============================
Przegląd od AI:
Jolanta Sobierańska-Grenda to prawniczka i menedżerka, która od lipca 2025 roku pełni funkcję Ministra Zdrowia w rządzie Donalda Tuska, zastępując Izabelę Leszczynę
Genialna rozmowa z Ministrem Zdrowia. „Fachowcem” xD
— Jan Molski 🇵🇱 (@JanMolskiIII) February 20, 2026
– W tym roku zostało zlikwidowanych 18 oddziałów położniczych.
– Nie no napewno trochę mniej…
– Takie wyliczenia są Rzeczpospolitej.
– Ale zastąpiliśmy je pokojami narodzin
– A ile ich powstało?
– Narazie żaden. pic.twitter.com/eG9ySCbOwU
============================
Przegląd od AI:
Jolanta Sobierańska-Grenda to prawniczka i menedżerka, która od lipca 2025 roku pełni funkcję Ministra Zdrowia w rządzie Donalda Tuska, zastępując Izabelę Leszczynę
[Spawacz/spawarka tyż potrzebni. No i stolarka, może stolarz…
Szukam osoby do prac ministerskich. Byle nie była to skrajna idiotka. ]
============================================

Od 24 grudnia 2025 roku, czyli od jutrzejsze Wigilii Bożego Narodzenia, zaczynają obowiązywać nowe przepisy dotyczące treści ogłoszeń o pracę. W praktyce oznacza to koniec prostych i zrozumiałych sformułowań w rodzaju „zatrudnię murarza”, „sekretarkę” czy „opiekunkę do dzieci”. Zastąpić je mają konstrukcje „neutralne płciowo”, bo – jak uznał ustawodawca – praca płci nie ma (co, jak pokazuje prakryka, jest bzdurą).
Wielu pracodawców określa te przepisy wprost jako durne i oderwane od rzeczywistości. Zamiast rozwiązywać realne problemy rynku pracy, wprowadza ono iluzję postępu, skupiając się na językowej kosmetyce.
Zgodnie z nowymi zasadami tradycyjne nazwy zawodów mogą zostać uznane za wykluczające. Zamiast nich mają pojawić się konstrukcje takie jak:
Tak tłumaczyła to osoba ministerska Agnieszka Dziemianowicz-Bąk:
Od jutra w życie wchodzą kretyńskie przepisy w wyniku których już nie dasz ogłoszenia o pracę dla sekretarki, mechanika, stolarza czy opiekunki dla dzieci, tylko trzeba będzie pisać "neutralnie płciowo".
— Marek Tucholski 🇵🇱 (@tucholski_marek) December 23, 2025
To nie tylko głupie, ale też pokazuje, że ta władza uzurpuje sobie prawo do… pic.twitter.com/lrC1ssywG0
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej uspokaja, że ustawodawca nie narzucił jednego wzorca. Dopuszczalne mają być m.in. formy bezosobowe („specjalista ds. kadr”), zapisy podwójne („sekretarz/sekretarka”), skróty typu „k/m” czy inne neutralne konstrukcje językowe. W praktyce oznacza to jednak, że każdy pracodawca musi sam zgadywać, czy jego ogłoszenie nie zostanie uznane za naruszenie prawa.
Nowe regulacje nie są wyłącznie symbolicznym gestem. Za nieprawidłowe ogłoszenie grożą realne sankcje: do 30 tys. zł grzywny lub mandat do 5 tys. zł nałożony przez Państwową Inspekcję Pracy. Dla małych firm to nie drobnostka, lecz poważne ryzyko finansowe.
To wygląda jak rzeczywistość wprost wyrwana z orwellowskiej antyutopii.
