Wenezuela, Maduro, Trump i oniemiałe polskie elity
Łukasz Warzecha hpch/wenezuela-maduro-trump-i-oniemiale-polskie-elity/

(Fot: pch24/AI)
Mówiąc najbardziej wprost: atak USA na Wenezuelę zastał sporą część polskiej klasy politycznej i komentatorskiej z – proszę wybaczyć dosadność – spodniami w ręku. To, co się wydarzyło, przekracza przyjęte w głównym nurcie polskiej debaty (przepraszam za użycie tego nadmiarowego słowa, ale nie ma lepszego) granice rozumienia. Te bowiem sprowadzają się do najprostszych, by nie rzec: prostackich twierdzeń typu „Trump jest zły/dobry”, „Maduro zasłużył”, „Wenezuela była z Ruskimi, więc dobrze jej tak”. Jak zwykle podstawą do jakiejkolwiek oceny nie jest analiza potencjalnych skutków wydarzeń, ale aprioryczne zajęcie wobec nich wartościującego stanowiska. Co oczywiście jest bez sensu.
Wobec wydarzeń w Ameryce Południowej – a można założyć, że to dopiero początek, bo przecież sytuacja w Wenezueli bynajmniej nie jest jasna – przyjęto w polskiej klasie komentującej z grubsza dwie postawy.
Pierwsza jest taka, że działania USA były uzasadnione, ponieważ Nicólas Maduro był wybrany nielegalnie i niszczył Wenezuelę, a poza tym współpracował z Chińczykami i Rosjanami. W tym stanowisku albo całkowicie lekceważy się kwestię pogwałcenia prawa międzynarodowego przez USA, albo twierdzi się, że to pogwałcenie nie było bezwarunkowe, ponieważ artykuł 2. Karty Narodów Zjednoczonych może być interpretowany zawężająco.
Druga apokaliptycznie formułowana postawa głosi, że USA stworzyły precedens, za którym nastąpi lawina podobnych działań. Podeptały prawo międzynarodowe i dlatego inni także będą je teraz deptać, nikt więc już nie jest bezpieczny, w tym Polska. No i oczywiście można było się tego spodziewać po Trumpie.
Każde z tych stanowisk jest nie tylko obarczone wadami, ale też nie uwzględnia polskiej sytuacji. Sprawa wartości stabilizującej prawa międzynarodowego nie jest zero-jedynkowa. Prawda jest taka – o czym zresztą wspominałem niedawno na portalu PCh24, pisząc o filmie „Norymberga” – że od dawna jest ono instrumentem w rękach silniejszych i ma zastosowanie tam, gdzie oni tego chcą, a nie ma tam, gdzie nie chcą. Nie jest tak, że nie ma ono żadnej wartości, ale nie jest też tak, że obecna akcja USA stworzyła jakiś precedens. Bynajmniej. Nawet w najnowszej historii jest mnóstwo przykładów otwartego złamania prawa międzynarodowego poprzez prowadzenie agresywnych operacji wojskowych bez mandatu ONZ czy przynajmniej UE. Polska nawet wzięła udział w takiej operacji – była nią druga wojna w Zatoce Perskiej, czyli uderzenie na Irak (pod dętym pretekstem) w 2003 r., które było klasyczną wojną napastniczą. Inną podobną operacją było uderzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego na Serbię, rzekomo w celu powstrzymania czystek etnicznych na kosowskich Albańczykach. Faktycznie był to efekt idealistycznego nastawienia ówczesnej administracji Billa Clintona i bardzo sprytnego wykorzystania tego idealizmu przez Kosowarów.
Nawiasem, nie sposób nie dostrzec, że administracja Trumpa zaczyna się bawić w nation building, czyli to, co sama ostro krytykowała w nowej strategii bezpieczeństwa (NSS), a co lansowali przede wszystkim neokonserwatyści na początku lat 2000. Tyle że krytyka dotyczyła głównie działań na Bliskim Wschodzie, a tu mamy działania na zachodniej półkuli, a więc w pewnym stopniu uwiarygadniające inne twierdzenie USA z NSS: że ta półkula będzie wyłączną domeną Stanów Zjednoczonych (doktryna Monroego).
