Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 16 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Sienkiewicz arrow BWANA KUBWA, wody!!
Saturday 24 October 2020 05:35:43.30.
migawki
 

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
BWANA KUBWA, wody!! Drukuj Email
Wpisał: Henryk Sienkiewicz   
08.08.2013.

BWANA KUBWA, wody!!

 

 

 „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Blisko zakończenia.

 

[Źli, pokonani czarownicy M’Kunje i M’Pua na bezwodnej pustyni przebili trzy ostatnie worki z wodą, a z dwoma uciekli. Tejże nocy zabił ich lew lub wobo. Karawana Stasia została bez wody, skazana na śmierć.]

 

 

Nastała chwila milczenia.

- Panie - ozwał się Kali - niech dobre Mzimu... niech bibi poprosi Wielkiego Ducha o deszcz albo o rzekę.

Staś nie odpowiedział nic i odszedł. Przed namiotem zobaczył białą figurkę Nel; krzyki i wycia Murzynów roz­budziły ją już od dawna.

         - Co to się stało, Stasiu? - zapytała podbiegając ku niemu.

         A on położył jej rękę na główce i rzekł poważnie.

         - Nel, módl się do Boga o wodę, gdyż inaczej zginie­my wszyscy.      

 

Więc dziewczynka podniosła swą bladą twarzyczkę ku górze i utkwiwszy oczy w srebrnej tarczy księżyca poczęła błagać o ratunek Tego, który na niebie porusza kręgi gwiazd, a na ziemi stosuje wiatr do wełny jagnięcia.

 

Po bezsennej, hałaśliwej i niespokojnej nocy słońce wy­toczyło się na widnokrąg tak nagle, jak zawsze wytacza się pod zwrotnikami i uczynił się dzień świetlisty. Na trawach nie było ani kropli rosy, na niebie żadnej chmurki. Staś kazał strzelcom zebrać ludzi i miał do nich krótką przemo­wę. Oświadczył im, że wracać do rzeki już nie podobna, albowiem wiedzą przecie dobrze, że dzieli ich od niej pięć dni i nocy drogi. Ale za to nikt nie wie, czy wody nie ma w przeciwnej stronie. Może nawet niedaleko znajdzie się jakie źródło, jaka rzeczka albo kałuża. Nie widać wpraw­dzie drzew, ale bywa tak często, że na otwartych równinach, gdzie wichry porywają nasiona, drzewa nie rosną przy wodzie. Wczoraj widzieli kilka wielkich antylop i kilka strusi uciekających na wschód, co jest znakiem, że tam musi być jakiś wodopój, a wobec tego, kto nie jest głupi i kto ma w piersi serce nie zająca, ale lwa lub bawołu, ten będzie wolał iść naprzód, choćby w pragnieniu i męce, niż leżeć i czekać tu na sępy albo hieny.

I tak mówiąc ukazał ręką na sępy, których kilka zataczało już złowrogie koła nad karawaną. Po tych słowach Wa-himowie, którym Kali kazał wstać, podnieśli się prawie wszyscy, albowiem, przyzwyczajeni do  straszliwej wła­dzy królewskiej, nie śmieli się jej oprzeć. Ale wielu z Samburów, wobec tego że król ich, Faru, pozostał nad jeziorem, nie chciało się już podnieść i ci mówili między sobą: "Po cóż mamy iść: naprzeciwko śmierci, kiedy ona sama do nas przyjdzie?" W ten sposób karawana ruszyła naprzód, zmniejszona prawie do połowy i wyruszyła od razu w mę­ce. Ludzie od dwudziestu czterech godzin nie mieli w ustach kropli - ani wody, ani żadnego innego płynu. Nawet w chłodniejszych klimatach byłoby to przy pracy cierpie­niem nie do zniesienia, a cóż dopiero w tym rozpalonym piecu afrykańskim, w którym ci nawet, którzy piją obficie wypacają, tak prędko wodę, że mogą ją niemal w tej sa­mej chwili wycierać rękoma ze skóry. Było też do przewi­dzenia, że wielu ludzi padnie w drodze z wyczerpania i od uderzeń słonecznych.

Staś chronił Nel, jak mógł, od słońca i nie pozwalał jej wychylić się ani na chwilę spod pa­lankinu, którego daszek pokrył sztuką białego perkalu, aby go uczynić podwójnym. Na tych ostatkach wody, którą miał jeszcze w gumowej flaszce, zgotował jej mocnej her­baty i podał jej ostudzoną, bez cukru, albowiem słodycze zwiększają pragnienie. Dziewczynka nalegała na niego ze łzami, by napił się także, więc przyłożył flaszkę do ust, w której pozostało zaledwie kilka naparstków wody i poruszając gardłem udawał, ze ją pije. W chwili, gdy poczułna wargach wilgoć, zdawało mu się, ze w piersiach i w żołądku ma płomień i jeśli tego płomienia nie ugasi, to padnie trupem. Przed oczyma zaczęły mu latać czerwone plamy, w szczękach doznał przeraźliwego bólu, jakby mu kto wbijał w nie tysiące szpilek. Ręka drżała mu tak, że o mało nie rozlał tych ostatnich kilku kropel. Jednakże tylko dwie lub trzy schwytał na ustach językiem; resztę zachował dla Nel.

