JOW: Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem. Tylko z Braunem prawica ma szansę.

Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem.

Tylko z Braunem prawica ma szansę

9.10.2026 Stefan Klopotowski nczas/pakt-senacki-kaczynskiego-z-tuskiem-tylko-z-braunem-prawica-ma-szanse

Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Obrazek ilustracyjny wygenerowany przez AI.
NCZAS.INFO | Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński, odrzucając Grzegorza Brauna, oddaje Senat Donaldowi Tuskowi.

To nie wróżba, to matematyka. Policzyła to Fundacja Dobry Rząd w raporcie „Pakt Prezydencki kontra Pakt Senacki” i liczby są bezlitosne. Prezes PiS-u może w kontekście niechęci – a może po prostu strachu? – do lidera „Korony” dalej opowiadać o „sferze cywilizacji”, „jaszczurach” i „granicach nieprzekraczalnych”, ale w stu jednomandatowych okręgach senackich te frazesy znaczą jedno: rozdrobnienie prawicy i walkower dla Koalicji 13 Grudnia.

Wybory do Senatu to nie to samo co do Parlamentu. Tu nie ma d’Hondta, nie ma progów, nie ma list ogólnokrajowych. Tu wygrywa ten, kto w okręgu zbierze najwięcej głosów. Jeden mandat, jeden zwycięzca.

Gdy trzy formacje prawicowe wystawiają trzech kandydatów przeciw jednemu kandydatowi Paktu Senackiego, prawica przegrywa nawet tam, gdzie łącznie ma większość. To elementarna arytmetyka, którą Donald Tusk i Szymon Hołownia zrozumieli już w 2019 i 2023 roku. Dlatego wtedy powstał Pakt Senacki. Dlatego dzisiaj koalicja rządząca nie zamierza go rozwiązywać. A Kaczyński udaje, że tej lekcji nie rozumie.

Raport Dobrego Rządu oparto na wynikach I tury wyborów prezydenckich 2025, skorygowanych o średnie z sondaży i o fakt, że w szerokich koalicjach 1 plus 1 rzadko przekłada się na 2.

Tylko dwa scenariusze na korzyść prawicy

Autorzy raportu rozważyli kilka scenariuszy. Wariant zerowy, czyli start każdej formacji osobno (także Koalicji Obywatelskiej), daje partii Tuska 66 mandatów senackich, a PiS-owi 34. Już na tym etapie widać, kto skorzysta na rozdrobnieniu. Scenariusz pierwszy, czyli powtórka klasycznego Paktu Senackiego przeciw prawicy startującej osobno, jest jeszcze gorszy: Pakt Senacki zgarnia 78 miejsc, PiS zostaje z 22. To nie jest „walka o Polskę”. To kapitulacja. Kolejny wariant to Pakt Prezydencki, czyli PiS plus Konfederacja bez Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, przeciw pełnemu Paktowi Senackiemu. Taki układ daje prawicy zaledwie 36 mandatów. Pakt Senacki ma ich 64. Nawet jeśli obciąć Pakt Senacki do węższego wariantu, Pakt Prezydencki wciąż kończy z wynikiem poniżej 40 mandatów.

Dopiero Pakt Konserwatywno-Narodowy – obejmujący PiS oraz pełną Konfederację (wraz z Koroną Grzegorza Brauna) – daje wynik 48 do 52 (z niewielką przewagą KO i spółki). A gdy po drugiej stronie staje tylko „mały” Pakt Senacki (KO, ale bez części lewicy), szeroka prawica wychodzi na 53 mandaty przeciw 47. Dostaje większość – jedyną większość, jaką prawica może realnie zdobyć w wyborach do Senatu 2027.

Innymi słowy: bez Brauna Senat zostaje u Tuska. Z Braunem prawica ma szansę.

Zakonserwować duopol

Tymczasem Kaczyński wybiera wariant pierwszy i nazywa to obroną cywilizacji. To jest ten sam mechanizm, który od lat pozwala III RP trzymać prawicę w szachu. PiS lubi być jedynym „poważnym” obozem po prawej stronie. Konfederacja ma być dodatkiem, przystawką… Korona – pariasem, z którym nikt się nie liczy. Prezes mówi, że Braun jest „bardzo niebezpieczny”, że „nie mieści się w naszej sferze cywilizacji”, że współpraca byłaby „kompromitująca”.

Tusk przytakuje, kiwa głową… Wie, że bez Brauna Kaczyński i tak nie ma szans, a dla władzy na tzw. prawicy prezes poświęci wszystko. Oba komunikaty służą temu samemu celowi: utrzymać duopol. Zakonserwować go w naftalinie. Jeden straszy „ruskim agentem”, drugi straszy „skrajną prawicą”. Elektorat konserwatywny, katolicki, antyunijny ma się wstydzić własnych poglądów i albo wrócić pod skrzydła Nowogrodzkiej, albo zostać w domu.

Tymczasem to właśnie elektorat Brauna decyduje o tym, czy w dziesiątkach okręgów prawicowy kandydat przebija kandydata KO, PSL i Lewicy. Senat nie wymaga wspólnego rządu, wspólnego programu gospodarczego ani wspólnej polityki zagranicznej. Wymaga tylko tego, by w okręgu X nie stanęło trzech prawicowców przeciw jednemu liberałowi. To nie jest małżeństwo ideowe. To zawieszenie ognia na czas wrzucenia jednej karty do głosowania. Kaczyński nawet tego nie chce. Posłowie prawicy słyszą od polityków PiS-u jasny przekaz: prezes woli mieć o połowę mniej senatorów, niż dopuścić do tego, by własne miejsca w Senacie mieli ludzie Konfederacji, Korony i Rozwoju Plus. To nie strategia. To pycha.

Skutki będą oczywiste. Nawet jeśli w 2027 roku prawica zbierze w Sejmie większość – a sondaże od miesięcy pokazują, że bez Korony ta większość jest krucha albo nieistniejąca – Senat pozostanie zaporą. Ustawy wrócą z poprawkami, nominacje utkną, budżet stanie się przedmiotem szantażu. Prezydent – ktokolwiek nim zostanie – będzie musiał negocjować z izbą, w której rządzi obóz Tuska. To dokładnie ten układ, który od 2023 roku paraliżuje państwo i pozwala koalicji 13 grudnia rządzić mimo słabnącego poparcia. Kaczyński, odrzucając Brauna, ten układ konserwuje.

Tusk może spać spokojnie?

Nie trzeba lubić Grzegorza Brauna, by to zauważyć. Można uważać jego wystąpienia za zbyt ostrożne albo zbyt radykalne, można nie podzielać wszystkich tez Korony. Ordynacja senacka nie pyta o gust. Pyta o sumę głosów w okręgu. Raport Dobrego Rządu nie jest wyrocznią, ale pokazuje kierunek: im szerszy pakt po prawej, tym większa szansa na odbicie izby wyższej. Im bardziej stanowcze weto prezesa z Nowogrodzkiej, tym pewniejszy Senat dla KO, Trzeciej Drogi i Lewicy.

Historia lubi ironię. Ten sam Kaczyński, który kiedyś przysięgał, że z Samoobroną nigdy nie pójdzie, potem rządził z Samoobroną. Dziś przysięga, że z Braunem nie będzie współpracował nigdy, „nawet za cenę pata”. Tymczasem pat w Senacie to nie abstrakcja. To narzędzie w rękach Donalda Tuska: blokada ustaw, blokada reform, blokada rozliczeń. Jeśli prezes PiS-u naprawdę uważa, że Tusk jest zagrożeniem dla Polski, to jego polityka senacka jest polityką samobójczą. Albo – co gorsza – polityką kogoś, kto woli być drugim graczem w starym układzie, niż pierwszym w nowym. Najwyższy czas nazwać rzeczy po imieniu. Odrzucenie Brauna nie jest aktem moralnej czystości. Jest prezentem dla koalicji, która od trzech lat rozmontowuje resztki suwerenności, cenzuruje niewygodne media, udaje walkę z inflacją i tłumaczy Polakom, że „miękkie lądowanie” dla swoich to sprawiedliwość.

Kaczyński może dalej mówić o ratowaniu cywilizacji. Tusk nie musi nawet dziękować. Wystarczy, że w 2027 roku Pakt Senacki znów zgarnie sześćdziesiąt kilka mandatów, a prawica będzie się kłócić, kto komu ukradł trzy punkty procentowe. Senat 2027 nie rozstrzygnie się na konferencjach o „granicach nieprzekraczalnych”. Rozstrzygnie się w okręgach, gdzie jeden wspólny kandydat prawicy może wygrać, a trzech osobnych – przegrać. Fundacja Dobry Rząd te okręgi policzyła. Kaczyński te liczby zignorował. Tusk może spać spokojnie.

Pierwszy między równymi. Jeffrey Archer.

To podstawowa książka o parciu do władzy. Ale w systemie „westminsterskim”, czyli w sprawdzonej OD STULECI w Wielkiej Brytanii Ordynacji Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. W systemach pseudo-proporcjonalnych jest setki ray gorzej. md

=================================

Archer przedstawia twardą, bezkompromisową walkę o stanowisko premiera, inaczej „pierwszego między równymi”.

Czterech młodych, dobrze zapowiadających się polityków – dwóch torysów i dwóch laburzystów – zajmuje po raz pierwszy miejsca w parlamencie. Dzielą ich pochodzenie, status społeczny, wykształcenie i poglądy, ale łączy jedno: nieopanowana ambicja. Przed nimi trzy dziesięciolecia wzlotów i upadków w bezwzględnym wyścigu do władzy, w którym siłą rzeczy biorą też udział ich najbliżsi. Gra toczy się o najwyższą stawkę, ale tylko jeden z nich zdobędzie upragnioną nagrodę – stanowisko premiera.

Jeffrey Archer to jeden z najpopularniejszych obecnie pisarzy na świecie. W 1992 roku otrzymał tytuł szlachecki, zasiadał też jako poseł w Izbie Gmin i w Izbie Lordów. Debiutował powieścią Co do grosza, która zyskała popularność w Wielkiej Brytanii. Kolejna, Kane i Abel, stała się wielkim bestsellerem. Obie książki zostały sfilmowane. Sławę Archera ugruntowały następne powieści i opowiadania: Córka marnotrawna, Stan czwarty, Więzień urodzenia, Synowie fortuny, Sprawa honoru, Ścieżki chwały oraz Ale to nie wszystko. Jego najnowszy cykl to „Kroniki Cliftonów”: Czas pokaże, Za grzechy ojca, Sekret najpilniej strzeżony

Jeffrey Archer. Sprzedał setki milionów egzemplarzy swoich książek.

Sprzedał setki milionów egzemplarzy swoich książek.

Nie żyje światowej sławy autor thrillerów

6.10.2026 nczas/nie-zyje-swiatowej-slawy-autor-thrillerow

Jeffrey Archer
NCZAS.INFO | Jeffrey Archer. / foto: Wikimedia, Bjørn Erik Pedersen, CC BY 3.0

W wieku 86 lat zmarł w poniedziałek brytyjski pisarz i były polityk Jeffrey Archer – poinformowało wydawnictwo HarperCollins.

Wspaniała powieść – relacja z pierwszej ręki walk o władzę – „Pierwszy między równymi”

Archer sprzedał na świecie ponad 300 milionów egzemplarzy swoich książek, a zasłynął z dynamicznych thrillerów, takich jak „Co do grosza”, czy „Kane i Abel”. Jego ostania powieść „Adam i Ewa” .

W latach 70. i 80. ub. wieku Archer był znaczącym politykiem Partii Konserwatywnej, w której sprawował funkcję wiceprzewodniczącego od września 1985 roku do października 1986 roku.

Jego kariera polityczna zakończyła się upadkiem, gdy w 2001 roku został skazany na cztery lata więzienia za krzywoprzysięstwo i utrudnianie wymiarowi sprawiedliwości wykonywania zadań.

Wybory czy Ordynacja –  co ważniejsze

Wybory czy Ordynacja –  co ważniejsze

Dwanaście prostych stwierdzeń i siedem argumentów

[ 2. kwietnia: Jest lepsza wersja Archiwum ! Korzystajcie!]

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.4404_45.php

Mirosław Dakowski 28.09.2011. [te same wyrazxy powtarzaj po kilka raqzy!! Te -sprzed 12 lat…]

1)     w ostatnim dwudziestoleciu w Polsce różnice pomiędzy wariantami ordynacyj, wraz z niedawnym „Kodeksem wyborczym” są dla wyborcy mało istotne. Nie dotyczą PODSTAWY, którą w sejmie jest głosowanie na listy partyjne, nie na OSOBY.

2)     Kolejne majstrowania (a było ich dużo),dotyczą spraw mało istotnych: z sufitu branych „przeliczników” d’Hondta, czy wybieranych przez amatorów „progów wyborczych” (3%, 5%, może 8%… wynikające z kalkulatorków nieuków, nie rozumiejących zasad działania danego mechanizmu) lub (ostatnio) prób pomocy niepełnosprawnym.

3)     W konstytucjach (też tej z 1997 r.) sprecyzowano, iż wybory mają być proporcjonalne. Zupełnie innym pojęciem jest Ordynacja proporcjonalna, tak nazwana przez prawników, z pogwałceniem zasad arytmetyki.

A)    Dla osób mniej znających logikę (do nich należą niektórzy prawnicy – konstytucjonaliści i szefowie partyj sejmowych): różnica między pojęciem „wybory” a pojęciem „ordynacja” jest taka, jak między pojęciem „mleko” a pojęciem „krowa”.

B)     „Proporcjonalność” implikuje, że stosunek ilości mandatów do ilości osób uprawnionych do głosowania powinien być w miarę stały. Z trudem spełniają to konstytucyjne wymaganie niektóre warianty ordynacyj  zwanych  proporcjonalnymi (d’Hondta – tylko z niektórymi współczynnikami), ale zdecydowanie spełnia te wymogi ordynacja JOW (w Polsce: jeden mandat na 62 tys. wyborców). Argument, iż „dla wprowadzenia JOW należałoby zmienić konstytucję, a to jest trudne” (czy niemożliwe) – jest więc argumentem nielogicznym, świadczy o złej woli osób i struktur go używających.

C)    W obecnych ordynacjach obywatel nie ma biernego prawa wyborczego. Skargi , m.in. do Sądu Najwyższego i Sejmu, słane od co najmniej 15-tu lat, pozostawały bez odpowiedzi, lub wywołały odpowiedzi żenująco głupie. Ostatnio przekonali się o tym następni (Rycerze? ….frajerzy? – chyba tak, bo nie powinno się popełniać tych samych błędów wielokrotnie… ).

Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

D)    Warianty ordynacji „partyjniackiej” dają wyniki skrajnie nieproporcjonalne (zob. np. Wybory do Sejmu: ani równe, ani bezpośrednie, ani proporcjonalne, ani powszechne. )

E)     Istnieją w niej też przywileje, np. dla mniejszości niemieckiej, łamiące konstytucyjną zasadę proporcjonalności i równości wyborów.

4)     Wszystkie sondaże profesjonalne, sondy uliczne , czy rozmowy ze znajomymi wskazują, że wyborcy (czy: Polacy) chcą głosować „na osobę”, nie zaś „na listę partyjną” (78%, 84%, 87% itp).  Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

5)     Ten głos, ta wola wyborcy jest od 20-tu lat IGNOROWANY(-a) przez samozwańczo ukształtowaną „kastę polityków”. Kasta ta staje się dziedziczna. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

6)     Rozsądek i wola większości wyborców (tu szczęśliwie idą w parze) wymagają, by do sejmu szli aktywni, uczciwi, znani nam z rozumu, nie zaś celebryci, świecący implantami zamiast swych zębów, czy „proprcjonalni przedstawiciele” socjologów, kobiet, feministek, łysych, głupków itp. Wyborca chce, by wybrany (i przecież opłacony przez niego!) poseł najlepiej walczył o interesy wyborcy, nie zaś, by miał zbliżone do niego IQ, czy wykształcenie, czy wagę. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

7)     Ordynacja „na listy partyjne”, zwana od dziesięciolecia „partyjniacką”, gwarantuje długie targi koalicyjne, często wymusza koalicje partyj o sprzecznych programach. Zawsze pozwala partii największej na tłumaczenie, że nie spełnia ona swych przyrzeczeń, bo „koalicjant nie pozwala”.  W Belgii targi koalicyjne pozbawiają zwykle kraj rządu na 150 – 400 dni po wyborach. [por. Belgia pobiła rekord świata ]. W Wielkiej Brytanii (JOW) szef zwycięskiej partii (np. 38% posumowanych głosów, lecz 60% mandatów) na drugi dzień po wyborach przedstawia Królowej swój –jako premiera – gabinet i zaczyna rządzić. Później, gdyby nie spełnił obietnic przed-wyborczych, nie może się wymawiać, że „to koalicjant zawinił”. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

8)     Krajów, w których wybiera się parlamentarzystów w JOW, w naturalny od wieków, prosty i tani sposób, jest ponad sześćdziesiąt. Dobrze się mają. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

9)    Wybory JOW muszą być jedno-stopniowe: Przykład Francji (ma od pewnego czasu dwustopniowe) wskazuje, że po pierwszej turze możliwe są targi i intrygi eliminujące „niepoprawnych”, czy „niepostępowych”.

10) Po wyborach w JOW (w Wielkiej Brytanii startują ludzie, nie przedstawiciele partyj) zawsze tworzą się dwie grupy, partie silne (rządząca i główna opozycyjna). Ale jest też miejsce dla ”trzeciej siły”, są też reprezentanci małych partyj i niezależni.

11)Tak wskazuje doświadczenie, a także „zasada Duverger’a” . Factors in a Two-Party and Multiparty System Maurice Duverger : “…three sociological laws: (1) a majority vote on one ballot is conducive to a two-party system; (2) proportional representation is conducive to a multiparty system; (3) a majority vote on two ballots is conducive to a multiparty system, inclined toward forming coalitions.”

12)Ordynacja JOW jest PROSTA (opisana przez 2 – 4 zdań + zasady  podziału kraju na 460 okręgów), uniemożliwia więc dowolność interpretacji przez PKW oraz Sąd Najwyższy. Kampania jest tania i niezbyt zależna od dyktatu mediów. Rzutki kandydat jest w swym powiecie znany i może objechać na rowerach, z pomocą żony, synów i przyjaciół, domy wszystkich wyborców. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

I dla tego wszystkiego kasta partyjniaków tak się boi JOW.

Rzeczpospolita przedzawałowa. Jak wprowadzić JOW?

Rzeczpospolita przedzawałowa

Jarosław Warzecha


salon24.pl/u/jaroslawwarzecha/rzeczpospolita-przedzawalowa

System wyborczy w naszym pięknym Kraju jest chory. A razem z nim jest chora cała najjaśniejsza Rzeczpospolita. To przecież użycie metody d’Hondta sprawiło, że do Sejmu RP wszedł niejaki poseł Czarzasty, choć jako pierwszy na liście wyborczej dostał prawie dwa razy mniej głosów niż ostatni na tej liście – Czarzasty 22 332 głosy, Łukasz Litewka 40 651 głosów.

