Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 65 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Braun Grzegorz arrow Polski rząd: --- W roli zakładnika na ochotnika
Monday 23 September 2019 11:05:20.27.
migawki

         

                A co wieje z Warszawy? – Optymizm...
 
W Y S Z U K I W A R K A
Polski rząd: --- W roli zakładnika na ochotnika Drukuj Email
Wpisał: Grzegorz Braun   
18.04.2017.

Polski rząd: W roli zakładnika na ochotnika

 

 http://www.wyszperane.info/2017/04/18/w-roli-zakladnika-na-ochotnika

 

 Sam oceń, czy Grzegorz panikuje, czy tylko logicznie wnioskuje.   J.B. ]

Grzegorz Braun

 

Celem polityki nie jest wprowadzanie narodu w ulicę jednokierunkową – żeby potem elokwentnie objaśniać, dla­czego mianowicie nie było innego wyjścia. Odwrotnie, misją mężów resp. żon stanu jest zachowywanie zdolności ma­newrowania – bez której nie ma mowy o suwerennym rządzeniu. Kto sam drastycznie zawęża skalę możliwości – z góry i na kredyt deklarując, że tylko jedną opcję bierze pod uwagę – ten nie nadaje się nawet na partnera do to­warzyskiego brydża, a co dopiero do sterowania nawą państwową.

Żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej sanacji – wzorem swoich poprzedników na najwyższych urzędach państwo­wych z 1939 r. – ostatecznie wyzbyła się jakichkolwiek możliwości wyboru, dopełniła dzieła samo-ubezwłasnowolnienia i totalnej auto-izolacji Polski na arenie międzynarodowej. Bo przecież ostatnia rzecz, jakiej można się teraz spodziewać po aktualnym war­szawskim rządzie i belwederskim prezydencie, to że powiedzą oni coś „od siebie” – co mogłoby nie zyskać kontrasygnaty am­basadora USA Jonesa. I naprawdę

marna to pociecha, że poprzednicy Kaczyńskiego, Dudy, Szydło, Macierewicza, Waszczykowskiego i Morawieckiego działali analogicznie – a to na telefon z Berlina, a to na gwizdnięcie z Moskwy. Teraz Warszawa jako pionek Waszyngtonu może już tylko czekać na instrukcje (kontrasygnowane w Tel-Avivie)

– albo też na zdecydowane posunięcie moskiewskich szachistów. A czy zostaniemy tanio sprzedani w toku „pokojowych negocjacji”, czy też nową Jałtę poprzedzi pożoga i zagłada na naszym terytorium – to od nas w najmniejszym stopniu nie zależy.
Słaba też pociecha w fakcie, że samodzielność znacznie większych z pozoru graczy okazuje się problematyczna.

Ot, np. Donald Trump jeszcze w poprzednim sezonie nie miał wątpliwości, że eskalacja wojny syryjskiej, za czym jawnie optowała jego kontr­kandydatka Hilarzyca Clintonowa, to prosta droga do rozpętania III wojny światowej. Teraz najwyraźniej myśli inaczej – albo tak samo, ale najwyraźniej wizja globalnego konfliktu nabrała dlań nagle jakichś nieodpartych uroków. Kiedy ledwie parę miesięcy temu przejmował gabinet owalny, prez. Trump pozbył się ze swej rady bezpieczeństwa narodowego paru generałów – teraz trepy wracają jeden po drugim i najwyraźniej na powrót rozkładają na stołach sztabowych plany wojny perskiej z 2012 roku. To oczy­wiście nie jest powód do pretensji do kogokolwiek z nich – wykonują po prostu swoje wojenne rzemiosło, jak ich tam uczono w imperialnych akademiach. Nie ma też co specjalnie wydziwiać nad zmiennością deklaracji Trumpa – wiadoma rzecz, że retory­ka kampanii wyborczej to jedno, a realna polityka to co innego. Jak widać potrzebował trochę czasu, by nadgonić aktualną „mą­drość etapu”, ale teraz i on już „powinność swej służby zrozumiał” i bez dalszych ceregieli realizuje plany, które mu generałowie przedstawili.
Wprawdzie plany te już nieco myszką trącą (śmiercionośny sarin użyty przez okrutnego Assada przeciw bezbronnym cywilom, to już było grane parę lat temu) – bo jak widać oszczędzono na nowych scenarzystach (patrz: nieśmiertelny, proroczy film „Wag the Dog” czyli „Fakty i akty” z De Niro i Hoffmanem) – ale przecież zwycięzców nikt nie będzie rozliczał z takich drobnych nie­doróbek. Inni w tym samym czasie nie zasypiają gruszek w popiele – i mimo wszystko starają się obstawiać w tej geostrategicz­nej ruletce więcej niż jeden numerek. Np.

