Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 7 gości
S T A R T
Monday 26 June 2017 05:36:08.23.
N O W O Ś C I
W Y S Z U K I W A R K A
 
POLECANE
Księgarnie "Naszego Dziennika" nie mogą "Masonerii polskiej 2017" St. Krajskiego. Ale jest OBOK !! Drukuj Email
Wpisał: Nasz Dziennik   
30.05.2017.

Księgarnie „Naszego Dziennika” nie przyjęły do sprzedaży

Masonerii polskiej 2017” St. Krajskiego


[To już  "zapis na nazwisko", nie tylko na jedną książkę
. MD]

16 maja 2017 https://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com





W związku z tym pierwsza informacja (będą pewnie i inne).

 

W pobliżu warszawskiej księgarni „Naszego Dziennika” jest Księgarnia Historyczna i tam można nabyć tę książkę oraz inne moje książki.

Adres tej księgarni:

Al. Solidarności 105

00-140 Warszawa

22 652 19 59

Pon.-Pt. 11.00-19.00

ksiazkihistoryczne@wp.pl

=====================================

Sprawdziłem w  warszawskiej księgarni „Naszego Dziennika” dn. 30 maja. To zapis na NAZWISKO, nie wolno im mieć także innych książek tego Autora.

Ewie, co z domu Sołowiej, odbiło, czy to "wyżej" ??.

==========================

MD. Dodaję pewny adres, bo to księgarnia rodzinna Krajskich: 

=====================

Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu

02-764 Warszawa ul. Egejska 5/24

Tel., 22 651-88-17; 601-519-847

e-mail: savoir@savoir-vivre.com.p1

www.kukonfederacjibarskiej.wordpress.com

 

Zmieniony ( 30.05.2017. )
 
Komu oddajesz pokłon? Drukuj Email
Wpisał: Beata Pachnik-Łodzińska   
05.04.2017.

Komu oddajesz pokłon?

Beata Pachnik-Łodzińska 29 min · 

Jezus w czasie 40-to dniowego postu na pustyni był kuszony przez szatana. Szatan pokazał mu bogactwa świata i poprosił tylko o jedno - aby Jezus oddał mu pokłon.
O co prosi Cię Unia Europejska oferując dotacje? Czyż nie prosi o pokłon? Czymże są informacje "sfinansowano ze środków z UE" przy drogach, na basenach, boiskach, urządzeniach zakupionych ze środków pochodzących z dotacji, na materiałach szkoleniowych, w umowach? Czy nie są takim pokłonem?
Nie będziesz dwóm panom służył: Bogu i mamonie. A Ty komu służysz?



Zmieniony ( 05.04.2017. )
 
Śmiertelne ryzyko przyjmujemy na siebie po to, by Amerykanie i tak w końcu dogadali się z Moskalami Drukuj Email
Wpisał: Grzegorz Braun   
01.03.2017.

Śmiertelne ryzyko przyjmujemy na siebie po to, by Amerykanie i tak w końcu dogadali się z Moskalami – ?!

 

Grzegorz Braun: Polityka pobożnych życzeń.

 

27.2.2017 http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/10652-tylko-u-nas-grzegorz-braun-polityka-poboznych-zyczen

 

Jak wynika z najnowszego raportu amerykańskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych – w interesie Stanów Zjednoczonych leży, aby eskalacja wojenna w Europie Środkowej doprowadziła do zawarcia korzystnego kompromisu z Rosją. Czy polska krew, ruina majątkowa i upadek państwa mają po raz kolejny pieczętować sojusz mocarstw ponad naszymi głowami?

Aktualny obóz władzy w tej akurat kwestii na pewno ani o jotę nie różni się od poprzedniego – konsekwentnie dezinformuje Polaków w sprawach bezpieczeństwa narodowego. Pan minister obrony narodowej, uczestnicząc w ostatnich dniach w natowskiej konferencji w Monachium, znów wystąpił ochotniczo w roli rzecznika naszych sojuszników – by po raz nie wiedzieć już który zapewniać o ich niezłomnej determinacji „wypełnienia wszelkich zobowiązań”. Czy łudzi i mami tylko nas – czy również sam siebie? Czy zdaje sobie sprawę, jak bliski jest przejścia do historii jako ten, któremu udało się doprowadzić do tragifarsowej powtórki – wraz z całą grupą „rekonstruktorów”: on sam, Macierewicz – cień Rydza Śmigłego, Waszczykowski – pół Becka, Duda – ćwierć Mościcki – z rodziną Kaczyńskich na Wawelu jako kolektywnym echem i światłem odbitym ducha marszałka –?

Któż im wszystkim dał prawo do uprawiania takich gier hazardowych – w których stawką jest już nie tylko suwerenność, ale i byt materialny, i sama nawet biologiczna substancja narodu?

Zarówno warszawski rząd, jak i belwederski prezydent nie mówią Polakom prawdy o potencjalnie tragicznej sytuacji geostrategicznej w obliczu całkiem już jawnych, wręcz manifestacyjnych i prowokacyjnych przygotowań do wojny – którą imperialni gracze z obu stron przymierzają się rozstrzygnąć naszym kosztem i na naszym terytorium. Co w świetle wielowiekowej praktyki jest zresztą oczywistością. Np. w tzw. wojnie północnej na początku XVIII w. znaczną część kampanii, bitew i potyczek w tym ciągnącym się kilkanaście lat konflikcie Polacy stoczyli sami ze sobą, umiejętnie napuszczani przez bardziej wyrachowanych graczy: Niemców (Sasów), Moskali i Szwedów. Nie znalazły się wówczas w ogniu walk ościenne stolice: Moskwa ani Petersburg, Berlin ani Drezno, o Sztokholmie nawet nie mówiąc – za to po zakończeniu działań wojennych na takim np. Mazowszu większości spustoszonych miast, miasteczek i wsi nie miał już nawet kto podnosić ze zgliszcz i ruin.

Analogie do współczesności są wbrew pozorom niepokojąco ścisłe. Gry wojenne i manewry prowadzone przez obie strony potencjalnego konfliktu mają scenariusze poniekąd symetryczne, stanowiące lustrzane odbicie – bowiem z Moskwy i z Waszyngtonu patrzy się na Polskę podobnie, jako na przyszły teatr wojny. Sztabowcy rosyjscy i amerykańscy, rzecz jasna, różnie typują zwycięzców – ale przecież pozostają zgodni co do wyboru strategicznych celów i najważniejszych kierunków uderzeń, których największe koszta ludzkie i materialne ponosić ma Polska. Z takich założeń wychodziły i do takich samych konkluzji zmierzały wszystkie ćwiczenia poligonowe przeprowadzane w ostatnich latach. Zarówno powtarzane w różnych wariantach ćwiczenia rosyjskie, jak i natowska „Anakonda” 2016 – wszystkie one kalkulują podobne elementy: „kocioł suwalski”, „twierdza Toruń”, bombardowanie Warszawy.