 To dzięki wadliwej w naszych warunkach społecznych i politycznych metodzie d’Hondta, taki poseł Czarzasty, mimo swojej, mówiąc bardzo oględnie mało chwalebnej przeszłości i politycznej i nie tylko ( choćby afera Rywina), został marszałkiem sejmu i tym samym drugą osobą w Państwie. Sytuacja absolutnie kuriozalna, nie do pomyślenia w kraju demokratycznym – chyba, że jest to demokracja „ taka jak my ją rozumiemy”.

 Metoda d’Hondta w naszym Kraju nie oddaje rzeczywistych preferencji społecznego poparcia w wyborach do sejmu. Jest poza tym szczególnie podatna na wyborcze manipulacje, fałszerstwa.

 Konstytucjonaliści nie tylko w Polsce, od dawna, jeżeli nie od zawsze twierdzą, że im prostszy system wyborczy, tym wierniej oddaje prawdziwe poparcie wyborców i tym trudniejszy do sfałszowania.

 W wyborach prezydenckich i senackich od początku sprawdza się znakomicie system większościowy. Wielu przyzwoitych posłów zdarło głos w walce o wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i wprowadzanie jednoznacznych zasad systemu większościowego – wygrywa ten kto ma największą liczbę głosów.

 Czy system większościowy może mieć swoje słabości? Oczywiście. Jak każdy system stworzony przez człowieka. Nawet najmocniejsze banki nie są w stu procentach bezpieczne.

 Oczywiste, że wprowadzenie zmian w ordynacji wyborczej to zmiana Konstytucji. A to wymaga co najmniej 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Senat: Bezwzględna większość głosów. 

 Art. 96 ust. 2 Konstytucji, mówi między innymi, że wybory do Sejmu są Proporcjonalne. I to jest ta istotna przeszkoda we wprowadzeniu JOW.

 Pytanie zatem zasadne – czy różni czarzaści mają dalej dewastować Państwo Polskie, czy też czas najwyższy by uzdrowić stan przedzawałowy Rzeczypospolitej?

  To oczywiste, że do tego będzie potrzeba daleko, a nawet bardzo daleko posuniętych kompromisów politycznych i morza, jeżeli nie oceanu dobrej woli, ze strony polityków dla których Polska jest rzeczywiście najważniejsza.

 Tym bardziej, że główne prawo Murphy’ego mówi : „Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie źle”.  A ono także w polityce, naszej polskiej, sprawdziło się już wielokrotnie.

O miękkich kalifatach Europy i dlaczego Polska to przezwycięży

O miękkich kalifatach Europy i dlaczego Polska to przezwycięży

Grzegorz GPS Świderski


salon24/gps65/o-miekkich-kalifatach-europy-i-dlaczego-polska-to-przezwyciezy

We­dług da­ny­ch sta­ty­stycz­ny­ch pań­stw Za­cho­du oraz ośrod­ków ba­daw­czy­ch zaj­mu­ją­cy­ch się de­mo­gra­fią re­li­gij­ną, udział lud­no­ści mu­zuł­mań­skiej w ta­ki­ch kra­ja­ch jak Niem­cy, Fran­cja, Bel­gia czy Wiel­ka Bry­ta­nia w per­spek­ty­wie dwó­ch–trzech de­kad mo­że się­gnąć po­zio­mu 20–30 pro­cent. To nie ozna­cza jesz­cze więk­szo­ści, ale ozna­cza prze­kro­cze­nie pro­gu kry­tycz­ne­go, po któ­rym za­czy­na­ją dzia­łać me­cha­ni­zmy wła­dzy nie­za­leż­ne od no­mi­nal­nej licz­by lud­no­ści.

  Wspól­no­ty na­ro­do­we nie roz­pa­da­ją się dla­te­go, że ktoś ogła­sza woj­nę. Roz­pa­da­ją się wte­dy, gdy prze­sta­ją do­mi­no­wać te­ry­to­rial­nie oraz psu­ją pra­wo pu­blicz­ne i lo­jal­no­ść cy­wi­li­za­cyj­ną. Dziś uru­cha­mia­ją się dwa sprzę­żo­ne ze so­bą me­cha­ni­zmy: po­li­tycz­no-wy­bor­czy oraz te­ry­to­rial­no-se­ce­syj­ny. Oba są już dziś wi­docz­ne na Za­cho­dzie, choć wciąż na­zy­wa­ne są eu­fe­mi­stycz­nie „wy­zwa­nia­mi in­te­gra­cyj­ny­mi”.

Me­cha­ni­zm po­li­tycz­no-wy­bor­czy

  W sys­te­ma­ch więk­szo­ścio­wy­ch – ta­ki­ch jak bry­tyj­ski FPTP czy róż­ne od­mia­ny JOW-ów – wła­dza nie je­st funk­cją więk­szo­ści na­ro­do­wej, le­cz kon­cen­tra­cji gło­sów w kon­kret­ny­ch okrę­ga­ch. Je­że­li da­na gru­pa je­st sku­pio­na prze­strzen­nie i gło­su­je blo­ko­wo, to 15–25 pro­cent w ska­li pań­stwa mo­że prze­ło­żyć się na fak­tycz­ną do­mi­na­cję po­li­tycz­ną na po­zio­mie lo­kal­nym. Tym bar­dziej, gdy resz­ta elek­to­ra­tu je­st roz­pro­szo­na mię­dzy wie­le par­tii, frak­cji i ide­olo­gii.

[JOW nie ma „odmian”. Jeden poseł z okręgu. „Odmiany” to celowe szkodnictwo. md]

  To nie je­st teo­ria. To do­kład­nie to, co ob­ser­wu­je się w wy­bra­ny­ch dziel­ni­ca­ch Lon­dy­nu, Bir­ming­ham, Bruk­se­li czy mia­st pół­noc­nej An­glii. Lo­kal­ne ra­dy, bur­mi­strzo­wie i ad­mi­ni­stra­cja uczą się tam jed­ne­go: nie rzą­dzi ten, kto ma ra­cję, tyl­ko ten, kto po­tra­fi zmo­bi­li­zo­wać uli­cę i gło­so­wa­nie blo­ko­we. Is­lam­skie struk­tu­ry spo­łecz­ne – me­cze­ty, ra­dy star­szy­ch, lo­kal­ne sie­ci lo­jal­no­ści – dzia­ła­ją jak do­sko­na­le zdy­scy­pli­no­wa­ne ma­szy­ny wy­bor­cze. Wy­star­czy kil­ka ta­ki­ch okrę­gów, by stać się ję­zycz­kiem u wa­gi w ko­ali­cja­ch z le­wi­cą, któ­ra w imię an­ty­dy­skry­mi­na­cji go­to­wa je­st od­dać re­al­ną wła­dzę w za­mian za mo­ral­ne sa­mo­po­czu­cie.

  Nie trze­ba wy­gry­wać wy­bo­rów w ska­li kra­ju. Wy­star­czy kon­tro­lo­wać new­ral­gicz­ne wę­zły: dziel­ni­ce, ra­dy, urzę­dy, szko­ły, po­li­cję lo­kal­ną.

Me­cha­ni­zm te­ry­to­rial­no-se­ce­syj­ny

  Rów­no­le­gle dzia­ła me­cha­ni­zm dru­gi – znacz­nie groź­niej­szy, bo do­ty­czą­cy sa­mej isto­ty te­ry­to­rial­nej cy­wi­li­za­cji. Cho­dzi o po­wsta­wa­nie stref „no-go”, czy­li ob­sza­rów, gdzie cy­wi­li­za­cyj­ny mo­del pra­wa i je­go eg­ze­kwo­wa­nie ule­ga fak­tycz­ne­mu za­wie­sze­niu. Po­li­cja wcho­dzi tam nie­chęt­nie al­bo tyl­ko w du­ży­ch gru­pa­ch, pra­wo dzia­ła wy­biór­czo, a nor­my spo­łecz­ne eg­ze­kwo­wa­ne są przez lo­kal­ną wspól­no­tę z od­mien­nie in­ną mo­ral­no­ścią.

  W prak­ty­ce są to już mięk­kie ka­li­fa­ty. Obo­wią­zu­je tam in­ny po­rzą­dek nor­ma­tyw­ny: mie­szan­ka sza­ria­tu, pra­wa zwy­cza­jo­we­go i ko­dek­su gan­gów. Ko­bie­ty do­sto­so­wu­ją się do lo­kal­ny­ch norm nie dla­te­go, że pań­stwo je do te­go zmu­sza, ale dla­te­go, że pre­sja spo­łecz­na je­st sku­tecz­niej­sza niż ko­deks kar­ny. Pań­stwo uda­je, że te­go nie wi­dzi, bo wej­ście z ca­łą kon­se­kwen­cją ozna­cza­ło­by eska­la­cję, na któ­rą nie ma ani od­wa­gi po­li­tycz­nej, ani spo­łecz­ne­go man­da­tu. Jak wi­dać, pań­stwo na­wet do te­go się nie na­da­je.

  W Wiel­kiej Bry­ta­nii funk­cjo­nu­ją ofi­cjal­nie nie­wią­żą­ce ra­dy sza­riac­kie. For­mal­nie to tyl­ko ar­bi­traż re­li­gij­ny. Fak­tycz­nie – rów­no­le­gły sys­tem pra­wa ro­dzin­ne­go i ma­jąt­ko­we­go, któ­re­go de­cy­zje są eg­ze­kwo­wa­ne spo­łecz­nie. Pań­stwo to­le­ru­je to w imię „róż­no­rod­no­ści”, choć w prak­ty­ce ozna­cza to ka­pi­tu­la­cję przed in­nym po­rząd­kiem.

  To je­st se­ce­sja cy­wi­li­za­cyj­na. Bez flag, bez re­fe­ren­dów, bez ogło­szeń w Dzien­ni­ku Ustaw. Z udzia­łem 20 pro­cent w ska­li kra­ju, ale 60–80 pro­cent w wy­bra­ny­ch dziel­ni­ca­ch, moż­li­we je­st jed­no­cze­sne:

  • prze­ję­cie lo­kal­ny­ch wła­dz,
  • wy­mu­sze­nie zmian w pra­wie pod ha­słem wal­ki z is­la­mo­fo­bią,
  • fak­tycz­na im­mu­ni­za­cja stref sza­riac­ki­ch przed in­ge­ren­cją pań­stwa.

  Czy ktoś mu­si ogło­sić ka­li­fat? Nie. Ka­li­fat nie je­st ak­tem praw­nym. Je­st sta­nem fak­tycz­nym. Je­śli pań­stwo boi się wej­ść na swo­je te­ry­to­rium, to su­we­ren­no­ść już zo­sta­ła utra­co­na – nie­za­leż­nie od te­go, co za­pi­sa­no w kon­sty­tu­cji.

Dla­cze­go w Pol­sce ten sce­na­riu­sz się nie po­wtó­rzy – przy­naj­mniej na ra­zie

  W Pol­sce ten me­cha­ni­zm dziś nie za­dzia­ła. Nie dla­te­go, że je­ste­śmy lep­si, tyl­ko dla­te­go, że nie speł­nia­my wa­run­ków brze­go­wy­ch: nie ma­my du­żej, skon­cen­tro­wa­nej dia­spo­ry mu­zuł­mań­skiej, nie ma­my ko­lo­nial­nej prze­szło­ści ge­ne­ru­ją­cej rosz­cze­nia, a spo­łecz­ne przy­zwo­le­nie na ustęp­stwa kul­tu­ro­we je­st znacz­nie mniej­sze. Co­raz wię­cej lu­dzi wi­dzi, czym koń­czy się po­li­ty­ka wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści na Za­cho­dzie, i re­agu­je in­stynk­tem obron­nym.

  To wła­śnie dla­te­go ro­sną no­to­wa­nia ugru­po­wań, któ­re otwar­cie mó­wią o za­gro­że­niu is­la­mi­za­cją — czy­li głów­nie Kon­fe­de­ra­cji. Nie dla­te­go, że są ra­dy­kal­ne, tyl­ko dla­te­go, że na­zy­wa­ją rze­czy po imie­niu, gdy in­ni bo­ją się słów.

Efekt ubocz­ny: mi­gra­cja od­wrot­na

  I tu po­ja­wia się pa­ra­doks. Pro­ces is­la­mi­za­cji na Za­cho­dzie przy­spie­szy – bo rdzen­ne spo­łe­czeń­stwa bę­dą się kur­czyć nie tyl­ko de­mo­gra­ficz­nie, ale też przez uciecz­kę. Do Eu­ro­py Środ­ko­wej, do Mię­dzy­mo­rza, bę­dą mi­gro­wać lu­dzie bo­ga­ci, wy­kształ­ce­ni i kul­tu­ro­wo kom­pa­ty­bil­ni. Ci, któ­rzy nie chcą żyć w mięk­ki­ch ka­li­fa­ta­ch, ale też nie wie­rzą już w zdol­no­ść Za­cho­du do sa­mo­obro­ny.

  Ta­ka mi­gra­cja nie je­st za­gro­że­niem. Je­st wzmoc­nie­niem. Hi­sto­ria zna ten me­cha­ni­zm. Pró­by ger­ma­ni­za­cji ziem pol­ski­ch w cza­sa­ch za­bo­rów przez osad­nic­two koń­czy­ły się po­lo­ni­za­cją osad­ni­ków. To nie my sta­li­śmy się Niem­ca­mi – to oni sta­wa­li się Po­la­ka­mi. Asy­mi­la­cja dzia­ła za­wsze w stro­nę sil­niej­szej kul­tu­ry. Głów­nie dla­te­go, że osad­ni­cy nie­miec­cy to by­li męż­czyź­ni i oni że­ni­li się z Po­lka­mi. A to mat­ka plus szko­ła wy­cho­wu­je dziec­ko, na­da­jąc mu na­ro­do­wo­ść. Więc pra­wie wszy­scy po­tom­ko­wie Niem­ców sta­li się Po­la­ka­mi.

[Podobnie było we Lwowie: Austriacy, Żydzi, Niemcy się polonizowali. Ukraińcy – o wiele mniej.. MD]

  I tak sa­mo bę­dzie tym ra­zem. Ucie­ki­nie­rzy przed ka­li­fa­ta­mi nie przy­nio­są nam is­la­mi­za­cji. Przy­nio­są ka­pi­tał, kom­pe­ten­cje i po­twier­dze­nie, że cy­wi­li­za­cja, któ­rej bro­ni­my, na­dal ma sens.

Ka­li­for­ni­za­cja a is­la­mi­za­cja – fał­szy­wa ana­lo­gia

  Po­ja­wia się tu jesz­cze je­den lęk, czę­sto pod­no­szo­ny przez lu­dzi, któ­rzy in­tu­icyj­nie czu­ją za­gro­że­nie, ale my­lą me­cha­ni­zmy. Cho­dzi o oba­wę, że ma­so­wa imi­gra­cja za­chod­ni­ch Eu­ro­pej­czy­ków do Pol­ski do­pro­wa­dzi do efek­tu „ka­li­for­ni­za­cji” – zja­wi­ska, któ­re opi­sa­łem wcze­śniej ja­ko wi­rus le­wi­co­we­go po­stę­pu, prze­no­szo­ny przez mi­gra­cję we­wnątrz­-cy­wi­li­za­cyj­ną: https://niepoprawni.pl/blog/gps65/kalifornizacja-wirus-lewicowego-postepu. To re­al­ne zja­wi­sko, ale w tym przy­pad­ku ana­lo­gia je­st błęd­na.

  Ka­li­for­ni­za­cja i is­la­mi­za­cja to dwa zu­peł­nie róż­ne pro­ce­sy, dzia­ła­ją­ce we­dług in­ny­ch praw. Że­by ka­li­for­ni­za­cja mo­gła za­dzia­łać, mu­szą być speł­nio­ne jed­no­cze­śnie dwa wa­run­ki. Po pierw­sze: na­pływ ma­sy wy­bor­ców nio­są­cy­ch ze so­bą spój­ny pa­kiet ide­olo­gicz­ny – pro­gre­syw­ny, le­wi­co­wy, an­ty­tra­dy­cyj­ny. Po dru­gie: in­sty­tu­cjo­nal­ne otwar­cie sys­te­mu po­li­tycz­ne­go, któ­re po­zwa­la im ten pa­kiet na­tych­mia­st prze­ło­żyć na wła­dzę, czy­li peł­ne pra­wa wy­bor­cze, ni­skie ba­rie­ry oby­wa­tel­stwa i go­to­we do prze­ję­cia struk­tu­ry.

  W przy­pad­ku za­chod­ni­ch Eu­ro­pej­czy­ków ucie­ka­ją­cy­ch przed is­la­mi­za­cją te wa­run­ki nie są speł­nio­ne. Ci lu­dzie nie bę­dą mi­gro­wać dla­te­go, że ma­rzą o eks­por­to­wa­niu le­wi­co­we­go po­stę­pu. Oni mi­gru­ją dla­te­go, że ten po­stęp do­pro­wa­dzi ich kra­je do sta­nu mięk­ki­ch ka­li­fa­tów. Z de­fi­ni­cji bę­dą więc w ogrom­nej czę­ści an­ty­islam­scy, scep­tycz­ni wo­bec mul­ti­kul­tu­ra­li­zmu i wro­go na­sta­wie­ni do po­li­ty­ki ustęp­stw. Ich obec­no­ść nie osła­bi twar­dy­ch po­staw wo­bec is­la­mi­za­cji – ona je ra­czej wzmoc­ni.

  Dru­ga róż­ni­ca je­st jesz­cze waż­niej­sza. Ka­li­for­ni­za­cja dzia­ła tam, gdzie mi­gran­ci za­cho­wu­ją peł­nię praw po­li­tycz­ny­ch i mo­gą na­tych­mia­st gło­so­wać, zmie­niać pra­wo i przej­mo­wać in­sty­tu­cje. W Pol­sce ten me­cha­ni­zm nie ist­nie­je. Na­wet je­śli doj­dzie do ma­so­wej mi­gra­cji Niem­ców czy Fran­cu­zów, pro­ces uzy­ski­wa­nia oby­wa­tel­stwa i praw wy­bor­czy­ch bę­dzie dłu­gi, se­lek­tyw­ny i roz­cią­gnię­ty w cza­sie. To nie je­st na­tych­mia­sto­wa zmia­na elek­to­ra­tu, tyl­ko po­wol­na asy­mi­la­cja. Dla­te­go waż­ne je­st, by u nas nie przy­spie­szać pro­ce­su nada­wa­nia oby­wa­tel­stwa.

  Krót­ko mó­wiąc: ka­li­for­ni­za­cja to im­port ide­olo­gii wraz z pra­wa­mi po­li­tycz­ny­mi, a is­la­mi­za­cja to im­port od­ręb­ne­go po­rząd­ku cy­wi­li­za­cyj­ne­go wraz z rosz­cze­niem do au­to­no­mii. To nie są zja­wi­ska sy­me­trycz­ne ani po­rów­ny­wal­ne.

