Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920

[z mojego Archiwum. md]

Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920 Wojciech Kempa magnapolonia.org/na-marginesie-wyprawy-kijowskiej-1920/

Ludobójstwo, którego ofiarą padli Polacy z Wołynia i Małopolski Wschodniej w latach 1943 – 1944, zepchnęło w cień wydarzenia, które rozegrały się na Wołyniu, Podolu i Ziemi Kijowskiej ćwierć wieku wcześniej. Niewiele też osób sięga dziś po wspomnienia Zofii Kossak-Szczuckiej, będące jej debiutem literackim, czego należy żałować. Zofia Kossak-Szczucka to nie tylko znakomita pisarka, ale przede wszystkim wspaniały człowiek, a także bystra obserwatorka stosunków społecznych. Autorka „Pożogi” mieszkała wówczas w Nowosielicy, majątku leżącym na pograniczu Wołynia i Podola.
Zofia Kossak-Szczucka tak pisała o panujących tam stosunkach:

„Nie były to właściwe płaszczyzny wołyńskie, kołyszące swym rozmiarem, ani skaliste urwiska podolskie, ściskające serce oczekiwaniem wystrzelającej z głębi jaru, prawie pod stopami wsi. Harmonijne wzgórza, staczające się na wzgórza, falowały lasami i zbożem, radując się same w sobie swej rodzajności i sile. Na nich leżały przezroczyste, długie cienie od chmur wędrownych, dalekich. Między wzgórzami, w dole, były stawy, nad stawami w okrąg rozłożone wsie. Każda wieś przerośnięta była gęstwą sadów, które wiosną otulały chaty niby welon. W chatach tych mieszkał lud rosły i krzepki, śpiewający najpiękniejsze w całym świecie pieśni, leniwy i senny, ale sennością żywiołu, gotowego w każdej chwili powstać huraganem. Lud ten, nad wszystko inne siłę fizyczną ceniący, pobłażaniem gardził jako dowodem słabości, surowość uznawał, a za niesprawiedliwość mścił się zaciekle i strasznie.
Skryty i chytry, trudny do poznania i przyswojenia, niezmiernie rzadko dno swych myśli zdradzający – przeto pozornie uchodzący za fałszywy – posiadał wyjątkowe zdolności umysłowe, oczekujące tylko pobudzenia; zdolny do najbardziej krańcowych przejawów cnoty i zbrodni, nienawiści lub zasługi, był przy tym, niestety, opłakanie niekulturalny i ciemny. Krew tatarska, które sporą domieszkę otrzymał, dała mu w spadku zamiłowanie łupieżcze, tchórzowską odwagę pobratymca wilka z bliskiego lasu i chęć niszczycielską, która w przyszłości umiejętnie rozbudzona, miała wybuchnąć pożarem, tłumiąc wszelkie inne czynniki psychiczne.
Z ziemiaństwem polskim lud ten żył dobrze i zgodnie, uznając chętnie wiekową wyższość „paniw” i szanując ją. Rosjanie nigdy nie umieli osiągnąć tego znaczenia i wpływu. Mało zamiłowani w rolnictwie, obojętni dla ziemi, osiedlali się zazwyczaj w większych miastach, rzadko odwiedzając bogate swoje majątki, traktowane tylko jako warsztat dochodowy. Toteż Polacy byli istotnymi właścicielami i panami kraju, siłą faktów, tradycji, posiadanej ziemi i ogólnego przekonania.”
Autorka podkreśla, iż Ukraińcy, wówczas zwani częściej Rusinami, nad wszystko inne siłę fizyczną cenili. Nadto znani byli z okrucieństwa, a pobłażaniem gardzili jako dowodem słabości. Warto zwrócić uwagę na to, co autorka „Pożogi” wyłapała już sto lat temu i co powinni wziąć sobie do serca nasi politycy. W naszej kulturze przyjęliśmy oczekiwać, iż gest dobrej woli u obdarowanego nim winien wywoływać chęć odwzajemnienia się czymś podobnym. Tymczasem w relacjach z Ukrainą to nie działa… Ale idźmy dalej. Bo oto Zofia Kossak-Szczucka zauważa, iż „ziemiaństwo polskie kresowe lubiło Rusinów, zwracając się do nich, chętnie używało ich mowy, uważając lud ten cały za bliski i swój”, po czym dodaje: „Niejednokrotnie dwór czuł się prawie bliższy wsi ruskiej niż nielicznym zagrodom szlacheckim, częściej serdeczniej zwracał się do pierwszej. Stosunek ten był naturalnym wynikiem historii, wszakże poważny procent najpiękniejszych rodów ziemiańskich kresowych wyrósł z tego samego szczepu co lud ruski, z tej samej ziemi bujnej, szerokiej i barwnej. Wszak z Kresów powstały szeregi rycerzy, hojnie zasłużonych wobec Rzeczypospolitej, a dawne dumne bojary i kniazie zmieniły się w ciągu wieków w najlepszych Polaków. Więc też dlatego Rosjanie nie mogli rywalizować znaczeniu i wpływie swoim z Polakami. Polskie ziemiaństwo czuło się u siebie, Rosjanie byli żywiołem obcym, napływowym.”