Kawę na ławę wyłożył nam goszczący ostatnio w Warszawie Philip A. Petersen z fundacji Potomac, który fachowo objaśniał w jednym z wywiadów: „Co więc muszą zrobić Rosjanie? Muszą okrążyć polską armię w północno-wschodnim kwadrancie kraju. Warszawa musi być bezpośrednio zagrożona atakiem. To oznacza, że Rosjanie muszą przekroczyć Bug, Narew oraz Wisłę. Są miejsca, gdzie łatwiej jest te rzeki przestąpić, i takie, gdzie jest to trudniejsze. Weźmy dolny odcinek Wisły. Płock i Toruń to miasta, które Rosjanie muszą zająć, bo znajdują się one na prawym, podwyższonym brzegu Wisły i bronią mostów”.

Akurat Petersen dobrze wie, o czym mówi – w ostatniej dekadzie zimnej wojny uczestniczył wszak w opracowaniu tzw. Air Land Battle Concept, tj. koncepcji powstrzymania Sowietów zmasowanym kontruderzeniem atomowym – przede wszystkim na trasy domarszu prowadzące przez Polskę – musiał więc doskonale znać mapę naszego kraju z naniesionymi na nią celami dla rakiet amerykańskich.

Dlatego skóra cierpnie, kiedy ciągnie dalej: „Pomysł ministra Macierewicza, by stworzyć coś w rodzaju Gwardii Narodowej, jeśli będzie ona oczywiście dobrze wyposażona i wyszkolona, jest dobry. Może ona bowiem zamienić te miasta, po ewakuacji ludności, w twierdze, bronione bez problemu przez wiele tygodni – o wiele dłużej, niż są w stanie wytrzymać Rosjanie. Gwardia Narodowa mogłaby także trudzić się odbudową baz lotniczych. W ten sposób zdjęłaby część ciężaru z regularnych sił. Można by czerpać też z sił rezerwy”.

Sęk w tym, że wszystkie tego typu scenariusze są pozbawione jakichkolwiek optymistycznych zakończeń. Zarówno operacja „Boxer” symulowana na stołach sztabowych w roku ubiegłym (w Waszyngtonie), jak i operacja „Hegemon” symulowana z początkiem tego roku (w Warszawie) – obie te gry wojenne, jeśli idzie o Polskę, miały niemal identyczny horyzont zdarzeń: kompletne wyczerpanie stanów i rezerw Wojska Polskiego, a ze strony Rosjan -„deeskalacyjne”  uderzenia bronią jądrową w szereg strategicznych celów na mapie Polski. Dodatkowo wszystkie te wojenne scenariusze projektują jeszcze jedną tragedię dziejową: zbrojną konfrontację Polaków i Białorusinów – do czego doprowadzenie byłoby największą zbrodnią przeciwko polskiej racji stanu.

Jaki w tym nasz interes? Żaden. A jaki interes mają nasi amerykańscy patroni? Proszę czytać świeży, styczniowy raport amerykańskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych [Center for Strategic and Budgetary Assesments] – dostępny na stronie: http://csbaonline.org/research/publications/preserving-the-balance-a-u.s.-eurasia-defense-strategy w którym wszystko wyłożono tak, że jaśniej już niepodobna.

1. Utrzymanie przez imperium amerykańskie pozycji globalnego hegemona wymaga: przede wszystkim (a) położenia kresu mocarstwowym aspiracjom „państw rewizjonistycznych”: Chin, Rosji i Iranu, oraz (b) położenia kresu kryzysowi wewnętrznemu własnego państwa.

2. Jedno i drugie wymaga zrównoważenia wydatków przez wzrost podatków – co jest nie do przeprowadzenia bez WOJNY, której pilną potrzebę dyktuje z jednej strony tempo rozwoju gospodarczego i militarnego „państw rewizjonistycznych”, a z drugiej tempo wzrostu deficytu budżetowego USA.

3. Z trzech teatrów wojennych przyszłej wojny: zachodniego Pacyfiku, Bliskiego Wschodu i Europy – ten ostatni rejon ma dla Amerykanów znaczenie DRUGORZĘDNE. Państwa europejskie nie powinny być przez USA wspierane militarnie bardziej, niż wymaga tego kluczowa strategia: „czas za terytorium”.

4. Owo „terytorium”, którego utratę w Europie na rzecz Rosji specjaliści amerykańscy z góry zakładają, to oczywiście przede wszystkim Polska. Strategia amerykańska nie zakłada tu niczego więcej poza prowadzeniem DZIAŁAŃ OPÓŹNIAJĄCYCH – i to możliwie niskim kosztem – a bez użycia potencjału równoważącego ani środków odstraszających.

5. A jak minimalizować koszta? To oczywiste – przerzucić je na ludność tubylczą, która powinna prowadzić „zaawansowaną wojnę nieregularną”, tj. DZIAŁANIA PARTYZANCKIE na kształt Hezbollahu (sic!). Efektywność tych działań Amerykanie mogą oczywiście wzmocnić własnymi środkami rozpoznania i odpowiednim instruktażem – ale w żadnym wypadku nie wysyłką jakichś potężnych korpusów ekspedycyjnych.

Kim jest autor tego raportu – który jeśli o nas chodzi, można by równie dobrze zatytułować: „PORZUĆCIE WSZELKĄ NADZIEJĘ”? Czy to jakiś „ruski agent”, jakiś „kret” w szeregach administracji amerykańskiej, którego zadaniem jest sianie defetyzmu i niewiary w szczerość intencji naszych sojuszników? Nic podobnego – to dr Andrew F. Krepinevich, doświadczony pułkownik armii amerykańskiej i wybitny analityk Pentagonu, ekspert Kongresu, pracujący dla Białego Domu za kadencji paru prezydentów – to on nie pozostawia żadnych złudzeń co do strategicznych celów imperium.

Celem ewentualnej wojny w naszym regionie w żadnym wypadku nie jest ostateczne rozgromienie przeciwnika – bo przecież silna i zintegrowana Rosja jest Ameryce żywotnie potrzebna w konflikcie z Chinami. Istotnym celem na naszym odcinku jest więc nakłonienie Moskwy do przyjęcia roli lojalnego sojusznika Waszyngtonu – a jeśli uda się to osiągnąć bez wojny, tym lepiej. Pan doktor pułkownik Krepinevich bez specjalnego owijania w bawełnę stawia tę kropkę nad „i”: „Russia could become a U.S. security partner”.