  Dla­te­go mi­gra­cja Za­chod­ni­ch Eu­ro­pej­czy­ków ucie­ka­ją­cy­ch przed ka­li­fa­ta­mi nie sta­no­wi dla Pol­ski za­gro­że­nia sys­te­mo­we­go. Przy­ja­dą ci, któ­rzy jesz­cze ro­zu­mie­ją, czym je­st cy­wi­li­za­cja, pra­wo i gra­ni­ce. Resz­ta zo­sta­nie tam, gdzie już dziś pań­stwo od­da­je swo­je dziel­ni­ce bez jed­ne­go strza­łu.

  Hi­sto­ria po­ka­zu­je ja­sno, że kul­tu­ra sil­niej­sza asy­mi­lu­je słab­szą. Pol­sko­ść je­st cią­gle sil­na, le­wac­two nas jesz­cze nie znisz­czy­ło, mi­mo że nie­ste­ty so­wiec­ka men­tal­no­ść do­mi­nu­je. Jed­nak du­ch daw­ny­ch swo­bód i wol­no­ści na­dal w nas tkwi, jak już nie w na­szy­ch gło­wa­ch, to w na­szej tra­dy­cji i kul­tu­rze, więc jesz­cze się od­ro­dzi­my.

Nas ura­tu­ją na­sze wa­dy na­ro­do­we, co opi­sa­łem kie­dyś tu: https://niepoprawni.pl/comment/1562301

=========================================================

perfidia21 grudnia 2025,

============

Autor ten notki uprawia klasyczne wishful thinking. Wcale nie musi być tak jak on tu pisze. Ja jego optymizmu absolutnie nie podzielam bo uważam że jest on oparty na historycznie prawdziwych ale nie przenoszących się na współczesność przykładach.

1. Przede wszystkim opór przeciwko islamowi w Polsce ma jedynie charakter deklaratywny i nigdy nie został sprawdzony w praktyce. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy mniejszości islamskiej. 

Ale patrząc na przykład „obsłużenia” przez lud „kwestii ukraińskiej” – panie Autorze – ja to widzę bardzo kiepsko gdy w Polsce pojawi się element islamski który mówi po polsku i który podejmie się „ewangelizacji” w duchu islamu.

Przypuszczam, że bardzo szybko znajdą się liczni etnicznie polscy miłośnicy Proroka i jego religii.

A na dodatek jak to z resztą waćpan zauważył – władza państwowa bardzo szybko stanie po stronie „nachodźców” szaleńczo walcząc z tym którym obecność Semitów nie będzie się podobać

2. Podobnie błędnie interpretuje waćpan problem migracji odwrotnej szczególnie na tle kontekstu historycznego.

Współcześni Polacy nie posiadają absolutnie żadnej odporności na obcego bakcyla. Powszechną polską religią jest oszalałe służalstwo wobec obcych z dowolnego kierunku.

Tutaj nie ma żadnej analogii do obcych migracji w czasach historycznych. Kiedy Polska była mocarstwem regionalnym z prawdziwego zdarzenia a ówczesny szlachecki naród polski był z jednej strony niezwykle hermetyczny wewnętrznie a z drugiej tolerancyjny wobec wyraźnie oznaczonego obcego elementu. 

W żadnym wypadku nie może Autor liczyć na to, że ci którzy przyjadą tutaj z zachodu nie podejmą się budowania lokalnych nie-polskich (choć też i nie-islamskich) społeczności. 

Niestety dekady pedagogiki wstydu oraz przyzwolenia na szkodzenie Polsce pod sztandarami już nie tyle obcych państw co ideologii i nurtów politycznych uczyniło z Polaków bezbronną plastelinę napakowaną dodatkowo ostrymi szklanymi odłamkami lokalnych niezwykle łatwych do pozyskania kolaborantów.

System partyjniacki gnije i kruszy się. Co po nim? Jest SPOSÓB !

System partyjniacki gnije i kruszy się. Co po nim? Jest SPOSÓB !

Mirosław Dakowski

Czy wiecie, jakie ważne decyzje ustrojowe zostały podjęte na samym początku, przy upadku komuny?

Młodym przypominam, że to co stało się w 1989 w Polsce, to rezultat uboczny dłuższych walk globalistów i negocjacji geopolitycznych. System sowiecki ukazał już w połowie lat 80-tych swą ideową, gospodarczą polityczną i wojskową katastrofę.

Jego planiści [byli już przecież w kolejnym pokoleniu „władców świata”] zwani popularnie „starszymi i mądrzejszymi” postanowili go zamienić na następny wariant.

Można tu wspomnieć o rozmowach Gorbaczow Reagan w Reykjaviku, by zostać przy powierzchni tych zjawisk.

W „nowej” Polsce pozwolono więc na przywrócenie wielopartyjności, poluzowanie cenzury itp fidrygałki.

Przypominam zapominalskim, że do Sejmu po stronie Solidarności realnie mogli startować tylko ci, co mieli fotografię [niedźwiedzia] z Wałęsą. Inni, a znam kilku świetnych, rozumnych kandydatów na prawdziwych mężów stanu, których odrzucono, skasowano, oczywiście po stronie Solidarności [„nie nasz!”- pisano]. Ale formalnej cenzury przecież „nie ma”, nie było również wtedy.

Ledwo, dla porządku, wspomnę o tajnym sednie umów. Co światlejsi i czujniejsi zorientowali się w tym dość szybko:

Majątek Polski przejmują [to jest sobie prywatyzują] komuchy, to jest bonzowie partyjni i tajne służby. Oczywiście – tajne służby pozostają nienaruszone i sterują tym procesem zza kulis.

Kulisy co prawda były już dziurawe, więc co dociekliwsi widzieli, co się tam wyrabia [na przykład FOZZ]. Ale kto ośmielił się o tym pisać i przeciwdziałać [na przykład Michał Falzmann] to go w łeb. Inni zaś kucali.

Do sejmu kontraktowego weszło jednak trochę rzutkich, ale nieuczonych patriotów. Gdy ludzie, wyborcy, odrzucili w całości listę 50 komuchów to zarządzono [wbrew ówczesnemu prawu, oczywiście] …powtórne głosowanie. Ogromne protesty stłumiono.

Ale sterujący procesem [dla widzów byli to na przykład Geremek i Kiszczak] mieli kłopot, jak w dłuższej perspektywie zawsze wybierać do sejmu usłużne i sterowalne drużyny. Bo musiało ich już być kilka a nie jak dotąd „ukochana, jedyna Partia”.

Co światlejsi Polacy zaproponowali jednak wtedy: Wybierzmy tak jak przodkowie nasi [„daj kreskę Doweyce” u Adama Mickiewicza].

Zawsze, u wszystkich ludów, stosowano ten sposób naturalny dla jeszcze nie ustalonych rządów: Wybierzmy tego, kto według nas w danej okolicy jest znany z uczciwości, męstwa, rozumu. To się opłaci.

To w ten sposób szybko powstałyby grupy interesów, które zamieniły by się niedługo w partie.

– Skąd to wiedzieliście? pytano.

– Bo tak dzieje się, zawsze, może zwykle, tak rządziła się przez wieki, na przykład Wielka Brytania.

Ta propozycja, mająca silne umocowanie wśród posłów pół-wolnego sejmu, wywołała furię i panikę w „obozie zmian”. Widzieliśmy to. Widziałem to na własne oczy, bo wtedy jeszcze przyjaźniłem się z Heniem Wujcem, który już był jednak sekretarzem Geremka.

Odrzucono, silnie wtedy proponowaną, ordynację w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych [JOW], a wcisnęli tak zwaną „ordynację proporcjonalną”.

Uczciwi, ale niezbyt rozgarnięci w polityce nowi posłowie nie zdawali sobie sprawy z wagi tego zagadnienia.

Jest to ordynacja wymyślona w XIX wieku przez [już wtedy czynnych i bezczelnych] socjalistów w Holandii. Oni nie mogli dostać się do parlamentu, więc „żeby było sprawiedliwie” wymyślono ordynację proporcjonalną „dającą szansę wszystkim”.

Argumentowaliśmy wtedy [bo wstęp do Sejmu był jeszcze w miarę łatwy]: To będzie i proporcjonalność dla głupich i mądrych czy łysych i owłosionych? Tak silna i posłuszna Szefowi grupa Geremka, jak i ta, której później przewodzili Kaczyńscy, oburzyła się.

Zdrowo rozsądkowi w sejmie przegrali.

Wprowadzono „ordynację proporcjonalną” według zasady d’Hondta, ze skomplikowanymi zasadami i przelicznikami niezrozumiałymi dla większości, a szczególnie dla ówczesnych posłów.

Powstało więc na początku mnóstwo partyj i partyjek, z których szybko wyłoniły się cztery trwałe: Unia Demokratyczna [prowadząca obecnie do Platformy Obywatelskiej], Porozumienie Centrum [teraz to PiS], komuchy [SLD, obecnie wreszcie już w rozsypce i upadku], oraz PSL [to przemianowany ZSL z lat 70 i 80]. On od początku zadziwiał stuprocentową zdolnością koalicyjną do wszystkich i wszystkiego, a szczególnie do władzy i szmalu.

JKM nazwał słusznie te formacje „Bandą Czworga”.

Ponieważ ta pseudo-proporcjonalność nie dawała tym grupom [bandom] stu-procentowej pewności pozostania [przy korycie oczywiście], widzieliśmy na przykład Kaczorów pochylających się nad kalkulatorkami i kombinujących, jak wykosić mniejsze partie. A to proponowali próg 8%, a może 5%?

A tymczasem zapomnieliście, że niedawno jeszcze robiliście przepychanie tej ordynacji oficjalnie po to by „było sprawiedliwie”.

Odpowiedź ich obecnie, jak z Pawlaka i Kargula: „ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie!”

I tak, najpierw we czwórkę, teraz we dwójkę, wiedli owieczki do większej biurokracji, do lawiny przepisów coraz bardziej absurdalnych i drobiazgowych. I dowiedli nas do Unii Europejskiej, do euro-kołchozu i zielonego komunizmu.

Teraz dopiero coraz więcej światłych ludzi zaczyna widzieć gruzy partyjniactwa, ale poprzez gruzy Polski.

Gruzy moralne, gospodarcze, uzależnienie od obcych, najazd nachodźców.

Widzą to teraz głównie ludzie młodzi.

Rośnie więc, doszło do wyborów pokolenie Polaków chcących mieć jaśniejszą perspektywę.

W partyjniactwie jej nie znajdują. Więc szukają. Dotąd, by dorwać się do władzy, apanaży – należało wleźć do którejś bandy i „krakać jako one” czyli jak dany prezes nakazuje.

Ludzie już widzą, może zaczynają widzieć absurd sytuacji.

Nie chcą być trybikiem [może nawet dobrze naoliwionym] w machinie zniszczenia Polski. Rozglądają się czujnie.

Czują się zdolni do poprawy sytuacji w swojej okolicy, a może i poprawy dla całego kraju. Nie wiedzą jednak, jak to zrobić.

Już pierwsza tura wyborów prezydenckich 2025 jawnie ukazała te tendencje, które mogą przerodzić się w lawinę. Ważne, by poszła ona w korzystnym dla Polski i Polaków kierunku.

Otóż jest SPOSÓB.

Znany od dawna, chyba od zawsze, a używany obecnie w około 60-ciu państwach świata.

Na początku lat 90 na widok oszustw, kręcenia i bezczelnego knocenia przy ordynacji w sejmie, pojawił się w polityce polskiej Ruch JOW. Zapoczątkował go profesor Jerzy Przystawa, bardzo szybko znaleźli się liczni współpracownicy, sympatycy, woJOWnicy, jak lawina ruszyła przez Polskę ogromna ilość spotkań, licznie uczęszczanych konferencji. Ukonstytuował się Ruch JOW https://jow.pl/ .[widzę w 2025: I to zabili, tak się boją md]

W dziesiątkach artykułów tłumaczyliśmy zasadniczą różnicę między JOW, a różnymi odmianami ordynacji proporcjonalnych. Było to bardzo proste, bo przecież naturalne zasady wybierania najlepszego z danego grona nie wymagają dywagacji ani argumentacji ideolo.

Wydaliśmy kilka książek. Są one ciągle dostępne w Stowarzyszeniu JOW, mającym swą siedzibę we Wrocławiu, bo tam mieszkał i działał Jerzy Przystawa. [dod. w 2025: nie wiem gdzie są teraz…. md]

Zapraszaliśmy na nasze konferencje politologów przy-rządowych czy celebrytów naukowych i medialnych broniących „proporcjonalności”.

Najpierw ze zdziwieniem, później zaś z rozbawieniem widzieliśmy, że od dysputy, czy publicznej wymiany argumentów panicznie oni uciekają.

Nasze argumenty, jak któryś z nich prywatnie westchnął, są tak powalające, oczywiste.

Około roku 2000 szefowie Platformy Obywatelskiej zauważyli wagę ruchu JOW.

Donald Tusk uruchomił zbieranie podpisów pod petycją do sejmu, w której jedną z czterech podstawowych spraw do załatwienia było zmiana ordynacji na JOW.

Zebrali ponad 700 tysięcy podpisów, widzę jeszcze, jak dźwigają do sejmu te paki pod okiem kamer wszystkich telewizji.

No cóż… To ucichło. Nie nadali w sejmie tej sprawie żadnego biegu – i po roku czy dwóch sejmowe niszczarki wszystko to przemieliły.

My tymczasem dostaliśmy się z tą sprawą do Radia Maryja, do Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka. Z Zainteresowaniem wysłuchał, zrozumiał, pozwolił nam na wiele audycji Rozmów Niedokończonych na ten temat. Pamiętam jedną, w której zainteresowanie i odzew słuchaczy były tak wielkie, że Ojciec Dyrektor przedłużył tę audycję parę godzin poza północ, wchodząc na czas zarezerwowany dla Polonii w Ameryce. Oni też dużo i konkretnie komentowali i popierali. Byliśmy wtedy często w Radiu Maryja z Izabelą Brodacką Falzmann i Jerzym Przystawą. Ojciec Dyrektor zasugerował nam, by w czasie wakacji zrobić u niego w Toruniu kilkutygodniowe szkolenie w sprawach ordynacji, ustalił jakie tygodnie będą dla Polski południowej, a jakie dla Polski północnej.

I nagle – wszystko zastopowano. Dotarły do nas jedynie aluzję, że dostał nie tyle „propozycję”, co radę nie do odrzucenia.

Dodam jeszcze anegdotkę.

Kiedyś w Zakładzie Socjologii profesor Jadwigi Staniszkis studenckie Koło Naukowe Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz asystenci zorganizowali na Karowej debatę na temat ordynacji. Prelegenci to znany z TV uczony celebryta profesor Andrzej Rychard oraz drugi utytułowany celebryta, nazwiska nie pamiętam.

My woJOWnicy, siedzieliśmy skromnie wśród słuchaczy.

Uczeni dywagowali, przedstawiali skomplikowane warianty i możliwości, schematy i dylematy. Nawet po pytaniu: „No to co z tego wynika? Czy Pan profesor jest za JOW czy za d’Hondtem?”

Odpowiedź była długa i uczona. Mnie coś wtedy ogarnęło, może krew mnie zalała. Poprosiłem o głos, ale wyszedłem naprzód na miejsca profesorskie.

Powiedziałem:

Pozwolą państwo, że zacznę od anegdotki:

Spotkały się dwie prostytutki, dawno się nie widziały. Jedna pyta – no i jak ci leci, Viola?

Druga:

– No wiesz, świetnie. Zmieniłam klientelę. Pracuję wśród intelektualistów.

– no i co?

– Bardzo miło. Przyćmione światło, leci mocart, w kielichu kurwuazje. Potem delikatnie biorę penisa do ręki.

– A co to penis?

– To też taki ch…, tylko że miękki.

Sala [ze 200 młodych uczonych] zabrzmiała najpierw stłumionym chichotem, a potem ryknęła śmiechem. Uczona debata na tym się zakończyła.

Ruch JOW jednak rozwijał się burzliwie dalej.

Profesor Andrzej Czachor z zespołem opracował mapę Polski z podziałem na 460 okręgów JOW. Po drobnych korektach można to wykorzystać.

Profesor Jerzy Przystawa, już bliski śmierci, szukał następcy na przywódcę ruchu. Przyplątał się wtedy Paweł Kukiz, to jakiś celebryta i chyba piosenkarz. Przyznam się, że ani przedtem ani potem nie słyszałem ani nie widziałem jego występów. Prowadzący go specjaliści [bo sam Paweł orłem intelektu nie był] wykorzystali chęć ludzi JOW do formalnego wejścia do polityki.

Od lat zwalczaliśmy chęć stworzenia partii JOW i startu w wyborach pseudo-proporcjonalnych.

Wtedy jednak Paweł Kukiz przemógł. Ale jak to zwykle szef w ordynacji proporcjonalnej, na swą listę kandydatów do Sejmu wciągnął różnych ludzi, a wszystkich rzutkich działaczy JOW wyciął.

Jedyny wyjątek to były burmistrz Nysy Janusz Sanocki z JOW.

Dostali się do sejmu, ale Janusza natychmiast Kukiz wyrzucił z Klubu. Był więc w sejmie niezależnym posłem i ciekawie tam walczył. Oczywiście jedną kadencję. Zabiła go dopiero afera covid, gdy [chyba] złapał tego kowidka, błagał mnie telefonicznie o amantadynę. Nie zdążyłem. Wzięli go do szpitala, gdzie lekarz zakazał leczenia amantadyną, a Janusz po paru dniach zginął w szpitalu w Kędzierzynie-Koźlu pod respiratorem. Nie była to jedyna z moich znajomych ofiar śmiertelnych stosowania respiratora. [też Michał Marusik, europoseł]

==========================

Sama zasada ordynacji JOW jest tak jasna i prosta, że można jej cechy charakterystyczne opisać bardzo krótko.

Wybieramy jednego posła w okręgu. Okręgów w Polsce jest 460. Powstają i konkurują dwa ugrupowania, dwie partie najbliżej realnej władzy. Inne ugrupowania czy partie, a może przecież ich być sporo, robią dużo, by stać się jedną z tych dwóch wiodących. To po paru latach się zwykle udaje. Ułatwiają to naturalne zmiany uwarunkowań politycznych gospodarczych a również zagranicznych. Zawsze wchodzą do parlamentu pojedynczy posłowie, naprawdę niezależni.

Ten prosty mechanizm opisuje socjologiczne prawo Duvergera, oraz praktyka w wielu krajach zawsze to potwierdza. [zob. np. Prawo Duvergera, czyli dlaczego Jarosław Kaczyński musiał przegrać te wybory]

U nas w obecnym czasie, i w najbliższych latach, po wprowadzeniu JOW byłyby to konkurujące o realną władzę partie: pro-unijne [UE] ksenofilska, i pro-imigracyjna, a ta druga, to pro-polska, głównie elektoratu katolickiego.

