i KO (PO). Inwigilacyjny, totalniacki, niedopracowany system KSeF został przecież wymyślony za czasów pana premiera Morawieckiego i nawet wdrożony, tyle że na zasadzie tymczasowo nieobowiązkowej. Obowiązek wejścia w KSeF był zaplanowany na początek 2024 r., ale przesunięto ten termin jeszcze za PiS.

Ostatecznie na wejście w życie mechanizmu, który najprawdopodobniej okaże się katastrofalny w skutkach – o potencjalnych masowych naruszeniach tajemnicy handlowej nie mówiąc – będzie mieć miejsce od lutego, a dla wszystkich firm od kwietnia.

Jednak stanowisko partii i ich nastawienie do przedsiębiorców to nadbudowa nad aparatem państwa, w którego logice mieści się niezmiennie i od dekad traktowanie przedsiębiorców jak wrogów. Jak gąbki, z której wyciska się pieniądze. To postawienie spraw na głowie. Gdyby system państwa był tak zbudowany i nastrojony, aby uwzględniał korzyści wspólnoty, podejście wszelkiego rodzaju organów kontrolnych brałoby pod uwagę rachunek skutków ich działań. W Polsce tak nie jest. Organy kontroli mają jedno zadanie: znaleźć powód i ukarać.

Od jednego z przedsiębiorców ze wschodniej Polski, działającego w branży najogólniej mówiąc spożywczej, usłyszałem opowieść o tym, jak potraktowała go Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Zapewne mało kto spośród osób niezajmujących się biznesem w branży żywnościowej wie, że taki organ w ogóle istnieje. A owszem, istnieje, został powołany na podstawie Ustawy z 21 grudnia 2000 r. o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych, a głównego inspektora, szefa tejże agencji, powołuje minister rolnictwa.

Mój rozmówca zajmuje się konfekcjonowaniem i sprzedażą produktów spożywczych, sam ich nie wytwarza. Gdy pojawili się u niego inspektorzy – było to stosunkowo niedawno – rozpoczęła się bardzo drobiazgowa kontrola. Właściwie nie był zaskoczony. Miał za sobą doświadczenie 13 kontroli w ciągu sześciu pierwszych miesięcy działalności kilkanaście lat wcześniej. I oczywiście wielu późniejszych.

Inspektorzy zaczęli się przyglądać opakowaniom sprzedawanych towarów i wykryli tak karygodne uchybienia, jak: nazwa firmy niezawierająca nazwiska właściciela (formalnie nazwa firmy to „Sprzedaż Tego i Owego Jan Kowalski”, zaś na opakowaniu stało tylko „Sprzedaż Tego i Owego”)), użycie słowa „waga” zamiast słowa „masa” czy w przypadku alergenów adnotacja, iż produkt może je zawierać, zamiast „zawiera”.

Faktycznie – na opakowaniu powinna być masa, w nie waga, podobnie jak lepiej napisać, że produkt zawiera alergen niż że może go zawierać, skoro tenże alergen w produkcie jest. I to wszystko było oczywiście do poprawienia. Gdyby jednak polskie państwo szanowało biznesy, które zatrudniają ludzi i płacą podatki, IJHARS oraz inne podobne organy, których jest mnóstwo, w tego typu sytuacji wskazywałyby przedsiębiorcy, co należy skorygować – i byłoby to ich główne zadanie w przypadku pierwszej kontroli. Szczególnie że są to kwestie, które dla klienta na ogół mają znaczenie marginalne albo zerowe. Dla ilu osób problemem będzie słowo „waga” zamiast słowa „masa” na opakowaniu?

Lecz to tak nie działa: głównym zadaniem inspekcji wszelkiego rodzaju jest wyszukanie naruszeń przepisów i nałożenie mandatów. A te mogą być druzgocące i sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. Zgodnie z ustawą, może to być nawet 10 proc. przychodu z poprzedniego roku. Jak nietrudno sobie wyobrazić, dla wielu firm może to oznaczać po prostu upadek, a przynajmniej ograniczenie działalności i zwolnienia.

Inspektorzy nie myślą w kategoriach korzyści państwa, bo nikt tego od nich nie wymaga. Jest nawet przeciwnie – z góry idą oczekiwania, że przyniosą określoną liczbę mandatów i wpływy z nich. Dokładnie tak jak to ma miejsce w przypadku drogówki i kierowców.

Literalne traktowanie przepisów – których zresztą jest zbyt wiele, ale to także skutek skrajnego przeregulowania w UE – i wlepianie mandatów za każde ich naruszenie rzeczywiście pozornie zasila budżet, a inspekcja może się pochwalić przed przełożonymi statystyką. Budżet zasilany jest pozornie, bo przedsiębiorca mający wskutek nałożonych kar problemy z płynnością czy upadający będzie zwalniał pracowników, a ci trafią na garnuszek państwa i przestaną płacić podatki. Sam przedsiębiorca, jeśli upadnie, również przestanie zasilać fiskusa. Sumarycznie korzyść jest krótkoterminowa, straty zaś ponosimy w planie strategicznym jako wspólnota.

Nie znaczy to, że nie należy karać za celowe fałszowanie składu produktów czy uporczywe naruszenia przepisów. Ale nakładanie kar przy pierwszej kontroli za pomylenie na opakowaniu wagi z masą – to po prostu działanie na szkodę państwa i nas wszystkich. A także świetny sposób na przekonanie przedsiębiorców, że państwo nie jest ich przyjacielem, ale wrogiem, wobec którego muszą przyjąć postawę obronną.