A więc zakładana utrata 100 proc. stanów osobowych oraz rezerw mobilizacyjnych Wojska Polskiego, gruzy i zgliszcza lub nawet leje po bombach atomowych w miejsce Suwałk, Torunia, Płocka, a może i Warszawy – to śmiertelne ryzyko przyjmujemy na siebie po to, by Amerykanie i tak w końcu dogadali się z Moskalami – ?!

 
Jubileuszowy Dzień Judaszyzmu. "Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść". Drukuj Email
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
20.01.2017.

Jubileuszowy Dzień Judaszyzmu.

 

"Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść".

 

Stanisław Michalkiewicz http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3837

 

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    20 stycznia 2017

 

Jak tak dalej pójdzie, to nie Wrocław, tylko Poznań stanie się europejską stolicą kultury – a to za przyczyną nieubłaganego postępu, który najwyraźniej tam jeśli jeszcze nie zwyciężył, to właśnie zwycięża. Świadczą o tym nie tylko Marsze Równości, w których ulicami miasta paradują sodomici płci obojga, demonstrując przy pomocy czynności konkludentnych swoje ulubione zabawy erotyczne, ale również Dni Judaizmu, które też są formą perwersji, tyle – że nie cielesnej, a raczej intelektualnej. A właśnie w stolicy Wielkopolski rozpoczęły się przygotowania do obchodów XX, jubileuszowych Dni Judaizmu, więc warto przypomnieć, od czego wszystko się zaczęło.

W połowie lat 90-tych dialog z judaizmem przybierał formy raczej aluzyjne. W 1994 roku ośmiu polityków amerykańskich (m.in. Newt Ginrgich), wystosowało do ówczesnego sekretarza stanu Warrena Christophera list sugerujący, by Departament Stanu ostrzegł rządy krajów Europy Środkowej, że jeśli nie zadośćuczynią one żydowskim roszczeniom majątkowym, to stosunku USA z tymi krajami ulegną pogorszeniu.

Ponieważ w 1994 roku wszystkie kraje Europy Środkowej na czele listy swoich politycznych priorytetów umieściły intencję przystąpienia do NATO, którego USA były i są politycznym kierownikiem, perspektywa pogorszenia stosunków z USA mogła oznaczać szlaban do NATO. Toteż kiedy tylko za sprawą przecieku wspomnianego listu do amerykańskiej prasy intencje amerykańskie stały się jawne, polski rząd skierował do Sejmu projekt ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, w następstwie której 9 gminom żydowskim oraz nowojorskiej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego przekazany został dostęp do majątku w nieruchomościach, o szacunkowej wartości około 7 miliardów dolarów.

Początkowo ten transfer miał być co najmniej o 3 mld dolarów wyższy, ale dzięki temu, że udało mi się przekonać jednego z posłów do zmiany pierwotnego zapisu projektu tej ustawy, Polska zaoszczędziła co najmniej 3 mld dolarów. Wskutek tego zostałem przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i rozmaitych szabesgojów okrzyknięty antysemitnikiem. Nie o to jednak chodzi, bo niezależnie od działań podejmowanych na odcinku państwowym, zostały też podjęte działania na odcinku kościelnym.

Dzień Judaizmu został proklamowany w 1997 roku, wkrótce po pielgrzymce, jaką delegacja Episkopatu Polski odbyła do Brukseli. Wcześniej, to znaczy – przed tą pielgrzymką, prymas Józef Glemp bardzo krytycznie oceniał procesy laicyzacyjne, które już wtedy przebierały postać istnej bigoterii „laickości” polegającej na usuwaniu wszelkich śladów chrześcijaństwa nie tylko z historii Europy, ale również – z przestrzeni publicznej. Jednak po powrocie z tej pielgrzymki oświadczył, że przyłączenie Polski do Unii Europejskiej jest „historyczną koniecznością”.

Tę deklarację można traktować jednocześnie zarówno jako entuzjastyczną – bo cóż może być lepszego niż odgadnięcie w porę „historycznych konieczności” - ale również jako melancholijną – bo „historyczna konieczność” jest trochę podobna w nastroju do zatrzaśniętych za skazańcem bram więzienia i tylko ponury humorysta Hegel, dlaczegoś uchodzący za „filozofa”, uważał taki stan za ucieleśnienie wolności. Co tam prymas Glemp sobie wtedy myślał – tego już się nie dowiemy, podobnie jak tego, jakimi argumentami brukselscy biurokraci przekonali uczestniczących w pielgrzymce biskupów do Anschlussu , ale ważne jest, że właśnie wtedy musiała zapaść decyzja o proklamowaniu Dnia Judaizmu akurat w Polsce. Jaki ma on związek z żydowskimi roszczeniami wobec Polski – trudno zgadnąć, chociaż jakiś może mieć, ponieważ Dzień Judaizmu polega na tym, iż duchowieństwo Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce włącza się w propagowanie judaizmu, a więc zupełnie innej religii, a także – żydowskiego przemysłu rozrywkowego.

Jak zauważyli już dawno wymowni Francuzi – du sublime au ridicule il n’y a qu’un pas – co się wykłada, że od wzniosłości do śmieszności jest tylko krok. I tak się właśnie stało przy okazji obchodów tegorocznego, jubileuszowego Dnia Judaizmu, któremu towarzyszy w charakterze motta cytat z proroka Jeremiasza: Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Zwłaszcza w Poznaniu, mieście Parad Równości urządzanych przez sodomitów i gomorytów, ten solenny cytat nabiera nieoczekiwanego podtekstu frywolnego. Świadczy o tym już samo „uwiedzenie”, w przypadku którego nie można pominąć frywolności, a cóż dopiero, gdy osoba uwiedziona tym uwodzicielskim zabiegom się poddała? Tutaj od atmosfery frywolności wprost nie można się uwolnić, nawet jeśli dotyczy ona wyłącznie perwersji intelektualnej.

A tak właśnie jest – o czym świadczą choćby cytowane przez Katolicką Agencję Informacyjną opinie pani Magdaleny Tomczak ze stowarzyszenia COEXIST, które oprócz półksiężyca i Gwiazdy Dawida umieszcza w swojej nazwie również krzyż. Przypomina to atmosferę, jaka musiała panować w barze COCOFLI, w którym, według Leszka Kołakowskiego, miała zacząć się historia Hioba. COCOFLI było skrótem następujących pojęć: Coexistence, Cooperation, Friendship, Love, Identity. W tym właśnie barze bywał Jehowa, a niekiedy zachodził tam też i Szatan. Z przypadkowego spotkania wyniknął zakład, z którego Leszek Kołakowski wyprowadził wiele morałów, między innymi i ten, że ludzie prości mają wiele powodów, by wystrzegać się nawet przyjaznych przekomarzań między możnymi.