To o tyle ważne, że powinno ugasić entuzjazm tych, którzy w usunięciu Maduro widzą zapowiedź czy przynajmniej szansę na usunięcie pana Tuska. Pomijając, jak głęboko postkolonialną trzeba mieć mentalność, żeby oczekiwać, iż obca siła usunie ze stanowiska polskiego premiera, wybranego przez Polaków (choćby i najgorszego), zwolennicy tej narracji nie dostrzegają, że Europa to już nie zachodnia hemisfera. Zatem demonstracja własnej sprawczości w tamtym obszarze nie oznacza, że podobne działania USA miałyby prowadzić poza nim.
Wracając do znaczenia akcji – siła prawa międzynarodowego jest względna, szczególnie że nie istnieje w rzeczywistości międzypaństwowej żadna instancja, dysponująca siłą umożliwiającą przeforsowanie przestrzegania tego prawa (nie dysponują nią również międzynarodowe trybunały: Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, organ ONZ, czy Międzynarodowy Trybunał Karny, działający na podstawie statutów rzymskich). Bez żadnych wątpliwości poczynania USA w Wenezueli obniżyły rangę prawa międzynarodowego. Mamy więc sytuację pośrodku: ani nie jest to precedens i nagła tragedia, ani też nie jest to wydarzenie bez znaczenia. Etyczna ocena rządów Maduro czy przerażenie tym, do jakiego stanu doprowadził on własny kraj, nie mają tutaj żadnego znaczenia i niczego nie uzasadniają, gdy idzie o zewnętrzną interwencję.
Co więcej, pogwałcenie norm jest w tym wypadku radykalne i wręcz ostentacyjne. Nie chodzi tylko o samo obalenie prezydenta, ale także o jego uprowadzenie i zamiar postawienia go przed amerykańskim sądem jako szeregowego przestępcy.
Doprawdy, nie trzeba być wybitnym specem od prawa międzynarodowego, żeby wiedzieć, że jurysdykcja sądu jednego kraju nie obejmuje głowy innego kraju. A to otwiera innym siłom drogę do śmielszych niż dotychczas działań w ich sferach interesów. Ci, którzy twierdzą, że ta akcja wystraszy Moskwę, mogą się grubo mylić. Może ona mieć dokładnie odwrotne działanie: może zostać odczytana jako zdjęcie wszelkich hamulców na wypadek chęci podjęcia podobnych kroków wobec państw, które Rosja uzna za zagrażające im w jakikolwiek sposób. Z Ukrainą na czele.
Ale czy jest to wszystko powodem do oburzenia? Nie, bo oburzanie się jest reakcją z innego porządku. To po prostu kolejne przypomnienie, że świat uporządkowany odszedł w przeszłość. A nie trwał, trzeba przyznać, bardzo długo. Naszym problemem jest przede wszystkim intelektualna niewydolność polskiej elity (w sensie czysto opisowym), immanentnie niezdolnej do zimnej analizy sytuacji. Naczelny zaś wniosek, jaki z takiej analizy moglibyśmy w tym momencie wyciągnąć, jest taki, że nie możemy wierzyć ani w moc prawa międzynarodowego (nigdy zresztą nie powinniśmy byli przywiązywać do niego nadmiernej wagi), ani w naszego potężnego protektora, który ma przynajmniej tę zaletę, że dość otwarcie komunikuje swoje interesy i brutalnie je realizuje. W tym wypadku podporządkowując sobie kraj, posiadający 14-17% światowych rezerw ropy naftowej – najwięcej na świecie.
Pamiętajmy jednak, że porwanie Maduro to była łatwiejsza część planu. Na praktycznie wszystkich swoich współczesnych misjach typu nation building USA się wywracały. I tu może być podobnie, nawet jeśli jest to nie tyle nation building, ale drill, baby, drill.
Łukasz Warzecha
===================
Mirosław Dakowski:
Zakotłowało się tak nieprawdopodobnie, że nie tylko „elity”, ale nawet normalnie myślący ludzie – wygłaszają sprzeczne „pewniki”. Może ktoś rozpylił nad światem jakiś proszek ogłupiający? Módlmy się, to nam pomoże. A może i światu?