Zofia Kossak-Szczuka zwraca tu uwagę, iż polscy ziemianie nie byli na kresach kolonistami, ani potomkami kolonistów, ale autochtonami, którzy w toku skomplikowanych procesów społecznych zmienili się „w najlepszych synów Rzeczypospolitej”. Byli więc oni pełnoprawnymi gospodarzami tej ziemi. Ale oto wraz z przedłużającą się wojną począł narastać rozkład struktur państwowych i stosunków społecznych w państwie rosyjskim. Bolszewiccy agitatorzy, którymi z reguły byli miejscowi Żydzi, zaczęli podburzać chłopów przeciw panom. Żydzi dobrze wiedzieli, że gdy pozbędą się Polaków, oni to siłą rzeczy staną się miejscową elitą. Rusini jednak pozostawali nieufni wobec agitacji bolszewickiej, choć kropla poczęła drążyć kamień, zwłaszcza że pojawił się dodatkowy czynnik. Oddajmy ponownie głos Zofii Kossak-Szczuckiej: „Niezależnie od powyższych wypadków, na niezbyt od nas oddalonym froncie, Wielka Wolna Armia Kiereńskiego rozkładała się z dnia na dzień coraz to potworniej, jak zgangrenowany i cuchnący trup. Coraz liczniejsze gromady dezerterów, grabiąc i kradnąc, zalewały kraj, cofając się samowolnie.” Owi dezerterzy, zaopatrzywszy się we dworze czy w pałacu w różne błyskotki i klejnoty, mieli potem czym zaimponować wiejskim pannom. A i mężatki, widząc to, zaczęły baczniej wsłuchiwać się w to, co głosili bolszewiccy agitatorzy, co tak opisała Zofia Kossak-Szczucka: „Chłop wracał do domu i myślał. Szedł w pole patrzeć na zieleniące się dworskie oziminy, wielkie i bujne, okiem nieobjęte, na wąską wstążkę własnego, źle zasianego poletka – i myślał dalej. W końcu zmęczony myśleniem, powracał do domu, a tam zabierała głos – baba. Kobiety wiejskie w ogóle odegrały dużą rolę w sprawie rozbudzenia świadomości swej siły u chłopów, przez chwilę tylko oszołomione nieoczekiwanie spadłym na nie równouprawnieniem, zdolne i sprytne jak cały szczep rusiński, a niepowszednio zajadłe, poczuły w sobie powołanie polityczne i stały się najlepszymi agitatorkami. Nikt tak chciwie nie pragnął wszystkiego co dworskie, nikt tak tak bezwzględnie do tego nie dążył jak one. Żydzi prowadzili je, jak chcieli i dokąd chcieli, a one prowadziły ostrożniejszych i powściągliwszych od siebie mężów. Na „schodach”, czyli wiecach wiejskich, nikt ich nie przegadał i nikt nie powstrzymał. Dotychczas tak ciche i bezosobowe, czarnobrewe i rzewne Ulany, Hapki i Frasyny ogarnął istny szał wiecowania.” Chłopi ukraińscy jakby dostali obłędu. Czego nie zdołali zabrać ze sobą, niszczyli i palili, pozostawiając po sobie popiół i zgliszcza. Domowników mordowali z niebywałym okrucieństwem. Jakże inaczej wyglądało to na Górnym Śląsku, gdzie przecież stosunki społeczne były w jakimś sensie podobne – z tym że warstwę posiadającą i miejscową elitę stanowili tu Niemcy, a robotnicy i chłopi to w lwiej części Polacy. Na Śląsku jednak, gdy jedno po drugim wybuchły trzy śląskie powstania, biorący w nich udział powstańcy brali pod uwagę, że powstanie kiedyś się skończy i trzeba będzie wrócić do normalnego życia, więc ważne, by ich warsztaty pracy przetrwały w stanie nienaruszonym. Tu było zupełnie inaczej. Czy istniała szansa, by z próżni jaka powstała na ukraińskiej ziemi w wyniku dwóch kolejnych rosyjskich rewolucji, a następnie klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier, wyłoniła się niepodległa Ukraina? Większość osób zdaje się postrzegać Ukraińską Republikę Ludową, którą uosabiał ataman Semen Petlura, jako organizm podobny do odradzającego się w tymże samym okresie Państwa Polskiego, przy czym proces budowania państwowości ukraińskiej miał zostać przerwany wyłącznie wskutek inwazji – z jednej strony wojsk bolszewickich, z drugiej zaś białogwardzistów Armii Ochotniczej Denikina. Nic bardziej błędnego… Po wycofaniu się jesienią 1918 roku wojsk niemieckich i austriackich Ukraina ponownie pogrążyła się w totalnym chaosie; jeszcze gorszym od tego, który targał nią przez większą część roku 1917. W prawie każdej większej wsi objawił się jakiś ataman, który miał swój oddział zbrojny, przy czym oddział ten po części funkcjonował w roli oddziału samoobrony, po części jako banda rabunkowa. Chodziło po prostu o to, by chronić swoich i łupić obcych. Atamani z reguły nie kierowali się żadną ideologią, albo mieli do niej dość swobodne podejście. Najważniejsza była władza, z czym wiązały się bogactwo i prestiż. Niektórym atamanom udawało się zmusić do uznania swojego zwierzchnictwa innych atamanów, przez co ich pozycja rosła, aczkolwiek z reguły równie szybko upadała. Czasami niektórzy atamani zawierali z innymi atamanami sojusze, które były mniej lub bardziej dobrowolne i mniej lub bardziej trwałe. Rządy Ukraińskiej Republiki Ludowej poza Kijowem niewiele znaczyły, przy czym już na początku lutego 1919 roku Kijów przejęli bolszewicy. Oddziały URL wycofały się na Podole i Wołyń, gdzie zresztą też funkcjonowali różni lokalni atamani, którzy albo uznawali władzę Petlury, albo nie. Przy tym nawet jeśli ją uznawali, to często miało to charakter czysto formalny i z reguły nietrwały. Petlura w sumie nie był nikim więcej jak jednym z atamanów, przy czym jego pozycja była dużo słabsza niż na przykład takiego Nestora Machno, który zresztą też miał swoje wzloty i upadki. Na Chersońszczyźnie, Mikołajowszczyźnie, a po części także w rejonie Odessy rozbłysła gwiazda atamana Grigoriewa, który to jednak w maju 1919 roku został pobity przez bolszewików, z którymi zresztą wcześniej blisko współpracował. W międzyczasie znaczącą rolę począł odgrywać sojusz atamanów, któremu przewodzili ataman Zielionyj, ataman Gonczar – Burłaka, bracia Sokołowscy oraz ataman Struk. Pomijając Galicję, gdzie rzeczywistość była diametralnie inna, ale to jest poza sferą naszych rozważań, chłopi ukraińscy, nie byli zainteresowani budową państwa ukraińskiego. Te sprawy niewiele ich obchodziły. Zofia Kossak – Szczucka w swoich wspomnieniach zauważyła, iż wystąpienia chłopskie „stały na gruncie ściśle socjalno – klasowym”, dodając ponadto: „Panów wypędzano jako panów, nie jako Polaków. Służba polska nie była uważana za gorszą od ruskiej. Nikt jej nie prześladował. […] Ogólna nienawiść do „panów” była wtedy nie tylko klasowa, ale raczej dotyczyła stanu, niż osób. „Pan”, dopóki trwał w swym majątku i bronił się, stanowił wroga, z którym walczono bez litości. Ten sam jednak „pan”, z chwilą gdy pobity ustąpił i osiadł gdziekolwiek jako rozbitek, stawał się obojętny, w przekonaniu chłopów nieszkodliwy i nikt doń pretensji nie żywił.” Kossak – Szczucka dodaje, że Petlura oraz agitatorzy z Galicji próbowali rozpalić ogień nienawiści na tle narodowościowym, ale w gruncie rzeczy im się to wtedy nie udało – przynajmniej gdy chodzi o relacje polsko – ukraińskie. Inaczej rzecz się miała z Żydami, o czym za chwilę….
Wiktor Antolewicz Sawczenko w książce „Атаманщина” zwraca uwagę, iż w tym okresie władza komunistów ograniczała się do dużych miast. Starali się oni nadto kontrolować pas przyfrontowy, a także pasy terenu leżące wzdłuż linii kolejowych oraz węzłowe stacje. Natomiast na prowincji rządzili atamani, którzy dysponowali uzbrojonymi formacjami, z których niektóre skupiały po kilka tysięcy ludzi. Oni też jako jedyni cieszyli się jeszcze jako takim autorytetem wśród ludności wiejskiej, która to nieustannie wiecowała. Przy tym, co wyraźnie podkreśla Sawczenko, tocząca się wojna przybrała wówczas charakter etniczny: „Żydzi popierali sowiecką władzę i nowa miejscowa administracja na Ukrainie w 60 – 70% składała się z Żydów (miejscowa młodzież żydowska odznaczała się prawie powszechnym poparciem i sympatiami do bolszewików). Dla przeciętnego ukraińskiego chłopa to Żydzi byli komisarzami, komunistami, członkami komitetów rewolucyjnych, bojcami oddziałów pacyfikacyjnych.” Sawczenko przy okazji zauważa, że w guberni kijowskiej Żydzi stanowili wówczas ok. 12% ogółu ludności (mniej więcej 325 tys. osób), ale w miasteczkach Kijowszczyzny – 40 – 50%. 30% Żydów mieszkało w samym Kijowie. Za to na wsiach Kijowszczyzny stanowili oni ledwie 2 – 3% ludności. Ukraina była przy tym obszarem w pełni „zmilitaryzowanym” – prawie każdy miał broń i przy byle okazji po nią sięgał. Okres anarchii doprowadził natomiast do pojawienia się nieznanego dotąd na Ukrainie czynnika – mianowicie głodu. W efekcie chłopi ukraińscy zaczęli tęsknić do porządków, które panowały przed rewolucją, a nienawiść do bolszewików przybrała u nich charakter w zasadzie powszechny.
Zofia Kossak – Szczucka w swych wspomnieniach zwraca uwagę, iż po dwóch latach anarchii dawało się zauważać „powolne, nikłe z początku, ale coraz wzrastające pragnienie ładu i prawa u chłopów”. W ślad za tym narastało w nich pragnienie powrotu ziemiaństwa – „jako jedynych znanych im przedstawicieli ładu”. Kossak – Szczucka zaraz potem dodaje: „Dopóki bezład pozwalał grabić i wzbogacać się łatwo cudzym, pańskim dobrem, był miły i pożądany. Ale gdy dobra cudzego zabrakło, skończyły się łatwe korzyści, a bezład pozostał, gdy nikt z nich nie był pewien swojego życia i mienia – lepsze, aryjskie cząstki ich psyche podniosły bunt przeciw chaotycznemu zniszczeniu, coraz wyraźniejszym głosem żądając przywrócenia ładu. A na to przyszedł bolszewizm, logiczny wytwór anarchii. Nie mając folwarków i „burżujów” do grabienia, zaczął z bezwzględnością grabić chłopów. Zabierano im konie, krowy, zapasy, niszczono zasiewy. Za opór karano śmiercią. Toteż prędko drapieżna, zacięta, jak żywioł mocna chłopska nienawiść odwróciła się od dotychczasowego swego obiektu: ziemiaństwa, aby w całości skierować się przeciw bolszewikom. Coraz częściej zdarzały się wypadki, że chłopi bronili swych „panów”, coraz częściej wybuchały bunty i powstania, które zresztą bolszewicy szybko i krwawo tłumili. Więc widząc niemożność oswobodzenia się swymi siłami, wieś zaczynała szczerze wzdychać do jakiejś pomocy, która by ją z czerwonego jarzma wyzwoliła.” Nie tylko więc ziemiaństwo, szlachta zaściankowa czy polscy mieszczanienie, nie tylko tzw. „mazurzy”, czyli chłopi narodowości polskiej, ale także chłopi narodowości ukraińskiej wypatrywali wojsk polskich niczym zbawienia. Natomiast niespecjalnie wypatrywali Petlury, który jawił im się jednym ze sprawców tego całego bałaganu. Jeśli gotowi go byli tolerować, czy wręcz popierać, to wyłącznie dlatego, iż stało za nim polskie wojsko, u boku którego atamani i ich podkomendni pragnęli bić bolszewików. W tym miejscu należy przypomnieć, że polski radiowywiad prowadził stały nasłuch bolszewickich radiostacji, a dzięki złamaniu kodów szyfrowych udawało się wszelkie przesyłane tą drogą meldunki i rozkazy odczytywać. Powziąwszy więc z dużym wyprzedzeniem wiedzę, iż bolszewicy przygotowują się do generalnej rozprawy z Polską, zamierzając skoncentrować na kierunku białoruskim silną grupę uderzeniową, Polacy postanowili uprzedzić te działania i wykonać ruch wyprzedzający. Doszedłszy do porozumienia z Petlurą, Józef Piłsudski zdecydował o wykonaniu uderzenia na kierunku ukraińskim z zamiarem zdobycia Kijowa i zbudowania państwa ukraińskiego, które byłoby ściśle związane z Polską. Kluczowym czynnikiem był tu przy tym czas – chodziło o zdążenie ze wszystkim, zanim rozpocznie się spodziewana ofensywa bolszewicka.
Gen. Tadeusz Kutrzeba, podówczas szef sztabu 3 Armii (w stopniu najpierw majora, a następnie podpułkownika), zadania te przedstawił następująco: „Idąc na Ukrainę, mogła Polska włączyć w strefę działań wojennych wielki szmat kraju i duży zasób ludzi broniących «swego» i przez to większy potencjał w wojnie. […] W czasie polskiej okupacji pod osłoną frontu polskiego tworzy się armia ukraińska, która następnie przejmuje na siebie dalszą obronę Ukrainy Prawobrzeżnej, a więc na południe od Prypeci. Wojska polskie zluzowane przez nowo-sformowaną armię ukraińską zostaną przegrupowane na front białoruski do dalszych działań przeciw głównym siłom sowieckim. Do czasu ukończenia kampanii kijowskiej front białoruski pozostaje w obronie.” Armie polskie biorące udział w wyprawie kijowskiej otrzymały więc zadanie dotarcia do granic Pierwszej Rzeczypospolitej (sprzed pierwszego rozbioru), zdobycie Kijowa i uchwycenie w rejonie tegoż przyczółka na lewym brzegu Dniepru. Z kolei zadaniem strony ukraińskiej było sformowanie na wyzwolonym obszarze armii ukraińskiej, zdolnej do podjęcia dalszych działań ofensywnych – na lewym brzegu Dniepru i w kierunku Morza Czarnego. Zluzowane przez oddziały ukraińskie formacje Wojska Polskiego miały tymczasem zostać możliwie jak najprędzej przerzucone na północny odcinek frontu, gdzie – o czym była przed momentem mowa – spodziewano się generalnej ofensywy Armii Czerwonej. Istotną sprawą było też ostatecznie zamknięcie tematu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Oddziały Ukraińskiej Halickiej Armii po wyparciu ich w czerwcu 1919 roku przez jednostki Wojska Polskiego z terenu Galicji wciąż jeszcze były liczącą się siłą (w dniach 16-17 czerwca 1919 Zbrucz przekroczyło 49.800 żołnierzy z 603 karabinami maszynowymi i 187 działami). Co prawda szeregi UHA trawiły głód i choroby, ale jej potencjału nie wolno było lekceważyć. Pod koniec listopada 1919 roku Ukraińska Halicka Armia podporządkowała się gen. Denikinowi, który stał na czele Sił Zbrojnych Południa Rosji, a na początku lutego 1920 roku przeszła na stronę bolszewików.
Operacja kijowska zaczęła się 25 kwietnia 1920 roku. Na północnym skrzydle nacierała 3 Armia gen. Edwarda Rydza-Śmigłego z zadaniem zdobycia Żytomierza i Korostenia. W centrum natarcie w kierunku na Berdyczów prowadził gen. Antoni Listowski z dowodzoną przez siebie 2 Armią. Lewe skrzydło stanowiła 6 Armia, którą dowodził gen. Wacław Iwaszkiewicz. 26 kwietnia wojska polskie zajęły Żytomierz. Następnego dnia nasze wojska były już w Berdyczowie oraz zajęły ważny węzeł kolejowy Koziatyń. Na prawym skrzydle oddziały 6 Armii generała Iwaszkiewicza opanowały Winnicę, Bar i Żmerynkę.
Dodajmy, że od północy działania naszych wojsk prowadzących natarcie na kierunku ukraińskim wspierała 9 Dywizja Piechoty, która posuwała się wzdłuż Prypeci z zadaniem opanowania Czarnobyla i dotarcia do Dniepru. W tym celu została ona wzmocniona okrętami flotylli rzecznej, które w rejonie ujścia Prypeci stoczyły zwycięską bitwę z okrętami sowieckiej Flotylli Dnieprzańskiej. Do 28 kwietnia nasze wojska osiągnęły linię: Czarnobyl – Koziatyn – Winnica – granica rumuńska. 1 maja nasi żołnierze zdobyli Fastów i znaleźli się u bram Kijowa, który zajęli praktycznie bez walki w dniu 7 maja. W ten sposób wstępny cel wyprawy kijowskiej został osiągnięty – oddziały polskie wyzwoliły pozostające jeszcze we władaniu wojsk bolszewickich części Wołynia i Podola, a także północną i centralną część Ziemi Kijowskiej, zdobyły też Kijów oraz uchwyciły przyczółek na lewym brzegu Dniepru, którego głębokość wynosiła od 15 do 20 km. Teraz decydujące znaczenie miało szybkie zbudowanie armii ukraińskiej, do czego zobowiązał się w zawartej z Polską umowie Semen Petlura… Ale Petlura nie ufał atamanom. Najwyraźniej dążył on do ograniczenia ich roli, przy czym nie dysponował on aparatem państwowym (nie tylko sprawnym, ale jakimkolwiek), który byłby w stanie bez ich udziału przeprowadzić mobilizację oraz zadbać o porządek na tyłach walczących na froncie wojsk.
Gdyby na przełomie kwietnia i maja 1920 roku Petlura podjął energiczne działania w celu zbudowania armii, opierając się w tych swoich działaniach na cieszących się autorytetem wśród lokalnych społeczności atamanach, w lipcu miałby pod swoją komendą potężną armię i – być może – nie musiałby opuszczać terytorium Ukraińskiej Republiki Ludowej, do czego został zmuszony w czerwcu – lipcu 1920 roku.