Największe kontrowersje budzi brak konsekwencji ustawodawcy. Z jednej strony prawo twierdzi, że praca nie ma płci, z drugiej nadal obowiązują normy dźwigania rozdzielone według płci:
Biologia więc istnieje, mięśnie istnieją, różnice fizyczne istnieją – ale tylko tam, gdzie chodzi o obowiązki i ryzyko zdrowotne. Gdy mowa o języku i ogłoszeniach, nagle udaje się, że rzeczywistość jest inna. Dla wielu to klasyczny przykład ideologicznej księgowości, która nie ma wiele wspólnego z realnym życiem.
Nowe przepisy mają rzekomo walczyć z dyskryminacją, ale w oczach wielu przedsiębiorców są kolejnym przykładem regulacji, które zamiast poprawy sytuacji pracowników i pracodawców przynoszą językowe wygibasy, groźbę kar i poczucie, że państwo coraz głębiej ingeruje w codzienną komunikację.
To nie jest realna równość ani sprawiedliwość. To raczej durne prawo, które tworzy iluzję nowoczesności i postępu, nie rozwiązując żadnego rzeczywistego problemu rynku pracy.
„Jako że żyjemy w świecie masowej demokracji (a może raczej oligarchii) medialnej, często nie sposób odróżnić tego, co faktycznie się dzieje, od tego, co się nie dzieje. Fakty prasowe (określenie zapożyczone) i fakty faktyczne są dziś często nie do rozpoznania”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki.
Publicysta przywołuje dane GUS, z których wynika, że sprzedaż detaliczna w cenach stałych we wrześniu 2024 r. spadła o 3,0 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym spadła o 5,7 proc. „Ogół ekonomistów wskazuje, że to dane bardzo niepokojące. Wskazują one na możliwą zapaść. (…) Ludzie nie kupują, przedsiębiorstwa nie zarabiają, a jak nie zarabiają, nie są w stanie utrzymać zatrudnienia, zaczynają się zwolnienia, co z kolei pogłębia pesymizm. Dlatego każdy normalny i odpowiedzialny polityk stara się przeciwdziałać podobnemu procesowi. Każdy normalny i odpowiedzialny, ale nie pani z rządu Donalda Tuska”, podkreśla.
Chodzi o minister minister do spraw klimatu i środowiska Paulinę Hennig-Kloskę, która z rozbrajającą szczerością oświadczyła w mediach, że dane GUS nie są powodem do paniki. Jej zdaniem spadek sprzedaży detalicznej nie dotyczy „rzeczy pierwszej potrzeby”.
– Z tego, co widziałam, to spadają głównie nie rzeczy pierwszej potrzeby, tylko raczej takie, bez których czasami możemy się obyć – mówiła minister na antenie Polsat News. – Tekstylia z punktu widzenia klimatu to nawet dobrze, jak będziemy mniej tego typu rzeczy kupować, bo to jednak powoduje właśnie emisję – dodała.
Według redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy” Polska „pierwszy raz doczekała się rządu, który cieszy się z upadku gospodarki”.
„Idąc za logiką pani Hennig-Kloski, należałoby ograniczyć praktycznie całą produkcję. Deweloperzy budują za dużo domów, linie lotnicze latają za często, samochodów produkuje się za dużo. Ziemia cierpi, klimat się sroży. Doprawdy, nie są to wypociny pseudoklimatystów, ale – jak rozumiem – plan rządu Tuska. Z pewnością osłabienie polskiej gospodarki jest planem pani Hennig-Kloski”, kpi autor „Epoki Antychrysta”.
„Polska jest państwem, w którym sędziowie uwalniają od odpowiedzialności blokujących ulice chuliganów, nazywając ich przyszłymi bohaterami, a ministrowie rządu cieszą się z upadku gospodarki. Jednak nie należy się tym martwić: ważne, że prokuratura ministra Adama Bodnara wciąż próbuje dopaść przedstawicieli opozycji, a minister Radosław Sikorski pcha nas do wojny dyplomatycznej z Rosją. Dlatego mimo wszystko jest wspaniale!”, podsumowuje Paweł Lisicki.
Źródło: tygodnik „Do Rzeczy” TG