Sądzę, że ten podział, obecnie sztucznie wywoływany z zewnątrz, po 8 do 10 latach ulegnie rozmyciu, i korzystnej dla wszystkich zmianie.

=================================

Wyborcy w większości nie zdają sobie sprawy z tego, że kiedy głosują, dają głos na konkretnego człowieka, to naprawdę głosują na listę partyjną, którą ten człowiek tylko zasila swą liczbą głosów. Przecież to prezes danej partii ustala w ordynacji partyjniackiej kolejność na listach kandydatów. Tych kandydatów musi być zwykle w obecnym okręgu kilkunastu z każdej partyjnej listy. Wyborca dostaje więc sporą książeczkę „do decyzji”.

A już wiadomo, że tylko pierwszy lub pierwszych trzech ma szansę wejść do Sejmu. To są tak zwane „miejsca mandatowe”. Zależność w ordynacji pseudo-proporcjonalnej od wielkich finansów i wielkich mediów jest oczywista. Wystarczy im wpłynąć na przywódców partyj. A w przypadku ordynacji jednomandatowej należałoby rozdzielać beneficja czy nagrody, aż na 460 kandydatów. A to jest przecież ewidentnie droższe i trudniejsze.

W JOW okrąg liczy w Polsce około 60 000 wyborców. Będąc na swoim terenie kandydat może ten okrąg objechać samochodem, a nawet rowerem. Taka akcja przedwyborcza nie wymaga specjalnych pieniędzy. Przeciwnicy krzyczą: ale przecież w senacie obowiązuje JOW – nie widzicie że znów są podziały jedynie partyjne.

Odpowiadaliśmy że okrąg wyborczy w senacie jest na tyle wielki, że kandydat nie może go objechać na rowerku, więc cała propaganda musi się opierać o wielkie media czyli media związane z partiami.

Innym okrzykiem przeciwników JOW jest: to nie Panaceum! Ale tylko oni o tym mówią, bo wszyscy rozsądni ludzie wiedzą, że nigdzie, w żadnej sprawie nie ma Panaceum. Zwolennicy ordynacji jednomandatowej udowadniają tylko, że w niej jest mniej oszustw, krętactwa i niezdecydowania. Nie potrzeba żadnych koalicji, nie ma żadnych kompromisów czy przesileń gabinetowych. Sprawdzasz się – to rządzisz, a nie sprawdzasz się, to przy następnych wyborach wchodzi ten drugi lub nawet ten trzeci.

Podstawowe zasady ordynacji jednomandatowych okręgów wyborczych to:

Jeden poseł w okręgu,

Oraz

Jedna tura wyborów.

Te dwie zasady zapewniają czystość i skuteczność działania ordynacji.

=====================================

Ogromna większość argumentów i artykułów woJOWników skupiała się jednak na sztuczności, anty-konstytucyjności i szkodliwości znanych wariantów proporcjonalnych d’Hondta i Sainte-Laguë.

Dla przykładu: Stosowane w Neo-Polsce warianty ordynacji były, a również są nierówne, nieproporcjonalne i nie bezpośrednie. W związku z tym są sprzeczne z obowiązującą konstytucją. Wykazywaliśmy to tak językiem potocznym, dla wyborców, jak i językiem współpracujących z nami prawników konstytucyjnych dla władz i Sądu Najwyższego [p. np.: Wybory do Sejmu: Ani równe, ani bezpośrednie, ani proporcjonalne, ani powszechne. Jak wybrnąć. ]

Po którychś wyborach w latach 90-tych wysłaliśmy do Sądu Najwyższego protest z argumentami jednoznacznie wskazującymi na sprzeczność ordynacji z konstytucją.

Odpowiedź nie na temat, ale oczywiście odmowną, odrzucającą skargę zawartą w piśmie z 15 października… otrzymaliśmy z datą 29 września !! Taka pętla Czasu.

Zbierało się wtedy na Politechnice Warszawskiej uroczyste seminarium profesorów, rektorów wyższych uczelni i tym podobnych uczonych, na które zaproszono z wykładem Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, profesora Adama Strzembosza, by mówił właśnie o wyborach.

Po jego wystąpieniu opisałem powyższą sytuację i spytałem, jak on może przewodniczyć zespołowi tak głupio i bezczelnie kłamiącemu.

Widzę jeszcze jego policzki zaczerwienione na kolor buraka i słyszę chwiejne argumenty, że „w obecnych warunkach nie jest możliwe” itp.

Sala zamarła. Ze wstydu. Bo wtedy jeszcze większość z nas wierzyła w jego uczciwość i nieprzekupność. Zobaczyliśmy ze smutkiem, że jest to człowiek do głębi zeszmacony, pozbawiony odwagi i uczciwości, na usługach zakłamanej i cynicznej władzy.

Z cech charakterystycznych odróżniających ordynację i JOW od mętnych, zmienianych ad hoc wariantów ordynacji proporcjonalnych najważniejsze to prostota JOW.

Wybieramy jedną osobę w okręgu. Koniec.

Na przykład w Wielkiej Brytanii wyborcy w okręgu mogą obserwować liczenie głosów, już w dwie godziny po końcu głosowania przekazuje się wynik do centrali, i następnego dnia przewodniczący zwycięskiej partii udaje się do królowej, która mianuje go premierem. Koniec!

Tymczasem na przykład w Belgii, gdzie panuje ordynacja proporcjonalna, zwykle następują po wyborach przepychanki, poszukiwanie koalicjanta czy koalicjantów itp, co skutkuje okresem bezrządu 200 czy 400 dni. Pisaliśmy, że stabilnemu państwu, jak Belgia, może to mało szkodzi, ale Polsce bardzo szkodzi

Pułapki

Istnieją dwie najważniejsze pułapki zastawiane na zwolenników JOW albo dzialaczy szukających kompromisu.

Pierwsza. Dwie tury

We Francji jest od pewnego czasu ordynacja niby-JOW, ale w dwóch turach:

W pierwszej wchodzą do parlamentu jako wybrani ci kandydaci, którzy przekroczyli 50% głosów.

W drugiej jednak … tworzą się nieformalne [ale masońskie] koalicje republikanów, różnej lewicy, komunistów, przeciw w latach 90-tych niezależnemu Front National. Dlatego to za czasów Le Pena Front National nigdy nie mógł wejść do parlamentu mimo kilkunasto- czy kilkudziesięcio- procentowej ilości głosów w pierwszej turze. Dopiero za czasów przewodnictwa jego córki, która z różnymi tendencjami poszła na kompromisy, to się odrobinę zmieniło.

Druga pułapka to ordynacja mieszana,

na przykład 50% wybranych z JOW, druga połowa z list partyjnych. Taką mieli czy mają Niemcy. I w tej sytuacji znów decydują prezesi partyj a nimi kierują oczywiście tajne siły, a nie lud, nie wyborcy. We Włoszech, znanych z bardzo częstej zmiany rządów, w połowie lat 90-tych wywalczono zmianę ordynacji na 75% JOW. Za mało, więc po paru latach to zniszczono.

Tu zaleta JOW:

Przecież trudniej i drożej jest przekonać [przekupić] 460-ciu u nas posłów, niż dwóch czy trzech prezesów, prawda?

Tyle można uzyskać czy naprawić w obecnej, demokracji. Przecież ona z klarowną demokracją ateńską nie ma już nic wspólnego, nawet nic bliskiego.

Ruch JOW nie jest stronniczy, to znaczy nie jest zdeterminowany przez konkretną ideologię. Ale daje szansę przedstawicielom każdej z tych ideologii, każdemu z nurtów do przekonywania większości lub choćby do wejścia do parlamentu.

O głębokiej racjonalności świadczy reguła Wielkiej Brytanii, że jeśli obaj kandydaci uzyskali tę samą liczbę głosów, to nie przeprowadza się drugiej tury wyborów, lecz… losuje. Bo przecież wiadomo, że zwycięzca będzie chciał zaspokoić wszystkich ludzi w okręgu, a nie tylko swoich wyborców. Inaczej na pewno przegra przyszłe wybory.

Przejdźmy do przyszłych losów ruchu JOW.

Dziesiątki artykułów o cechach tej ordynacji są dostępne u mnie w dziale JOW.

W obecnym, 2025 roku coraz mocniej widać nacisk młodych, których system partyjniacki, wiszenie u klamek „ważniejszych” mierzi, odrzuca.

Nic nowego, żadnych nowych argumentów nie potrzeba wymyślać. Ta ordynacja jest tak jasna i prosta.

Należy się tylko zastanowić, kto, jakie siły, jakim sposobem mogą to przewalczyć, urzeczywistnić.

Z oczywistością narzuca się Polska powiatowa. Przez te dwa 10-lecia Ruchu JOW zobaczyliśmy, że najaktywniejsi i twórczy wojownicy pochodzą z samorządów. Byli to starostowie, wójtowie i rzutcy radni. Dla tych ludzi dyktat z Warszawy był męką. Oni wiedzą, co i jak zrobić, co zmienić, a tu przychodzą dyrektywy polecenia, głównie ideologiczne, z Warszawy! No i z Brukseli.

Obecnie również – to rada dla przyszłych woJOWników o przywrócenie sensowności decyzjach politycznych: W żadnym wypadku nie tworzyć partii do obecnego, partyjniackiego sejmu.

Taka partia musi człowieka zgorszyć, nawet kandydatów do świętości.

Ruch, oparty o samorządy, o prowincję, powinien, musi się stać na tyle masowym, by wymusić zmianę ordynacji.

Jak – to już sprawa dla obecnych 20 i 30 latków. Ale tylko w ten sposób możecie zrzucić obecne partyjniackie kajdany.

W Narodzie jest jednak rozumna wola przeżycia. Może się tli, to musimy rozdmuchać. A prawda, to tlen dla tego ogniska.Samego paliwa jest dużo!

===================================================

Pójdźmy dalej w czasie, może w marzeniach o „sprawiedliwym władcy”.

A może Król, monarchia ?

Oczywiście chodzi o Króla namaszczonego świętymi olejami, to jest z Bożej łaski. Tu uczestniczących we władzy, np. Senatorów, nie wybiera „lud”, lecz naznaczani są od góry, przez Króla.

On zbiera wokół siebie najlepszych, najrozumniejszych, według niego najuczciwszych, najodważniejszych. Aha – i najbogatszych. Oni tworzą [tworzyli? będą tworzyli?] senat. Kraść, kłamać nie potrzebują, bo są bogaci a uczciwi.

Tu wybór rządu, doradców zależy od Króla, który jest Suwerenem. [Nieszczęśni socjaliści usiłowali suwerenem uczynić lud, czyli niestety tłum. Ochlokracja. Stery przejęły więc z zadowoleniem mafie, tajne związki, które doskonale potrafią manipulować tłumem. ]

Tak bywało. Czy jeszcze to wróci? Konfederacja Korony Polskiej ma takie, słuszne, marzenia, ale na razie tylko w nazwie.

Zostańmy więc na razie przy walce o JOWy!

To ogromny krok do rządów rozsądku w porównaniu z partiokracją.

=====================================

mail:

Wydaje mi się, że niedostatecznie podkreślił Pan kwestię tzw. „reprezentacji”, wysuwanej przez co poniektórych jako (rzekomy) „kontrargument”. Że mianowicie w JOW to oni „nie będą mieć reprezentacji”, skoro w okręgu wybiera się jednego posła i on może np. być lewicowy, gdy oni akurat deklarują prawicowe poglądy (czy tam vice-versa).

Otóż warto chyba byłoby wyraźnie podkreślić, że w JOW wszyscy — w 100% — mają reprezentację, która pojmowana jest TERYTORIALNIE, a nie „według poglądów”. Tak więc w ten sposób ordynacja ta w naturalny sposób skłania do współdziałania, a nie do kombinacji typu „z tamtymi nie chcemy w ogóle gadać, swojego posła se wybierzemy”.

Tak było w I RP: był np. „poseł Ziemi Łęczyckiej”, „poseł Ziemi Sandomierskiej” itd. — a nie że jakiejś cholernej „partii”.

Poza tym: czy ci, co są za wybieraniem posłów „w większej liczbie, według poglądów” — niby, żeby „mieć reprezentację” — chcieliby również, aby Polska, jako całość, miała po kilku(-nastu) prezydentów? Bo to jest jedynie konsekwencja takiego poglądu na reprezentację.

Jeśli jednak nie — jeśli zgadzają się, że dość jednego prezydenta — to niby czemu nie ma starczyć jednego posła w okręgu dla wszystkich?

ZB

Odwalcie się od Włodka

Odwalcie się od Włodka

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/29-11-odwalcie-sie-o-wlodka

cza z orłem

29 listopada, wpis nr 1383

Zmienili się marszałkowie w polskim Sejmie. I choć to było wiadomo od dawna i wiadomo było także kto to będzie, to zerwał się ponadnormatywny rwetes. Że jak to, że komunista, że umoczon on w aferze Rywina, że uważał ci on radzieckich żołnierzy za wyzwolicieli, wreszcie, taki co to zdradził sekret Okrągłego Stołu, co tam nikt z nikim nie wygrał, tylko się dogadał. No – ucieleśnienie zła wszelkiego i to, wydawałoby się, dla wszystkich stron sceny politycznej. Dla PiS-u komuch, to wiadomo, ale dla uśmiechniętych podważacz niepokalaności okrągłego mebla, który coś tam bredził o dogadywaniu się z komunistami.

A ten mit ma być nieskazitelny – ot, komuna padła nad kolana przed autorami listów protestacyjnych, po czym oddała im wszystko w nadziej na wybaczenie. I ci… wybaczyli. Rzecz jasna w imieniu narodu, którego co prawda o nic nie pytano, ale przecież (do dziś) elity wiedzą lepiej.

Rzucono się więc na Czarzastego właściwie czemu? Taktycznie rzecz biorąc chodziło o osłabienie uśmiechniętej koalicji, zwrócenia grota oburzenia w kierunku tuskowym, jakichż to on tam sobie kumpli nie nawymyślał. Ale hola-hola panowie i panie. Przecież Czarzasty nie spadł z kosmosu – ktoś go do tego Sejmu wybrał i to w dodatku w takiej konstelacji, że był jedną z przystawek do obdarowania w celu utrzymania większości. Pragnę przypomnieć, że od samego zadzierzgnięcia się III Najjaśniejszej Czarzaści byli wybierani, takie były resentymenty za komuną. Przypomnę także że dosłownie parę lat po odzyskaniu przy Okrągłym Stole tej słynnej niepodległości postkomuniści wrócili do pełni władzy.

O co więc taki szum że komuna wraca, jak ona wcale nie wyszła? Kwaśniewski, Oleksy, Miller, Cimoszewicz piastowali przecież najwyższe stanowiska i jakoś nikt się nie dziwił, nie pomstował. Kordon sanitarny wokół postkomunistów był wciąż kruszony przez obóz postsolidarnościowy. Nawet jak za czasów rządów „naszych” trzeba było sięgnąć po parę głosów, to się dealowało z komuchami (choćby na przykładzie porozumienia z 2011 roku). A tu teraz takie oburzenie. Skąd ono?

Głównie chce tu ubić interes PiS pokazując, że Donaldy schodzą na lewo, dają dojść do władzy komuchom, wcześniej nie do pomyślenia. Donald nie brał wcześniej komuchów do rządzenia, bo mu byli rachunkowo do niczego nie potrzebni. Teraz są, a więc musiał ich jakoś nagrodzić. I wedle rachunkowej demokracji tak to się dzieje. Jak państwo jest pozbawione nie tylko ideologicznych ale i organizacyjnych przymiotów, to pozostają już tylko stanowiska, jako prawdziwy wynik rządzenia, jako podziału łupów.

Demokracja zawróciła i służy już tylko uwalnianiu rękoma suwerena dostępu do dóbr publicznych którejś z politycznych sitw.

PiS udaje, że się urodził wczoraj i nie wie o co chodzi. Dyma więc tę bańkę oburzenia, ale – powtarzam – od dwóch lat było wiadome, ogłoszone w umowie koalicyjnej, że w połowie kadencji tego Sejmu zmieni się partyjne pochodzenie marszałka, a równie dobrze było wiadomo, że będzie to ówczesny wicek – Czarzasty. A tu drą się szaty królów, od dawna nagich. W dodatku obecnie mianuje się z prawej strony na świętego marszałka już byłego – Hołownię. Jakiż to on nie był dobry, ale trzeba dodać, że wszystko to wynika z bazy porównawczej. Jaki on tam cudowny, stylowy itd. – ot, po prostu jak na garbatego to nawet przystojny.

Mnie on żenował tymi swoimi popędami do bon mocików, jakby nie wyszedł z roli zakulisowego konferansjera, który musi zgrabnie skomentować każdy występ i to w sposób, w którym to on wychodzi na gwiazdę. No, że przyjął przysięgę od Nawrockiego, to mu się chwali, ale widocznie chłopak nie chciał za kraty, jakby się suweren rozmyślił na za dwa lata. Cała ta Polska 2050 bez szemrania wybrała dziś Czarzastego, co nie dowodzi ich lojalności wobec zapisów umowy – przeciwnie, to dowód na podległość Tuskowi i rozpad tej organizacji, którą – jak większość sezonowych formacji – trzyma w kupie i przy życiu stan umoczenia w dzieleniu (z prowizją rzecz jasna) grosza publicznego.

Teraz zobaczymy te „inną” stylówę i będzie pewnie gorsza. Ale co to za fucha – druga postać w państwie – ten marszałek? Co on tam może – wszystko klepie, i animuje i tak rząd, on zaś może tylko hamować inicjatywy opozycji i popychać swoje, koalicyjne w dodatku, bo przecież nie własne. Dobrze jest przypomnieć, że spadamy tu z wysokiego konia. Nie tak dawno Hołownia się chwalił, że dostanie „złoty przycisk” od Youtube’a, bo takie mu swymi występami robił zasięgi. Telewizyjny kanał Sejm TV nawet otwarto – dziś pies ze złamana kończyną tam nie zagląda. A przecież apogeum było wtedy jak ludzie do kin na transmisje chodzili, takie było wzmożenie, klaskano tam jak na meczach. A teraz, no cóż – przyszła codzienność i kto tam będzie chciał słuchać godzinnych tyrad o zmianie art. 3 ust. 4 o godzinach nadliczbowych w świetle przepisów ustawy o licznikach na gaz art. 16 i zmianie go na art. 16a. Skończyło się harcowanie i przyszedł komuch.

Trucizny w nim tyle ile siarki w zapałce. Nie ma co szat rozdzielać, że świat się skończył. Nie – on tylko wylazł na wierzch, bośmy już wszystko zapomnieli. Upojeni ułudą, że stare już odeszło, bo wymarło, dziś mamy szansę sobie przypomnieć że i te korzenie są zatrute, i że wiadomo dlaczego owoce są przegniłe. Tak to wychodzą wypryski starego, nie ma co się gniewać na widoczne pryszcze. One są tylko znakiem tego co jest głębiej – ciągłej infekcji wszczepionej nam u zarania III RP. Nawracającej mutacji po ustrojowym eksperymencie, w którym nowa Polska urodziła się in vitro, poza organizmem suwerena i została mu tylko (ze wszelkimi genetycznymi konsekwencjami tego dziejowego eksperymentu) wszczepiona do narodowego łona. By to karmić, ze wszystkim chorobami przenoszonymi na i tak obciążony komunizmem organizm.

