KOZA NA KRZYWYM DRZEWIE
Krzysztof Baliński
Zgodnie z Konstytucją, politykę zagraniczną prowadzi rząd oraz Prezydent RP współpracujący z Prezesem Rady Ministrów i ministrami. Tymczasem, mimo że konstytucja się nie zmieniła, dyplomację postanowił wziąć w swoje łapska marszałek Sejmu. Wygłosił przemówienie, w którym obraził prezydenta Stanów Zjednoczonych, i tym samym samozwańczo mianował się trzecim ośrodkiem władzy wykonawczej w Polsce, prowadzącym politykę zagraniczną.
Warto ten przypadek opisać, bo skupia, jak w soczewce, wszystkie patologie polskiej polityki, a w mediach rozegrany została w wyjątkowo fałszywym świetle. To było tak: Spiker Izby Reprezentantów wystąpił z prośbą, by Sejm poparł kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla. Kancelaria Sejmu udzieliła odpowiedzi w wyważonym tonie. I na tym by się skończyło, gdyby nie to, że Włodzimierz Czarzasty postanowił urządzić medialny cyrk – wyszedł do kamer i zbeształ Trumpa. Po takiej prowokacyjnej zaczepce, ambasador USA oświadczył, że „ze skutkiem natychmiastowym nie będziemy już utrzymywać kontaktów ani komunikować się z marszałkiem Sejmu”, i podał, jako powód, „oburzające i nieuzasadnione obelgi pod adresem prezydenta USA”. A dalej poszło jak z górki – mieliśmy, jak się dawniej mówiło, awanturę na cztery fajerki. Swoje dołożył Sikorski i jego żona. A potem, jak nakręcane małpki, z pudełka wyskoczyli inni ministrowie, posłowie i redaktorzy od Michnika.
W czyim imieniu wypowiadał się Czarzasty? Od Sejmu nie potrzymał mandatu i nie miał do tego konstytucyjnego prawa. Kto go nakręcił? Tusk, Sikorski i wszyscy, którzy wcześniej atakowali prezydenta RP za mieszanie się do polityki zagranicznej, choć ten ma do tego prawo. Mało tego – Radek Sikorski zapowiedział, że zażąda wyjaśnień, ale nie od Czarzastego, tylko od ambasadora USA, od którego chciał się dowiedzieć, czy zapowiedź zerwania kontaktów z Czarzastym jest oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu.
To nie był podyktowany emocjami wyskok. To była skrojona na zimno prowokacja, obliczona na pogorszenie relacji z USA. Bo wykluczone, aby Czarzasty nie skonsultował wystąpienia z Sikorskim, Sikorski działał bez zgody Tuska, a Tusk bez instrukcji z Berlina. Cele były trzy: Rozbujać emocjonalnie elektorat dyszący skrajną nienawiścią do Trumpa. Sprowokować PiS do obrony „ucieleśniającego butę i arogancję” ambasadora, i tym samym wmówić Polakom, że PiS jest ślepo proamerykański, a oskarża nas o wiszenie u klamki kanclerza Niemiec. No i podlizać się patronom z Berlina. Miało to też szerszy, niż realizacja politycznego zamówienia wymiar. Czarzasty tak naprawdę powiedział: Trump, nienawidzimy cię za wszystko, a szczególnie za to, że zamknąłeś agencję USAID, która futrowała lewaków na całym świecie miliardami dolarów, bez których nie odzyskalibyśmy władzy w Polsce.
Tusk czerpie pełnymi garściami z metod bezpieki stosowanych w czasach partyjnej młodości Czarzastego: „dobry milicjant, zły milicjant”. Przy czym za złego milicjanta robi Czarzasty, a za dobrego milicjanta robi Kosiniak-Kamysz, który przymilał się do ambasadora: Polska to jeden z najpewniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych (…) To jest zauważone i docenione przeze naszych sojuszników ze Stanów Zjednoczonych”. Ale nie najważniejsze jest to, czy na dobrego milicjanta Władka dał się nabierać Tom. Bo jakimi trzeba być durniem i zaprzańcem, żeby z Polski uczynić najbardziej antyamerykańskiego harcownika, lidera w szarpaniu za nogawki Trumpa.