premier Netaniahu bez najmniejszych kompleksów utrzymuje jednocześnie gorąca linię i z Waszyngtonem, i z Moskwą – a na dodatek jeszcze znajduje czas na osobistą wizytę w Pekinie – co wcale nie przeszkadza mu zachowywać „specjalny status” w relacjach z Amerykanami, którzy jakoś z tego powodu ani nie cofają Izraelczykom dotacji, ani nie odmawiają dostępu do naj­nowszych technologii. Ale co wolno poważnym stolicom, to się nie stosuje do Warszawy, która za główną wytyczną swej poli­tyki zagranicznej przyjęła bezalternatywność.

Czego konsekwencją nie może być już swobodny wybór między różnymi opcjami – tylko bierne oczekiwanie na dyktat, albo agresję.
Nie można zatem, jak się już powiedziało, mieć pretensji do świata o to, że tradycyjnie zmierza do ostatecznego rozwiązania kwe­stii polskiej poprzez parcelację „obszaru Wisły” (wedle nomenklatury niemieckiej) alias „przywiślańskiego kraju” (wg nomenklatu­ry rosyjskiej) – ale dlaczego w tym dziele wiodąca rolę odgrywają dziś sami Polacy? Pretensje zatem mieć można, a nawet należy – do naszych belwederskich prezydentów, żoliborskich naczelników, premierów i ministrów, którzy niczym innym się nie zajmu­ją, tylko zapewnianiem, że „przy tobie najjaśniejszy panie stoimy i stać chcemy”. Minister Spraw Zagranicznych z wizytą w Wa­szyngtonie zadeklarował publicznie naszą gotowość do głębszego zaangażowania w wojnę na Bliskim Wschodzie. Minister Obrony Narodowej usiłując zarazić nas entuzjazmem powitania Amerykanów w Żaganiu dawał wyraz radości, że ich przybycie umożliwia Wojsku Polskiemu działanie poza granicami.

Prezydent zaś – entuzjasta „Rzeczypospolitej przyjaciół” (patrz: Orzeł Biały dla Szewacha Weissa i gala na otwarcie eksterytorialnego biura Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (AJC) w tzw. Mu­zeum Historii Żydów Polskich POLIN) oraz promotor polsko-żydowskiego braterstwa broni (patrz program wizyty w Państwie Położonym w Palestynie) – teraz pierwszy spieszy z wyrazami poparcia amerykańskich uderzeń w Syrii. Nazwanie tego wasaliza­cją względem imperium nie byłoby właściwe, bo wszak w feudalnej drabinie zależności wasale byli na własnym terenie bardziej suwerenni – czego nie da się powiedzieć o wyżej wymienionych, którzy wpadają raczej do pośledniejszych kategorii: klientelizmu lub agenturalności.

Mamy więc do czynienia z eskalacją wojenną, o której ostatecznej kulminacji, ani tym bardziej rozstrzygnięciu nie my bę­dziemy decydowali – ale już zgłosiliśmy się na „kamikadze”, chętni do przyjęcia na siebie pierwszych uderzeń w charakterze celu zastępczego, czy to ze strony Rosji, czy też ze strony rezunów islamskich, którzy przecież chyba też czytają gazety i od­notowali, że po raz kolejny wypowiedzieliśmy im wojnę. A za jaką cenę podejmujemy się tej roli? Czy polski budżet zbrojenio­wy powiększą miliardy dolarów amerykańskiej dotacji – analogicznie do zasilania, na jakie zawsze liczyć może Państwo Poło­żone w Palestynie -? Czy może nasi stratedzy osiągnęli choć ułamek tego – wzorem Turków negocjując słone ceny za użycze­nie koszar, poligonów i przyjęcie ryzyka wojennego -? Nic podobnego – my przecież robimy to wszystko „za wolność waszą i naszą”,

w ramach naszych „wyjątkowych relacji” i „tradycyjnej przyjaźni”. Tak oto cały naród „za frajer” występuje teraz w roli ochotniczego zakładnika w relacjach Amerykanów z Moskalami. Jeśli się dogadają – to przecież naszym kosztem. A jeśli się po­biją – to per procura, a więc właśnie na nasz koszt, na naszym terytorium, naszymi siłami w charakterze substytuta.
Nie da się nawet powiedzieć, że podejmujemy się tej kaskaderskiej roli za darmo – bo przecież my do tego wszystkiego ciężko dopłacamy. Goszcząca w ostatnich dniach z wizytą w Warszawie grupa biznes-kongresmenów nie przybyła tu przecież, by uczestniczyć w jakichś rzewnych deklamacjach nt. przyjaźni polsko-amerykańskiej w ramach obchodów roku Tadeusza Ko­ściuszki. Na czele tej ekipy stoi przecież niejaki Mike Rogers z Alabamy, członek komisji ds. wojskowych, którego kampanie wy­borcze szczodrze dotowane były przez tamtejszą zbrojeniówkę – a więc, jak przypuszczam, jego zadaniem jest dopilnować, by Polacy złożyli odpowiednio lukratywne zamówienia.