Schizma bez Rusi. Ruś – patrocinium beati Petri. Rozdarte serce Rusi. Cz II.

Schizma bez Rusi. Ruś – patrocinium beati Petri.

Rozdarte serce Rusi. Cz II.

Ryszard Mozgol Zawsze Wierni nr 4/2022 (221) https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3069

Ruś specjalnie nie odczuła zerwania jedności kościelnej z Rzymem. Przez długi czas informacja ta mogła najwyżej oddziaływać na środowiska zakonne, ulegające wpływom greckim. Propaganda rosyjska XIX wieku brała sobie za punkt honoru udowodnienie, że po 1054 r. nastąpiło automatyczne zerwanie z Zachodem. Jak pisze rosyjski badacz Michał baron Taube, ta hipoteza nie wytrzymuje najmniejszej krytyki. Przedstawione powyżej fakty związane z dramatycznymi wydarzeniami 1054 r. przypadały na czas rządów „łacińskiego” księcia kijowskiego Jarosława (†1054), utrzymującego ścisłe związki polityczne z papieżem Benedyktem VIII (1012–1024) i wojującego przeciwko Bizancjum. Zerwanie jedności z Rzymem przez Bizancjum, na Rusi poprzedzał rozgrywający się w latach 1039–1043 spór księcia z metropolitą kijowskim, odmawiającym kanonizacji księcia Włodzimierza kijowskiego, oraz trzyletnia wojna z Cesarstwem Bizantyjskim w latach 1043–1046. W momencie zerwania jedności na tronie metropolity kijowskiego zasiadał zaufany człowiek Jarosława, Filaron, piastujący swój urząd bez przyzwolenia Konstantynopola. Jak pisze Taube, schizma „zastała Kościół ruski samodzielny i oderwany kanonicznie od działań patriarchatu bizantyjskiego”. Interesujący jest fakt, że papieska misja, udająca się do Konstantynopola w celu zażegnania tego bolesnego rozłamu, wybrała okrężną drogę przez Kijów, gdzie została przywitana z wszelkimi honorami przez wielkiego księcia i ruskie duchowieństwo. Właśnie w Kijowie doszło do ważnego spotkania pomiędzy legatem kard. Humbertem a wysłannikami bizantyjskiego cesarza Konstantyna, którzy prosili przedstawiciela papieża o przekazanie kopii sporządzonego dekretu ekskomunikującego Cerulariusza. Przy pomocy tej właśnie kopii przywiezionej a civitate Russorum – co odnotowano w jednej z kronik – cesarz udowodnił „bizantyjskiemu papieżowi” fałszerstwa tekstu. Cytowany już prawosławny historyk Kościoła Gieorgij P. Fedotow pisał, że w okresie kijowskim, nie istniały ani polityczne, ani psychologiczne powody do separacji, bo „Ruś była otwarta zarówno na Zachód, jak i na Wschód”.

Jedynym eksponentem polityki patriarchatu konstantynopolitańskiego na Rusi było duchowieństwo zakonne: liczni Grecy i Bułgarzy – zwykli mnisi i przełożeni o bardzo różnych poglądach dotyczących sporu – przebywający na tym terenie. Właśnie w zaciszu klasztornym, przede wszystkim w Ławrze Peczerskiej, powstawały pod koniec XI wieku i przez XII i XIII wiek najbardziej zaciekłe teksty antyłacińskie. Jednym z nich jest szeroko znana Powieść minionych lat, o której Koneczny napisał z pewną przesadą, że jest to w całości dzieło, „w którym szalona nienawiść do «łaciństwa» idzie o lepsze z niesłychanym nieuctwem teologicznym”. Zdaniem autora latopisu, łacińscy duchowni żenią się albo z jedną niewiastą, albo z siedmioma, poza tym odpuszczają grzechy przy pomocy odpustów, „co jest najgorsze ze wszystkiego”4. Społeczeństwo ruskie było odporne na ten rodzaj propagandy, tym bardziej, że była ona głoszona przez znienawidzonych Greków, ale trzeba również przyznać, że wysuwane argumenty teologiczne i liturgiczne były dla ruskich elit politycznych i prostego ludu po prostu niezrozumiałe. W Nowogrodzie w XII wieku kobiety, wraz z dziećmi, powszechnie korzystały z posługi kapłańskiej tzw. duchownych Waregów (łacinników). Metropolita Hilarion (1051–1055) w swoich dziełach, pisanych przecież w czasach rozłamu, nie wspomina ani słowem o rzekomych różnicach teologicznych i liturgicznych. Na początku XII wieku książę Włodzimierz Monomach domagał się wyjaśnień od patriarchatu konstantynopolitańskiego odnośnie do różnic między Kościołami zachodnim i wschodnim. Od metropolity greckiego Nicefora otrzymał odpowiedź, która ograniczała się do powtarzanego za Cerulariuszem zarzutu dotyczącego używania opłatka. Jednak w tym samym czasie Teofilakt, arcybiskup Ochrydy w Bułgarii, oficjalnie głosił, że żadne zarzuty pod adresem łacinników nie dotyczą prawd wiary, natomiast wynikają one z rywalizacji i braku „autentycznego ducha chrześcijańskiej miłości”.

Ruś – patrocinium beati Petri

Następujące po 1054 r. zbliżenie książąt Rusi z Konstantynopolem lub Rzymem było w dużej mierze podyktowane względami politycznymi. Dla społeczeństw księstw ruskich, dla których sprawy polityki były obce, nabierały one nierzadko głębokiego znaczenia religijnego. W trakcie rywalizacji między Rzymem a Konstantynopolem, do XIII wieku społeczeństwo opowiadało się przeważnie po stronie papieża, na co można znaleźć liczne dowody.