Więc pani Tomczak nie tylko zwyczajowo twierdzi, że bez judaizmu nie moglibyśmy zrozumieć Nowego Testamentu, ale tak dobrze chce, że twierdzi nawet iż bez Żydów nie moglibyśmy zrozumieć nawet kultury polskiej. Wyobrażam sobie, jak musi cieszyć się z tego Judenrat „Gazety Wyborczej”, który i bez tego uważa, że najlepiej nadaje się na objaśniacza mniej wartościowemu narodowi tubylczemu jego kultury, ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogłoby być jeszcze lepiej, więc skoro pani Tomczak tak twierdzi, to niech jej będzie na zdrowie.

Inna sprawa, że ta chwalebna gorliwość pani Tomczak rodzi pewne wątpliwości natury teologicznej; chrześcijanie bowiem wierzą, że pełnia Objawienia nastąpiła właśnie w Chrystusie, a więc – w chrześcijaństwie. Tymczasem pani Tomczak utrzymuje, że bez judaizmu tego całego chrześcijaństwa w ogóle nie można pojąć, a zatem – cóż to za „pełnia”, skoro dla jej zrozumienia musimy używać rozmaitych protez? Ale – jak to pisał Franciszek Maria Arouet zwany Voltaire, „kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” - a cóż dopiero – jakie trapią je wątpliwości?

Ale mniejsza o wątpliwości, bo ciekawsza wydaje się dysputa między JE abpem Stanisławem Gądeckim i panem prof. Janem Grosfeldem, którzy będą próbowali odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego chrześcijanie potrzebują Żydów? Po pierwsze dlatego, że pytanie zostało chyba sformułowane niefortunnie, jako że zakłada ono, iż chrześcijanie naprawdę Żydów do czegoś potrzebują. Tymczasem dotychczas bywało raczej odwrotnie; Żydzi potrzebowali chrześcijan w charakterze tzw. „szabesgojów”, w dość szerokim zresztą rozumieniu tego słowa.

Karol Olgierd Borchardt wspomina, jak to będąc oficerem na transatlantyku „Polonia” pływającym na linii palestyńskiej z rumuńskiej Konstancy do Hajfy, spotkał pewnego razu na korytarzu wzburzoną delegację Żydów z rabinem na czele. Okazało się, że delegacja trafiła do kapitana Mamerta Stankiewicza z zamiarem zakupu statku. Na zdumienie kapitana zaskoczonego tą ofertą przewodniczący delegacji rabin odpowiedział, że oni „zawsze” kupują statek. Zdumienie kapitana było tym większe, że – jak wyjaśnił swoim rozmówcom – statek można kupić tylko raz, więc w jaki sposób oni „zawsze” go kupują? Na to rabin zapytał, czy on, znaczy – kapitan, tym razem chce więcej pieniędzy? Na to coraz bardziej zirytowany kapitan zapytał, dlaczego właściwie chcą kupić statek. Rabin wyjaśnił, że właśnie zbliża się szabas, kiedy Żydom nie wolno podróżować. Kiedy kupią statek będą u siebie w domu. Na to oburzony Mamert Stankiewicz oświadczył, że on do spółki z nimi nie będzie oszukiwał ichniego Pana Boga. Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc rozwścieczony rabin wybuchnął: „uj, jak pan wiele o sobie myśli! Pan Bóg nie ma nic lepszego do roboty, tylko patrzeć, co pan o Nim myśli! Ja takiego zarozumiałego człowieka jeszcze nie widziałem!” W rezultacie kapitan wyrzucił delegację za drzwi i dopiero Borchardt wybawił ją z kłopotu wyjaśniając, że pomylili drzwi i zamiast do intendenta, który za każdym razem sprzedawał im statek za 10 groszy, trafili do kapitana.

Wydaje się tedy, że pytanie powinno być sformułowane inaczej: do czego chrześcijanie potrzebują Żydów? Myślę, że odpowiedź na takie pytanie mogłaby być znacznie ciekawsza, niż odpowiedź na pytanie sugerujące, iż Żydzi są chrześcijanom koniecznie do czegoś potrzebni, niczym łaska Boska do zbawienia.

No i wreszcie sprawa owego „uwiedzenia” o którym wspomina motto tegorocznego Dnia Judaizmu. Niezależnie od okoliczności towarzyszących uwodzeniu, to znaczy – intencji uwodzącego, nadziei osoby uwiedzionej i różnych innych drobiazgów, istotny jest też rezultat uwiedzenia w postaci potomstwa. Cóż może pojawić się w następstwie uwiedzenia chrześcijan przez sprytnych reprezentantów judaizmu? A cóż by innego, jeśli nie Żywa Cerkiew, przy pomocy której sprytni funkcjonariusze judaizmu próbują rozłożyć chrześcijaństwo? Na ten trop wskazuje nie tylko to, że do „dialogu z judaizmem”, czyli Żywej Cerkwi garną się przede wszystkim duchowni, co do których pojawiały się w przeszłości podejrzenia, że – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - zostali zarejestrowani przez SB w charakterze tajnych współpracowników, ale przede wszystkim to, że pod wpływem wspomnianego „dialogu”, być może dyskretnie wspieranego złotem słynnego grandziarza, Zmartwychwstanie Chrystusa powolutku przestaje być uważne za fakt historyczny, tylko za specyficzny stan ducha apostołów, którzy tak byli spragnieni zmartwychwstania, tak byli spragnieni, aż z tego spragnienia zaczęło im się to i owo wydawać.

W tej sytuacji trudno mówić o jakichś „dniach judaizmu”. Bardziej pasowałaby do nich nazwa „dni judaszyzmu” - choćby z tego względu, że Pan Jezus ponownie jest wtedy sprzedawany – z tą różnicą, że tym razem chyba za cenę znacznie wyższą od 30 srebrników.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

======================

mail'em: 

Hasło Dni Judaizmu z 1989 r.: „Spotykając Chrystusa spotykamy judaizm”.

Chrystus tego spotkania nie przeżył.

 

Zmieniony ( 22.01.2017. )
 
----------------- Hydrologia to nauka o zachowaniach hydr. A ostrzegałem, Wołodia... Drukuj Email
Wpisał: ROLEX   
25.10.2016.

Hydrologia to nauka o zachowaniach hydr.

ROLEX  http://hekatonchejres.salon24.pl/733117,hydrologia,1

A ostrzegałem, Wołodia...