Bo przecież cała wyjątkowość naszych relacji z Anglosasami do tego się w historii sprowadzała – że pozwalali nam oni ciężko płacić za sprzęt, którego łaskawie nam użyczali w ramach realizacji ich wła­snych planów strategicznych, których ostatecznym zwieńczeniem zawsze okazywał się jakiś wielki sukces dyplomatyczny (a la Teheran ’43 czy Jałta ’45). W końcu nawet szczery zachwyt nad misją płk. Kuklińskiego nie przeszkodził jego amerykańskim pa­tronom postawić raczej na usłużnych fachowców z SB, a potem WSI w toku „transformacji ustrojowej” PRL w III RP. Czy wia­ra w to, że tym razem będzie inaczej, jest zaledwie niestosowną u polityka naiwnością – czy już kwalifikującą się przed trybunał zbrodnią stanu?
Bezalternatywnie „euroatlantycki” kurs aktualnej władzy warszawskiej już dawno ujawnił swoją drastyczną rozbieżność z polską racją stanu.

Jeśli chodzi o koszta zespawania naszej dyplomacji i obronności z imperialną polityką Waszyngtonu (wymierne straty fi­nansowe i polityczne, ale także trudne do oszacowania zyski utracone) – dość chyba będzie przypomnieć:

1/ wystawienie substancji materialnej i biologicznej na ryzyko zniszczenia w grze imperiów;

2/ pełną konformizację względem roszczeń i uroszczeń żydowskich (patrz wyżej);

3/ hodowanie szowinizmu ukraińskiego przy jednoczesnym utrzymywaniu „żelaznej kurtyny” w stosunkach z Białorusią (patrz: faryzejskie „zatroskanie” prez. Dudy po ostatnich prowokacjach w Mińsku);

4/ rezygnację z możliwości dyskontowania chińskich inwestycji w europejską końcówkę „Nowego Jedwabnego Szlaku” (patrz: skandal Kanału Śląskiego, którego obiecujący projekt utrąciła interwencja amb. Jonesa).

Rozumiem, że za to wszystko – za wygraną w konkursie na najbardziej służalczego agenta USA w UE

– nasi geniusze z Żoliborza spodziewają się, że oficerowie prowadzący znad Potomaku zapewnią im bezterminową możli­wość dokonywania „dobrych zmian” nad Wisłą. Pomijając jednak już zaistniałe i potencjalnie groźne konsekwencje – może to być nadzieja całkiem złudna. Bo wszak w świeżym raporcie waszyngtońskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych aż czterokrotnie mowa o Polsce – jako niepokojącym przykładzie: „Wyłaniania się rządów o niejasnym lub wprost wątpliwym przy­wiązaniu do norm demokratycznych” / „The emergence of governments with questionable or downright dubious commitments to democratic norms”. Tak to zatroskani amerykańscy eksperci rządowi uznają za stosowne pokazywać nas palcem jako przejaw tendencji „autorytarnych” i „nieliberalnych”.
Zachodzi pytanie, czy alarmowani takimi ekspertyzami waszyngtońscy guwernerzy od demokracji zdecydują się swoich war­szawskich protegowanych „wyciągać na trójkę” – czy może (dogadawszy się uprzednio z Moskalami) każą im raczej klęczeć na grochu, zostawią na drugi rok w tej samej klasie, a tymczasem wypromują sobie jakichś innych prymusów -?

Wówczas cała żoli­borska grupa rekonstrukcji historycznej sanacji ocknie się na tym samym śmietniku historii, na którym wylądowali prekursorzy ich samobójczej polityki: Beck, Śmigły, Mościcki et consortes.

A niekorzystnych transakcji nie da się już cofnąć – nikt Polakom nie zwróci tego, co wcześniej w ramach „specjalnych relacji sojuszniczych” za bezcen wyprzedano z polskich interesów.

Tekst wzięty z  http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/11284-tylko-u-nas-grzegorz-braun-w-roli-zakladnika-na-ochotnika


Zmieniony ( 19.04.2017. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.