Jednym z przykładów takich zależności politycznych między książętami ruskimi a papiestwem i Europą zachodnią była sprawa księcia Izasława. Po śmierci księcia Jarosława Mądrego na Rusi nastąpiło rozbicie dzielnicowe. Centrum politycznym pozostał Kijów, gdzie na tronie książęcym zasiadł najstarszy syn Jarosława – Izasław. Utrzymał się na nim niedługo, obalony przez koalicję młodszych braci. Pozbawiony władzy książę musiał uchodzić z kraju, by szukać wsparcia poza jego granicami. Przez jakiś czas przebywał na dworze Bolesława Śmiałego, prosił o pomoc cesarza Henryka IV, w końcu zdecydował się na wysłanie specjalnego poselstwa do papieża Grzegorza VII. Do Rzymu wyruszył jego syn Jaropełk Piotr, by z rozkazu ojca oddać całą Ruś pod opiekę następcy św. Piotra – patrocinium beati Petri.

Grzegorz, pomimo trwającego sporu z Henrykiem IV, wystąpił w obronie słusznych roszczeń Izasława i przekazał jego synowi dwa posłania – pierwsze dla samego Izasława, zaś drugie dla Bolesława Śmiałego, z rozkazem rozpoczęcia działań wojennych na Rusi. Jak wiemy, dla polskiego króla zakończyły się one fatalnie… Niemniej dzięki staraniom katolickiej Europy w 1077 r. Izasław powrócił do Kijowa. Jego syn Jaropełk Piotr, który został księciem włodzimiersko-wołyńskim i turowskim, wraz ze swoją matką, polską księżniczką Gertrudą, pozostał aż do swojej tragicznej śmierci wiernym poddanym papieża. Na monetach umieścił podobiznę pierwszego papieża, a w Kijowie jego staraniem wzniesiono kościół pw. św. Piotra Apostoła. Natomiast księżnej Gertrudzie Ruś zawdzięcza wspaniały psałterz, tzw. Liber praecum Gertrudis, zawierający modlitwy do św. Piotra i ilustracje przedstawiające Jaropełka, jego żonę i Gertrudę oddających cześć św. Piotrowi i Zbawicielowi. Na kuriozum zakrawa fakt, że Jaropełk Piotr, katolicki książę Rusi, został zaliczony przez prawosławie w poczet świętych i jest czczony 21 listopada.

Ale przypadek Izasława i Jaropełka nie był na Rusi odosobniony. W 1255 r. książę halicki Daniło Romanowicz, ostatni wielki przedstawiciel „zachodnioeuropejskich” władców ruskich sprzed katastrofy tatarskiej, jak pisał o nim rosyjski historyk baron Taube, przyjął koronę i tytuł króla Rusi (rex Russiae) od samego papieża.

O tym, że stosunki Rusi z papiestwem nie były jednostronne i nie były wyłącznie zabiegami peryferii Europy o względy hegemona, świadczą wydarzenia, które rozgrywały się ok. 1089 r. W tym czasie do Kijowa przybyło poselstwo antypapieża Klemensa III (1080–1100), liczącego na udzielenie mu poparcia przez ruskiego księcia oraz metropolitę Jana II i związane z tym wzmocnienie swojej pozycji w Europie wobec papieża Grzegorza VII. Metropolita, pomimo poparcia bizantyjskich zarzutów wobec Kościoła rzymskiego, przyjął poselstwo z wszelkimi honorami i odpowiedział Klemensowi III, używając wyłącznie zwrotów należnych prawowitemu papieżowi, a więc uznając władzę Rzymu. Pochodzący z Grecji metropolita kijowski Jan przez posłów informował antypapieża o toczących się z Konstantynopolem rozmowach, które żywo interesowały Klemensa III. Następca Jana II, metropolita Efrem II (+1093), kontynuował politykę swojego poprzednika. Po wyborze na stolicę metropolitalną (1091) wysłał zwyczajowe poselstwo do papieża w celu uzyskania potwierdzenia swojego wyboru, które otrzymał bez przeszkód.

Jak widać, związki Rusi z łacińską Europą do XIII wieku były żywe i oparte na pełnej łączności z papieżem. Ruskie elity polityczne – świeckie i duchowne – były zainteresowane takimi kontaktami w tej samej mierze, co papiestwo i władcy Zachodu. Powoływanie się na pełne podporządkowanie religijne i polityczne Rusi Konstantynopolowi, należy do XIX-wiecznej fikcji historycznej, podbudowującej rosyjski mit polityczny.

Społeczeństwo Rusi a katolicyzm

Warto przyjrzeć się również związkom łączącym ludność Rusi z łacińską Europą. Wynikały one w wielu przypadkach z głębokiej religijności ludu ruskiego. Liczni pielgrzymi z Rusi włączali się w rwący potok ludzi, którzy z modlitwą na ustach przemierzali Europę i Bliski Wschód. W takich miejscach, jak Rzym, Jerozolima czy Betlejem, nie dziwią inskrypcje i notatki o gościach z odległej Rusi. Źródła niemieckie pełne są wzmianek o peregrinantes de Ruzia, którzy przechodzili przez ziemie cesarstwa, wędrując do Rzymu, a nawet Composteli. Ihumen Daniło odwiedził Ziemię Świętą w początkach XII wieku, gdy była ona integralną częścią Christianitas. Księżna Prakseda, pochodząca z linii książąt połockich, odbywała pielgrzymkę do Rzymu, w którym pozostała przez siedem lat „służąc Bogu”, i gdzie zmarła w 1239 r.

Bardzo popularne były pielgrzymki do włoskiego miasta Bari, dokąd przeniesiono ze Wschodu otaczane czcią prochy św. Mikołaja Cudotwórcy (1087), co było wyraźnym działaniem antybizantyjskim. Na Rusi przyjęto to bez jakichkolwiek oporów, podobnie jak odrzucone przez patriarchat konstantynopolitański przesunięcie wspomnienia tego świętego na 9 maja. Zarządzenie papieskie na Rusi wprowadził wspomniany już metropolita Efrem II.

Innymi przejawami silnych związków łączących ówczesną Ruś z cywilizacją łacińską był kult świętych charakterystycznych dla Europy Zachodniej i wynikające z tego sprowadzanie relikwii, obrazów i figur, typowych dla zachodniego kręgu kulturowego, oraz udział Rusi w procesie powstawania fundacji kościelnych. Są to jednak mało znane sprawy. Na Rusi był rozpowszechniony kult papieża i męczennika św. Klemensa Rzymskiego (90/92–101), który po schizmie został patronem licznych kościołów. Książę Izasław szczególną czcią darzył św. Wojciecha. Ruskie dokumenty wspominają o wotum książęcym – sztandarze podarowanym katedrze gnieźnieńskiej. Zapiski kościelne wskazują, że na rzekomo prawosławnej Rusi wierni czcili katolickich świętych: czeskich, skandynawskich i angielskich. W XII wieku modne stały się budowle kościelne nawiązujące wprost do sztuki romańskiej. Prócz ikon przedstawiających Matkę Bożą czcią otaczano wizerunki Madonny Dalmackiej, Weneckiej, Sycylijskiej, Rzymskiej, a nawet Hiszpańskiej. Figura św. Mikołaja Cudotwórcy w soborze mikołajewskim w Możajsku, tak ważna od XVI wieku dla dopełnienia rytu koronacyjnego carów, jest ewidentnym przykładem silnego oddziaływania kultury Europy Zachodniej na Ruś. Arystokracja ruska w pierwszej połowie XII wieku wspierała budowę klasztoru św. św. Jakuba i Gertrudy w Ratyzbonie, przekazując na ten cel jałmużnę w wysokości około 100 marek. W tym samym czasie współfinansowano budowę klasztoru w Lugumkloster w Szlezwiku-Holszynie. Z drugiej strony sobór Uspienski kijowskiej Ławry Peczerskiej, „ostoi” prawosławia na Rusi, został ufundowany przez pochodzącego ze Skandynawii Warega Szymona (1073), pieniądze na budowę kościoła św. Mikołaja w Kijowie przekazał Wareg Holmi, a monastyr w Nowogrodzie powstał w 1106 r. z inicjatywy „Rzymianina Antoniego”. Trudno przypuszczać, aby były to przejawy ówczesnego ekumenizmu. Przykłady te świadczą raczej o katolickości Rusi, która znajdowała się na rozdrożu pomiędzy Rzymem a Konstantynopolem. Niewątpliwie przywiązanie do katolicyzmu było wielkie, choć nie można też bagatelizować wpływów patriarchatu konstantynopolitańskiego.

Mimo wszystko Ruś była traktowana jak kraj misyjny. Do walki ze schizmą, ale również chrystianizacji plemion pogańskich na Wschodzie, przystąpiły zakony. Szlakiem św. Brunona ruszyli mnisi augustiańscy z Bremy, głosząc Ewangelię wśród Liwów i Estów (1184 r.), wspierani po krótkotrwałym zatargu przez księcia połockiego Włodzimierza. W Kijowie niemalże bez przerwy znajdowali się przedstawiciele klasztoru św. Emmerama z Ratyzbony.

W XIII wieku w Kijowie została stworzona placówka dominikańska przy łacińskim kościele Dziewicy Maryi (za tę placówkę odpowiedzialny był pochodzący ze Śląska św. Jacek Odrowąż i jego macierzysty krakowski klasztor dominikanów). Papież Grzegorz IX powierzył opiekę nad ruskimi katolikami polskim biskupstwom we Wrocławiu, Krakowie i Lubuszu. Wśród popularnych na Rusi klarysek znajdowały się liczne przedstawicielki rodów książęcych – co może być zaskakujące – wschodniego obrządku. Wydaje się, że tradycja liturgiczna Wschodu była przez te zakony w pełni respektowana, a ślady tego możemy jeszcze odnaleźć w XIV wieku w nadaniach króla Korony Polskiej – św. Jadwigi Andegaweńskiej.