Nie gniewajcie się więc na Czarzastych. Nie mylcie przypadków ze znakami. Właśnie – znakami czego? Tego, że komunista to komunista, zaś tygrys to tygrys i nie ma się za bardzo co gniewać? Zdziwieni? Naszą rolą było (bo już chyba nie jest) eliminowanie takich na drodze wyborczej z życia politycznego. I jak widzę teraz postkomunistów, którzy nam się z pozycji drugich osób w państwie śmieją w twarz, to wiedzmy, że na to zasługujemy. Bo przy Okrągłym Stole zrobiliśmy z nimi deal (wiem, że nie my, ale postsolidarnościowe elity, którym naiwny tłum zawierzył), zaś zapisaliśmy to sobie w ordynacji wyborczej, ba w Konstytucji – że będziemy się wybierać proporcjonalnie.

A wtedy, kiedy można było zmieść komunistów zaraz na początku, to się nasze solidaruchy przestraszyły, że w ordynacji większościowej i ich kanapowe partyjki przegrają – i zgodziły na ordynację proporcjonalną.

W większościowej po komuchach do dziś śladu by nie było, a tak teraz, a właściwie do dziś, wychodzą takie indywidua spod okrągłego stołu, jak wyrzut sumienia, których chce się dzisiaj zakrzyczeć fałszywym lamentem, że „komuna wróciła”! Jakżeż wróciła, jak ona tam cały czas siedzi i siedziała, wylazła jedynie i usiadła w głowie stołu jako druga osoba w państwie, co o nim – państwie, nie Czarzastym – świadczy jak najgorzej.              

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Senat USA, ordynacja: Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

Lisa Murkowski, amerykańska polityk o polskich korzeniach, wygrała wyścig do fotela senatorskiego w stanie Alaska. Nie tylko to jest sensacją, ale przede wszystkim to, że Murkowski jest pierwszym politykiem od pół wieku, któremu udało się wygrać dzięki akcji dopisywania jej nazwiska na kartach do głosowania przez wyborców.

Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

19 listopada 2010, 11:08

Zobacz zdjęcia: Polskie nazwisko wstrząsnęło USA

Amerykańskie prawo zna procedurę dopisywania kandydata ręcznie na kartach do głosowania. I w tym Murkowski upatrywała swojej szansy, bowiem przegrała prawybory w partii republikańskiej ze swoim rywalem Joem Millerem. I dlatego jej nazwisko nie znalazło się na listach wyborczych. Obywatele USA mają prawo wyjść poza to, co dają im partie, i stąd praktyka dopisywania swojego kandydata do listy na karcie do głosowania. Jest to całkiem legalne.

Murkowski ruszyła w teren, agitowała, namawiała wyborców, by dopisywali jej nazwisko na kartach wyborczych. Był jednak problem, obawiano się, że amerykańscy wyborcy niewłaściwie zapiszą nazwisko kandydatki i przez to straci ona szansę na uzyskanie zwycięstwa.

Dlatego kandydatka podczas kampanii pisała do wyborców listy, ucząc ich, jak powinni pisać trudne słowo.

– Byłaby to złośliwość losu, gdyby okazało się, że to polskie nazwisko kandydatki przekreśliło jej szanse – mówili ludzie ze sztabu Murkowski, ale teraz dodają, iż jest ogromna radość z tego zwycięstwa, bo walka była zażarta i bardzo nietypowa.

Urodzona w Ketchikan Lisa Ann Murkowski nie jest nowicjuszem w amerykańskiej polityce. Jest członkinią amerykańskiej Partii Republikańskiej. Z zawodu jest prawnikiem.

W 1998 roku została wybrana do Izby Reprezentantów stanu Alaska. W grudniu 2002 roku w dość nietypowy sposób uzyskała mandat senatorski. Otóż jej ojciec Frank Murkowski, senator USA ze stanu Alaska od 1980 roku, zdobył w wyborach w listopadzie 2002 roku stanowisko gubernatora Alaski. A to oznaczało, że musiał opuścić Senat.

Jako nowy gubernator stanu miał on jednak prawo wyznaczenia nowej osoby na opuszczone przez siebie miejsce w Senacie. Ten wskazany przez niego kandydat miałby zasiadać w Senacie, jak stanowią tamtejsze przepisy do najbliższych wyborów w 2004 roku.

Frank Murkowski nie miał wątpliwości i wyznaczył na to stanowisku swoją córkę Lisę Murkowski. Manewr ten był ostro krytykowany jako przejaw nepotyzmu. Z drugiej jednak strony Lisa Murkowski była faktycznym liderem republikańskiej większości w stanowej Izbie Reprezentantów.

Pomimo tych kontrowersji związanych ze sposobem jej wyboru Lisa Murkowski zdobyła latem 2004 roku nominację Partii Republikańskiej w wyborach do Senatu na jesieni 2004 roku. Potem było kolejne zwycięstwo, kiedy pokonała demokratycznego kontrkandydata Tony’ego Knowlesa stosunkiem głosów 49% do 45%, uzyskując tym samym mandat senatora.

W tym roku jednak nie uzyskała poparcia swojej partii i dlatego zaapelowała o dopisywanie jej nazwiska na kartach wyborczych. Szacuje się, że zrobiła to ponad połowa wyborców. Sąd zdecydował, że wszystkie karty z dopisanym nazwiskiem mają być sprawdzone. Prawdopodobnie zdecydowało polskie nazwisko kandydatki, trudne do wymówienia i jeszcze trudniejsze dla Amerykanów do napisania.

W środę rano amerykańskiego czasu agencje donosiły o tym, że Murkowski o kilka tysięcy głosów wyprzedza rywala Joego Millera. Kilkanaście godzin później Agencja Reutera ogłosiła już, iż wygraną tego pojedynku została Murkowski.

Trzeci z kandydatów do fotela senatorskiego – demokrata Scott McAdams – już nie liczył się w wyścigu. Zdobył około 20% głosów.

Joe Miller zapowiedział już wcześniej, że ustąpi z rywalizacji, jeśli liczba głosów oddanych na jego kontrkandydatkę będzie większa. Ludzie ze sztabu wyborczego Murkowski mają nadzieję i mówią o tym publicznie, że Miller dotrzyma słowa. Nie można jednak wykluczyć, że z ostatecznym ogłoszeniem zwycięstwa Murkowski trzeba będzie jeszcze poczekać, bo np. Miller zażyczy sobie, do czego ma zresztą prawo, ponownego przeliczenia głosów.

Był to pierwszy przypadek zwycięstwa w wyborach do Senatu poprzez dopisanie nazwiska kandydata w Stanach Zjednoczonych od 1954 roku.

Zaszufladkowano do kategorii O JOW | Otagowano ,

Bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

26 października 2024 https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com/

Poseł z każdego powiatu ’24

Dnia 3 listopada 2012 roku zmarł w wieku 73 lat prof. Jerzy Przystawa. To On zapoczątkował w III RP walkę o przywrócenie obywatelom pełni praw wyborczych do Sejmu. Składa się na nią nie tylko prawo czynne istniejące przecież i w PRL ale i prawo bierne, które nowa „solidarnościowa” władza zapomniała obywatelom zwrócić.

Pan Profesor uporczywie przypominał rządzącym, wespół z wieloma osobami zatroskanymi jak i On o losy demokracji w Polsce, że bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

W swoim działaniu rozpoznał i wyartykułował myśl o następującej treści „Poseł z każdego powiatu”.

Powyższe rozwiązanie, aby jedna osoba wybrana przez obywateli określonego terytorium była posyłana do centralnego gremium zarządzającego krajem to jest nic nowego. Jest nadal stosowane w najstarszej nowożytnej demokracji – czyli Wlk. Brytanii – do dzisiaj, niezwykle skutecznie i z pożytkiem dla dobra wspólnego.

Brytyjska ordynacja wyborcza do Izby Gmin jest – z punktu widzenia obywatela – niezmiernie prosta i zrozumiała:

Kandydat do Izby musi spełnić 2 warunki:

1/ zdobyć 10 podpisów wyborców oraz

2/ wpłacić depozyt &500, który jest zwracany, gdy kandydat uzyska 5% głosów.

W związku z powyższym przeciętny Polak łatwo może wyobrazić sobie zaadoptowanie powyższej brytyjskiej ordynacji do warunków polskich.

Ponadto jej wady i zalety można rozpatrywać w porównaniu z już istniejącą ordynacją proporcjonalną i to mając na względzie tylko i wyłącznie interes wszystkich Polaków.

      Zakładamy, że w III RP są sprzyjające warunki na zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na angielskie JOW.

A mianowicie:

a/ prawodawcy PRL zostawili nam dobry spadek co do ilościowego składu Sejmu. Mamy bowiem 460 posłów, co przy ok. 40 mln mieszkańcach daje ok. 90 tys. mieszkańców na 1 mandat.

Dla porównania: w Wlk. Brytanii jest 650 posłów i ok. 70 mln. mieszkańców, co daje ok. 100 tys. mieszkańców na 1 mandat.

b/ prawodawcy III RP przyjęli strukturę państwa wg. powiatów (vide zał.1 do Kodeksu Wyborczego), gdzie Polska ma:

– 314 powiatów i

– 66 miast na prawach powiatów.

Dla potrzeb wyborów do Sejmu powyższe 380 powiatów zostało rozparcelowanych na 41 okręgów wielomandatowych. Każdemu okręgowi przypisana jest – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – określona liczba mandatów poselskich.

I tak:

okręg nr 1 Legnica, ma 12 mandatów. Okręg liczy 12 powiatów oraz 2 miasta na prawach powiatu: Jelenia Góra i  Legnica. Oznacza to 12 JOW-ów: 2 miejskie i 10 „ziemskich” (występuje konieczność zgrupowania 12 powiatów w 10 JOW).

I tak dalej … aż do

okręgu nr 41 Szczecin, który ma 12 mandatów. Okręg liczy 9 powiatów i 2 miasta na prawach powiatu: Szczecin i Świnoujście. Oznacza to 12 JOW-ów: 3 miejskie (w tym 2 dla Szczecina) i 9 „ziemskich”.

     Etykieta pn. „Wykaz polskich JOW” zawiera listę okręgów JOW, uporządkowaną wg powiatów zgodnie z zał.1 do Ustawy Kodeks wyborczy.

Wynika z tego, że:

316 mandatów pochodzić będzie z 314 powiatów „ziemskich” oraz

144 mandatów z 66 miast na prawach powiatów.

Zatem droga do zrealizowania wspólnotowego celu o treści „Poseł z każdego powiatu” jest otwarta.

Jedynymi hamulcowymi ordynacji większościowej są partyjne oligarchie utuczone na pieniądzach publicznych. Nadmienić trzeba, że w dużo bogatszej Wlk. Brytanii nie ma finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

     Quo vadis, polskie JOWy?

Pierwszą i fundamentalną sprawą na drodze do normalnej demokracji w III RP jest posiadanie przez obywatela pełni praw wyborczych do Sejmu. Nie mając biernego prawa wyborczego do organu ustawodawczego obywatel nie jest pełnoprawnym podmiotem w swoim kraju. Z tego powodu wszelkie rozważania obywateli o naprawie państwa są z góry skazane na niepowodzenie. Sytuacja jest podobna do tej z czasów PRL, na odcinku praw obywatelskich.

Co nie oznacza, abyśmy ich zaniechali. Bowiem nie znamy dnia ani godziny kiedy nastaną sprzyjające warunki do realizacji dobra wspólnego, którego bardzo ważnym elementem składowym jest akceptowany przez ogół obywateli sposób wybierania swoich przedstawicieli do gremium zarządzającego wspólnotą.

Oznacza to baczne przyglądanie się tym państwom, gdzie funkcjonuje mechanizm wyborczy, który jest pomocny i życzliwy obywatelom.

A jest nim, dla państwa jednonarodowego,  ordynacja większościowa, JOW. W Europie mają ją: Wlk. Brytania (w czystej postaci), Francja (wadliwe 2 tury), Węgry (53 % Parlamentu wybierana jest w JOW) czy Białoruś.

Zaszufladkowano do kategorii O JOW | Otagowano

Posłanka z kartoflami – Studium przypadku „Wadliwy mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP”

Posłanka z kartoflami – Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Jan Kowalak, 4 czerwca 2025 https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com

Także: https://jow.pl/poslanka-z-kartoflami/


Studium przypadku „Wadliwy mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP”

29 maja br. jedna z posłanek – dalej KG – zdobyła się na wyczyn głośnej, medialnej, prywatnej dostawy kartofli do domu pomocy społecznej.
Ten przypadek daje nam okazję, aby przyjrzeć się posłowi, jako osobie publicznej, z punktu widzenia tych, którzy go wybrali.

1. Skądinąd wiemy, że posłowie mają ustawowy obowiązek „informować wyborców o swojej pracy i działalności organu, do którego zostali wybrani”.

Czy prywatny czyn charytatywny konkretnego posła – w formie autopromocji w postaci dostawy toreb z warzywami – do takiej pracy należy?
Chyba raczej nie.

W wyborach 15.10.2023 roku posłanka KG uzyskała 85 283 głosów na 730 744 głosów ważnych w okręgu nr 20, czyli 11,67% głosów oddanych na swoją kandydaturę.

Jest to dobry, bo drugi, wynik w tym okręgu 12-mandatowym, gdzie rozrzut poparcia dla osób, które zostały posłami, wyniósł od 17,46% do 1,31%. Zatem rekomendacja własnej osoby przy pomocy „kartofli” jest niezrozumiała.

Dla porównania, niedawno, bo w czwartek 1 maja br. w wyborach uzupełniających do Izby Gmin w Wielkiej Brytanii, w okręgu jednomandatowym Runcorn i Helsby, przy frekwencji 32 655 i 15 kandydatach, dwie główne rywalki otrzymały odpowiednio: 12 645 (38,72%) i 12 639 (38,70 %) głosów (różnica 6 głosów wymusiła ponowne ich przeliczenie, dające pewność co do wyniku).

Wniosek: w polskim okręgu nr 20 owe 12 mandatów uzyskali kandydaci ze średnim poparciem 5,16% głosów oddanych na kandydata.

Dla porównania: w angielskim ww. okręgu R. & H. mandat posłanki uzyskała osoba z poparciem 38,72%. Nadto ustępujący „karnie” w tym okręgu poseł Mike Amesbury miał w generalnych wyborach 4 lipca 2024 roku 52,9% poparcia.

Różnica poparcia dla kandydatów, którzy uzyskali mandat – między systemem polskim, a angielskim – jest kolosalna.

Problem nie leży w jakości wyborców głosujących w Polsce, czy w Anglii, ale w słabej jakości polskiego systemu wyborczego, którego celem nie jest odpowiedzialność posła przed wyborcami poprzez solidny mandat przedstawicielski.

2. Czy wyborcy okręgu wyborczego nr 20, z którego posłanka KG została wybrana, mają jakiś wpływ na to, aby ich poseł nie mylił zadań służbowych z prywatnymi?

Odpowiedź jest jasna: Wyborcy polscy nie mają żadnego wpływu.

Prawo kandydowania do Sejmu mają tylko i wyłącznie osoby ujęte w zbiorczych listach kandydatów zgłaszanych przez niekonstytucyjne epizodyczne byty prawne zwane Komitetami wyborczymi.

Żaden obywatel polski nie ma biernego prawa wyborczego do Sejmu, podobnie jak to było za czasów PRL i tym właśnie polska scena polityczna różni się od angielskiej.

W demokracji angielskiej każdy uprawniony wyborca może być kandydatem do Izby Gmin, czy jako kandydat nominowany przez partię, czy jako independent. Musi tylko spełnić 2 warunki: zebrać 10 podpisów oraz wpłacić depozyt &500, który jest mu zwracany, gdy uzyska 5% głosów.

3. Przypadkowo, przy zaistniałym incydencie z kartoflami dowiedzieliśmy się o funkcjonującym w strukturach państwa procederze pewnej odmiany partyjnego nepotyzmu. Partyjnego, bowiem podmiotem systemu wyborczego w Polsce są tylko i wyłącznie partie (dokładnie: Komitety) i wyborcom nic do tego.

No bo jak to tak: posłanka HG i jej mąż są posłami? Przecież to jest patologia mająca źródło w zgniłej etyce partyjnej, która pozwala na takie rozwiązanie.

W angielskim systemie wyborczym zwanym JOW (vide: okręg Runcorn i Helsby) zaistnienie podobnego nepotyzmu dwóch osób (mąż i żona) na poziomie wyborów w okręgu jest zwyczajnie niewyobrażalne: gmin może jest i czasami gł*pi, ale kontrkandydaci w okręgu, gdzie jest bezwzględna walka o jeden przecież mandat, już takimi nie są.

Dlatego np. Partia Konserwatywna w swoim statucie ma rozdział pt. „ETHICS, CONDUCT AND STANDARDS” (vide: Constitution of the Conservative Party. Part XII), który toruje drogę do prawidłowych zachowań swoich członków.

Moralność, dobra czy zła, członków każdej partii, czy w Wielkiej Brytanii, czy w Polsce, jest prawdopodobnie zbliżona, natomiast dobre normy etyczne obowiązujące członków na Wyspach są już ujęte na poziomie partyjnego Statutu, aby nie było czynów szkodzących dobremu imieniu partii. Takim na przykład czynem jest nepotyzm partyjny a la polacca upychający żonę i męża na partyjne listy kandydackie w wyborach.

4. Często, tak i w tym przypadku posłanki KG, blogerzy (czytaj wyborcy) ujawniają różne nadużycia polskich posłów, a dotyczące świadczeń materialnych.

Jak sobie z tym problemem radzą Anglicy, którzy mają odmienny od polskiego system wybierania swoich posłów?

Przykładem jest zaimplementowanie do mechanizmu wyborczego instytucji „wyboru uzupełniającego”, w trakcie kadencji Izby Gmin.

Taki przypadek zdarzył się właśnie w okręgu Runcorn i Helsby, gdzie wybory uzupełniające zostały zwołane po rezygnacji deputowanego Partii Pracy Mike’a Amesbury’ego, który uprzedził petycję odwołania go z Izby z powodu skazania go za napaść.

Wniosek: w polskim systemie wyborczym odwołanie posła, przez tych wyborców, którzy go wybrali, w trakcie kadencji, jest niemożliwe chociażby dlatego, że wielomandatowość na to nie pozwala.

5. Zagrania z kartoflami – a podobnych akcji medialnych w Polsce jest sporo – nie każdemu polskiemu wyborcy okręgu nr 20 może się podobać. Wszak Sejm to nie targowisko z warzywami itp. i wygłupy a la gimbaza nie powinny istnieć.

Wobec takich zdarzeń wyborca jest bezradny: sam nie ma prawa kandydować do Sejmu, a to jest warunek sine qua non istnienia demokracji w ogóle.