Tom Rose zjednoczył polską scenę polityczną. W obronie Czarzastego zgodne były KO i PiS, skrajna lewica i skrajna prawica, żydokomuna i front gaśnicowy. Słowa ambasadora oburzyły prezydent RP: „To nie jest dobre dla Polski, jeśli ambasador obcego państwa, nawet wielkiego mocarstwa i naszego przyjaciela, dyscyplinuje polskiego marszałka Sejmu”. Przypływ narodowej dumy poczuli internauci, uznając Czarzastego za „prawdziwego męża stanu i patriotą”, który pokazał, że polska to suwerenne państwo, któremu „nikt nie podskoczy”. Ci sami, którzy pielgrzymowali do rezydencji Marka Brzezińskiego, żebrząc o pomoc w obaleniu polskiego rządu i o kasę z USAID, ta sama banda zaprzedanych renegatów przeistoczyła się nagle w niezłomnych obrońców polskiej godności i na wyprzodki jęła wycierać sobie gęby polską racją stanu.
Najbardziej dziwiło, że do akcji włączył się Sławomir Mentzen, biorąc Czarzastego w obronę: To, że posłowie to głąby i wybrali postkomunistę to jedno, ale to jest nasz postkomunista i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto ma być marszałkiem polskiego Sejmu. Zażądał też, aby MSZ wezwało ambasadora „na dywanik” i wskazało mu „swoje miejsce w szeregu”. Mentzen przeoczył jednak, że ambasador nie żądał dymisji Czarzastego ani nie wskazał, kto ma zająć jego miejsce. Zarzut lidera Konfederacji był więc naciągany i wymyślony na potrzebę obrony „naszego postkomunisty”. Pod tym, że Czarzasty to „nasz postkomunista” nie podpisali się wyborcy Konfederacji. Podpowiedzieli natomiast Mentzenowi, żeby wypowiadał się w swoim imieniu i mówił o „moim postkomuniście”.
Na pochyłe drzewo to i koza wlezie – tak mówi stare polskie porzekadło. Kiedy kilkudziesięciu obcych ambasadorów podpisało się pod listem wspierającym wyuzdany marsz pederastów i lesbijek\, a w ślad za nim ambasador Irlandii wraz ze swoim mężem pląsał się na warszawskich ulicach, ambasador Szwecji złożył kwiaty przy tęczy na Placu Zbawiciela i obściskiwał się publicznie z Robertem Biedroniem, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. To był klasyczny przykład mieszania się dyplomatów obcych państw w wewnętrzne sprawy państwa, które ich gości. No, ale trudno się dziwić, skoro polskie państwo – zacytujmy Bartłomieja Sienkiewicza – istnieje tylko teoretycznie. W normalnym, czyli szanującym się państwie, potrzebna była reakcja MSZ, wezwanie wszystkich, którzy list podpisali do MSZ i żądanie wyjaśnień. Tymczasem to premier Mateusz Morawiecki tłumaczył się przed sygnatariuszami listu, jakim to tolerancyjnym krajem od wieków jest Polska, a jego minister wyraził ukontentowanie, że w liście nie powiela się kłamstw o „strefach wolnych od LGBT”. A jaka powinna była być właściwa reakcja? Ambasador RP w Berlinie inicjatorem listu ambasadorów przeciwko „zatrważającemu wzrostowi antysemityzmu w Niemczech”.
W kwietniu 2022 roku rozpoczęła się egzekucja komornicza poradzieckiego kompleksu budynków przy ul. Sobieskiego 100 w Warszawie, znanego jako „Szpiegowo”. Przed bramą posesji pojawili się przedstawiciele miasta. Zjawił się także ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca, który przekazał mediom, że zamierza wejść na budynek i zawiesić flagę ukraińską oraz autorytatywnie zapewnił, że budynki będą służyć Ukrainie i Ukraińcom. Wygłosił też zaskakujące słowa: Mam dla nich (Rosjan) propozycję. Oni niech dają nam Donbas i Krym, my oddamy wam „Szpiegowo”. A w tym samym czasie deputowani partii Swoboda rozpoczęli w Radzie Najwyższej Ukrainy prace nad ustawą o roszczeniach terytorialnych wobec Polski, a Deszczyca publicznie oskarżał Polaków o ludobójstwo na Ukraińcach. Na te bezczelne słowa nie zareagował MSZ. Nie protestował prezydent Warszawy. A jedyną reakcją prezydenta Andrzej Duda było nadanie Deszczycy Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi, „w uznaniu znamienitych zasług w rozwijaniu współpracy między Polską i Ukrainą”.