Z powyższych faktów wynika, że wydarzenia 1054 r., które doprowadziły do rozłamu w Kościele, nie miały na Rusi zbyt dużego znaczenia. Podobnie zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 r. nie odbiło się tam specjalnym echem. Ziemia św. Włodzimierza pozostawała w łączności z Kościołem katolickim.

Głowa św. Klemensa patrzy na Zachód

Stosunki rusko-bizantyjskie od początku nie układały się zbyt dobrze. Rok 1054 poprzedzały liczne konflikty książąt kijowskich z Konstantynopolem. Sytuacja nie zmieniła się po schizmie. Bizantyjczyków na Rusi nie darzono zaufaniem. Największy spór, który rozpoczął się w 1147 r. i trwał do 1155 r., dotyczył zależności Kijowa od patriarchy Konstantynopola. Ujawnił on w całej rozciągłości apetyty Bizancjum na rozciągnięcie swego panowania duchowego i świeckiego nad Rusią. Książę kijowski Izasław Mścisławicz, wnuk Monomacha, doprowadził do obsadzenia stolicy metropolitalnej w Kijowie przez cieszącego się dużym autorytetem mnicha Klimę. Wybór ruskiego mnicha dokonany przez ruskiego księcia bez porozumienia z „papieżem Wschodu” z Konstantynopola budził wątpliwości. Bizancjum zażądało pozbawienia metropolity Klimy urzędu. Zwołany przez hierarchów ruskich sobór był wyraźnie podzielony, chociaż zwolennicy Konstantynopola działali głównie w obawie o swoje godności. Większość stanowili stronnicy Klimy, a jednocześnie zwolennicy Rzymu.

Biskup czernichowski, odwołując się do nadużywanego przez Konstantynopol zwyczaju, powiedział: „Wiem, że biskupi stanowią sobą sobór, mają prawo ustanowić metropolitę; ponieważ u nas znajduje się głowa św. Klemensa – jeśli Grecy stawiają patriarchę ręką św. Jana, to i my możemy postawić metropolitę”. „Tak też uczynili” – napisał kronikarz. Taube podkreślał, że ustanowienie metropolity kijowskiego bez zgody patriarchy nastąpiło sto lat po schizmie, „która miała zerwać wszelką duchową więź między Rusią a Rzymem i na zawsze związać Ruś z Bizancjum”. Na przeszkodzie zakusom patriarchatu stanęła głowa św. Klemensa, papieża męczennika, otaczana na Rusi czcią od czasów, kiedy według tradycji przyniósł ją na Ruś św. Cyryl.

Badania prawosławnego rosyjskiego historyka A. Pawłowa z drugiej połowy XIX wieku wskazują, że na Rusi nie zapomniano o prymacie św. Piotra ani w sferach duchownych, ani wśród elit świeckich. Działania hierarchii bizantyjskiej w Kijowie odczytywano jako bezprawną uzurpację. Metropolici kijowscy trzymali się litery 28. kanonu Soboru Chalcedońskiego (451), na którym przyjęto, że patriarcha Konstantynopola posiada drugie miejsce w hierarchii Kościoła po biskupie rzymskim5. W ten sposób rozstrzygnięto pytanie postawione przez patriarchę Aleksandrii sto lat wcześniej, w czasie Soboru w Nicei (325), które przez arcybiskupa Konstantynopola zostało wykorzystane do próby wzmocnienia swojej pozycji. To wtedy pojawił się argument, wykorzystywany w zmodyfikowanej formie od XVI wieku przez patriarchat Moskwy, że pozycja Konstantynopola wynika z przeniesienia stolicy cesarstwa nad Bosfor. Na Soborze Chalcedońskim pogląd ten nie uzyskał szerszego poparcia, a papież Leon (440–461) uzyskał od bizantyjskiego cesarza Marcjana i cesarzowej Pulcherii jego uroczyste odwołanie. Na nowo przypomniał go Cerulariusz kilkaset lat później.

Śmierć i zniszczenie

Przełomowym momentem w dziejach tej części Europy był najazd mongolski. Wydarzenie, które odcisnęło piętno przede wszystkim na dziejach politycznych i kulturowych, ale też religii Rusi. Okupacja tatarska zniszczyła uprzywilejowaną pozycję Kijowa i mocno osłabiła jego panowanie na Wschodzie, pozwalając na swobodny rozwój pogańskiego państwa litewskiego; wreszcie zaprzepaściła starania mające na celu trwałe zespolenie Rusi z Zachodem, przez pełne włączenie w obręb Kościoła katolickiego, oddając dziedzictwo św. Włodzimierza prawosławiu.

W 1218 r. posuwające się na zachód plemiona mongolskie, pobiły na rozległych stepach Kubania żyjące tam koczownicze plemiona Alanów, Połowców i Czerkiesów. Pokonani Połowcy zwrócili się o pomoc do książąt ruskich, którzy rozpoczęli żmudne przygotowania do obrony. W maju 1223 r. połączone wojska książąt ruskich poniosły dotkliwą klęskę nad rzeką Kałką. Ruski latopis notował: „Wskutek grzechów naszych przyszły nieznane ludy, o których nikt nie wie, co za jedni są, skąd się wzięli i jaka ich wiara. A zwą ich Tatarami”. W jednej bitwie Ruś straciła sześciu książąt, siedemdziesięciu wojewodów i wielkich bojarów, dziesięć tysięcy wojowników, nie licząc poległych Połowców. Trzynaście lat później rozegrał się finał dramatu. Pod ciosami piekielnych wojowników tatarskich legło w gruzach księstwo riazańsko-muromskie, spalono doszczętnie księstwa włodzimierskie, smoleńskie i czernichowskie. W listopadzie 1240 r. Tatarzy – „wysłannicy Tartaru” – stanęli pod murami Kijowa, który po krótkiej i desperackiej obronie został zdobyty. W mieście urządzono rzeź, mordując tysiące osób. Taki sam los spotkał Halicz…

Kronikarz kijowski, mnich Serapion odmalowywał tragiczną sytuację Rusi słowami:

Poczuliśmy na sobie srogość Boga naszego. Zniszczone cerkwie Boże, splugawione naczynia święte, ciała świątobliwych mnichów ptakom rzucone w śnieg, krew ojców i braci naszych […] napełniła ziemię. Zginęła moc naszych książąt i wojewodów, dzielni nasi, napełnieni strachem, uciekli. Większa część braci naszych wywieziona w niewolę. Wsie nasze zarosły trawą i wielkość nasza została poskromiona, piękność zginęła, bogactwo nasze drugim w korzyść się dostało. Trud nasz poganie otrzymali. Ziemia nasza stała się majętnością obcoplemieńców […]. Jak deszcz ściągnęliśmy na siebie gniew Boga. Nie było kaźni, która by nas ominęła.

Potęga Rusi została zachwiana.

Jedynym księstwem, które uszło cało, było księstwo Aleksandra Newskiego (1220–1263), którego władca zdecydował się na świadomą i pełną współpracę z najeźdźcą. W 1251 r. udał się do Batu-chana i się zaprzyjaźnił się z nim. Usynowiony przez chana i wsparty kontyngentem mongolskim Newruja powrócił na Ruś z uznanym przez Seraj tytułem władcy Wszechrusi. Rozpoczął zdecydowanie wrogie rządy wobec Zachodu, jednoznacznie występując przeciwko katolickiemu władcy Rusi Halicko-Wołyńskiej, łacińskiemu królowi Danielowi (1253–1264), przeciwko katolickim misjonarzom i Kawalerom Mieczowym. Odpowiadając papieżowi na wezwanie do powrotu na łono Kościoła katolickiego, kniaź Aleksander pisał lekceważąco: „[…] znam to wszystko… A co do twoich słów – nie mamy zamiaru ich słuchać i nie chcemy twojej nauki”.

Aleksander Newski znalazł potężne wsparcie w kijowskim metropolicie Cyrylu II (1247–1281), który ok. 1250 r. w pełni poparł jego plany polityczne, opuścił Kijów i schronił się we Włodzimierzu. Kijów przestał pełnić rolę centrum władzy kościelnej na Rusi. Warto zwrócić uwagę, że wrogość Cyryla wobec unii była motorem napędowym poparcia dla programu politycznej symbiozy rusko-mongolskiej budowanego przez Aleksandra Newskiego. Metropolita wraz ze swoimi zwolennikami zalecał wiernym gorliwe modlitwy za „niezależnego króla” (chana), uzyskując od tolerancyjnych religijnie Mongołów zawarowany karą śmierci „zakaz znieważania religii prawosławnej”, wymierzony we wszelkie działania misyjne Kościoła katolickiego.

Jeden z głównych myślicieli nacjonal-bolszewizmu i rosyjskiego eurazjatyzmu Gieorgij Wiernadski jeszcze przed II wojną światową słusznie i logicznie twierdził, że wielki chan był „obrońcą wiary prawosławnej”. Zapewne z głębokiego rosyjskiego sentymentu (powtórzonego przez rosyjskiego historyka Borysa Ramma) wyrósł apokryficzny przekaz o przyjęciu umierającego Aleksandra Newskiego na łono Kościoła katolickiego przez wysłannika papieskiego i misjonarza, franciszkańskiego zakonnika Jana di Piano Carpiniego, przebywającego z misją w stolicy państwa mongolskiego. Postać umierającego w samotności Aleksandra Newskiego, pogromcy krzyżowców z filmu Sergieja Eisensteina, podobno wzruszyła Stalina, który miał stwierdzić, że tak wspaniały kniaź nie mógł w ten sposób umrzeć…

Oczywiście w całej tej historii nie ma ziarna prawdy.