Dla przeciwwagi spójrzmy na ww. wybory uzupełniające w okręgu R.& H. od strony kandydata: na 15 kandydatów tylko 4 osoby uzyskały poparcie ponad 5% głosów, zatem tylko im zwrócono depozyt &500.

Ciekawe i praktyczne jest to angielskie rozwiązanie.

Angielskim wyborcom żadne prywatne zagrania kandydatów nie są potrzebne. Okręg wyborczy jest ok. 16 razy mniejszy niż w Polsce (650 okręgów : 41 okręgów) to i znajomość kandydatów jest tyleż razy większa niż przy wielu listach kandydatów jak jest w Polsce.

Wtedy autentycznie może odbywać się selekcja pozytyw kandydatów do Izby Gmin.

6. Paradoksalnie tak w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii daje się zauważyć gołym okiem dwie dominujące siły rywalizujące ze sobą o pierwszeństwo w rządzeniu krajem.

Podobieństwo jest jednak pozorne.

W Polsce są to rzeczywiste bloki cementowane ideą porządzenia sobie krajem. Nazwijmy je umownie ONI. Cała większościowa reszta, bezpodmiotowa, to MY. Sytuacja znana z PRL.

A contrario: W Wielkiej Brytanii mamy rywalizację dwóch głównych partii z jasnymi programami partyjnymi ukierunkowanymi na potrzeby obywateli, dlatego są to programy nieróżniące się za bardzo. Do sytuacji wyjątkowej należy dobranie sobie koalicjanta przez zwycięską partię tak, aby była większa skuteczność w parlamencie w realizacji programu.

Mówiąc w skrócie: angielscy wyborcy od zwycięskiej partii w wyborach oczekują realizacji jej programu deklarowanego przed wyborami; wiedzą zatem co ich czeka przez najbliższe 5 lat.

Warunki rywalizacji w obu państwach są również odmienne chociażby dlatego, że w Wielkiej Brytanii mamy demokrację jakby wzorcową: wszyscy uprawnieni wyborcy mają pełnię praw wyborczych (prawo czynne oraz bierne) do Izby Gmin. Partie funkcjonują na zasadzie służebnej wobec obywateli, bez specjalnych przywilejów, jak chociażby dofinansowywania ich działalności przez państwo.

Nie trzeba dużej spostrzegawczości by zauważyć, że to mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP jest wadliwy. Wadliwy oczywiście z punktu widzenia NAS obywateli, bo ONI „i tak zawsze sami się wyżywią”, cytując klasyka.

4 czerwca 2025

Źródło: https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com/

Przeciwko partyjniactwu i w obronie monarchii

Przeciwko partyjniactwu i w obronie monarchii

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/przeciwko-partyjniactwu-i-w-obronie-monarchii/

Grę w demokrację parlamentarną wygrywają ci, którzy zabiegają najskuteczniej o dobro własnej partii. Dobro Ojczyzny jest dla demokratycznej gry irrelewantne. Tego systemu nie da się naprawić, dlatego należy docelowo zamienić go na monarchię. Dobrze pokazał to przebieg wyborów prezydenckich.

Wielu czytelników PCh24.pl było głęboko zniesmaczonych zachowaniem Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, którzy nie poparli Karola Nawrockiego tak szybko i dobitnie, jakby można było tego oczekiwać. Zwrócę uwagę na strukturalne ograniczenia, którym poddani byli panowie Mentzen i Braun. Ograniczenia te sprawiają, że wymaganie od nich natychmiastowego i pełnego poparcia kandydata wspieranego przez PiS było wprawdzie moralnie uzasadnione, ale w systemie demokracji parlamentarnej – po prostu skrajnie nierealistyczne.

W demokracji parlamentarnej najważniejszą rolę odgrywają partie. Szefowie partii, nawet jeżeli są ludźmi przekonanymi o konieczności służby Bogu i Ojczyźnie, muszą brać pod uwagę dobrostan samej partii, bo to jedyne narzędzie, którym w tym systemie mogą zrealizować właściwy cel polityki, czyli troskę o wspólnotę.

Innymi słowy, dbanie o dobrostan partii urasta do rangi jednego z głównych celów strategicznych każdego lidera partyjnego.

Byłoby sytuacją idealną, gdyby dobro Ojczyzny było tożsame z dobrem partii. Tak jednak nie zawsze jest. Są sytuacje, w których dobro Ojczyzny wymaga czegoś innego, niż dobrostan partii.

Wydaje się, że właśnie z taką sytuacją mieliśmy w Polsce do czynienia pomiędzy I a II turą wyborów.

W II turze wybór był przecież prosty. Z jednej strony stał Rafał Trzaskowski, kandydat Koalicji Obywatelskiej – formacji otwarcie wrogiej wobec Kościoła i katolicyzmu, człowiek opowiadający się za aborcją i wszelkimi innymi formami zła, które promuje dziś liberalna rewolucja. Z drugiej stał Karol Nawrocki – kandydat bezpartyjny, choć popierany przez PiS, formację wprawdzie o wielu poważnych grzechach, ale bardziej otwartą na polską tradycję; sam kandydat prezentował się jako wierzący katolik, przeciwny aborcji, in vitro czy ideologii LGBT.

W związku z tym każdy odpowiedzialny Polak, który uczestniczy w wyborach, wiedział, co należy zrobić: zagłosować na Karola Nawrockiego, albo w przekonaniu o jego uczciwości, albo przynajmniej z niezgody na prezydenturę Trzaskowskiego.

Skoro do poparcia Karola Nawrockiego wezwany był każdy głosujący Polak, to można powiedzieć, że w jeszcze większym stopniu wezwani do tego byli politycy, a szczególnie liderzy partii.

Innymi słowy, należałoby oczekiwać, że kandydaci, którzy odpadli w I turze, w trosce o dobro Kościoła i Ojczyzny w sposób jednoznaczny i dobitny wyrażą poparcie dla Karola Nawrockiego, starając się w ten sposób zmaksymalizować jego szanse na zwycięstwo i zachować kraj przed katastrofą, która wynikałaby ze zwycięstwa jego przeciwnika.

Jak jednak to zrobić, kiedy liderzy partyjni stoją na czele ugrupowań, które mają na sztandarach wypisane przełamanie „duopolu” PiS i PO, a to oznacza, że dobrostan ich partii jest zależny od utrzymania wiarygodności tego sztandarowego hasła?

W praktyce zarówno Sławomir Mentzen jak i Grzegorz Braun rzeczywiście poparli Karola Nawrockiego, choć bynajmniej nie w sposób, który byłby sposobem pożądanym z perspektywy wyłącznego dobra Ojczyzny.

Sławomir Mentzen przeprowadził rozmowy z oboma kandydatami. Karola Nawrockiego potraktował łagodniej niż Rafała Trzaskowskiego. W sensie technicznym dał jednak obu szansę przemówić do swojego elektoratu, obiektywnie złemu Trzaskowskiemu w mniej więcej tym samym stopniu, co obiektywnie lepszemu Nawrockiemu. Później udał się z Trzaskowskim na piwo. Sam Sławomir Mentzen podkreślał, że zrobił to z przyczyn grzecznościowych, a opinia publiczna odebrała to niesłusznie jako przejaw fraternizacji z kandydatem KO. Nie możemy w sposób pewny poznać niczyich intencji, więc zostaje nam ocenia faktów; piwa z Trzaskowskim w tej perspektywie nie można uznać na pewno za działanie przeciwko Trzaskowskiemu, co – zgodnie z przyjętym paradygmatem konieczności zwalczenia jego prezydentury – należałoby ocenić negatywnie.

Sławomir Mentzen komentując to wydarzenie powiedział, że w sumie jest z niego zadowolony, bo pokazał, że jego ugrupowanie jest niezależne. Z wydarzenia, które obiektywnie nie działało na korzyść Ojczyzny, wyciągnął wniosek o korzystnym oddziaływaniu na partię. Do tego jeszcze wrócę. Ostatecznie nagrał film, w którym w sposób pośredni poparł Karola Nawrockiego, sugerując wyborcom, że należałoby docenić fakt podpisania „Deklaracji Toruńskiej”, dodając jednocześnie, że nie widzi powodów do głosowania na Rafała Trzaskowskiego. Wszystko to zajęło wiele czasu i choć sugerowało wsparcie Sławomira Mentzena dla Karola Nawrockiego, to bynajmniej nie kategorycznie jednoznaczne.

Z kolei Grzegorz Braun długo nie chciał udzielić Karolowi Nawrockiemu poparcia. Zadał mu szereg pytań, na które Nawrocki odpowiedział, ale Konfederacja Korony Polskiej oceniła te odpowiedzi dość sceptycznie. Fakt braku odpowiedzi Trzaskowskiego oraz treść odpowiedzi Nawrockiego opisano hasłem: „Boże, miej w opiece Polskę całą!” co wskazywało na wyraźny dystans względem obu kandydatów. Na krótko przed zapadnięciem ciszy wyborczej Grzegorz Braun przeprowadził w mediach społecznościowych ostrą kampanię uderzająca w Karola Nawrockiego ze względu na fotografię, jaką w mediach społecznościowych opublikował wątpliwej conduity amerykański rabin Boatech Shmuley, a która to prezentowała jego osobę obok samego Nawrockiego.

Dopiero następnego dnia Grzegorz Braun zadeklarował poparcie dla Karola Nawrockiego, inaczej niż Sławomir Mentzen w formie jednoznacznej i kategorycznej.

W sumie zatem ani Sławomir Mentzen, ani Grzegorz Braun, nie przekazali Karolowi Nawrockiemu poparcia szybko i wprost, starając się w ten sposób zmaksymalizować szansę na jego zwycięstwo. Przyjęli inną taktykę. Dlaczego?

Sądzę, że ich decyzje były motywowane samą logiką systemu partyjnego demokracji parlamentarnej, w którym to systemie są zmuszeni do nieustannego ważenia dwóch dóbr – dobra Ojczyzny oraz dobra własnej partii.

Można byłoby powiedzieć, że jest to moralnie naganne, bo dobro Ojczyzny jest zawsze większym dobrem, niż dobro partii. Z tej perspektywy Sławomir Mentzen powinien był poprzeć Karola Nawrockiego od razu, nie bacząc na to, czy Nowa Nadzieja zostanie w efekcie uznana za partię propisowską. Z kolei Grzegorz Braun powinien powstrzymać się od krytyki Nawrockiego i udzielić mu natychmiastowego poparcia, a nie zwlekać, nawet jeżeli – wnioskuję na podstawie wydarzeń – mógł w ten sposób negocjować otrzymanie z kręgów PiS posła, co pozwoliło mu utworzyć w Sejmie koło poselskie.

Problem polega na tym, że demokracja parlamentarna nie toleruje tego rodzaju zachowań. W ramach logiki demokracji parlamentarnej, Sławomir Mentzen powinien unikać jednoznacznego poparcia któregokolwiek z kandydatów, żeby dbać o wizerunek swojego ugrupowania jako „nowej siły” przełamującej „duopol”. Grzegorz Braun powinien robić to samo, a jeżeli miał przy tym okazję do uzyskania konkretnych benefitów od PiS dla swojej partii, powinien to zrobić.

Jeżeli Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun chcą odnosić sukcesy w ramach demokracji parlamentarnej, to nie mogą łamać rządzących nią wewnętrznych zasad, bo zostaną ukarani przez system. To tak, jakby grając w szachy mieć okazję zbić hetmana przeciwnika, ale tego nie zrobić, na przykład dla dobra, jakim jest zadowolenie przeciwnika. Logika gry w szachy wymaga czegoś innego; kto ją narusza, przegrywa.

Dlatego Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun zrobili jedyne, co mogli zrobić, chcąc z jednej strony zadbać o dobro Ojczyzny, a z drugiej o dobro własnej partii, w tym drugim przypadku przyjmując reguły gry demokracji parlamentarnej.

Można zastanawiać się nad konkretnymi narzędziami, które wybrali do realizacji tych celów. Opinie będą na ten temat różne. Jedni powiedzą, że Sławomir Mentzen mógł wyraźniej poprzeć Nawrockiego, albo zadawać Trzaskowskiemu jeszcze trudniejsze pytania. Inni uznają, że Grzegorz Braun nie powinien był atakować Nawrockiego za zdjęcia ze Shmuleyem, tylko powstrzymać się od komentarzy i szybciej ogłosić swoje poparcie.

Zostawiam te rozważania, bo to kwestie szczegółowe. To, co kluczowe, to fakt, że nie da się abstrahować od samego faktu konieczności nieustannego ważenia dwóch dóbr: dobra Ojczyzny i dobra własnej partii. Ci, którzy chcieliby w każdej sytuacji w sposób bezwzględny i bezwarunkowy wybierać dobro Ojczyzny, nie oglądając się w ogóle na dobro własnej partii, mogliby szybko „wypaść z gry” ze względu na kary, jakie nakładałby na nich wewnętrzna logika systemu demokracji parlamentarnej. Stąd płynie wniosek, że w systemie partyjnym nie da się działać jako polityk mając cały czas na względzie wyłącznie dobro Ojczyzny.

Pytanie, przed jakimi staje polityk demokratyczny, brzmi: jak często muszę poświęcać albo narażać dobro Ojczyzny dla interesu mojej partii?

Stawiam zatem pytanie:

Czy da się z sukcesem grać w demokratyczną grę, zachowując się w każdej sytuacji w sposób moralnie godziwy?

Teoretycznie – tak, ale tylko pod warunkiem, że dobrostan partii jest zawsze tożsamy z dobrostanem Ojczyzny. W praktyce takie sytuacje nie występują. Dlatego trudno jest skazać polityków, którzy byliby gotowi do regularnego poświęcania interesu własnej partii dla dobra Ojczyzny, a zarazem odnosiliby sukcesy. Można zaryzykować tezę, że takich polityków po prostu nie ma, bo… system nie toleruje ich istnienia.

Ostatecznie w przestrzeni czystej mechaniki systemowej, grę w partyjną demokrację parlamentarną wygrywa ten, kto maksymalizuje potęgę własnej partii. Interes Ojczyzny nie jest w tej grze w ogóle istotny! Ba, jeszcze gorzej: interes Ojczyzny w tej grze często po prostu przeszkadza.

Można zatem zaryzykować tezę, że grę w partyjną demokrację parlamentarną najczęściej wygrywają ci, którzy w ogóle nie przejmują się interesem Ojczyzny. Co najwyżej udają to zainteresowanie, żeby pozyskać głosy elektoratu kierującego się patriotyczną emocją.

Czytelnik wybaczy mi bardziej osobistą refleksję, ale powiedziałbym, że jednym z przykładów na pozycję wiecznego przegranego był przez długie lata Janusz Korwin-Mikke. Głosił poglądy, które – jak sądzę – uważał za dobre dla Ojczyzny, nie bacząc na to, jakie wywoła to skutki dla jego partii. Dlatego nie był nigdy w stanie wygrać, o czym sam oczywiście doskonale wiedział.

Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun, jak się zdaje, chcieliby wygrywać. Ostatecznie, sama chęć jest w pełni słuszna i godziwa moralnie: tylko zwycięstwo daje szansę na przejęcie władzy, to znaczy realizację właściwego celu polityki, troski o dobro wspólne. Jeżeli są przekonani, że to właśnie oni zatroszczyliby się o to dobro najlepiej, powinni nie tylko grać, ale również wygrywać.

Powtórzę jednak pytanie: Czy da się z sukcesem grać w demokratyczną grę, zachowując się w każdej sytuacji w sposób moralnie godziwy?

Sądzę, że partyjna demokracja parlamentarna jest system wewnętrznie zepsutym i po prostu złym. Dlatego powinna zostać zamieniona na inny system, który pozwalałby zachować maksymalnie największą zbieżność dobra podmiotu rządzącego z dobrem Ojczyzny. Historycznie można wykazać, że za taki system mogłaby być uważana monarchia, zwłaszcza monarchia dziedziczna. W sytuacji, w której król ma całkowitą pewność kontrolowania władzy aż do końca życia, a później przekazania jej osobie, która będzie tę władzę sprawować dalej, nie zachodzi konieczność zabiegania o głosy ludu, która to konieczność w demokracji parlamentarnej, jako ściśle związana z dobrostanem partii, jest właściwym źródłem nakłaniania polityków do ignorowania dobra Ojczyzny.

Nie twierdzę, że monarchia dziedziczna nie ma żadnych wad. Jesteśmy ludźmi, a ludzie nie są idealni. Sądzę jednak, że w sposób skuteczny eliminuje wadę, o której w tym tekście mowa, pozwalając władcy na znacznie szersze uwzględnienie dobra Ojczyzny w prowadzonej polityce.

Na osłodę tym, którzy twierdzą, że ustanowienie monarchii jest nierealistyczne, stwierdzę, że – w mojej ocenie – bliższe monarchicznemu ideałowi byłoby zbudowanie w Polsce silnego systemu prezydenckiego, w którym prezydent sprawowałby władzę wyłącznie przez jedną kadencję, dłuższą niż pięć lat. Musiałby wtedy grać w demokratyczną grę tylko jeden raz, a po zwycięstwie mógłby w większej mierze ignorować reguły gry demokratycznej, godząc się nawet z narażeniem dobrostanu partii, która by go wspierała, jeżeliby taka była. Zaznaczam: „bliższe ideałowi” nie oznacza, że naprawdę bliskie. Bliższe oznacza to, co oznacza, względem niewątpliwego większego oddalenia demokracji parlamentarnej od monarchicznego ideału.

W sumie lepiej jest katolikowi być monarchistą niż demokratą. Ci katolicy, którzy wchodzą do demokratycznej polityki parlamentarnej, nieuchronnie biorą pod uwagę ryzyko działania – co najmniej okazjonalnie – z narażeniem dobra Ojczyzny, a to celem zapewnienia dobrostanu własnej partii. Nieposzlakowanej godziwości działania politycznego partyjna demokracja parlamentarna po prostu nie toleruje – inaczej niż monarchia.

Paweł Chmielewski

Słowacja: Premier Fico odbudował większość parlamentarną. Absurd ordynacji „proporcjonalnej”.

20 marca 2025

Słowacja: Premier Fico odbudował większość parlamentarną

slowacja-premier-fico-odbudowal-wiekszosc-parlamentarna

(fot. Robert Fico / Facebook.com)

Premier Słowacji Robert Fico odbudował większość parlamentarną, zyskując z powrotem kilku tzw. posłów rebeliantów.

W styczniu Fico stracił większość w parlamencie po fali protestów przeciwko jego polityce, które przelały się przez Słowację. Polityk był uważany przez swoich przeciwników za prorosyjskiego. Fico sprzeciwiał się pomocy militarnej Ukrainie – która jego zdaniem tylko przedłużała wojnę z Rosją – oraz był w sporze z Wołodymyrem Zełenskim w sprawie wstrzymania dostaw rosyjskiego gazu na Słowację przez Ukrainę. Jednak największym echem odbiła się jego wizyta na Kremlu w grudniu ub.r., której szczegółów Fico nie chciał ujawnić.