Upłynął znów dzień męki i trudów, po którym, na szczę­ście, noc przyszła chłodniejsza. Lecz następnego rana żar uczynił się na świecie okropny. Nie było ani tchnienia wia­tru. Słońce jak zły duch niszczyło żywym ogniem zeschłą ziemię. Krańce widnokręgu pobielały. Jak okiem sięgnąć nie było widać nawet euforbii.. - Nic - tylko spalona, pusta równina, pokryta kępami sczerniałej trawy i wrzo­sów. Kiedy niekiedy rozległy się w niezmiernej odległości lekkie grzmoty, ale wobec pogodnego nieba nie zwiasto­wały one burzy, jeno suszę.

O południu, gdy upał uczynił się największy, trzeba się było zatrzymać. Karawana rozłożyła się w głuchym mil­czeniu. Pokazało się, że padł jeden koń i kilkunastu paga­zich zostało w drodze. W czasie wypoczynku nikt nie po­myślał o jedzeniu. Ludzie mieli zapadłe oczy i popękane wargi, a na nich zeschnięte grudki krwi. Nel dyszała jak ptak, więc Staś oddał. jej gumową flaszkę i krzyknąwszy: "Piłem, piłem!" - uciekł w drugą stronę obozu, obawiał się bowiem, że jeśli zostanie, to odbierze jej tę wodę lub zażąda, by się z nim podzieliła. I to był może najbardziej bohaterski jego uczynek w ciągu podróży. Sam począł się męczyć jednak okropnie. Przed oczyma latały mu ciągle czerwone płaty. Czuł ściskanie w szczękach tak silne, że otwierał i zamykał je z trudnością. Gardło  miał suche, piekące; nic śliny w ustach; język jakby drewniany. A prze­cie dla niego i dla karawany był to dopiero początek mę­czarni.

Grzmoty zapowiadające suszę odzywały się ustawicznie na krańcach widnokręgu. Około godziny trzeciej, gdy słońce przechyla się na zachodnią stronę nieba, Staś pod­niósł karawanę na nogi i ruszył na jej czele ku wschodowi. Ale szło teraz za nim zaledwie siedemdziesięciu ludzi, a i to co chwila któryś z nich kładł się obok swego pakunku, aby już nie powstać. Upał zmniejszył się o kilka stopni, ale był jeszcze straszny. W nieruchomym powietrzu unosił się jakby czad. Ludzie nie mieli czym oddychać, a nie mniej poczęły cierpieć i zwierzęta. W godzinę po wyruszeniu padł znowu jeden koń. Saba robił bokami i ział; z wywieszonego sczer­niałego języka nie spadała mu ani kropla piany. King, przy­wykły do suchych afrykańskich dżungli, cierpiał mniej widocznie, lecz począł być zły. Jego małe oczki połyskiwały jakimś dziwnym światłem. Stasiowi; a zwłaszcza Nel, która co jakiś czas przemawiała do niego, odpowiadał jeszcze gulgotaniem, ale gdy Kali przeszedł niebacznie koło niego, chrząknął groźnie i machnął tak trąbą, że byłby go zabił, gdyby nie to, że chłopak odskoczył w porę na stronę.

Kali miał oczy zaszłe krwią, żyły na szyi rozdęte i wargi popękane tak jak i inni Murzyni. Koło godziny piątej zbli­żył się do Stasia i tępym głosem, który z trudnością wychodził mu z gardła, rzekł:

- Panie wielki, Kali nie móc iść dalej. Niech już tu nadejdzie noc.

         A Staś przemógł ból w szczękach i odpowiedział z wy­siłkiem

- Dobrze. Stańmy. Noc przyniesie ulgę.

- Przyniesie śmierć - szepnął młody Murzyn.

 

Ludzie pozrzucali z głów ładunki, ale ponieważ gorączka w ich zgęstniałej krwi doszła już do najwyższego stopnia, więc tym razem nie pokładli się od razu na ziemię. Serca i tętna w skroniach, w rękach i w nogach biły im tak, jakby miały pęknąć za chwilę. Skóra na ciałach zsychając się i kurcząc poczęła ich swędzić; w kościach odczuwali jakiś niesłychany niepokój, a we wnętrznościach i gardzielach ogień. Niektórzy chodzili niespokojnie między pakun­kami, innych było widać dalej w czerwonych promieniach zachodzącego słońca, jak kręcili się jeden za drugim wśród suchych kęp, jakby czegoś poszukując - i trwało to do­póty, dopóki siły ich nie wyczerpały się zupełnie. Wówczas padali kolejno na ziemię, ale leżeli w drgawkach. Kali siadł w kucki przy Stasiu i Nel łowiąc otwartymi ustami po­wietrze i jął powtarzać błagalnie między jednym oddechem a drugim:

- Bwana kubwa, wody!