Tatarska fala, która pod koniec lat 30. XIII wieku zalała Ruś, spowodowała wytrącenie księstw ruskich z orbity Christianitas i zerwanie dotychczasowych więzów łączących te tereny z Europą Zachodnią. Gieorgij P. Fedotow w swojej pracy o Rusi Kijowskiej pisze, że najazd mongolski był dla niej kataklizmem, dotykającym nie tylko polityki, ekonomii, ale powodującym również upadek życia religijnego, zanik ducha ruskiego chrześcijaństwa i postępujący rozkład politycznej moralności. Ruś Kijowska nie odbudowała już swojego znaczenia.

Szybciej rozwijający się sąsiedzi – Węgry oraz Polska wychodząca z okresu rozbicia dzielnicowego w początkach XIV wieku – rozpoczęły rywalizację polityczno-militarną o te ziemie. Tereny Rusi południowej zostały przywrócone Kościołowi katolickiemu za cenę utraty niezależności politycznej. Na północy triumfowało jeszcze pogaństwo rozprzestrzeniające się z Litwy prowadzącej szeroką ekspansję militarną na Rusi, hamowaną po 1343 r. przez luźną koalicję krzyżacko-polską. W takiej sytuacji pierwszoplanową rolę odgrywały pozostające pod słabnącym i nieuciążliwym już zwierzchnictwem tatarskim ziemie na peryferyjach Rusi.

Wszystkie te procesy wzmacniały pozycję prawosławia. Katolicyzm, pomimo swobodnego rozprzestrzeniania się na obszarach Rusi znajdujących się pod zwierzchnictwem Polski i Węgier, w szerokich kręgach społecznych utożsamiano z obcymi. Paradoksalnie, państwem swobody religijnej „prawowierija” stała się podporządkowana chanowi, nic nieznacząca do tej pory Moskwa, której wpływy w ciągu całego XV wieku wciąż rosły, m.in. z powodu przeniesienia tam w połowie XIV wieku siedziby metropolity kijowskiego. Wpływy Moskwy rosły o tyle, o ile malało znaczenie Konstantynopola, upadającego pod ciosami rozprzestrzeniającego się bez przeszkód islamu.

Lepiej zginąć, niż być katolikiem

Wielokrotne propozycje unii kościelnej ze strony Rzymu napotykały na zdecydowanie negatywną odpowiedź „konstantynopolitańskich papieży”. W 1274 r. sprawę unii wziął w swoje ręce cesarz bizantyjski Michał VIII Paleolog, który zaakceptował papieską zwierzchność nad Kościołem wschodnim. W czasie uroczystej Mszy św. w Lyonie przedstawiciele Bizancjum podczas wzniosłego odśpiewania Credo trzykrotnie powtórzyli słowo filioque na znak jedności kościelnej. Unia nie została jednak zaakceptowana przez społeczeństwo cesarstwa i dużą część schizmatycko nastawionego duchowieństwa. Siostra cesarza Michała powiedziała: „Lepiej, żeby zostało zniszczone imperium mojego brata niż czystość wiary prawosławnej”. W czasie przygotowań do zawarcia drugiej unii prawosławia z Kościołem katolickim cesarz bizantyjski Manuel II Paleolog podsumował nieszczere zabiegi duchowieństwa bizantyjskiego w słowach skierowanych do następcy tronu, późniejszego cesarza Jana VIII:

Zbadawszy dogłębnie zamysły niewiernych [mahometan], z całą pewnością wiemy, że bardzo niepokoją się oni oraz obawiają się, byśmy czasem nie pojednali się i nie zjednoczyli z chrześcijanami Zachodu […]. Myśl o soborze i miej to na uwadze, głównie ze względu na to, że musisz bać się niewiernych. Rzeczy tej jednakże nie posuwaj, bo nasi [Bizantyjczycy] – jak mi się wydaje – żadną miarą nie są zdatni do znalezienia drogi i sposobu trwania w łączności, porozumieniu, pokoju, miłości i zgodzie; jeśli zważy się, że nie mają zamiaru ich – mówię o (chrześcijanach) zachodnich – traktować tak, jak czyniliśmy to w dawnych wiekach (przed rozłamem kościelnym).

Mimo wszystko 6 lipca 1439 r., w czasie Soboru Ferraro-Florenckiego, podpisano dekret unijny, likwidujący dotychczasowy rozłam w Kościele. Zgoda nie potrwała długo. W 1485 r. unia została oficjalnie zerwana przez Cerkiew prawosławną. Dodajmy, że mniej więcej w tym samym czasie Iwan III stwierdził, że pokój pomiędzy Moskwą a państwem polsko-litewskim nie jest możliwy, a oba te państwa skazane są na odwieczną walkę, przerywaną krótkimi okresami pokoju.

Zwolennicy ruskiego prawosławia doskonale zdawali sobie sprawę, że dziedzictwo kijowskiej metropolii nie należy całkowicie do nich. Z tego powodu punkt ciężkości prawosławia od połowy XIV wieku przesuwał się stopniowo na północny wschód, z Włodzimierza w kierunku Moskwy. Pierwszym metropolitą kijowskim, który na stałe przeniósł się pod opiekuńcze skrzydła tatarskich czambułów, był Teognost (1328–1353), przeciwnik wszelkich prób zawarcia unii. W 1458 r. metropolici moskiewscy zrzekli się szacownego tytułu metropolitów kijowskich. Wiązało się to z zawarciem unii kościelnej z 1439 r., którą poparł pochodzący z Grecji metropolita kijowski Izydor (1385–1463). Jego los był smutny – został uznany za heretyka, pozbawiony urzędu, wygnany z Moskwy, zmarł na wygnaniu w Rzymie. Na miejsce prawowiernego, katolickiego metropolity kijowsko-moskiewskiego książę Wasyl wyznaczył zaufanego biskupa Jonę. Konstantynopol nie uznał decyzji księcia moskiewskiego, za co przez nowego „prawowiernego” metropolitę został uznany za heretyka. W 1453 r., gdy sułtan wjeżdżał na białym koniu do najpiękniejszej świątyni chrześcijaństwa, kościoła Hagia Sophia w Konstantynopolu, w Moskwie powitano tę wiadomość z radością. „Drugi Rzym” – miasto Konstantyna, zostało ukarane za ustępstwo względem łacinników, za herezję. Rodził się mit „trzeciego Rzymu”.

W czasie gdy Konstantynopol upadał, książęta moskiewscy prowadzili skuteczną walkę z Tatarami, zakończoną ostatecznym zwycięstwem kniazia Iwana III w 1480 r. Księstwo moskiewskie było jedynym niezależnym państwem prawosławnym na świecie, a przejęcie w 1472 r. przez Iwana III spuścizny politycznej Cesarstwa Bizantyjskiego i utworzenie patriarchatu moskiewskiego, było ugruntowaniem zwycięskiej pozycji prawosławia na sporym terytorium moskiewskiej Rusi. W tym czasie patriarchatowi moskiewskiemu podlegało już więcej wiernych niż poddanemu Turkom patriarsze Konstantynopola. Promieniująca z Kijowa stara Ruś katolicka została uśmiercona przez uzurpatorów moskiewskich, zatrutych jadem mongolskiej niewoli.

Trzeci Rzym – jedno kłamstwo – dwie wiary

Twórcą tego mitu był ihumen Filoteusz (ok. 1465–1542) z klasztoru eleazarowskiego w Pskowie. Po Rzymie cesarzy i papieży, po ukaranym za grzech odstępstwa od prawosławia Konstantynopolu patriarchów, przyszła kolej na Moskwę metropolitów. To na Moskwie od tej pory spoczęła misja doprowadzenia ludzkości do zbawienia, ponieważ to w niej połączyła się potęga Rzymu i Konstantynopola. Mo­skwa miała uratować świat pogrążający się w degeneracji. Rosyjską ideę mesjanistyczną wieńczyła budowa królestwa Bożego na ziemi, które – zdaniem Filoteusza – miał urzeczywistnić car Wasyl III, przedstawiciel dynastii, według wykoncypowanej genealogii pochodzącej od starożytnego cesarza Augusta. W Moskwie miał znaleźć swoją siedzibę Mesjasz u boku prawosławnego cara.

Nietrudno odnaleźć w tej utopii pierwociny zaczynu, z którego wykiełkowała sowiecka utopia proletariackiego „raju na ziemi”, który z Moskwy rozniesie po świecie sprawiedliwe i dostatnie społeczeństwo bezklasowe. Również alternatywna utopia globalistycznego putinowskiego „Russkogo Mira” (warto zwrócić uwagę, że słowo „mir” oznacza nie tylko pokój, ale szerzej: ład, porządek, świat i wszechświat), zawiera ten sam ładunek niebezpiecznego założenia, że rosyjskie wybraństwo jest skutecznym lekiem na wszystkie bolączki chorego świata.

Ostrze myśli Filoteusza było skierowane przeciw katolicyzmowi, papiestwu i całej cywilizacji łacińskiej, nazwanej później „zgniłym Zachodem” (ros. gniłyj zapad)6. Najazd tatarski zaczęto postrzegać jako szczęśliwy dopust Boży. Ojciec rosyjskiej historiografii Nikołaj M. Karamzin pisał, że najazd tatarski zawierał wiele elementów pozytywnych, a „Moskwa zawdzięcza swoją wielkość chanowi”, choć Aleksander Puszkin szydził z tego poglądu, zwracając uwagę, że Tatarzy nie byli Maurami, którzy po najazdach zostawili przynajmniej algebrę i Arystotelesa. Aleksiej Chomiakow pisał, że Mongołowie byli „słuczajnostju sczastliwuju” (szczęśliwym przypadkiem) dla Rosji. Według archimandryty Konstantego „jarzmo tatarskie uchroniło Rosję przed pokusami łacinników, a później przed zachodnim humanizmem. A może i jarzmo sowieckie uchroniło Rosję przed jeszcze gorszymi pokusami zachodnimi?” („Russkij wiestnik” nr 12, 18–25 marca 1992 r.)7. Wraz ze wrastaniem prawosławia w Ruś, ze wzajemnym przenikaniem się państwa carskiego z prawosławiem, następowało zatracanie idei powszechności, katolickości. Iwan Groźny twierdził: „Nasza wiara nie jest grecka, lecz rosyjska, chrześcijańska”.