Sam Fico odpierał zarzuty twierdząc, że próbuje tylko znaleźć balans w obecnej sytuacji politycznej w Europie, a jego polityka trzyma Słowację głęboko zakotwiczoną w NATO i Unii Europejskiej.

Napięcia wewnątrz koalicji rządzącej w styczniu kosztowały premiera utratę czterech głosów, co oznaczało, że miał ich jedynie 75 w 150-osobowym parlamencie, a to za mało by samodzielnie przegłosowywać ustawy. W lutym udało mu się jednak odzyskać jednego z tzw. posłów rebeliantów, co dało mu większość 76 głosów.

Obecnie kontrolowana przez niego koalicja trzech partii ma 79 mandatów. Jednak wciąż nie jest to większość konstytucyjna, która mogłaby mu pozwolić na wpisanie do konstytucji, że „istnieją tylko dwie płcie” – czego chęć uczynienia wyraził w lutym br.

Źródło: Reuters, tvn24.pl AF

Apel otwarty Ruchu JOW do Prezydenta RP i kandydatów na Urząd Prezydenta

Apel otwarty do Prezydenta RP i kandydatów na Urząd Prezydenta

7 lutego 2025 http://jow.pl/apel-otwarty-do-prezydenta-rp-i-kandydatow-na-urzad-prezydenta/

Apel otwarty do Prezydenta RP i kandydatów na Urząd Prezydenta

APEL OTWARTY
do Prezydenta RP Andrzeja Dudy

oraz kandydatów na prezydenta RP –
Magdaleny Biejat,
Grzegorza Brauna,
Szymona Hołowni,
Marka Jakubiaka,
Wiesława Lewickiego,
Macieja Maciaka,
Sławomira Mentzena,
Karola Nawrockiego,
Rafała Trzaskowskiego,
Marka Wocha,
Adriana Zandberga

o podjęcie kwestii zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia ordynacji większościowej
opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych.

My, niżej podpisani uczestnicy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, zwracamy się z apelem otwartym do Prezydenta RP i kandydatów na prezydenta RP, o rozpoczęcie działań politycznych na rzecz wprowadzenia ordynacji wyborczej do Sejmu RP opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych JOW.

Obecny głęboki kryzys polityczny polskiego państwa, z łamaniem Konstytucji RP oraz poszczególnych ustaw przez władzę wykonawczą za akceptacją władzy ustawodawczej, a przy narastającym chaosie władzy sądowniczej, drastycznie odsłonił fundamentalną wadę ustrojową polskiego państwa. Jest nią proporcjonalna, oparta na listach partyjnych, ordynacja wyborcza do Sejmu. Jej ostatecznym efektem jest trwająca już ponad 30 lat negatywna selekcja polskich polityków i ich narastające poczucie wyższości, buty i bezkarności.

Proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu odbiera obywatelom ich bierne prawo wyborcze, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Mogą kandydować jedynie z partyjnych list wyborczych za zgodą i po akceptacji kierownictw poszczególnych partii. Ta ordynacja czyni równocześnie fikcję z czynnego prawa wyborczego, gdyż obywatele mogą głosować jedynie na kandydatów już wybranych przez partyjne oligarchie na ich listy wyborcze. W konsekwencji wybory stały się quasi demokratyczną fasadą ustroju oligarchii partyjnych, a formalny ustrój demokracji politycznej jest w rzeczywistości ustrojem partyjnej oligarchii.

Najgroźniejszym skutkiem proporcjonalnej ordynacji do Sejmu jest brak bezpośredniej zależności posłów, a w konsekwencji polityków, od wyborców, czyli ogółu społeczeństwa. Posłowie, a co za tym idzie polscy politycy, są bowiem bezpośrednio zależni od kierownictw swych partii, gdyż to one decydują o ich możliwości kandydowania. Acz również określają ich szanse wyborcze, decydując o kolejności na liście. Wybierani w ten sposób politycy nie są i nie czują się bezpośrednio zależni od wyborców, co tworzy ich poczucie wyższości w stosunku do społeczeństwa, a w rezultacie buty i bezkarności, z efektami w postaci korupcji i niekompetencji, aż po autorytarne, a nawet totalitarne skłonności.

To bowiem nie indywidualne i grupowe cechy aktualnie rządzącej koalicji partyjnej są przyczyną bezprawnych jej działań. One je co najwyżej wzmacniają i rozszerzają. Przyczyna jest ustrojowa. A dowodem na to było łamanie Konstytucji i poszczególnych ustaw przez poprzedni rząd, i to z poparciem ówczesnej opozycji, w trakcie tzw. pandemii Covid-19. Złamano Konstytucję wprowadzając na masową skalę okresowe zakazy działalności gospodarczej, powszechne zakazy zgromadzeń czy wręcz nieprzewidziane w prawie karnym swoiste areszty domowe na podstawie decyzji urzędników powiatowych, aż po totalitarne praktyki przymusu zaszczepień w MON eksperymentalnymi preparatami. I stało za tym również poczucie wyższości, buty i bezkarności ówcześnie rządzących oraz ta sama przyczyna – brak bezpośredniej zależności od wyborców i społeczeństwa, przez proporcjonalną ordynację wyborczą do Sejmu. Nigdy wszak nie zbadano przyczyn prawie 200 tys. nadmiarowych zgonów w Polsce w latach 2020-22, ponad 6 tys. na milion mieszkańców (0,6% ludności kraju), co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie.

Założony w 1993 roku we Wrocławiu przez śp. prof. Jerzego Przystawę Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, zdiagnozował patologiczną rolę proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu i wysunął postulat naprawy III RP w postaci zmiany ordynacji i wprowadzenia ordynacji większościowej, opartej na regule jednomandatowych okręgów wyborczych. Mimo bezwzględnej medialnej i politycznej oraz naukowej cenzury, postulat wprowadzenia JOW stał się po ponad 30 latach działalności Ruchu postulatem znaczącej części społeczeństwa polskiego. W ogólnopolskim sondażu dla portalu w Polityce.pl z lipca 2022 roku, w odpowiedzi na pytanie jaka ordynacja wyborcza w wyborach parlamentarnych powinna obowiązywać w Polsce, aż 33 proc. respondentów wskazało na ordynację większościową JOW, 16 proc. na ordynację proporcjonalną, 11 proc. na ordynację mieszaną, a 40 proc. nie miało zdania.

Wprowadzenie ordynacji JOW jest wszakże niemożliwe drogą parlamentarną, gdyż jej przeciwnikiem są wszystkie parlamentarne partie polityczne oraz panujący establishment polityczny, medialny i naukowy. Usunięcie zaś tych partii z parlamentu jest praktycznie niemożliwe właśnie przez ordynację proporcjonalną, wzmocnioną ich dotowaniem z budżetu państwa. Jedyną drogą demokratyczną jest odwołanie się do bezpośredniej woli społeczeństwa i wprowadzenie zmiany ordynacji poprzez ogólnokrajowe referendum, dzięki odpowiedzi „Tak” na pytanie:

Czy jest Pani/Pan za zmianą ordynacji wyborczej do Sejmu i wyborem 460 posłów w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych o porównywalnej wielkości, z jedną turą głosowania, równą dla wszystkich uprawnionych obywateli swobodą kandydowania, z równym limitem wydatków na kampanię wyborczą i publicznym liczeniem głosów w okręgowych komisjach wyborczych?

Wymaga to politycznej mobilizacji polskiego społeczeństwa. A tę mobilizację ktoś zawsze musi zacząć.

Panie Prezydencie RP!

Zwracamy się do Pana z apelem o ogłoszenie ogólnokrajowego referendum w kwestii wprowadzenia większościowej ordynacji wyborczej do Sejmu opartej na regule jednomandatowych okręgów wyborczych, z jednoznacznym pytaniem referendalnym i ogłoszenia daty referendum na dzień I tury wyborów prezydenckich. Apelujemy równocześnie o uniemożliwienie lub co najmniej zasadnicze utrudnienie bojkotu tego referendum przez instytucje polskiego państwa, jaki zdarzył się przy referendum w 2015 roku – od Państwowej Komisji Wyborczej, przez media publiczne, a na samorządach terytorialnych kończąc.

Państwo kandydaci na Prezydenta RP!

Zwracamy się do Państwa z apelem o podjęcie w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej kwestii zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia ordynacji większościowej opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych.

Polska, styczeń 2025

Podpisy:
Agnieszka Białek, nauczycielka, przedsiębiorca, uczestniczka Ruchu JOW od 2015
Józef Białek, publicysta, wydawca, uczestnik Ruchu JOW od początku
Piotr Biliński, architekt, uczestnik Ruchu JOW od 2015, organizator konferencji JOW
Wojciech Błasiak, dr n. społecznych, Krajowy Koordynator Ruchu JOW 1996-2006
Krzysztof Bukiel, lekarz, prezes OZZL 1991-2022, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Krzysztof Cena, profesor, uczestnik Ruchu JOW od jego założenia
Mirosław Dakowski, profesor, Krajowy Koordynator Ruchu JOW
Robert Grzeszczyk, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Elżbieta Hibner, dr n. tech., uczestnik Ruchu JOW od 2015, działacz samorządowy i rządowy
Jan Jagielski, były koordynator Ruchu JOW w woj. Świętokrzyskim
Antoni Kamiński, profesor, uczestnik Ruchu JOW od jego założenia
Tomasz J. Kaźmierski, profesor, Rektor PUNO w Londynie, Prezes Stowarzyszenia JOW
Ryszard Kijak, członek Zarządu Krajowego OZZL, uczestnik Ruchu JOW od 25 lat
Wojciech Kocik, uczestnik Ruchu JOW od 2012 roku
Krzysztof Końca, uczestnik Ruchu JOW od 2007
Andrzej Kostka, optymista JOW od początku
Henryk Kula, mgr inż., członek Stowarzyszenia Solidarność Walcząca, uczestnik Ruchu JOW
Bogdan Lewicki, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Aleksander Matwiejszyn, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Tomasz Mianowicz, publicysta i historyk, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Paweł Olewiński, uczestnik Ruchu JOW od 2012 r.
Grzegorz Osowski, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Agnieszka Przystawa, uczestnik Ruchu JOW od 1993 r.
Stanisław Sauć, uczestnik Ruchu JOW od 1993 r.
Dariusz Skarżyński, uczestnik Ruchu na rzecz JOW
Maciej Skwara, uczestnik Ruchu JOW od 2012 r.
Piotr Smoter, Radny Rady Miejskiej w Nysie, uczestnik Ruchu JOW
Jan Staniek, uczestnik ruchu JOW od 2000 r.
Włodzimierz Urbańczak, uczestnik Ruchu JOW od 1998 r.
Piotr Wojtasik, prezes Nyskiego TSK, działacz Ruchu na rzecz JOW, radny Nysy 2014-2018
Marek Wolf, w JOW od początku tj. od marca 1993 r.
Edward Wóltański, woJOWnik antykomunistyczny SW, uczestnik Ruchu JOW od 1994 r.
Antoni Wysocki, uczestnik Ruchu JOW od początku

Zaszufladkowano do kategorii O JOW | Otagowano

„Demokracja walcząca” jako anachroniczna następczyni socjalistycznej poprzedniczki

15 stycznia 2025 https://jow.pl/demokracja-walczaca-jako-anachroniczna-nastepczyni-socjalistycznej-poprzedniczki

Demokracja walcząca jako anachroniczna następczyni socjalistycznej poprzedniczki

Paradoksalnie dzięki Panu Premierowi, Donaldowi Tuskowi, poznaliśmy definicję tej wersji odmiany polskiej demokracji, jaka zapanowała po transformacji 1989 roku. Wbrew pozorom cezurą wcale nie jest 2024, ale 1989 rok.

W PRL mieliśmy demokrację socjalistyczną. Z ówczesnych pozycji ideowych demokracja na Zachodzie zwana była burżuazyjną. A po 1989 roku zapanowała pustka nazewnicza. Dopiero Pan Premier nareszcie odważył się ją zdefiniować jako demokracja walcząca.

Demokracja – wbrew pozorom – musi mieć jakiś swój orzecznik dla oznaczenia swojego podmiotu.

W starożytnych Atenach owym podmiotem byli obywatele z prawem głosu, których było ok. 1/3 ogółu ludności. Była to demokracja ateńska.

W czasach nowożytnych, w takiej np. demokracji angielskiej, dzisiaj, podmiotem są wszyscy obywatele. Ich prawo stanowi, że każdy uprawniony wyborca może zgłosić swoją kandydaturę do Izby Gmin, pod 2 warunkami: zebrać 10 podpisów oraz wpłacić depozyt 500 £, który jest zwracany po uzyskaniu 5% głosów.

Natomiast w polskiej demokracji socjalistycznej uprawnienia „podmiotu” posiadały różne organizacje (vide art.33 ustawy Ordynacja wyborcza PRL)*, mające prawo wyłączności do zgłaszania kandydatów na posłów.

W demokracji post socjalistycznej – nazwanej niedawno walczącą – nadal mamy prawo wyłączności w zgłaszaniu kandydatów na posłów przez komitety wyborcze (vide art.84 Kodeks wyborcy)*.

Nie może być inaczej ponieważ Ojcowie Założyciele III RP skopiowali z poprzedniej formacji ustrojowej dogmat o bezpodmiotowości obywatela na odcinku prawa wyborczego do organu, gdzie ustanawia się prawo. Dowodem na to jest brak biernego prawa wyborczego do Sejmu przez ogół wyborców.

Czy to w ogóle jest „demokracja”?
Nie znamy standardów państwa demokratycznego, które są zapisane w Kodeksie dobrej praktyki w sprawach wyborczych (Opinia nr 190/2002 Rady Europy), bowiem „władza” nie jest zainteresowana, abyśmy je znali. Stąd brak urzędowego tłumaczenia tego dokumentu.

Na szczęście istnieje kraj byłych demoludów, który Konstytucją z 2011 roku wprowadził upodmiotowienie obywatela. Są nimi Węgry i ich demokracja węgierska.

*) http://jow.pl/prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach/
lub
*) https://www.salon24.pl/u/wbs/868625,prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach

Poseł z każdego powiatu ’24

26 października 2024

Poseł z każdego powiatu ’24 poselzkazdegopowiatu.blogspot

Dnia 3 listopada 2012 roku zmarł w wieku 73 lat prof. Jerzy Przystawa. To On zapoczątkował w III RP walkę o przywrócenie obywatelom pełni praw wyborczych do Sejmu. Składa się na nią nie tylko prawo czynne istniejące przecież i w PRL ale i prawo bierne, które nowa „solidarnościowa” władza zapomniała obywatelom zwrócić.

Pan Profesor uporczywie przypominał rządzącym, wespół z wieloma osobami zatroskanymi jak i On o losy demokracji w Polsce, że bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

W swoim działaniu rozpoznał i wyartykułował myśl o następującej treści „Poseł z każdego powiatu”.

Powyższe rozwiązanie, aby jedna osoba wybrana przez obywateli określonego terytorium była posyłana do centralnego gremium zarządzającego krajem to jest nic nowego. Jest nadal stosowane w najstarszej nowożytnej demokracji – czyli Wlk. Brytanii – do dzisiaj, niezwykle skutecznie i z pożytkiem dla dobra wspólnego.

Brytyjska ordynacja wyborcza do Izby Gmin jest – z punktu widzenia obywatela – niezmiernie prosta i zrozumiała:

Kandydat do Izby musi spełnić 2 warunki:

1/ zdobyć 10 podpisów wyborców oraz

2/ wpłacić depozyt &500, który jest zwracany, gdy kandydat uzyska 5% głosów.

W związku z powyższym przeciętny Polak łatwo może wyobrazić sobie zaadoptowanie powyższej brytyjskiej ordynacji do warunków polskich.

Ponadto jej wady i zalety można rozpatrywać w porównaniu z już istniejącą ordynacją proporcjonalną i to mając na względzie tylko i wyłącznie interes wszystkich Polaków.

      Zakładamy, że w III RP są sprzyjające warunki na zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na angielskie JOW.

A mianowicie:

a/ prawodawcy PRL zostawili nam dobry spadek co do ilościowego składu Sejmu. Mamy bowiem 460 posłów, co przy ok. 40 mln mieszkańcach daje ok. 90 tys. mieszkańców na 1 mandat.

Dla porównania: w Wlk. Brytanii jest 650 posłów i ok. 70 mln. mieszkańców, co daje ok. 100 tys. mieszkańców na 1 mandat.

b/ prawodawcy III RP przyjęli strukturę państwa wg. powiatów (vide zał.1 do Kodeksu Wyborczego), gdzie Polska ma:

– 314 powiatów i

– 66 miast na prawach powiatów.

Dla potrzeb wyborów do Sejmu powyższe 380 powiatów zostało rozparcelowanych na 41 okręgów wielomandatowych. Każdemu okręgowi przypisana jest – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – określona liczba mandatów poselskich.

I tak:

okręg nr 1 Legnica, ma 12 mandatów. Okręg liczy 12 powiatów oraz 2 miasta na prawach powiatu: Jelenia Góra i  Legnica. Oznacza to 12 JOW-ów: 2 miejskie i 10 „ziemskich” (występuje konieczność zgrupowania 12 powiatów w 10 JOW).

I tak dalej … aż do

okręgu nr 41 Szczecin, który ma 12 mandatów. Okręg liczy 9 powiatów i 2 miasta na prawach powiatu: Szczecin i Świnoujście. Oznacza to 12 JOW-ów: 3 miejskie (w tym 2 dla Szczecina) i 9 „ziemskich”.

     Etykieta pn. „Wykaz polskich JOW” zawiera listę okręgów JOW, uporządkowaną wg powiatów zgodnie z zał.1 do Ustawy Kodeks wyborczy.

Wynika z tego, że:

316 mandatów pochodzić będzie z 314 powiatów „ziemskich” oraz

144 mandatów z 66 miast na prawach powiatów.

Zatem droga do zrealizowania wspólnotowego celu o treści „Poseł z każdego powiatu” jest otwarta.

Jedynymi hamulcowymi ordynacji większościowej są partyjne oligarchie utuczone na pieniądzach publicznych. Nadmienić trzeba, że w dużo bogatszej Wlk. Brytanii nie ma finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

     Quo vadis, polskie JOWy?

Pierwszą i fundamentalną sprawą na drodze do normalnej demokracji w III RP jest posiadanie przez obywatela pełni praw wyborczych do Sejmu. Nie mając biernego prawa wyborczego do organu ustawodawczego obywatel nie jest pełnoprawnym podmiotem w swoim kraju. Z tego powodu wszelkie rozważania obywateli o naprawie państwa są z góry skazane na niepowodzenie. Sytuacja jest podobna do tej z czasów PRL, na odcinku praw obywatelskich.

Co nie oznacza, abyśmy ich zaniechali. Bowiem nie znamy dnia ani godziny kiedy nastaną sprzyjające warunki do realizacji dobra wspólnego, którego bardzo ważnym elementem składowym jest akceptowany przez ogół obywateli sposób wybierania swoich przedstawicieli do gremium zarządzającego wspólnotą.