20 października 2016 roku zakończyła się w Polsce epoka. Jej zakończenie ogłosił Minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz podczas obrad Komisji Obrony Narodowej.

Oświadczenie pana ministra zbudowane było na dwóch, równocześnie artykułowanych poziomach, z których pierwszy był przeznaczony dla profanów i był raczej niezrozumiały, drugi zaś dla iluminatów i ten wzbudził popłoch; nie tylko w kraju ale nawet i na Kremlu.

Pierwszy to chyba przypadek, kiedy to najwyższe, cywilne (Pieskow jest ustami Putina) i wojskowe (generał Konaszenkow), władze rosyjskie zostały wytrącone z równowagi posiedzeniami jakiejś tak „kumisji” w Привислинским Краю i zmuszone do  gwałtownych zaprzeczeń.

Zanim przejdziemy do poloniców rozwikłajmy zagadkę Mistrali. Pan Antoni Macierewicz swoim publicznym występem w tej sprawie przekazał geopolitycznemu wrogowi Waszyngtonu informacje w metajęzyku, a jednocześnie dał podstawy do jej zdezawuowania na poziomie języka potocznego.

W metajęzyku informacja brzmi tak: „Wiemy z naszych źródeł w Kairze, że zaoferowaliście wysokim wojskowym egipskim łapówkę w zamian za ułatwienie przejęcia egipskich helikopterowców (desantowców) Mistral przez załogi rosyjskie w przypadku zaostrzenia się kryzysu syryjskiego (przejścia do fazy otwartego konfliktu Rosja – USA). Umówmy się, że to nie wyjdzie, ergo: macie dwa potencjalne desantowce w bazie Tartus mniej. Fakt, że informacje przekazuje wam polski minister obrony powinien pozwolić wam zrozumieć, że ten teren mamy dokładnie i intensywnie obsikany.

Pozdrowienia od Departamentu Stanu”.

Z Port Saidu do Tartus jest 277 mil morskich[i]. Przy prędkości 19.5 węzła daje to czternastogodzinną, nocną eskapadę i zonk! Dwie jednostki więcej. Przypominam, że Rosjanie mają co najmniej po dwie pełne, wyszkolone załogi na każdą z tych jednostek.

A na dodatek czują się „w prawie”, bo łapówki we Francji przecież zapłacili, a Direction générale de la sécurité extérieure, zakłopotane rozwojem sytuacji i upokorzone po raz kolejny przez Amerykanów, uruchomiło swoje doskonałe kontakty w Kairze, żeby Rosjanom pomóc i wywiązać się z umowy, a Amerykanom zaszkodzić.

Na poziomie języka potocznego, to kolejna z „Bajek Antoniego” z puentą w postaci „dolara”, w czasie kiedy wszyscy wtajemniczeni znają, mniej więcej, rzeczywiste kwoty.

Nie pierwszy to przypadek, kiedy przy pomocy mass mediów przekazuje się informacje ograniczonemu kręgowi adresatów, żeby przywołać w tym momencie postać generała Dukaczewskiego, pojawiającego się ni z gruszki ni pietruszki w oku kamery tuż za premierem Tuskiem ogłaszającym zakończenie negocjacji w sprawie utworzenia rządu PO-PSL, czy obcojęzyczne „wtręty” w czasie wygłaszania różnych telewizyjnych orędzi. Ba, nawet przy okazji wywiadów dla kolorowej prasy zdarzały się „komunikaty”, tak jak wtedy, kiedy to byłej pani prezydentowej w Pałacu Namiestnikowskim było уютно. No jak nie уютно jak уютно? Всё ясно!

Na koniec dodajmy, że po tym, jak nawet na Kremlu zawrzało, w Paryżu i Kairze cicho, a Gazeta Wyborcza opublikowała na pierwszej stronie, tłustym drukiem, zaległe (ale przecież już dzisiaj szczere!) przeprosiny dla serdecznego druha Adama z czasów KOR, pana ministra Antoniego Macierewicza.

* * *

Dla nas Mistrale to jednak zaledwie punkt wyjścia dla spraw dla nas epokowych. „Punkt przegięcia” epoki postkomunizmu przypadł w Polsce na lata 2007-2011. Dzisiaj, po ponad sześciu latach po 10 kwietnia 2010 roku, został zamknięty. Zamknięta została również sprawa „wyjaśniania katastrofy smoleńskiej”.

Jak pamiętamy, decyzją szefa MON, przy Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP) powstała podkomisja kontynuująca prace Zespołu Parlamentarnego ds. zbadania przyczyn katastrofy TU-154M z 10 kwietnia 2010 roku, powołanego 8 lipca 2010 roku, które to (intensywne...) prace zaowocowały aż IV Konferencjami Smoleńskimi.

Te prace i te konferencje wnosiły do debaty publicznej pewien spójny przekaz: „w wyniku prac i analiz naukowych udało się bezspornie wykazać, że raporty ogłoszone przez Między-krajowy Komitet Lotnictwa (MAK) i KBWLLP są nieprawdziwe (zafałszowane). Ujawnienie fałszu jest jednak (było) niemożliwe, ponieważ zamachu dokonało państwo rosyjskie, a rząd polski (Tuska, Kopacz) jest tego państwa co najmniej zakładnikiem, jeśli nie współuczestnikiem zamachu”.

Wydawać by się mogło, że – po wygranych wyborach – nic tylko, korzystając z siły aparatu państwa – te niepodważalne wyniki ogłosić.

Po roku (sic!) zobaczyliśmy wydobyty z czeluści TVP (siłami kontrwywiadu?) materiał z 10 kwietnia 2010 roku, który do całej tej sprawy nie wnosi z jednej strony absolutnie nic (nad bezczelnością twierdzeń, że jednak „wnosi” w sensie przekraczającym prostą propagandę dla osiołków nie będę się pastwił), a z drugiej wszystko. Wnosi wszystko w tym sensie, że wiemy, że żadne badania w kierunku ustalenia prawdy o wydarzeniach z dnia 10 kwietnia i dni zbliżonych do tej daty mają nie być prowadzone. Sprawcy mają nigdy nie być wykryci, a poczucie sprawiedliwości zostanie „zrolowane” na dwie emocje

- słabszą (to Rosjanie, a oni nigdy nie oddadzą wraku, a poza tym szykują militarny najazd) więc trzeba się z tym pogodzić (emocja rezygnacji wobec vis absoluta o wymiarze pan-globalnym).

- silną – możemy urządzić pokazowy proces urzędników rządu Tuska i Kopacz i skazać ich za przestępstwa urzędnicze (które faktycznie miały miejsce) i za zdradę dyplomatyczną (która faktycznie miała miejsce), (emocja sprawiedliwości i zadośćuczynienia)[ii].