Ale uczciwi prawosławni badacze zwracają uwagę na o wiele istotniejszy problem. Wraz z rozszerzaniem samodzierżawia na Cerkiew prawosławną duch religijny ulegał stopniowemu wypaczeniu, które swój kulminacyjny moment osiągnęło za panowania Piotra I. Zdaniem Gieorgija P. Fedotowa „reformy” religijne cara zdegradowały prawosławie z wiary do elementu kultury politycznej państwa. Stworzony w 1721 r. przez Piotra I Świętobliwy Synod Rządzący był przysłowiową kropką nad „i” wcześniejszego kursu antycerkiewnego cara – podporządkował Cerkiew państwowemu ministerstwu, na czele którego stał zawsze świecki urzędnik (oberprokurator), posiadający kompetencję do określania zasad religijnych, ale przede wszystkim państwową wyłączność w sprawach kanonizacji!

W Związku Sowieckim odpowiednią rolę synodu pełniło przeznaczone do tego ministerstwo z nadzorującym jego prace wydziałem KGB (od lat 60. XX wieku tzw. IV Wydział V Zarządu KGB). Kontrola życia religijnego była rozległa do tego stopnia, że partia komunistyczna opiniowała kandydatów do prawosławnego seminarium. Nie dziwi zatem, że oprócz „widzialnej”, oficjalnej Cerkwi, wspierającej dzisiejsze zbrodnicze działania Kremla, w Rosji do chwili obecnej funkcjonuje katakumbowa Cerkiew prawosławna, nieakceptująca postsowieckiego modelu religijnego.

Dla dzisiejszych zwolenników idei „trzeciego Rzymu”, takich jak Władimir Widemann, w „trzecim Rzymie” z prawosławiem połączyły się ideały rzymskie i hellenistyczne i dzięki „duchowi rosyjskiemu” – rosyjskiemu geniuszowi – zostały wyniesione do formy najwyższej, z pomocą której nastąpi zbawienie ludzkości. Mikołaj Bierdiajew tak podsumował to zjawisko: „Prawosławie okazało się wiarą rosyjską. W wierszach religijnych Ruś to wszechświat, car rosyjski to car nad carami, Jerozolima to również Ruś. Ruś jest tam, gdzie prawda wiary. Rosyjskie posłannictwo religijne, jedyne w swoim rodzaju, związane jest z siłą i wielkością państwa rosyjskiego, z wyjątkowym znaczeniem cara rosyjskiego”.

Myśl tę kontynuuje Oswald Spengler, niemiecki filozof kultury i historii, który w idei „trzeciego Rzymu” zauważył narzędzie polityczne carów dążących do zdobycia drogi do Konstantynopola i Jerozolimy. Rosyjski imperializm religijno-państwowy odrzucił charakterystyczne dla Zachodu pojęcie narodu.

W ostatnim czasie Władimir Putin nazwał w swoim przemówieniu „naród rosyjski” – „narodem trójjedynym”, które to pojęcie, bazując na czytelnym symbolu teologicznym, faktycznie odnosi się do oświeceniowego neologizmu „Rosja – Rosjanin”, pod którym nie rozumie się etnicznego mieszkańca imperium. Pojęcie to przeciwstawiano etnicznemu pojęciu „Rusa”, na rzecz takich mglistych terminów jak „wszechsłowiańskość”, odnoszoną jednak nie do Czechów czy Polaków, ale „sąsiadów” Konstantynopola – Serbów i Bułgarów8… Wszechsłowiańskość, prawosławne postrzeganie rzeczywistości politycznej to „zaklinanie” plemion przez stepowego chana. Jak twierdzi rosyjski ideolog i historyk religii Aleksandr Dugin: „My wszyscy – Rosjanie, Serbowie, Tatarzy itd. – reprezentujemy żywioł barbarzyński”9.

I widzimy to w całej okazałości w trakcie barbarzyńsko prowadzonej na Ukrainie wojny, z ostrzałem artyleryjskim cywilnych osiedli, masowymi gwałtami i mordowaniem cywilów, infiltracją ludności, deportacjami w głąb „imperium”, zorganizowaną grabieżą czy stosowaniem taktyki spalonej ziemi. Dawka turańszczyzny, jaką w czasie okupacji tatarskiej przyjęła Ruś moskiewska, przetrwała do dziś. Mesjanizm komunistyczny był w dużym stopniu kontynuacją mesjanizmu prawosławnego. Już w roku 1921, w obliczu faktycznego zwycięstwa bolszewickiej rewolucji w Rosji (po nieudanej interwencji państw zachodnich, przegranej przez Białych wojnie domowej i dwuznacznych postanowieniach traktatu ryskiego) część rosyjskich działaczy emigracyjnych wezwało do „zwrotu na Wschód”. Gieorgij Wiernadski głosił zwycięstwo czerwonej Międzynarodówki – „naszej partii komunistycznej”, które zapowiada budowę euroazjatyckiego państwa. Stworzenie przez Lenina Kominternu (Trzeciej Międzynarodówki) nacjonal-bolszewik Nikołaj Ustriałow postrzegał jako kontynuację idei Trzeciego Rzymu, wzywając nacjonalistów do wygaszenia walki z sowietami. Trzeci Rzym – Moskwa prawosławia, trzeci Rzym – Moskwa Kominternu, ze swoją quasi-religijną terminologią, był w konsekwencji prostym przeniesieniem idei stolicy świata z prawdziwego Rzymu do Moskwy. Ale Moskwa stanowi antytezę Rzymu. Jest zaprzeczeniem jedności, powszechności, wreszcie apostolskości Kościoła. Jest pogaństwem, samouwielbieniem, antropocentryzmem, partykularyzmem. „Prawosławie, które nie jest religią, lecz tradycją, jest o wiele bliższe temu, co nazywamy pogaństwem. Obejmuje ono i włącza w siebie pogaństwo” – mówi z dumą Dugin.

„Rosja… rozszerzy swoje błędy…”

Metropolita petersburski Ioann pisał na łamach „Russkogo wiestnika”, że„jesteście przecież rodem wybranym”, „sens religijny rosyjskiej historii zdecydowanie przekracza granice narodowe”, a „wszechświatową, kosmiczną” misją Rosji jest pokonanie zgniłego Zachodu – Antychrysta – i utworzenie Nowej Rusi jako „zjednoczonego Kościoła”. To narodowi rosyjskiemu „Bóg wyznaczył szczególną służbę, będącą sensem życia rosyjskiego we wszystkich jego przejawach”, a Rosja jest „Tronem Bożym”, naród rosyjski – „narodem bogonoścą”. Wtóruje mu dziś (wypowiedź z 17 kwietnia 2022 r.) deputowany Dumy, wnuk Wiaczesława Mołotowa, Wiaczesław Nikonow: „We współczesnym świecie jesteśmy ucieleśnieniem sił dobra. To jest metafizyczne starcie sił dobra i zła… Toczymy naprawdę świętą wojnę i musimy ją wygrać”.

Takie wypowiedzi niestety można przywoływać bez końca.

Tymczasem rzeczywistość rosyjskiego „tronu Bożego” jest daleka od wizji prawicowych „Putinversteher” (niem. ‘rozumiejących Putina’), konserwatywnych, tradycjonalistycznych, prorosyjskich „użytecznych idiotów”.

Dzisiejsza Rosja nie stanowi żadnej konserwatywnej, religijnej czy tradycjonalistycznej alternatywy dla zsekularyzowanego Zachodu. Pogrążona jest w głębokiej społecznej, religijnej i ideowej degeneracji. Szumne prawosławne zaklęcia i „konserwatywna” retoryka ideologów skrywają dawne bolszewickie cele – wprowadzenie własnego globalnego „rosyjskiego” porządku. Oficjalne rosyjskie sztandary ustępują w czasie świąt komunistycznej czerwieni, a prawosławna retoryka propagandy szybko wpada w stare stalinowskie tory „walki z faszyzmem”. Społeczeństwo rosyjskie nie tylko nie stanowi żadnej zorganizowanej społeczności opartej na tradycyjnych wartościach, ale w jego obrębie nie ukształtowały się żadne tradycyjne siły z niezależnym zapleczem gwarantującym skuteczne renovatio.

Degeneracja społeczeństwa i depopulacja kraju widoczna jest w państwowych statystykach, które już w 2011 r. rosyjskie media i deputowani Dumy oskarżali o fałszowanie rzeczywistości10. Niemniej dramatycznie wyglądają statystyki religijne. Co prawda 60% Rosjan uważa się za prawosławnych, ale według statystyk policyjnych regularnie uczęszcza do cerkwi kilka procent wiernych (2-4%).

Obecnie najliczniejszą wspólnotą prawosławną na świecie jest Cerkiew Prawosławna Ukrainy, a nie – jak mogłoby się wydawać – Cerkiew moskiewska… Od kilku lat putinowski reżim tropi winnych tego rozkładu społeczeństwa, wskazując jednak zawsze wrogów nieuchwytnych lub dalekich, takich jak „amerykański konsumpcjonizm”, „kapitalistyczny kult zysku”, „wrogi świat Zachodu”, a nawet nieżyjący prezydent Jelcyn.