Staś patrzał na niego szklanym wzrokiem i milczał.

- Bwana kubwa, wody! - Kali umierać...

Wtedy Mea, która z niewiadomych przyczyn najłat­wiej znosiła pragnienie i najmniej cierpiała- ze wszystkich, zbliżyła się, siadła koło niego i objąwszy ramieniem jego szyję ozwała się cichym, melodyjnym głosem:

- Mea chce umrzeć razem z Kalim...

Nastało długie milczenie.

 

Tymczasem słońce zaszło i noc pokryła okolicę. Niebo uczyniło się granatowe, w południowej jego stronie roz­błysnął Krzyż. Nad równiną zamigotały roje gwiazd. Księ­życ wydostał się spod ziemi i jął nasycać światłem ciemno­ści, a na zachodzie rozciągnęła się nikłą i bladą zorzą ja­sność zodiakalna. Powietrze zmieniło się w jedną wielką świetlistą topiel. Coraz silniejszy blask zalewał  okolicę. A palankin, o którym zapomniano na grzbiecie Kinga ­i namioty błyszczały tak, jak błyszczą w jasne noce domy wybielone wapnem. świat zapadał w ciszę; ziemię ogar­niał sen.

A wobec tej ciszy i tego spokoju natury ludzie w obozie wili się z boleści i czekali na śmierć. Na srebrzystym tle mroku rysowała się twardo olbrzymia czarna postać słonia. Promienie księżyca rozświecały prócz namiotów białe ubra­nia Stasia i Nel, a wśród kęp wrzosów - ciemne, pokur­czone ciała Murzynów i porozrzucane tu i ówdzie kupy pakunków. Przed dziećmi siedział oparty na przednich łapach Saba i podniósłszy głowę ku tarczy księżyca wył posępnie.

W duszy Stasia kołatały się tylko resztki myśli, zmienio­nych w jedno głuche, rozpaczliwe poczucie, że tym razem nie ma już żadnej rady, że te wszystkie niezmierne trudy i wysiłki, te cierpienia, te czyny woli i odwagi, których do­konał w czasie strasznych podróży od Medinet do Char­tumu, od Chartumu do Faszody i od Faszody aż do nie­znanego jeziora, nie przydały się na nic i że przychodzi nie­ubłagany kres walki i życia. I wydało mu się to tym strasz­niejsze; że ów kres przychodził właśnie w czasie ostatniej drogi, na której końcu leżał ocean.

Ach! nie doprowadzi już małej Nel do brzegu, nie odwiezie jej statkiem do Port ­Saidu, nie odda jej panu Rawlisonowi, sam nie padnie w ra­miona ojca f nie usłyszy z jego ust, że postępował jak dziel­ny chłopak i jak prawy Polak! Koniec, koniec! Za kilka dni słońce oświeci tylko martwe ciała, a potem wysuszy je na podobieństwo tych mumii, które w Egipcie śpią od­wiecznym snem po muzeach.

Z męczarni i gorączki poczęło mu się mieszać w głowie. Nadlatywały nań przedśmiertne widzenia i złudy słuchu. Słyszał wyraźnie głosy Sudańczyków i Beduinów krzyczą­ce: "Yalla! yalla!" na rozpędzone wielbłądy. Widział Idry­sa i Gebhra. Mahdi uśmiechał się do niego swymi grubymi wargami pytając:. »Czy chcesz napić się ze źródła praw­dy? Potem lew spoglądał na niego ze skały; potem Lin­de dawał mu słoik chininy i mówił: "Śpiesz się, śpiesz, bo mała umrze!" A w końcu widział już tylko bladą, bardzo kochaną twarzyczkę i dwie małe ręce, które wyciągały się ku niemu.

Nagle drgnął i przytomność wróciła mu na chwilę, albo­wiem tuz przy uchu zaszemrał mu cichy, podobny do jęku szept Nel:        

- Stasiu... wody!

I ona, tak jak poprzednio Kali, od niego tylko wyglądała ratunku.

Ale ponieważ przed dwunastu .godzinami oddał jej ostat­nie krople, więc teraz zerwał się i zawołał głosem, w którym drgał wybuch bólu, rozpaczy i rozżalenia:

         - O Nel! jam udawał tylko, że piję! ja od trzech dni nie miałem nic w ustach!