Na ambasadora amerykańskiego się oburzali, ale milczeli, gdy w ordynarny sposób traktowali ich dyplomaci z pewnego gównianego, tropikalnego państewka. Za słowa „Język, którym mówi się o PiS, […] mamy być tak traktowani, jak Żydzi przez Goebbelsa”, jak uczniaka obsztorcowała wicepremiera polskiego rządu ambasador Izraela Anna Azari: „Ja po prostu nie chciałabym widzieć więcej takich cytatów”. Piotr Gliński tylko się oblizywał a jego pryncypał premier tchórzliwie milczał. Dodajmy tylko, że tyle pogardy wykazała wobec prożydowskiego fanatyka, który dał 100 milionów na żydowski cmentarz i drugie tyle na żydowski teatr. Podobnie rozbestwiali się jej poprzednicy. Dawid Peleg wezwał do bojkotowania wicepremiera i ministra edukacji Romana Giertycha za to, że na listę lektur szkolnych wpisał książkę Adolfa Dobraczyńskiego. Alexander Ben Zwi pozwolił sobie na ocenę: „Jak Konfederacja wejdzie do Sejmu, to Będziemy mieli problem”. Dlaczego powiedział „My”? Ano dlatego, że ambasador Izraela w Warszawie jest wśród swoich i zawsze zabiera głos, jakby był członkiem polskiego rządu.
Przykładów nieobyczajnych zachowań dyplomatów jest mnóstwo:
1. Ambasador USA Victor Ashe na stronie ambasady zamieszcza informację, że loża B’nai B’rith zajmuje się odzyskiwaniem majątków pożydowskich i obwieszcza, że z szefem loży omawiał „kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam”.
2. Ambasador Rosji szarogęsi się przy pomniku sowieckiego generała, który decyzją miejscowego samorządu miał zostać rozebrany, bo generał (zresztą żydowskiego pochodzenia) był odpowiedzialny za mordy i zsyłkę do łagrów setek żołnierzy wileńskiej brygady AK.
3. Prezydent Wrocławia przyznaje (albo wygaduje się), że interwencja Policji wobec demonstrujących na wykładzie Zygmunta Baumana odbyła się na żądanie konsula Niemiec.
4. „Otwarta Rzeczpospolita” – zbiegowisko specjalistów od walki z polskim „szowinizmem i antysemityzmem” składa donos do ambasady Holandii, a ta finansuje publikację „Mowa nienawiści”, brutalnie ingerując w wewnętrzne sprawy Polski i nawołując do represji karnych wobec obrońców dobrego imienia Polski.
To nie pierwszy raz, gdy o ambasadorze USA w Polsce robi się głośno. Gdy Georgette Mosbacher zabrała głos w obronie TVN, oskarżano ją, że broni racji żydowskich, że jest wysłanniczką lobby żydowskiego w Waszyngtonie i że jest Żydówką. Tymczasem nie była taka straszna, jak ją malowali. Bo broniła nie interesu żydowskiego, lecz biznesu amerykańskiego, bo miała do tego prawo, a nawet psi obowiązek. No i nie jest Żydówką, ale prostą amerykańską dziewuchą z prowincji, a żydowsko brzmiące nazwisko odziedziczyła (wraz z milionami dolarów) po żydowskim mężu. A polskie władze? Zamiast przekazać do Białego Domu, że TVN to oszczercy Donalda Trumpa, tchórzliwie położyli ruki po szwam i pospieszyli z zapewnieniami o wolności słowa.
W Stanach Zjednoczonych jest taki zwyczaj, że prezydent którzy go wspierali w nagrodę obdziela stanowiskami. Ma to plusy, bo taki ambasador ma bliski kontakt z prezydentem. Mosbacher kilka razy udowodniła, że jest w stanie pomóc w organizowaniu spotkań, i to w błyskawiczny sposób, między prezydentami. To ona pomogła w zniesieniu upokarzających restrykcji wizowych (o co polska dyplomacja – jeśli w ogóle jest coś takiego – zabiegała nieskutecznie przez lata). Innym plusem było to, że nigdy nie podnosiła, w przeciwieństwie do swych poprzedników, kwestii majątków pożydowskich. Dowodem na to, że taka była: Po odejściu Trumpa i odwołaniu Mosbacher z Warszawy, triumfowała żydowska gazeta dla Polaków, firmowana przez Bidena administracja okazała się żydokomunistyczną rekonkwistą, a w osobie Trumpa utraciliśmy sojusznika. I gdy w Warszawie pojawił się Mark Brzezinski… zatęskniliśmy za Mosbacher.
A co do obrony przez Mosbacher amerykańskich biznesów i obrony przez Rose dobrego imienia prezydenta, to odnotujmy, że w historii dyplomacji III RP nie było przypadku, żeby ambasador RP interweniował w obronie prezydenta swego kraju, jak i dobrego imienia Polski. A co do obrony polskich interesów, to polskim biznesmenom doświadczenie mówi, żeby nie tylko nie zwracać się o pomoc do polskiej ambasady, ale unikać z nią wszelkich kontaktów i szerokim łukiem obchodzić jej siedzibę.