Nie jesteśmy zdziwieni i zaskoczeni tą sytuacją. Otrzymaliśmy czytelne wskazówki w orędziu fatimskim, zawierającym wezwanie do poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Miała być to gwarancja powstrzymania prześladowań w Rosji. Jak wiemy zwlekano z tym długo, a przez to sprawa ugrzęzła w plątaninie politycznych interesów. Ostrzeżenie zawarte w objawieniach zazwyczaj zbywano lub przemilczano. „Wtenczas Rosja już rozszerzy swoje błędy na świat, powodując wojny i prześladowania Kościoła”.

Powtórzmy: Początki Rusi wiążą się nierozerwalnie z katolicyzmem. Ruś nie uległa schizmie, ale pozostała wierna papiestwu. Triumf prawosławia na Rusi wiąże się nie ze schizmą Cerulariusza, lecz z najazdem mongolskim. Można rzec, że prawosławie zwyciężyło wraz ze zniszczeniem starej Rusi Kijowskiej, zwyciężyło przy pomocy strzał mongolskich wojowników. Moskiewskie prawosławie wieszczące wielkość „Trzeciego Rzymu”, stało się polityczną ideologią państwową, a nie odłamem chrześcijaństwa. Na gruncie tej ideologii komuniści zbudowali konstrukcję bolszewickiego „raju na ziemi”, który teraz proponuje się w opakowaniu „Rosyjskiego Świata”.

Serce Rusi podzielone na pół, rozdarte między wiernością Kościołowi katolickiemu a przywiązaniem do narodowej odrębności, krwawi do dziś… Rosja dalej rozszerza swoje błędy…

Przypisy

  1. Michał Taube zwraca uwagę na absurdalne działanie polegające na przesuwaniu datacji powstania ruskich praw kanonicznych na czasy późniejsze niż X-XI wiek, co w świetle propagandy prawosławnej, mówiącej o zerwaniu po 1054 r. wszelkich kontaktów ze „zgniłym Zachodem”, wydaje się zabawne.
  2. Został nim z nadania papieskiego uczony Bułgar Aleksy, który jednakże w wyniku greckich intryg musiał opuścić Kijów.
  3. Ten znany prawosławny religioznawca pisał: „Rozłam został spowodowany dodaniem słowa filioque do Credo nicejsko-konstantynopolskiego”. Zdaje się, że Eliade przychyla się do twierdzenia, że odpowiedzialność za przyjęcie na Zachodzie tego terminu teologicznego, używanego w modlitwie przez wiernych do dziś w czasie niedzielnych i świątecznych Mszy św., spada na arbitralną decyzję cesarzy niemieckich. W tym przypadku już 1014 r. i pamiętna koronacja św. Henryka II byłaby datą schizmy. W ten sposób Eliade aluzyjnie przyznaje, że prawosławne rozumienie tego problemu teologicznego zostaje sprowadzone do sporu stricte politycznego…
  4. Inny fragment: „Nie przyjmuj też nauki od łacinników, ich bowiem nauka jest skażona, wszedłszy bowiem do cerkwi nie kłaniają się ikonom, jeno stojąc ukłoni się i, skłoniwszy się, narysuje krzyż na ziemi i całuje, a podniósł­szy się stanie na nim nogami; leżąc tedy całuje, a wstawszy depcze. Tego zaś apostołowie nie przekazali; przekazali bowiem apostołowie krzyż postawiony całować i ikony przekazali”. Dla wzmocnienia akcentu propagandowego fragmenty zostały włożone w usta św. Włodzimierza, księcia odpowiedzialnego za chrystianizację Rusi w IX wieku, czyli jeszcze przed schizmą. Bardzo często autorstwo tekstów antykatolickich przypisywano znanym osobom żyjącym bardzo wiele lat przed rozłamem, aby nadać tekstom większego znaczenia.
  5. 28. kanon Soboru Chalcedońskiego: „Ojcowie słusznie przyznali przywileje stolicy Starego Rzymu, ponieważ był on miastem cesarza. Z tego samego powodu stu pięćdziesięciu najczcigodniejszych biskupów uznało, że najświętsza stolica – Nowy Rzym, zaszczycony pobytem cesarza i senatu i cieszący się takimi samymi przywilejami cywilnymi jak Stary Rzym cesarski, powinien mieć te same przywileje w porządku kościelnym i być na drugim po nim miejscu”.
  6. Fiodor Dostojewski w Idiocie wkłada w usta Myszkina tyradę, która była bliska jego poglądom: „Według mnie, rzymski katolicyzm nie jest wiarą, ale po prostu kontynuacją Zachodniego Imperium Rzymskiego – wszystko w nim podporządkowane jest tej idei, począwszy od wiary. Papież zagarnął ziemię, tron ziemski i ujął miecz w rękę – tylko do miecza dodano kłamstwo, krętactwo, oszustwo, fanatyzm, przesądy, łotrostwo, grano na najświętszych, najszczerszych, najbardziej ufnych i płomiennych uczuciach ludu – wszystko, wszystko sprzedano za pieniądze, za podłą władzę świecką”.
  7. I. Massaka analizując poglądy rosyjskich mesjanistów, pisze: „Większość Eurazjatów oceniła najazd tatarsko-mongolski nie jako kataklizm dziejowy, lecz niezwykle pomyślną dla Rosji okoliczność historyczną – Tatarzy, pod dowództwem Dżyngis-chana, zapoczątkowali jedność polityczną i państwową Eurazji. Najazdy mongolsko-turańskie powstrzymały agresję łacińskiego Zachodu. Nie było podboju ziem ruskich ani tatarsko-mongolskiej niewoli, lecz coś w rodzaju pokojowego współistnienia dwóch państwowości”.
  8. Aleksandr Dugin usiłuje przedstawić rosyjski model polityczny w atrakcyjnych dla wszystkich nacji barwach: „Te narody [narody Europy Środkowo-Wschodniej – przyp. RM] same w sobie są wartościowe i dostojne, z przepiękną historią i kulturą: dostojni Rumuni i Bułgarzy – nasi prawosławni bracia. Bohaterscy i romantyczni Polacy, choć nas nie lubią. Węgrzy – niezwyciężeni wojownicy. Tylko Czesi kojarzą się z piwem i kiełbaskami. Obecnie jednak narody te prowadzą w Europie taką politykę, że gorszej nie można sobie wyobrazić”. Proszę zwrócić uwagę na ukrytą w tej wypowiedzi doraźność, określaną przez „prowadzoną obecnie politykę” wobec Rosji. To ona jest kluczem do zrozumienia roli odgrywanej przez tzw. eurazjatyzm w dzisiejszej polityce rosyjskiej.
  9. Michał Magnicki, rosyjski myśliciel czasów oświecenia, w polemice z historykiem Mikołajem Karamzinem pisał: „Wykładowcy historii powszechnej powinni byli kłaść główny nacisk na takie istotne problemy, jak upadek hardego Rzymu jako kara za wszystkie bezeceństwa, zaś sprawców tego upadku – barbarzyńskie hordy – należało pokazywać jako narzędzie w ręku Boga”.
  10. Poruszone zagadnienie wymagałoby osobnego obszernego opracowania. Wnikliwy czytelnik jest w stanie znaleźć odpowiednie informacje w Internecie. Liczba mieszkańców Rosji w 2020 r. wynosiła 144 mln i pomimo odnotowanego wzrostu w 2014 r. spowodowanego aneksją Krymu i Sewastopola ciągle spada. Spis powszechny Federacji Rosyjskiej z 2010 r. zakończył się skandalem, z brakującymi prawie 10 mln ludzi nieujętymi w spisie, którymi okazali się Chińczycy stanowiący populacyjną większość na Dalekim Wschodzie Rosji. Według oficjalnych danych liczba „legalnych aborcji” w Rosji utrzymuje się na poziomie ok. 1 mln (1,23 mln w 2011 r.; 900 tys. w 2014 r.), choć deputowana Dumy Jelena Mizulina twierdziła w 2011 r., że liczba aborcji niezarejestrowanych w Rosji jest rocznie kilka razy wyższa i może wynosić od 5 do 12 mln przypadków. Liczba dzieci przychodzących na świat w Rosji rocznie wynosi ok. 1,4 mln (1,44 mln w 2020 r.) i nie jest wystarczająca do utrzymania stabilnej polityki ekonomicznej, społecznej i militarnej. Od 2016 r. utrzymuje się stała tendencja spadkowa. System ekonomiczny Rosji od dziesięcioleci opiera się na rabunkowej eksploatacji złóż, a poziom zużycia infrastruktury przemysłowej oceniano oficjalnie na poziomie 48%, przy nieoficjalnych danych zużycia infrastruktury sięgających 75%! Oligarchiczny model drenujący surowce i wyzyskujący najuboższych wraz z rabunkową gospodarką, przekładają się na niewyobrażalne obszary biedy społecznej, która według danych Rosstatu z 2019 r. dotyka 21 mln Rosjan. Wasilij Simczew, dyrektor Naukowo-Badawczego Instytutu Statystyki Rosji stwierdził, że różnica pomiędzy 10% najbogatszych i 10% najuboższych Rosjan nie jest 16-krotna, jak podają instytucje rządowe, ale faktycznie aż 36-krotna! W biedzie żyje zatem blisko 48 mln Rosjan. Jeśli do tego dodamy (dane z 2010 r.) ok. 1 mln bezdomnych dzieci, ok. 12 mln alkoholików, ok. 4,5 mln narkomanów i przestępczość (według prof. S. Inszakowa z Prokuratury Generalnej – 2009 r.) na poziomie minimum 26 mln przestępstw (przy oficjalnie 3 mln przestępstw rocznie), to uzyskujemy obraz daleki od ideału „narodu bogonoścy”.