I chwyciwszy się rękoma za głowę uciekł, by nie pa­trzeć na jej mękę. Biegł na oślep między kępami trawy i wrzosów dopóty, dopóki siły nie opuściły go zupełnie i do­póki nie upadł na jedną z kęp. Był bez broni. Lampart, lew lub nawet wielka hiena znalazłaby w nim łatwy obłów.

 

Ale przybiegł tylko Saba, który obwąchawszy go począł znów wyć, jakby wzywając teraz dla niego pomocy.

Nikt jednak nie śpieszył z pomocą. Tylko z góry spoglą­dał na niego spokojny, obojętny księżyc. Długi czas chło­pak leżał jak martwy. Otrzeźwił go dopiero chłodniejszy powiew wiatru, który niespodzianie powiał ze Wschodu. Staś siadł i po chwili usiłował powstać, by wrócić do Nel.

Chłodniejszy wiatr wionął po raz drugi. Saba przestał wyć i zwróciwszy się ku wschodowi począł łopotać nozdrzami. Nagle szczeknął raz i drugi krótkim, urywanym basem i puścił się przed siebie. Przez jakiś czas nie było go słychać, ale wkrótce ozwało się znów w oddali jego szcze­kanie. Staś wstał i chwiejąc" się na zdrętwiałych nogach po­czął patrzeć za nim. Długie podróże, długi pobyt w dżun­gli, konieczność trzymania w ciągłym napięciu wszystkich zmysłów i ciągłe niebezpieczeństwa nauczyły chłopaka zwracać czujną uwagę na wszystko, co się koło niego dzie­je, więc mimo męczarni, którą w tej chwili odczuwał, mi­mo na wpół przytomnego umysłu, przez instynkt i przyzwyczajenie począł baczyć na zachowanie się psa. A Sa­ba po upływie pewnego czasu zjawił się znowu przy nim, ale jakiś dziwnie poruszony i niespokojny. Kilkakrotnie podniósł na Stasia oczy, obiegł go w koło, znów zapuścił się wietrząc i poszczekując we wrzosowisko, znów wrócił, a wreszcie chwyciwszy chłopca za ubranie jął go ciągnąć w stronę przeciwną od obozu.

 

Staś oprzytomniał zupełnie.

- Co to jest? - myślał. - Albo pies z pragnienia do­stał pomieszania zmysłów, albo poczuł wodę. Ale nie!... Gdyby woda była blisko, byłby poleciał pić i miałby mo­krą paszczę. Jeśli jest daleko, nie byłby jej zwietrzył... wo­da nie ma zapachu... Do antylopy by mnie nie ciągnął, bo nie chciał jeść wieczorem. Do drapieżników także nie...

I nagle serce poczęło mu bić w piersiach jeszcze mocniej.

         - Więc może wiatr przyniósł mu zapach ludzi... mo­że w dali jest jakaś wieś murzyńska?.. może który z latawców doleciał aż do...

 

 O Chryste miłosierny ! o Chryste!

 

I pod wpływem błysku nadziei odzyskał siły i począł biec do obozu mimo oporu psa, który ustawicznie zabiegał mu drogę. 

W obozie zabieliła mu się postać Nel i doszedł go jej sła­by głos, po chwili potknął się o leżącego na ziemi Kalego, ale nie zważał na nic. Dobiegłszy do pakunku, w którym były race, rozerwał go, wydobył jedną z nich, drżącymi rękoma przywiązał ją do bambusu, który wbił w rozpadli­nę ziemi, skrzesał ognia i zapalił zwieszający się u spodu rurki sznurek.        

Po chwili czerwony wąż wyleciał z sykiem i zgrzytem w górę. Staś chwycił obu rękoma za bambus, by nie upaść, i wbił oczy w dal. Tętna w rękach i skroniach waliły mu młotem; usta poruszały się żarliwą modlitwą. Ostatnie tchnienie, a w nim duszę całą wysyłał ku Bogu.

 Upłynęła jedna minuta, druga, trzecia, czwarta. Nic i nic! Ręce .chłopca opadły, głowa pochyliła się ku ziemi i niezmierny żal zalał mu umęczone piersi.

- Na próżno! na próżno! - szepnął. – Pójdę, siądę przy Nel i umrzemy razem.

 

A wtem daleko, daleko, na srebrnym tle księżycowej nocy, ognista wstęga wzbiła się nagle ku górze i rozsypała się w złote gwiazdy, które spadały zwolna jak wielkie łzy na ziemię.

 

=======================

 

[Źli czarownicy M’Kunje i M’Pua nie są jeszcze pokonani. My już też umieramy z pragnienia, z braku prawdy, nadziei. Może już CZAS, Jezu, byś to uwzględnił?]

Zmieniony ( 15.10.2017. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.