Tylko tyle i aż tyle.

Dlaczego „tylko tyle i aż tyle”?

* * *

 Wróćmy pamięcią do czasu tuż po 10 kwietnia. Próby namysłu nad tym, co się stało rozpoczęły się mniej więcej w ciągu tygodnia od samej katastrofy. Większość publicystów dała się nabrać apelom o „ciszę w trakcie żałoby”, skoro sprawa od początku była „arcyboleśnie prosta”. W ciągu tych siedmiu dni doszło do zatarcia najważniejszych śladów warszawskich. Ale nawet i po tych siedmiu dniach nie obudziła się opozycja, nie obudził się ani mainstream (co zrozumiałe) ani też nisze dziennikarskie.

Obudzili się tylko blogerzy (generalnie tzw. „media społecznościowe”, choć dziś to już nieprecyzyjne pojęcie). Obudzili się i zaczęli zadawać pytania i już wtedy te pytania szły w zupełnie innym kierunku niż miała iść późniejsza narracja, dzisiaj już oficjalna, „zespołów” i „podkomisji”.

I w innym kierunku niż miała iść oficjalna narracja organów państwa polskiego, przy milczeniu rosyjskich[iii] Przypomnijmy relację wtedy posła, a dziś pana ministra [oczywiście chodzi o AM. md], z dnia 10 kwietnia 2010 roku:

Tak, rzeczywiście taka była relacja dziennikarzy, iż zabierano wszystkie zdjęcia, zabierano wszystkie pamięci, wyrywano z telefonów, uniemożliwiano zachowanie jakichkolwiek świadectw pokazujących przebieg wydarzeń, to co się zdarzyło. Podobno wobec tych dziennikarzy zachowano się bardzo brutalnie. Oczywiście, skala dramatu też sprawia, że być może zachowywano się zbyt nerwowo. Ja nie chcę do końca tego oceniać, ale jest też prawdą, że na skutek tych zachowań prawie w ogóle nie ma dostępnych publicznie świadectw z przebiegu wydarzeń. Poza jednym, który mi relacjonowano, okazującym przypadkowo zrobiony przez dziennikarza mieszkającego pod ...

... który mieszkał w hotelu w pobliżu lotniska, który zobaczył schodzący do lądowania samolot, a następnie wybuch i sfilmował ten wybuch uderzającego o płytę lotniska samolotu".

Poza tym jednym przekazem zdaje się nie ma żadnych innych[iv]. Najwyżej są zdjęcia pokazujące już to, to co się działo później... po uderzeniu”[v].[vi] [vii]

I tak już zostało. Przez sześć lat, zgodnie z wytycznymi z tego pierwszego telefonu... szukamy wybuchów. Tam w Smoleńsku. Tyle, że tam rządzą ci straszni Rosjanie, którzy ukradli wrak[viii], więc do prawdy nie dojdziemy nigdy, ale przecież wiemy...

==============================

Narracja, nazwijmy ją „obywatelska” szła przede wszystkim w kierunku ustalenia faktów, które ustalić można było w Polsce.

W swojej pracy zespołowej znanej jako „Biała Księga” oraz później pytaliśmy, między innymi, o to,

- jak zachowywali się funkcjonariusze różnych służb przed w trakcie i po 10 kwietnia 2010 roku.

- Kto wydał rozkaz wyłączenia kamer monitoringu w wojskowej części Okęcia 10 kwietnia 2010 roku?

- Kto nakazał dyrektorom cmentarzy wydanie zgód na pochówki bez wymaganych aktów zgonu?

-Jakie służby?-

- Dlaczego na pokładzie nie było regulaminowo przewidzianego oficera SKW?

- Dlaczego w czasie przesłuchania przed Zespołem Parlamentarnym ds. zbadania przyczyn katastrofy TU-154M z 10 kwietnia 2010 funkcjonariusz BOR-u, major Tereli, poddał w wątpliwość obecność funkcjonariuszy BOR-u na pokładzie Tu-154 (sic!) ze względu na zbyt małą odległość czasową jaka według oficjalnej wersji wydarzeń dzieliła lądowanie Ił-a 76 i Tu-154?

- Dlaczego polskie służby dyplomatyczne dokonały częściowego spalenia dowodu osobistego ministra kultury Tomasz Merty, na trawniku ministerstwa, przed dołączeniem tego dokumentu do materiału dowodowego? Po co?

Setki tego typu pytań padło, a szczególną zasługę w ich systematycznym i drobiazgowym zadawaniu miał i ma kolega bloger FYM [ix].

Pierwszego technicznego opracowania dotyczącego analizy dostępnych danych dokonał inż. Krzysztof Cierpisz[x]). A to wszystko lat temu pięć.

Uwagi FYM do wydarzeń bieżących można znaleźć tu: http://freeyourmind.salon24.pl

Ja wiem, Państwo powiecie, no tak, dziecko zapomniało pójść do szkoły, i jest afera. Takie rzeczy się zdarzają, ludzie są omylni...

Odpowiem: tak, ale do szkoły, zupełnie niezależnie od siebie, zapomniały pójść wszystkie dzieci ze wszystkich klas, tego samego dnia. I każde z nich mataczy na temat tego, gdzie było...

A poza tym mówimy o wysoko wykwalifikowanych funkcjonariuszach państwa, a nie o dzieciach...

W tym miejscu nie czas, żeby rozdrapywać, wystarczy jeśli dla potrzeb tego wywodu zaznaczymy, że wszelkie próby skupienia uwagi na Warszawie, a w zasadzie wszelkie ruchy mające świadczyć o nieuleganiu hipnozie polanki pod Smoleńskiem, traktowane były jako wystarczający dowód na przynależność do FSB lub GRU.

Taki zarzut, publicznie, postawił poseł na Sejm RP, były minister spraw wewnętrznych, szef komisji weryfikującej żołnierzy WSI, anonimowemu blogerowi (sic!). Dlaczego to było takie ważne? Dlaczego konieczne było (wobec olbrzymiego wsparcia dla niekontrolowanych „śledztw obywatelskich”) stworzenie, skanalizowanie i sformalizowanie „dochodzenia opozycji” oraz skompromitowanie i usunięcie wyznawców niekanonicznych poglądów?

I to jest zasadnicze pytanie, na które postaram się dzisiaj odpowiedzieć.

* * *

Jest dzisiaj truizmem twierdzenie, że (co do zasady) nie istnieją na świecie byty polityczne w pełni suwerenne. Stany Zjednoczone mają szansę zostać w pełni suwerennym bytem imperialnym, jeśli wyeliminują z pierwszej ligi Rosję i Chiny. Świat stałby się na powrót dwubiegunowy, gdyby doszło do powstania osi kontynentalnej Europa (Berlin) – Rosja – Pekin. Ale do tego, choć było blisko, nie doszło.

