Pierwszy król Polaków

Pierwszy król Polaków

pch24/pierwszy-krol-polakow

Prawdziwa, nielukrowana opowieść o królu Bolesławie, przez potomnych nazwanym Chrobrym i Wielkim, musi stanowić trudny orzech do zgryzienia dla dzisiejszych „elit politycznych” Kraju nad Wisłą.

Powie ktoś tutaj, że przecie nie tak dawno Sejm RP ogłosił rok 2025 Rokiem Milenium Koronacji Dwóch Pierwszych Królów Polski w Gnieźnie. Że w stosownej uchwale napisano: „Koronacja Bolesława Chrobrego była jasnym sygnałem dla ówczesnego świata, że młode państwo polskie jest niepodległe i niezależne. […] Upamiętnienie wstąpienia na tron Bolesława Chrobrego oraz Mieszka II Lamberta jest wspomnieniem wszystkich tych, którzy skupieni wokół idei rodzącego się państwa polskiego, poświęcali czas, energię, a niekiedy i życie, byśmy dziś byli częścią dumnego grona krajów Europy z wielowiekową tradycją państwowości”. 

Pewnikiem każdy patriota podpisałby się pod tymi słowami. Kłopot w tym, że wśród dzisiejszych pseudoelit szczerego patriotyzmu należałoby szukać ze świecą, bynajmniej nie chanukową. Przecież od wielu lat obserwujemy łaszenie się do obcych panów ze strony przedstawicieli tubylczej „szlachty jerozolimskiej”, „wnuków Wehrmachtu” tudzież „sług narodu ukraińskiego”. Owe miernoty, pretendujące do miana „mężów stanu”, najwyraźniej nie mają pojęcia, komu składają historyczne hołdy.

Dziedzictwo świętego Piotra

Syn Mieszka I i Dobrawy nader wcześnie wkroczył na arenę polityki międzynarodowej. Liczył sobie około siedmiu wiosen, kiedy zgodnie z pradawnym obyczajem zorganizowano mu postrzyżyny. Jego ojciec wysłał poselstwo do Rzymu, ofiarowując papieżowi pukiel włosów pierworodnego. Oddał w ten sposób nasze ziemie pod zwierzchnictwo Stolicy Apostolskiej, „w dziedzictwo świętemu Piotrowi”. Po śmierci ojca (992) Bolesław objął książęcy tron. Dojście do władzy obfitowało w burzliwe momenty – książę wypędził macochę Odę wraz z jej synami, kazał też oślepić uzurpatorów Przybywoja i Odylena.

Nowy władca państwa polskiego był nieodrodnym dziecięciem swej epoki. Gorliwie krzewił chrześcijaństwo, nie cackając się z opornymi. Grzesznikom winnym nieprzestrzegania postów kazał wyłamywać zęby. Jego receptę na okiełznanie rozpustników warto przypomnieć w dobie panoszenia się rozmaitych dewiacji seksualnych: „Jeśli kto spośród tego ludu ośmieli się uwieść cudzą żonę lub uprawiać rozpustę, spotyka go natychmiast następująca kara: prowadzi go się na most targowy i przymocowuje doń, wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Książę Bolesław w pierwszej dekadzie swego panowania zacieśniał sojusz ze Stolicą Apostolską i cesarstwem. Pragnął objąć misyjną aktywnością ziemie pogan, wysyłając do kraju Prusów misję św. Wojciecha. Po śmierci tego wielkiego męczennika (997) wykupił z rąk pogańskich oprawców jego zwłoki, by następnie uroczyście pogrzebać je w Gnieźnie. W następstwie tych zdarzeń papież Sylwester II ustanowił w Gnieźnie metropolię arcybiskupią, podległą bezpośrednio Rzymowi.

Pielgrzym

W roku 1000 do grobu św. Wojciecha pielgrzymował młody król niemiecki i cesarz rzymski, Otton III. Władca ten miał w zamyśle odbudowę imperium rzymskiego na ziemiach Italii, Galii, Germanii i ledwie co schrystianizowanej Słowiańszczyzny.

Książę Bolesław przyjął dostojnego gościa najwystawniej, jak potrafił. Istotnie, wrażenie wywołał potężne.

– Na koronę mego cesarstwa! To, co widzę, większe jest, niż wieść głosiła – miał zawołać Otto. – Nie godzi się takiego i tak wielkiego męża, jakby jednego z dostojników księciem nazywać lub hrabią, lecz chlubnie wynieść go na tron królewski i uwieńczyć koroną!

Otton III nazwał Bolesława „bratem i współpracownikiem cesarza” oraz „sprzymierzeńcem narodu rzymskiego”. Wręczył gospodarzowi bezcenny dar – kopię włóczni św. Maurycego. A wreszcie zdjął z głowy cesarski diadem i nałożył go na skronie Bolesława.

Ta sławna scena była interpretowana przez niektórych historyków jako koronacja królewska. W rzeczywistości szafarzem koron mógł być jedynie Ojciec Święty. Prawdziwa koronacja była bowiem obrzędem religijnym. Wymagała namaszczenia władcy olejami świętymi, przez co przeistaczał się on w Bożego pomazańca. To właśnie ten szczegół sprawiał, że monarcha stawał się niezależny od ziemskich czynników politycznych, jako że jego władza od tej chwili pochodziła od Boga.

