Nie doczekali wolnej Polski.
Szczepko i Tońko
z „Wesołej Lwowskiej Fali”
pch24.pl/nie-doczekali-wolnej-polski-szczepko-i-tonko-z-wesolej-lwowskiej-fali

(Szczepko i Tońko / fotos z filmu „Włóczęgi”
Gdy Polskie Radio nadawało w latach 30. audycje „Wesoła Lwowska Fala”, ulice pustoszały. Miliony Polaków słuchały żartów Szczepka i Tońka, a potem oglądały swoich ulubionych bohaterów na ekranach kin. Niestety, filmy zachowały się tylko dwa. Trzeci uległ zniszczeniu we wrześniu 1939, a plany na kolejne produkcje wykopał po wojnie sowiecki but. Nie było dane dwóm batiarom razem wejść w nową rzeczywistość. Nie było dane Polsce kontynuować pięknych kresowych tradycji. Nie było dane nam dorastać w ich cieniu. Czy pozostała więc jedynie wiecznie nienasycona tęsknota…?
„Wesoła Lwowska Fala” to pulsujący humorem i afirmacją istnienia zapis tego życia, którym przed II wojną światową wyróżniał się Lwów. Nie sposób oddać tej specyfiki, dlatego najlepiej posłuchać archiwalnych nagrań, których fragmenty znajdziemy chociażby we wspaniałym dwupłytowym albumie Skarbiec Lwowski. Słuchając tamtych nagrań, oglądając filmy ze Szczepkiem i Tońkiem poczujemy niedającą się już nigdy wymazać miłość do polskiego miasta Lwów, w którym czujemy, że duchowo jesteśmy po prostu w domu, choć mamy świadomość, że ten dom jest gdzieś w odległej kulturowej galaktyce…
Wspomnianą audycję nadawano od 1932 roku, początkowo jako „Wesołą Lwowską Niedzielę”. Rok później ruszyła w skali ogólnopolskiej jako „Wesoła Lwowska Fala”. Autorem był Wiktor Budzyński, zaś głównymi bohaterami Tońko (prywatnie – lwowski adwokat i doktor prawa Henryk Vogelfänger) i Szczepko (prezenter radiowy Kazimierz Wajda).
Piękne wspomnienie tego niepowtarzalnego duetu zostawił pisarz, dziennikarz, Lwowiak i popularyzator Miasta Snów – Jerzy Janicki. W artykule Szczepcio i Tońcio, napisanym dla specjalnego wydania tygodnika „Przekrój” z 1991 roku, zauważał, że to, „co ich łączyło charakterologicznie – to dobroć, tkliwość, gołębie wprost serce, krótko mówiąc: »serce batiara«”.
Sama zaś audycja wyrażała to, co opiewali Szczepko i Tońko w słynnej pieśni Tylko we Lwowie, gdzie padają słowa: I bogacz i dziad tu są za pan brat. W obsadzie znajdujemy istny przekrój społeczeństwa. Jak wymienia Janicki, mamy „czterech magistrów prawa, urzędnika Izby Skarbowej, inżyniera rolnictwa, rzeźnika, a także adwokata, poetę i dziennikarza”.
Sławomir Koper i Tomasz Stańczyk podają w swojej książce Ostatnie dni polskiego Lwowa: „Według danych Polskiego Radia »Wesołej Lwowskiej Fali«” słuchało podobno 5-6 milionów Polaków, co wydaje się liczbą trochę przesadzoną. Gdy audycja startowała, zarejestrowanych było około 300 tysięcy radioabonentów, natomiast cztery lata później – prawie 700 tysięcy. Jednak trzeba pamiętać o tym, że przy odbiornikach gromadziło się przynajmniej kilka, a często kilkanaście osób”.
Spalone serce batiara
Powstały trzy filmy z udziałem Szczepka i Tońka: Włóczęgi, Będzie lepiej i Serce batiara. Wszystkie nakręcono w roku 1939 roku, rolki zaś z ostatnim uległy zniszczeniu, gdy Polskę ogarnęła pożoga wojenna. Ponoć samorodni aktorzy mieli już podpisane kontrakty na kolejne produkcje. W pewnym sensie historia ich krótkiej wspólnej kariery zamyka w sobie całą tragedię Polski – państwa rozrywanego przez wolę mocarstw i pozbawionego elit, najpierw na skutek ludobójstwa, a potem – komunistycznego zglajszachtowania.