Pomijając trzy znaczące imperia, reszta państw znajduje swoje miejsce w piramidzie zależności imperialnych. W najgorszej sytuacji są państwa frontowe, takie jak dzisiaj Syria, a wcześniej Libia. Na sucho, w miarę, uchodzi tam, gdzie wpływy służb tajnych w krytycznym momencie są zdecydowanie po jednej ze stron (Egipt i siatka saudyjska, później zresztą przystrzyżona), najgorzej jest tam, gdzie silne ukorzenienie władzy[xi] i jej międzynarodowych sympatii spotyka się z bezlitosną i bezkompromisową agresją (Irak, Syria).

Polskim problemem były różnice politycznych aspiracji. Z jednej strony mieliśmy silną i dużą grupę beneficjentów państwa niemieckiego; zasilanych pieniędzmi rządowych, niemieckich fundacji i zaspokajającymi próżność niemieckimi tytułami i orderami (a czasami kobietami, winem i śpiewem), z drugiej, część klasy politycznej, ta kontestująca część, domagała się równoległych z Niemcami stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Nie będzie wielkim uproszczeniem jeśli napiszę, że postawami tymi rządziły nie dwie, a trzy trumny. Pierwsza była trumną Lenina, a dwie pozostałe, tym razem sunące w zgodzie, to trumny Dmowskiego i Piłsudskiego.

Zwolennicy Mitteleuropy byli w Polsce w zdecydowanej przewadze, a pierwsza, nieudana, próba zerwania wędzidła miała miejsce w latach 2005-2007. To w latach 2007 – 2011 dobitnie pokazano Polsce jej miejsce w szeregu. Jest to miejsce w projektowanej Eurazji w charakterze stacji przeładunkowej. Niemcy wydawały się mocno sprzyjać projektowi, który wydaje się, pomimo kłopotów, być wciąż żywy[xii].

Po tej dacie, to jest w początku 2011 roku Imperium Americanum przystępuje do zdecydowanej kontrakcji i dzisiaj, w wyniku tej kontrakcji – co chyba najmniej zorientowany obserwator widzi – jesteśmy „gdzie indziej”.

Dla przejrzystości i czystości tekstu pomijam analizę zmian na stanowisku Ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki w Rzeczpospolitej Polskiej, „aferę podsłuchową”, która wywróciła porządek politycznych sympatii i „paraliż woli” obozu rządzącego w roku wyborczym; skupmy się nie na tym „jak”, bo jakby nie było, było skuteczne, ale na tym „dlaczego?”.

Innymi słowy: z jakiego rodzaju ofertą wizytował Stany Zjednoczone Antoni Macierewicz w listopadzie 2010 roku? Wiemy, jak opisywał w Stanach Zjednoczonych sytuację polityczną Polski w roku wyborczym 2015: „Antoni Macierewicz jest praktycznie nieobecny w kampanii parlamentarnej PiS, choć jest wiceprezesem partii. Ale walczy o wyborców za Oceanem. Na spotkaniu z Polonią w Chicago polityk mówił min. o zniknięciu "100 zabytkowych przedmiotów z Pałacu Prezydenckiego", o tym, że Donald Tusk był agentem Stasi i o prawie gotowej liście odpowiedzialnych za <zamach smoleński>"[xiii]

Co trzeba było „dać”, co udowodnić, do czego przekonać, żeby USA zdecydowały się uczynić z Polski potencjalne zaplecze logistyczno- propagandowo -militarne w przyszłej wojnie z Rosją w Europie?

Trzeba było im „dać” nieformalną sieć rządzącą polską armią, a więc Polską od roku 1981. Tę stworzoną przez tandem Kiszczak (oficer prowadzący) – Jaruzelski (jego najzdolniejszy agent), włączając w to oczywiście takie jawne struktury „nadzorujące” fasadowy system parlamentarny, jak wpisane w polski porządek konstytucyjny w trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego „trybunały”: konstytucyjny i stanu.

Jak efektywna była ta sieć może świadczyć historia polskich F16, którą albo mało kto zna, albo, poznawszy, wypiera ze świadomości, bo wydaje się nieprawdopodobna. Przypomnijmy. W 2006 roku panowie z Wojskowych Służb Informacyjnych zażyczyli sobie rozebrania a następnie złożenia nowiutkich, dostarczonych do Polski, myśliwców F16 pod pretekstem odprawy celnej wymaganej rzekomo przez organy Unii Europejskiej. I żadne polskie służby nie śmiały sprzeciwić się temu jawnemu sabotażowi. Szczegóły tu: http://www.wykop.pl/ramka/857461/nowiutkie-mysliwce-f16-rozbiera-sie-w-polsce-na-czesci/

To kto rządził Polską?

To tej siatce prezydent Obama zadedykował decyzję o zaniechaniu budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej ogłoszoną 17 września 2009 roku, w 70 rocznicę agresji Związku Sowieckiego na Polskę. To również ta dedykacja miała wpływ na wydarzenia roku 2010 (odczytana jako zielone światło).

Co więc, powtórzmy, mógł zaoferować Antoni Macierewicz swoim amerykańskim partnerom? Że tę sieć kryminalno-administracyjną zniszczy? Nie miał takich możliwości. Natomiast mógł zaproponować podjęcie próby jej przewerbowania, co się ostatecznie stało. I właśnie dlatego, dla wielu komentatorów zupełnie niespodziewanie, Antoni Macierewicz został szefem MON-u.

Polska jest dzisiaj suwerenna w polityce wewnętrznej (co „czuć” chociażby w jej relacjach z UE), a w polityce zagranicznej zgodziła się pełnić rolę przedłużenia geopolityki amerykańskiej, co w kontekście naszego położenia geopolitycznego oznacza udział militarny na bezpośrednim zapleczu wojny z Rosją (z Ukrainą w roli „false flag”). Świadczy o tym chociażby metoda tworzenia praktycznie niezależnych od armii sił obrony terytorialnej. To jest powtórka scenariusza ukraińskiego, gdzie poza strukturami wojskowymi MON powstały wyposażone, uzbrojone i opłacane „bataliony”.

W ten sposób powstają siły zbrojne niezależne od władzy politycznej.