Tym niemniej gest cesarza i jego pochlebne słowa pod adresem Bolesława miały na arenie politycznej trudny do przecenienia ciężar gatunkowy. Owocem zjazdu było także utrwalenie arcybiskupstwa gnieźnieńskiego, powołanie nowych biskupstw (w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu) oraz nadanie Bolesławowi i jego następcom prawa do obsadzania stanowisk biskupich.

Nie wszystkim podobało się takie wywyższenie naszego kraju. Niemiecki kronikarz Thietmar, biskup merseburski, oddał uczucia wielu swoich rodaków, kiedy westchnął był gorzko nad pergaminem: Niech Bóg wybaczy cesarzowi, że czyniąc trybutariusza panem, wyniósł go tak wysoko”.

Czas miecza

Doskonałe relacje z cesarstwem rychło zakończyły się po przedwczesnej śmierci Ottona. Jego następca Henryk II Święty (od 1002 roku król Niemiec, od 1014 cesarz rzymski) nie widział w słowiańskim księciu „brata i współpracownika”, chciał jego pełnego podporządkowania. A pan na Gnieźnie posiadał swoje ambicje. Byli ludzie w otoczeniu przyszłego cesarza, którzy próbowali zapobiec wojnie. Św. Brunon z Kwerfurtu ostrzegał Henryka II, aby ten nie nastawał na zgubę „księcia chrześcijańskiego, dzielnego pracownika w winnicy Pańskiej”. Jednakże nieubłaganie nadchodził czas miecza.

Władca Polski uderzył pierwszy. Zajął Miśnię, Milsko i Łużyce, witany jako wyzwoliciel przez tamtejszą ludność słowiańską. Wykorzystując zamęt w ówczesnym państwie czeskim, postanowił rozszerzyć na nie swe wpływy. Wpierw pomógł w odzyskaniu tronu księciu Bolesławowi Rudemu, niedawno obalonemu przez konkurenta. Potem, gdy władca Polski zorientował się, że okrutne rządy Rudego powodują w Czechach ferment i narastanie opozycji, kazał uwięzić i oślepić swego alianta, a następnie sam objął rządy w Pradze.

Henryk II zażądał wówczas złożenia hołdu, ponieważ Czechy dotąd uznawały jego zwierzchnictwo. Bolesław odmówił. Henryk II kontratakował, wypierając Bolesława z Czech, a następnie wdzierając się w głąb ziem polskich. Między 1002 a 1018 rokiem Polska stoczyła z Niemcami aż trzy kilkuletnie wojny. Ostatecznie zawarty pokój w Budziszynie wskazał jako zwycięzcę księcia Bolesława. Wprawdzie nie mógł on marzyć o powrocie na czeski tron, ale zachował Milsko, Łużyce i Morawy.

Marsz na Kijów

Dogrywką wojny z Niemcami był atak Polaków na stolicę sprzymierzeńca Germanów, księcia kijowskiego Jarosława Mądrego, przeprowadzony w roku 1018.

W tym miejscu wypada napomknąć o ówczesnych, na pozór przedziwnych zmianach sojuszy, za którymi stali twardo stąpający po ziemi władcy. Nie było tutaj miejsca na (dobrze znane nam z ekranów telewizorów) ideologiczne seanse nienawiści do „odwiecznego wroga” – który przecież za chwilę mógł okazać się pożądanym sojusznikiem przeciw innemu nieprzyjacielowi.

Zanim jeszcze Bolesław zawarł z cesarstwem pokój w Budziszynie, wydarzyła się rzecz nad wyraz ciekawa. W roku 1013, wykorzystując czasową przerwę w walkach z Niemcami, polski książę wspólnie z Henrykiem II – dopiero co swoim śmiertelnym wrogiem! – wyprawili się razem zbrojnie przeciw Rusi Kijowskiej. Jako rzekło się wyżej, ówczesne sojusze zmieniały się dynamicznie, bo ledwie cztery lata później Ruś Kijowska stała się antypolskim sojusznikiem Niemiec! Na nasze szczęście niewiele z tego wyszło, a po wycofaniu się cesarstwa z wojny, Kijów stanął sam oko w oko z nieustraszonym Bolesławem.

Tak więc w roku Pańskim 1018 książę polski Bolesław wyprawił się na Kijów, zamierzając osadzić tam na tronie swego zięcia Świętopełka (brata Jarosława Mądrego). Polacy zdruzgotali wojska Kijowian w bitwie pod Wołyniem, a następnie zajęli Kijów. Jak podają kronikarze, Bolesław wkraczając do miasta miał wyszczerbić miecz o bramę grodu. Zwycięstwo było wiekopomne, choć potem Bolesław szpetnie zachował się wobec rodziny pokonanego władcy, niewoląc siostrę kijowskiego księcia, Przedsławę.