Oznacza to baczne przyglądanie się tym państwom, gdzie funkcjonuje mechanizm wyborczy, który jest spolegliwy obywatelom. A jest nim, dla państwa jednonarodowego,  ordynacja większościowa, JOW. W Europie mają ją: Wlk. Brytania (w czystej postaci), Francja (wadliwe 2 tury), Węgry (53 % Parlamentu wybierana jest w JOW) czy Białoruś.

Lewica nienawidzi demokracji. We Francji protestuje z powodu wyborów

Lewica we Francji protestuje z powodu demokratycznych wyborów

zmianynaziemi/lewica-we-francji-protestuje

W pierwszej turze wyborów parlamentarnych we Francji, która odbyła się 30 czerwca 2024 roku, najwięcej głosów zdobyła „prawicowa” partia Zjednoczenie Narodowe (RN), uzyskując 33,15% głosów. Drugi wynik osiągnął blok lewicowy Nowy Front Ludowy (NFP) z 28,14% głosów, a trzeci – centrowa koalicja En Marche Emmanuela Macrona z 21,27%. Te wyniki doprowadziły do gwałtownych protestów lewicowych grup w całym kraju, w tym w Paryżu, gdzie tysiące osób wyszło na ulice, wyrażając swoje niezadowolenie z wyniku wyborów i rosnącej popularności „skrajnej prawicy”.

[M. Dakowski: RN to nie prawica, lecz rodzaj socjalizmu, ale dla dobra Francji. Wszędzie więc dodaje cudzysłowy, bo pokazać fałsz w meRdiach]

Druga tura wyborów odbędzie się 7 lipca 2024 roku i będzie kluczowa dla ostatecznego rozstrzygnięcia, kto zdobędzie większość w Zgromadzeniu Narodowym. W tej turze zmierzą się trzej główni rywale: Zjednoczenie Narodowe, Nowy Front Ludowy oraz koalicja En Marche. Wstępne analizy sugerują, że może dojść do trójstronnych starć w wielu okręgach wyborczych, co dodatkowo komplikuje przewidywanie ostatecznego wyniku.

[To skutek złośliwej ordynacji, gdzie w II turze „wszyscy” – tj. będący pod wspólną komendą „wielkich mistrzów” masońskich – będą głosować wbrew swym poglądom]

W samej stolicy, Paryżu, wybory przyniosły zróżnicowane wyniki. Tradycyjnie liberalne i lewicowe miasto, Paryż w pierwszej turze mocno wsparł kandydatów Nowego Frontu Ludowego i En Marche, choć Zjednoczenie Narodowe również zyskało znaczne poparcie w niektórych dzielnicach. Jednak widać, że na tle całego kraju Paryżanie wybierają lewicę a nie prawicę. Mieszkańcy Marsylii zamieszkałej przez licznych imigrantów, poprali Front Narodowy.

Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury, w wielu miastach Francji wybuchły protesty. W Paryżu na ulice wyszło około 75 tysięcy osób, demonstrując przeciwko wynikom wyborów i wyrażając obawy przed potencjalnym wzrostem wpływów „skrajnej prawicy” [U nich logika szwankuje. Jak może być „skrajne” coś, co ma najwięcej zwolenników?? MD]. Manifestacje były odpowiedzią na wyniki wyborów oraz wcześniejsze wydarzenia polityczne, takie jak wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które również przyniosły znaczące zwycięstwo Zjednoczeniu Narodowemu.

Te wybory mogą znacząco zmienić krajobraz polityczny Francji. Jeśli Zjednoczenie Narodowe zdobędzie większość w parlamencie, może to prowadzić do poważnych zmian w polityce krajowej, w tym w polityce imigracyjnej, europejskiej i społecznej. W obliczu tych zmian, lewica i centrowe partie będą musiały zjednoczyć siły, aby przeciwdziałać rosnącym wpływom „skrajnej prawicy”.

Wyniki pierwszej tury wyborów parlamentarnych we Francji pokazały znaczący wzrost poparcia dla „skrajnej prawicy”, co wywołało protesty i polityczne zamieszanie w kraju. Druga tura wyborów będzie kluczowa dla ostatecznego kształtu francuskiego parlamentu i przyszłości politycznej Francji. Wyniki w Paryżu odzwierciedlają głębokie podziały polityczne i mobilizację przeciwników „skrajnej prawicy”, co może wpłynąć na przyszłe decyzje polityczne w kraju

Francja: Jak zdradziecka ordynacja fałszuje w II turze wyniki realne

Adam Gwiazda @delestoile ordynacja-a-wyniki

KOMENTARZ ZNAD SEKWANY

Szczegółowe wyniki wyborów parlamentarnych we Francji spływają, zatem kilka słów na temat systemu wyborczego i jak to się przekłada na szanse RN.

Francuska ordynacja wyborcza to JOW w dwu turach. Żeby zdobyć mandat należy przekroczyć 50% w pierwszej turze albo wygrać w drugiej turze. Żeby wejść do drugiej tury trzeba zdobyć w pierwszej co najmniej 12,5% głosów uprawnionych do głosowania.

Baaaardzo teoretycznie w drugiej turze kandydatów może być ośmiu (100:12,5), gdyby wydarzył się cud i zagłosowało 100% uprawnionych, każdy oddał głos ważny, a głosy rozłożyły po równo. Ale furda zabawy intelektualne – w realu do drugiej tury przechodzi zwykle dwóch najlepszych, niekiedy trzech, bardzo rzadko czterech. Im większa frekwencja, tym mniej „pojedynków”, a więcej „triangulacji”. Według szacunków Ipsos, opartych na 539 okręgach wyborczych we Francji metropolitarnej, tym razem pierwszej turze wybranych zostanie od 65 do 85 deputowanych. Wiele nazwisk już znamy np. Marine Le Pen została wybrana. Warto pamiętać, że 2022 r. w pierwszej turze weszło tylko trzech kandydatów.

W drugiej turze tym razem odbędzie się potencjalnie od 285 do 315 „triangulacji” i od 150 do 170 pojedynków (to prognozy). RN będzie w drugiej turze w 390 do 430 okręgów, lewica w 370 do 410, większość prezydencka w 290 do 330, a Republikanie w 70 do 90. Przebrnęliście przez cyferki? To jedziemy dalej. Dlaczego jest to ważne. Z powodu strategii „frontu republikańskiego”. Co to za zwierz? Francuski. Kiedy mianowicie w drugiej turze jest pojedynek, to cała klasa polityczna przerzuca głosy na ich kandydata przeciw kandydatowi RN. Robi się pospolite ruszenie od burżuazyjnej prawicy przez centrystów i zielonych po skrajną lewicę. Ludzie, którzy w pierwszej turze obrzucali się błotem robią wspólny front. Kapitalistyczni krwiopijcy głosują na kandydata komunistów, antifa woke na rentiera pod krawatem mieszkającego w pałacu. Najczęściej to działa, a właściwie działało od lat 1980 do niedawna. Republikańska tama sprawiała, że partia z poparciem 25% miała jednego, dwóch, potem ośmiu posłów, a najczęściej wcale.

Teraz, gwoli ścisłości, RN szklany sufit przebija i system JOW obraca się na jego korzyść (tłumaczyłem szczegółowo u @lkwarzecha

). Stąd owe 250 możliwych mandatów, o czym na początku tweeta. Jednak w wypadku „triangulacji” pojawia się problem. Jeśli w drugiej turze jest kandydat RN, systemowej lewicy i systemowej prawicy, to głosy „systemu” się rozbijają. Wystarczy konfiguracja 35/33/32 i wchodzi „faszysta”. Tak właśnie w przeszłości FN odnosił rzadkie sukcesy. Strategia „frontu republikańskiego” zakłada zatem, że kandydat mający gorsze szanse na pobicie „faszysty” powinien się wycofać z kandydowania i wezwać do głosowania na drugiego kandydata systemu. I znowu: komuch na prawicowca, burżuj na lewaka etc. Zabawne. Tylko, że pojawia się problem nieobcy znawcom natury ludzkiej. Często obaj kandydaci systemu uważają, że to oni mają największe szanse na wygranie lokalnego Stalingradu, więc to ten drugi powinien się wycofać. Czasem grają lokalne animozje i ambicje, na które paryskie centrale partyjne nie mają wpływu. Wtedy obaj kandydaci się utrzymują i czasem wygrywa RN z poparciem 35%. Jeszcze inna sprawa: czy wyborcy są posłusznymi baranami, którzy mechanicznie przerzucają głosy na przeciwny obóz? Kiedyś tak, dziś mniej. Dla wielu wyborców centrum czy prawicy bardziej naturalny jest głos na RN, niż na bolszewików Mélenchona albo choć pozostanie w domu. Z kolei wyborcy lewicy nie widzą różnicy między faszystą Macronem a faszystką Le Pen i wcale nie jest pewne czy w wypadku pojedynku oddadzą głos na faceta, który przeprowadził reformę emerytalną etc. Tu miejsce na inny długi wpis: w jaki sposób w ciągu kilku ostatnich lat Marine Le Pen udała się w dużej mierze „dediabolizacja” RN i jak jej miejsce politycznego Szatana zajęła skrajna lewica z jej bolszewizmem, wokizmem, islamizmem, imigracjonizmem etc. Ma w tym „zasługę” i obóz prezydencki, któremu lewica zaszła za skorę i który nie wahał się użyć wpływów polityczno-medialnych, by zaczernić jej wizerunek. Wszystko to gra na korzyć RN. Tym razem. Tym razem 7 lipca możemy być świadkami sporej niespodzianki.

=========================

z PCh:

Socjalista i członek koalicji Frontu Ludowego, Raphaël Glucksmann, patetycznie stwierdził, że „dziś wieczorem stawiamy czoła historii”. „Nie ma wahania: będzie wycofywanie kandydatów i wsparcie dla polityków zdolnych pokonać RN, niezależnie od naszych różnic. Czy po raz pierwszy w naszej historii pozwolimy skrajnej prawicy przebić się przez urnę wyborczą? Musimy się zjednoczyć, musimy mieć demokratyczne głosowanie i zapobiec zatonięciu Francji” – dorzucił Glucksmann.

Także Marine Tondelier z partii Zielonych (EELV) wezwała do „budowy nowego frontu republikańskiego” w II turze. Premier Attal, w podobnym tonie ostrzegał, że „skrajna prawica jest u bram”, ale „nasz cel jest jasny: uniemożliwić RN wybieranie posłów w drugiej turze i ani jeden głos nie powinien pójść na Zjednoczenie Narodowe” – dodał szef rządu.

Co mówią wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego? A co jest TABU?

Co mówią wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego?

Co mówią wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego?

lewicki-co-mowia

Wybory, które niedawno się odbyły we wszystkich krajach Unii, wskazują na zmiany w ocenie kierunku ewolucji jaki usiłowały, w ostatnich latach, nadać UE rządzące elity.
Najbardziej widać to w najważniejszych krajach UE, czyli we Francji I Niemczech. W tym pierwszym kraju okazało się, że kontestująca program budowy europejskiego państwa federalnego partia Mariny Le Pen zdobyła dwa razy więcej głosów (31 proc. do 15 proc.) niż rządząca obecnie formacja liberalna.
Podobnie ma się rzecz w Niemczech, gdzie partia SPD obecnego kanclerza Olafa Scholza także została zdublowana przez będącą w opozycji CDU.

W przypadku Niemiec nawet nie to jest najważniejsze ale fakt, że partia kanclerza została także wyprzedzona przez AfD, którą próbowano całkowicie wykluczyć z życia politycznego Niemiec, otaczając kordonem sanitarnym.
Pewnym dopełnieniem rozpadu mitu zjednoczonych Niemiec jest geograficzna dystrybucja poparcia dla tej partii. Okazuje się, że wyklęta AfD zwyciężyła na obszarze dawnej NRD, zaś CDU na terenie dawnej RFN. Granica wpływów tych partii pokrywa się dokładnie z granicami tych państw niemieckich. Dowodzi to, że wielkie, kosztowne i trwające już grubo ponad 30 lat wysiłki budowy zjednoczonego państwa niemieckiego niewiele dały i faktycznie Niemcy nadal są podzielone według takich granic co i poprzednio.
Tym samym nawet Niemcy dają zły przykład i są też złym prognostykiem dla budowy, forsowanego przez nie, państwa federalnego mającego objąć prawie całą Europę. Z tego nic nie wyjdzie.

Dla Polaków ważniejsze są oczywiście wyniki wyborów w Polsce. Ogłoszone początkowo, na podstawie sondażu  exit polls, zwycięstwo formacji Tuska okazało się minimalne, a jego rozmiar jest mniejszy niż jeden procent i 106 tysięcy głosów, co w skali Polski, gdzie jest 30 milionów uprawnionych do głosowania, oznacza tyle co nic.
Jeśli zaś przypatrzeć się bliżej wynikom wszystkich partii to stwierdzić należy, że Tusk więcej ma powodów do zmartwień niż do zadowolenia. Okazało się, że niewielki wzrost notowań KO, pozwalający minimalnie przeskoczyć PiS, dokonał się wyłącznie na skutek kanibalizowania innych ugrupowań tworzących obecną koalicją rządową, głównie Trzeciej Drogi, których wyborców przejęło KO.
Jednak to zjadanie przez Tuska przystawek ma też silny efekt negatywny, wzmacniający napięcia w układzie koalicyjnym i go, w ten sposób, osłabiający.

Jeszcze bardziej niepokojącym dla Tuska efektem jest znaczny spadek łącznego  poparcia dla partii koalicji. W wyborach 15 października zebrały one wszystkie razem 53,7 proc. głosów. W wyborach samorządowych, do sejmików wojewódzkich, było to już, o czym pisałem, wyraźnie mniej, bo 51,2 proc., zaś w tych wyborach nastąpiła dalsza degradacja ich wyborczego poparcia, które teraz wyniosło 50,3 proc.
Oznacza to, że średnio, w każdym miesiącu, to poparcie zmniejsza się w tempie 0,43 proc. To zaś oznacza, że za rok, kiedy mają odbywać się wybory prezydenckie, to łączne poparcie dla partii, które 13 grudnia powołały rząd, może być na poziomie 45 proc., co będzie skutkować tym, że nie zdołają one osadzić swojego kandydata w pałacu prezydenckim.
Już teraz, jeśli uwzględni się stan poparcia partii z obecnych wyborów do PE i przeliczy jakie to dałoby wyniki w wyborach do Sejmu to otrzymamy, że Tusk ze swoim układem straciłby rządy, gdyż PiS i Konfederacja uzyskałyby razem 242 mandaty. Zaś w przypadku gdyby Trzecia Droga startowała nadal jako koalicja, to nie pokonałaby progu wyborczego i nie weszłaby do Sejmu, i wtedy PiS i Konfederacja miałyby aż 251 mandatów.
W obu przepadkach łączny wynik PiS I Konfederacji oznaczałby, że te ugrupowania mają większość w Sejmie.
Nawet tak mocno kiedyś propagowane rozwiązanie z jedną listą dla wszystkich partii obecnej koalicji nie daje im stabilnej większości, gdyż w takim przypadku, gdyby KO, Trzecia Droga i Lewica startowały z jednej listy, to uzyskałyby tylko 237 mandatów.
Ale to jest tylko efekt przeliczenia zsumowanych wyników, natomiast realnie nigdy nie jest tak, że jak partie startują z jednej listy to wynik tej jednej listy jest sumą wyników partii składowych startujących osobno. Najczęściej jest niższy, o czym boleśnie przekonała się węgierska opozycja próbująca wysadzić Orbana z siodła w roku 2022.
Jakby zatem Tusk nie kombinował to utrzymanie przez niego władzy w następnych latach jest mocno niepewne. Rząd Tuska przypomina tu krowę wyprowadzaną na lód. Nie trzeba nawet nic robić, wystarczy trochę poczekać, a krowa sama się przewróci

Bieżącym problemem będą dla niego stosunki w koalicji, gdyż już teraz każdy widzi, że bezwzględnie zjada on mniejszych koalicjantów. Następnego dnia po wyborach do PE, poseł Suski z PiS, ponownie zaproponował dla PSL-u koalicję ze stanowiskiem premiera dla Kosiniaka-Kamysza. Co ciekawe, ważny polityk PSL-u,  Marek Sawicki, w wywiedzie udzielonym radiu Wnet nie odrzucił całkowicie tej propozycji, a uzależnił ją od jakichś warunków i tłumaczył się obawą o złe traktowanie koalicjantów przez PiS. Natomiast pozycję Tuska określił następująco: „Donald Tusk może prężyć muskuły, ale tylko do czasu, dopóki cierpliwości starczy koalicjantom”. Inny polityk PSL, Jarosław Rzepa, wprost podważył celowość istnienia koalicji: „Jeżeli mamy być przystawką dla Tuska, to ja sensu nie widzę“.
Jeszcze trochę i Donald Tusk będzie się bał zasnąć, żeby się nie obudzić w sytuacji, gdy już nie będzie miał większości w Sejmie.

Z tymi koalicjantami to nie wiadomo do końca, kto traktuje ich gorzej – Kaczyński, czy Tusk. Przypadek Kaczyńskiego z Samoobroną i LPR-em jest znany, ale Tusk wcale nie wydaje się bardziej łaskawy. Wystarczy przypomnieć perypetie partii Nowoczesna, która przez długi okres, miedzy rokiem 2015 a 2017, miała lepsze notowania niż Platforma, ale na wskutek błędów swojego kierownictwa weszła w układy z Platformą i skończyło się tym, że obecnie Nowoczesna nic już nie znaczy, i teraz, z woli Tuska, ma tylko kilku posłów i ani jednego senatora, czy eurodeputowanego.
W ostatnich wyborach do PE, ich kandydaci zostali tak ustawieni na listach KO, że uzyskali razem tylko 7 tysięcy głosów, czyli tyle co nic.
Można powiedzieć, że partię, która jeszcze niedawno była silniejsza od Platformy, Tusk zamienił na swoje trofeum i nosi jak skalp przywiązany do pasa.
Czy taki los czeka obecnych koalicjantów Tuska? Jeśli się szybko nie zreflektują to zapewne podzielą dolę Nowoczesnej.
Zaś Kaczyński, podobno taki zły dla koalicjantów, jednak toleruje Suwerenną  Polskę Ziobry, którego kandydaci uzyskali w obecnych wyborach łącznie 575 tysięcy głosów i dwa mandaty. Porównajmy to z 7 tysiącami głosów jakie uzyskali kandydaci Nowoczesnej u Tuska i mamy odpowiedź, kto jest bardziej nastawiony na zjadanie przystawek.

 Stanisław Lewicki

==========================================

md: Zadziwia mnie, że nawet dla „konserwatysty” jest TABU:

Nie wspomina nawet – o naturalnym sposobie doboru ludzi do rządzenia, decydowania: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. To można wywalczyć, to uzdrowi [na jakiś czas] t.zw. „demokrację”.