To oznacza, że w sprawie Smoleńska trzeba pogodzić się ze „sprawiedliwością zastępczą”. Nieprzypadkowo posiedzenie sejmowej Komisji Obrony Narodowej wywarło na opozycji tak piorunujące wrażenie. „Nie będzie dalej żadnego badania modeli, jest film, film jednoznacznie wskazuje na zdradę dyplomatyczną Tuska, a w zdradzie tej uczestniczyli również jego partyjni koledzy”. Koniec, kropka. Likwidacja partii niemieckiej w Polsce, włączając w to zawory bezpieczeństwa w postaci „trybunałów”.

Emocjonalnego paliwa dla frontu rosyjskiego dostarczą natomiast ekshumacje, które wykażą przerażające dowody bezczeszczenia zwłok. Proszę pamiętać, że w Polsce, poza mediami pro-amerykańskimi i pro-izraelskimi resentymenty antyrosyjskie są słabe. Z różnych względów. Natomiast bezczeszczenie zwłok jest w naszej kulturze równoznaczne z wyrzuceniem sprawcy poza nawias nie tyle społeczeństwa ile człowieczeństwa.

Tak silny bodziec może zbudować zdecydowane postawy antyrosyjskie prowadzące do uznania działań militarnych za uzasadnione.

O możliwym rozwoju scenariuszy wojennych, z Polską w roli zaplecza, postaram się napisać. Dzisiaj zakończmy dwiema myślami.

Pierwsza jest moja:

W historii Rosji błędnie zakłada się kontynuację władzy sowieckiej od Lenina do Putina. W rzeczywistości, po wyrżnięciu zachodnioeuropejskich elit rządzących Rosją od Piotra I do Mikołaja II, na polu bitwy starły się dwie siły: antyrosyjska, ponadnarodowa, sponsorowana przez międzynarodową lichwę i działająca w jej interesie partia leninowska oraz skrajnie jej wroga, patriotyczna partia wielkoruska typu turańskiego (mongolskiego).

Stalin był pierwszym chanem pochodzącym z tej drugiej partii, dlatego, aby zachować władzę, musiał fizycznie wyeliminować „leninowców”. Z tej perspektywy Jelcyn był prezydentem partii lichwy, a Putin kolejnym „chanem” Moskwy.

My mamy walczyć z „chanem” w interesie „lichwy’[xiv].

Druga jest przypomnieniem opowieści biblijnej, ku przestrodze:

I tak Mojżesz przeprowadził swój lud. Z Egiptu przez Morze Czerwone :), przez pustynię, do Ziemi Kanaan. Sam Mojżesz ani jej nie zobaczył, ani złożył w niej kości. Kości Mojżesza są przykryte piaskiem pustyni Moab. To wszystko za grzech nieposłuszeństwa i pychy przy źródle Meriba.

Na podstawie: „Upadek wielkich liderów zilustrowany życiem Mojżesza [xv] (pastor Vince Sawyer)      

====================

[i] Marginesem jest tu przejście w pobliżu izraelskich wód terytorialnych; być może trzeba byłoby trochę nadrobić, niemniej pod fałszywą flagą mogłoby się udać.

[ii] „Zebrany materiał faktograficzny jest wystarczający do wskazania winnych tego, co się stało, nawet jeśli na obecnym etapie znani są raczej wykonawcy, a nie sprawcy” A. Macierewicz w wywiadzie dla Cezarego Gmyza, Do Rzeczy, 4 października 2015.

[iii] Do dzisiaj żaden organ państwa rosyjskiego nie wypowiedział się w tej sprawie. MAK nie jest i nie był organem państwa rosyjskiego, a prywatnym przedsięwzięciem regulującym spory pomiędzy producentami sowieckiego sprzętu a jego post-sowieckimi użytkownikami.

[iv] Niestety, misja Wiśniewskiego vel Śliwińskiego nie zakończyła się sukcesem, ergo: zawalił i nie dostarczył zdjęć „samolotu wybuchającego na płycie lotniska”. Widocznie nastąpiła zmiana scenariusza.  

[v] W rozmowie telefonicznej z o. Tadeuszem Rydzykiem, Radio Maryja, 10 kwietnia 2010

[vi] Tu trzeba przyznać panu ministrowi, że o ile pan premier Putin mylił się opisując przebieg katastrofy zanim doszło do jakichkolwiek badań na „miejscu zdarzenia”, o tyle pan minister rozpoznał rzecz od razu.

[vii] I pies z kulawą nogą nie zainteresował się oryginałem tego „jedynego świadectwa”, kręconym przecież według słów samego Wiśniewskiego vel Śliwińskiego w „najwyższej rozdzielczości”.

[viii] I nikt się o jego zwrot nie stara

[ix] http://biblioteka.kijowski.pl/free%20your%20mind/czerwona-strona-ksiezyca.pdf

[x] http://zamach.eu/100821%20Oszustwo%20katastrofy%20smolenskiej/Oszustwo.htm

[xi] Państwa arabskie żyją reliktem związków plemiennych. Siła władzy opiera się na konsensusie przywódców plemiennych. Rozbicie tego porozumienia prowadzi do jatki; różnice religijne są tylko pretekstem.

[xii] “In 2011, with Belarus and Kazakhstan, and relying on the dense network of cooperative relationships we inherited from the Soviet Union, we formed a common customs space, and then upgraded it to the Eurasian Economic Union. As early as June we, along with our Chinese colleagues, are planning to start official talks on the formation of comprehensive trade and economic partnership in Eurasia with the participation of the European Union states and China. I expect that this will become one of the first steps toward the formation of a major Eurasian partnership. Friends, the project I have just mentioned – the “greater Eurasia” project – is, of course, open for Europe, and I am convinced that such cooperation may be mutually beneficial. Despite all of the well-known problems in our relations, the European Union remains Russia’s key trade and economic partner. It is our next-door neighbour and we are not indifferent to what is happening in the lives of our neighbours, European countries and the European economy. Let me repeat that we are interested in Europeans joining the project for a major Eurasian partnership. In this context we welcome the initiative of the President of Kazakhstan on holding consultations between the Eurasian Economic Union and the EU. Yesterday we discussed this issue at the meeting with the President of the European Commission.” Władimir Putin, Sesja Plenarna Petersburskiego Forum Ekonomicznego, 17 czerwca 2016.

[xiii] Kamil Sikora „Na temat”

[xiv] W osobistej rozmowie w Cambridge, słynny rosyjski dysydent Władimir Bukowski, opisał mi plany „rosyjskiego rządu na uchodźstwie w Londynie”. Były to plany rozpadu i podziału Moskwy.

[xv]    Calvary Baptist Theological Journal 5.1 (Spring, 1989) 12-27 Copyright © 1999 by Calvary Baptist Theological Seminary, cited with permission; digitally prepared for use at Gordon College]

Zmieniony ( 27.10.2016. )
 
Zobacz też…
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 1 - 50 z 503
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.