Gdy media w Polsce podały sensacyjną wiadomość, że „wychodzący z nocnego klubu studenci izraelscy zostali pobici przez napastników posługujących się językiem arabskim”, reakcja była natychmiastowa – polskie MSZ wydało oświadczenie, a ambasador RP w Izraelu obwieścił: „Ohydny akt barbarzyństwa. Nie ma uzasadnienia dla przemocy. Wierzę, że sprawcy zostaną wkrótce aresztowani. Życzę Yotamowi i innym szybkiego powrotu do zdrowia”. Z banalnego incydentu, którym powinien zająć się policyjny stójkowy, władze polskie zrobiły międzynarodową aferę. Polskie MSZ natomiast tchórzliwie milczało, gdy na ogrodzeniu nasze ambasady w Tel Awiwie namazano swastykę oraz graffiti: „mordercy spieprzajcie” i „polskie gówno”. MSZ nie dało się „sprowokować” nawet wówczas, gdy składający się z marcowych emigrantów tłum wdarł się na teren polskiej placówki i opluł polskiego ambasadora, a na publicznej plaży w Ejlacie kamieniami oraz wyzwiskami „Dobry Polak to martwy Polak” obrzucono polskich turystów. Głosu nie zabrało ani polskie MSZ, ani sam opluty, czyli ten, który podbicie oka Yotamowi nazwał „ohydnym aktem barbarzyństwa”.
Marek Magierowski, bo o nim mowa, okazał się faktycznie ambasadorem Izraela w Tel Awiwie. To dość powszechna praktyka w polskojęzycznej dyplomacji. Ryszard Schnepf był ambasadorem Izraela w Waszyngtonie (równocześnie akredytowanym przy tamtejszej gminie żydowskiej). Jan Piekło był ambasadorem Ukrainy w Kijowie, a pierwszy ambasador Rzeczypospolitej przy Unii Europejskiej, po tym jak odwołano go z urzędu za to, że zezwalał na manifestacje antyrządowe na schodach ambasady, natychmiast przeszedł na obcą służbę – został ambasadorem UE w Warszawie.
Wracając do „Kwestii Czarzastej”, trzeba jasno powiedzieć: Ambasador Tom Rose zachował się prawidłowo. Nie mógł zachować się inaczej. Atak na jego prezydenta musiał spotkać się z reakcją, która nie była ani „szokująca” ani „oburzająca”, tylko „wyważona”. Pokazał różnicę między naszą dyplomacja i dyplomacją państw prawdziwego, polegającą na tym, że politycy znad Wisły zawsze bagatelizują obraźliwe wypowiedzi pod adresem Polski, a amerykańscy w analogicznych sytuacjach reagują natychmiast, że prezydenta własnego kraju trzeba za granicą bronić, nawet jeżeli wywodzi się z przeciwnego obozu politycznego.
Być może reakcja powinna była być łagodniejsza (albo wcale jej nie być), ale pamiętać trzeba, że za Oceanem ma miejsce kontrrewolucja, po tym jak żydokomuna otrząsnęła się z traumy po zwycięstwie Trumpa, które – co trzeba powiedzieć – było korzystne dla Polski, w tym dla Konfederacji lub przede wszystkim dla Konfederacji. Pamiętać też należy, że Rose protestował przeciwko szkalowaniu Polski przez środowiska przypisujące nam udział w Holokauście, i jest rzeczą pewną, że Trump nie przysłał go do Polski po to, aby odzyskał pożydowskie majątki. I jeszcze raz powiedzmy jasno: Tom Rose zachował się, jak trzeba, a polscy politycy, jak nie trzeba.
7 marca w wyłożonej w ambasadzie Iranu po zabójstwie przywódcy duchowego tego kraju księdze kondolencyjnej, wpis złożył Grzegorz Braun. Ambasador USA skomentował to tak: „Ameryka i Donald Trump nie zapomną, kto jest ich przyjacielem, a co ważniejsze, kto nim nie jest”. W kolejnym wpisie udostępnił filmik z udziałem lidera Korony i nazwał go „obrzydliwym”. I akurat tu potrzebna była reakcji Mentzen. Na przykład z argumentem, że „to nasz antysemita i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto jest obrzydliwy”.
Na koniec pytanie: Czy politycy Konfederacji (jednej i drugiej) są zdolni wytłumaczyć Polakom (przy założeniu, że Polaków to interesuje), o co w tym wszystkim chodzi? Czy muszą, często w sposób chaotyczny i nieprzemyślany zabierać głos na każdy temat, chociażby dlatego, żeby mieć więcej czasu na myślenie?
Krzysztof Baliński