Trwałym owocem wyprawy kijowskiej było odzyskanie przez Polskę Grodów Czerwieńskich – obszaru położonego między Chełmem i Przemyślem a Samborem i Lwowem. Osadzony na kijowskim tronie Świętopełk po jakimś czasie został obalony przez siły wierne Jarosławowi Mądremu. Ten szybko dogadał się z Bolesławem, podpisując z nim traktaty pokojowe.

Korona

Niewiele wiemy o ostatnich latach panowania polskiego księcia. Z jakowychś przyczyn odsunął w cień swego pierworodnego Bezpryma, obdarzając za to względami młodszego Mieszka, co w przyszłości poskutkowało niebywale ostrym kryzysem politycznym.

Bolesław wznowił starania o koronę królewską. Pomogła mu w tym śmierć niezbyt przychylnego Polsce (czy może nazbyt przychylnego Niemcom) papieża Benedykta VIII. Kilka miesięcy później pożegnał nasz padół łez także cesarz Henryk II. Źródła przekazują skąpe informacje, jednakże Bolesław musiał pozyskać zgodę ówczesnego papieża Jana XIX, jako że legalności koronacji polskiego władcy nie oprotestowali nawet nieprzychylni nam kronikarze niemieccy. Pozwolili sobie jedynie na kąśliwe komentarze, jak te zawarte w Rocznikach Kwedlinburskich, gdzie odnotowano, iż książę Bolesław „trucizną pychy do tego stopnia zalał swoje wnętrzności, że zuchwale odważył się po namaszczeniu nałożyć sobie koronę, za którą to jego zarozumiałości śmiałością ducha rychło spotkała go zemsta Boga, albowiem wkrótce zszedł poddany smutnemu wyrokowi śmierci”.

Koronacja odbyła się najpewniej w Niedzielę Wielkanocną 18 kwietnia 1025 roku. W olbrzymim stopniu umocniła polską państwowość i była dowodem jej niezależności i prestiżu. Pierwszy polski król nie nacieszył się długo koroną, zmarł bowiem po zaledwie dwóch miesiącach. Pół roku później korona spoczęła na skroniach jego syna, Mieszka II Lamberta.

Karły i olbrzymy

Nie wszystko w biografii Bolesława Chrobrego zasługuje na pochwałę. Nie daje się nijak usprawiedliwić jego okrucieństwo, choćby oślepianie pojmanych wrogów, albo gwałt na nieszczęsnej księżniczce Przedsławie. Jednak przecież nie za to cenimy pierwszego polskiego króla.

To Chrobry wykuł przyszłą potęgę Polski. Przeszedł do historii jako władca, który chciał widzieć swój kraj w szeregu wolnych państw. W tym celu umiejętnie lawirował między Zachodem i Wschodem, odrzucając proponowany mu model integracji europejskiej pod przewodem Niemiec. Potrafił samotnie przeciwstawić się cesarzowi, najpotężniejszemu wówczas władcy Zachodu, mającemu chrapkę na budowę „świata jednobiegunowego”.

Polski król wzbudzał szacunek przeciwników – to mieszkańcy Rusi Kijowskiej nadali mu miano Chrobry (Dzielny). To on stworzył mocarstwo, które mimo dziejowych wichrów i przejściowych upadków będzie świeciło przykładem dla przyszłych pokoleń. Gorliwie przy tym krzewił chrześcijaństwo na ziemiach rodzimych i obcych.

Musiało upłynąć dobrych siedem stuleci, nim polscy politycy zaczęli biegać po worki dukatów do obcych ambasad. A kolejne paręset lat, nim plunęli na świetną przeszłość i ogłosili się otwarcie „sługami” obcej nacji, zaś polecenia cudzoziemskich dyplomatów zaczęli posłusznie przyjmować przez telefon… To zabawne, że dzisiejsze „elity” – do bólu antychrześcijańskie, antynarodowe, proberlińskie i prokijowskie – w swojej zadufanej tępocie zapragnęły uczcić właśnie koronację Chrobrego. Zaiste, ci ludzie mają dziwnego ducha.

Wielki i Dzielny

Bolesław trafnie uznawał, że wojna jest naturalnym przedłużeniem polityki. Dlatego z korzyścią dla naszego kraju przeprowadzał aneksje terytorialne, dlatego osadzał władców na obcych tronach, dlatego podburzał na ziemiach niemieckich słowiańską mniejszość (jak zapewne orzekłyby współczesne nam media: „zbrodniczych słowiańskich separatystów”…). Jakże żałośnie brzmią dzisiejsze umizgi pseudoelit do tradycji Chrobrego w kraju, w którym sądy straszą kryminałem za „pochwałę wojny napastniczej” (to jest za poparcie strony innej niż popierana przez tubylczą administrację namiestniczą).

Był Chrobry takim „złym imperialistą” z marksistowskich czytanek, który postawił się niemieckiej „Zjednoczonej Europie”, a potem (o zgrozo!) załomotał mieczem w bramy Kijowa. Był drapieżnikiem wśród drapieżników, który w ówczesnym okrutnym świecie uparcie walczył o przetrwanie. A przy tym wszystkim był „fundamentalistą religijnym”, wręcz „katolickim talibem”.

I właśnie za to wszystko go wielbimy.

Andrzej Solak