Włóczęgi to film bardziej kameralny, niczym miniaturka ze Lwowa, z charakterystyczną i pozytywnie niejednoznaczną postacią pani baronowej von Dorn i niewinną, acz rezolutną, panną Krysią. Największą furorę robią jednak tytułowi bohaterowie, którzy ocieplają wizerunek lwowskiego batiara z jego bałakiem, czyli specyficznym miejskim żargonem, w ustach Szczepcia i Tońcia urastającym do rangi symbolicznej. To opowieść o bezinteresownej trosce i męskiej odpowiedzialności, która rodzi się w duszach mieszkających na strychu bezrobotnych grajków ulicznych, przygarniających osieroconą Krysię.
Czułość, z jaką bohaterowie zwracają się do siebie i do osób, które darzą serdecznością, przywodzi na myśl staropolski ideał braterskiej poufałości połączonej ze względami szacunku dla „wieku, urodzenia, rozumu, urzędu”, jak powiedziałby inny nieśmiertelnej pamięci przedstawiciel kultury kresowej – Adam Mickiewicz. Nawet gdy ten mądrzejszy (Szczepko) zwraca się do tego naiwnego (Tońka) słowami durny wariat, czujemy w tym miłość człowieka do człowieka, Polaka do Polaka, jakiej próżno szukać w dzisiejszej kulturze popularnej. Swoją drogą, wskazuje się, że pierwowzorem dla tej dwójki mieli być Flip i Flap. Nawet jeżeli, to jakże inaczej – jak po lwosku! – zrealizowali swoją wersję.
Z kolei w filmie Będzie lepiej czuć już nieco to wielkomiejskie zepsucie, które cechowało kino dwudziestolecia międzywojennego, szczególnie, że większość akcji dzieje się w Warszawie. Niemniej fabularnie mamy nawiązanie do Włóczęgów, z tym, że tym razem bohaterowie biorą pod opiekę… niemowlę porzucone przez matkę, któremu nadają imię… Bajbus.
Znów jednak nie jest to tylko uczta z miejskiego folkloru Lwowa i tylko rozrywka, ale również moralitet o tym ile sensu i radości wnoszą w nasze życie dzieci. Było to o tyle ważne, że mentalność antynatalistyczna bynajmniej nie jest wymysłem dzisiejszej Polski, ale już w międzywojniu szerzyła się wśród społeczeństwa.
W książce Ostatnie dni polskiego Lwowa czytamy: „11 września 1939 roku spikerka Celina Nahlik łamiącym się głosem odczytała komunikat o zaprzestaniu nadawania programów przez lwowską rozgłośnię. I zanim wyłączono mikrofony, wybuchła płaczem”… Tu w (d)uszach naszych niech rozebrzmią pieśni pomieszczone na albumie Skarbiec Lwowski.
Zespół „Wesołej Lwowskiej Fali” internowano w Rumunii, gdzie Henryk Vogelfänger i Kazimierz Wajda kontynuowali działalność dla uchodźców, a potem już w mundurach – przy polskich oddziałach jako Czołówka Teatralna Wojska Polskiego nr 1, „jeżdżąc od obozu do obozu, nieraz zaś i czołgając się od okopu do okopu”, jak wspomina Janicki. „Aż w Modenie dosłużyli się stopni podporuczników, gwiazdkę zaś do beretu Tońka przypinał osobiście generał Maczek, wręczając mu własną, oderwaną z generalskiego naramiennika. Rzadki to – być może – wypadek, by awanse zdobywać na wojnie za opowiadanie dowcipów. Lecz ich śmiech – tak wówczas potrzebny – mierzyć można bez mała i generalską rangą, bo podnosił na duchu, rozgrzewał zwątpiałe serca, kazał wierzyć w zwycięstwo” – czytamy.
Po wojnie rozeszły się losy Szczepka (Wajda) i Tońka (Vogelfänger). Ten pierwszy, jako zawodowy prezenter, rozpoczął pracę w Polskim Radiu pod rządami komunistów, drugi pozostał na emigracji. Szczepko zmarł w Warszawie w 1955 roku, pochowany zaś na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie („Chociaż tyle, że w Galicji” – komentował Janicki. Budzyński w 1973 w Anglii, natomiast jego żona (lwowska śpiewaczka Włada Majewska) przeżyła najdłużej i zmarła w 2011 (w wieku stu lat), również w Anglii.
Tońko wylądował najpierw w RPA, potem w Anglii, gdzie wykładał łacinę i brytyjskie prawo konstytucyjne (doktorat z prawa zrobił jeszcze na Uniwersytecie Jana Kazimierza). Wrócił w roku 1989. Jerzy Janicki wspomina, jak przekazał mu, że jego ulica we Lwowie, słynna Łyczakowska, nie nosi już imienia Lenina. Usłyszał: „Takie, Jurciu, prezenta, to si pamięta…”. I były to ostatnie słowa, jakie usłyszał, gdyż dwa dni później odebrał wiadomość o śmierci ostatniego batiara.
„Tamtej” polskości pomnik wiecznotrwały
Dla wyrażenia tego staropolskiego uczuciowego fenomenu, jaki personifikują Szczepko i Tońko, idealne będą słowa wiersza Mariana Hemara Rozmowa z księżycem, który na emigracji w Londynie rozmarzył się lirycznie, że odwiedził go lwowski księżyc i zakończył tę krotochwilną konwersację: A ja płaczę i śmieję się. Faktycznie, aż mnie wstyd!
Płakać i śmiać się jednocześnie – tyle nam dane, gdy Lwów odżywa w naszych sercach wraz z dźwiękami piosenek Tyle jest miast, Moje serce zostało we Lwowie, Na Wysokim Zamku czy Sen o Lwowie.
Swoją drogą, to bogactwo kulturowe nie mogłoby zaistnieć, gdyby nie polskie elity. Najlepiej wyraża tę myśl Janicki: „Pokażcie mi dzisiejszego rewiowego wesołka, który by, znalazłszy się na obczyźnie, mógł uczyć choćby w podstawowej, niedzielnej szkółce. Jak powiadają we Lwowie – dzisiaj już takich nie robią…”.
Kultura przedwojennego Lwowa wpisuje się nie tylko w ogólne bogactwo zasług i plejadę świetlanych postaci naszej historii pochodzących z Kresów, ale wnosi wartość swoją własną, jedyną, dla której wspólnym mianownikiem jest lwowski uśmiech.
Gdy słyszę słowa „niepowetowana strata”, zawsze myślę: A co tam, nic nie trwa wiecznie. Albo: Nikt nie jest niezastąpiony. Albo: Ze stratą trzeba się pogodzić jak z wolą Bożą. Ale przyznaję, że nieraz śmiałem i płakałem jednocześnie, myśląc o polskim Lwowie i jest to bodaj jedyna rzecz, o której – niejako wbrew sobie – jestem skłonny powiedzieć właśnie: jakże to niepowetowana strata!
Szczepko i Tońko przypominają nam, że polskości nie konstytuuje fakt, że mieszkamy na terytorium Polski, mówimy po polsku i w szkole zmuszani jesteśmy do czytania Sienkiewicza i Reymonta. Polskość w sensie kulturowym to właśnie ten niepowtarzalny narodowy i lokalny charakter, którego nie da się wyuczyć, który albo jest żywym wzorcem przekazywanym z pokolenia na pokolenie – albo umiera, zostawiając tylko to, co określa się dziś jako teksty, a dawniej jako pomniki, kultury.
Tylko obcowanie z tymi bezcennymi zapisami może przypomnieć nam, co to naprawdę znaczyło być Polakiem i przy okazji, Bogu dzięki, że moment kulturowej zagłady naszego narodu zbiegł się z wcześniejszym upowszechnieniem mikrofonu i kamery!
Piszę ten tekst u progu nowego – 2026 – roku, z powoli dogasającym uczuciem świątecznego ciepła wspominając tych, którym nie dane było wejść w nowy, dobry początek, tych, w których – pewnie ku ich własnemu, wesoło-rzewnemu zdziwieniu – zamknął się cały tragizm naszych polskich dziejów. Zakończę więc słowami innej jeszcze piosenki:
Już mi raz zabrali Wilno,
już mi raz zabrali Lwów,
Ale z serca mi nie wyrwą
Moich dwóch najmilszych słów.
Zrabowali mi już sporo
Z moich snów i moich łez,
Lecz tęsknoty nie zabiorą,
Bo tęsknota we mnie jest…
Filip Obara
Zobacz także: