Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 105 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow SMOLEŃSK , CZ. II arrow Znikające zdjęcia satelitarne
Sunday 29 November 2020 15:08:29.31.
migawki
 

                                                                                                                              29.11.20 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy:

- W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Znikające zdjęcia satelitarne Drukuj Email
Wpisał: Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski   
11.08.2010.

Smoleńsk: Znikające zdjęcia satelitarne

http://www.bibula.com/?p=25535 2010-08-10

Jak dowiedziała się „Gazeta Polska”, Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie wciąż nie ma amerykańskich zdjęć satelitarnych z 10 kwietnia, które mogą stanowić kluczowy dowód w śledztwie smoleńskim. Tymczasem – według zapewnień rządu – fotografie te znajdują się w Polsce od prawie 4 miesięcy.

Czy jeden z najważniejszych dowodów w śledztwie, mogący potwierdzić lub wykluczyć wersję zdarzeń przedstawioną przez rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), nie trafił – wbrew temu, co mówił polski rząd – do naszego kraju? A może polskie władze miały powód, by nie przekazać go Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie?

Tak czy inaczej – polscy śledczy nie dysponują tymi fotografiami. Podobnie jak podstawowymi informacjami, potrzebnymi do ustalenia, kiedy i w jaki sposób rozbił się samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie.

Tajemnica zdjęć z satelity

29 kwietnia sekretarz rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki powiedział w Sejmie, że Polska otrzymała ze Stanów Zjednoczonych zdjęcia satelitarne przedstawiające miejsce katastrofy.

Kilka dni później minister powtórzył tę informację w rozmowie z dziennikarzem RMF FM. Stwierdził wyraźnie, że fotografie te „zostały przekazane stronie polskiej, są w dyspozycji”.

5 sierpnia – chcąc dowiedzieć się, jak ten materiał dowodowy został wykorzystany w śledztwie – zapytaliśmy Naczelną Prokuraturę Wojskową (NPW), czy polscy prokuratorzy dysponują tymi zdjęciami i czy zawierają one jakieś ważne informacje lub przesłanki, np. na temat warunków atmosferycznych, stanu lotniska czy przyczyn i czasu rozbicia się polskiego Tu-154.

Odpowiedź, jaką otrzymaliśmy od płk. Zbigniewa Rzepy (rzecznika prasowego NPW), była zaskakująca: „Uprzejmie informuję, iż polska prokuratura oczekuje na realizację swojego wniosku o pomoc prawną skierowanego do Prokuratora Generalnego Stanów Zjednoczonych, po otrzymaniu którego, mam nadzieję, będzie możliwe udzielenie Panu stosownych informacji”.

Oznacza to, że zdjęć satelitarnych, o których mówił Jacek Cichocki, wcale nie ma jeszcze w Polsce. Gdyby było inaczej, śledczy, którzy nie dysponują tym kluczowym dowodem i chcą go pilnie pozyskać i wiedzą z oświadczenia Jacka Cichockiego, że polski rząd jest w ich posiadaniu, zwróciliby się do rządu, a nie do amerykańskiego prokuratora generalnego.

To kolejny gigantyczny skandal – po kłamstwie rządu dotyczącym rzekomej obecności polskich prokuratorów i patomorfologów podczas sekcji zwłok ofiar katastrofy – związany z najważniejszym śledztwem w historii III RP.

– Sprawa zdjęć satelitarnych jest bulwersująca. Nie pierwszy raz oświadczenia władz polskich dotyczące katastrofy są sprzeczne. Oświadczenie w sprawie zdjęć złożone w sejmie 29 kwietnia przez Jacka Cichockiego, że Polska już je otrzymała, padło niepełną godzinę po tym, jak premier Tusk, odpowiadając na pytania posłów, powiedział, że rząd o zdjęcia dopiero wystąpi do USA. Jak widać, ta niejasność trwa do dnia dzisiejszego. Albo prokuratura nie wie, że te zdjęcia są, tylko nie zostały przekazane do dyspozycji śledczych, albo pan Cichocki mówił nieprawdę – komentuje Antoni Macierewicz, przewodniczący zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej.

Dziennikarze „GP” dowiedzieli się także, że Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie posiada podstawowych informacji na temat czasu i sposobu rozbicia się polskiego Tu-154 pod Smoleńskiem.

Z odpowiedzi, jakie otrzymaliśmy od płk. Zbigniewa Rzepy, wynika m.in., że polscy śledczy nie wiedzą, kto i kiedy przerwał linię energetyczną w pobliżu lotniska Smoleńsk-Siewiernyj. Przypomnijmy, że według przedstawicieli smoleńskiego zakładu energetycznego linia została uszkodzona o godz. 8.39 – a więc w chwili, gdy według oficjalnych stenogramów przygotowanych przez Rosjan polski samolot znajdował się 400 m nad ziemią. Wyjaśnienie tej oczywistej sprzeczności, a także ustalenie innych ewentualnych przyczyn zerwania linii pomogłoby poznać faktyczny czas zniszczenia maszyny i zrekonstruować ostatni etap lotu.

Polscy prokuratorzy nie wiedzą także, na jakich danych opierał się gubernator obwodu smoleńskiego Siergiej Antufjew, twierdząc w rozmowie z Polskim Radiem, że Tu-154 rozbił się o godz. 8.38, a więc trzy minuty wcześniej, niż wynika to ze stenogramów przygotowanych przez MAK. Choć wiele przemawia za tym, że to Antufjew, a nie MAK miał rację (na godz. 8.38 jako czas katastrofy wskazuje np. zegarek gen. Błasika, który uległ zniszczeniu właśnie w tej minucie) – śledczy nie sprawdzili źródeł informacji Antufjewa.

Warszawska prokuratura nie wie również nic na temat Nikołaja Łosiewa – emerytowanego pilota wojskowego, który 20 minut po katastrofie widział jakoby w kokpicie pięć ciał. Cztery z nich (załoga) były przypięte pasami, piąte – czego miał się domyślić czytelnik (rewelacje te opisała „Gazeta Wyborcza”) – należało do osoby wywierającej na pilotów naciski. Problem w tym, że kabiny pilotów nie można było dostrzec na żadnym ze zdjęć z miejsca katastrofy, a zwłoki załogi samolotu zidentyfikowano jako jedne z ostatnich.

Płk Zbigniew Rzepa poinformował też „GP”, że polscy śledczy nie przesłuchali jeszcze pilotów Iła-76, który próbował lądować w Smoleńsku tuż przed samolotem z prezydentem RP. Co więcej, do Polski nie trafił nawet zapis rozmów kontrolerów lotu z wieży lotniska Siewiernyj.

Prokuratura nie zna także zapisu drugiej czarnej skrzynki , rejestrującej parametry lotu, która zawiera kluczowe informacje dla śledztwa.

Polski rząd sparaliżował prokuraturę

Stan trwającego już cztery miesiące śledztwa jest przerażający. Zginął prezydent i elita narodu, a niezawisła polska prokuratura praktycznie nic nie wie. To władze rosyjskie przejęły czarne skrzynki i sporządziły stenogramy, to Rosjanie przeprowadzali sekcje zwłok ofiar i zaplombowali trumny, to w Rosji znajdują się najważniejsze dowody i świadkowie niezbędni do ustalenia, kto i w jaki sposób kontaktował się z załogą Tu-154 oraz jakie osoby, pojazdy i samoloty znajdowały się w pobliżu smoleńskiego lotniska 10 kwietnia. Strona rosyjska mogła – jeśli dokonałaby zamachu – zrobić dosłownie wszystko: zatrzeć ślady materialne ewentualnej zbrodni; ukryć, podmienić lub po prostu nie przesłuchać kłopotliwych świadków; sfałszować sekcje zwłok i sfabrykować materiały, które z taką atencją analizują dziś polskie media i prokuratura (jak np. stenogramy kopii nagrań z rejestratorów lotu).

Kogo winić za ten stan rzeczy? Na pewno w mniejszym stopniu polską prokuraturę, która od początku śledztwa miała związane ręce i ograniczone do minimum możliwości działania. Prokuratorzy w Warszawie nie tylko nie mogą prowadzić dochodzenia na terenie Federacji Rosyjskiej, ale i nie otrzymują z Moskwy najważniejszych materiałów i dowodów w sprawie.

Ciężar odpowiedzialności za uczynienie farsy z najważniejszego śledztwa w powojennej historii Polski spada przede wszystkim na rząd Donalda Tuska, który bez żadnych oporów zgodził się na całkowite przekazanie śledztwa Rosjanom. Gdy dwa tygodnie temu w Rumunii rozbił się izraelski helikopter (z kilkoma żołnierzami, a nie prezydentem, najważniejszymi dowódcami i parlamentarzystami), premier Izraela natychmiast wysłał tam dwa samoloty z ekipą ratowniczą, specjalistami od katastrof i 60 komandosami. Oddział ten potrzebował kilkunastu godzin, by zabezpieczyć zarówno ciała ofiar, jak i sprzęt wojskowy; nie pozwolił przy tym Rumunom zabrać nawet kawałka rozbitej maszyny, której szczątki w ciągu kilku dni przewieziono do Tel Awiwu.

To prokuratura, a nie rząd, starała się, by śledztwo nie było prowadzone zgodnie z konwencją chicagowską, która umożliwiła przejęcie go przez Rosję na własnych warunkach. Świadczą o tym słowa Edmunda Klicha, relacjonującego podczas obrad podkomisji sejmowej swój konflikt z Naczelnym Prokuratorem Wojskowym, pułkownikiem Krzysztofem Parulskim: „I wchodzę do tego pomieszczenia, jest pan minister Parulski i od razu no, powiedziałbym dosyć ostro, powiedział mi, że ja w ogóle nie potrafię działać, ja utrudniam pracę prokuraturze, a w ogóle ja ustawiłem… przyjąłem jako załącznik 13 (konwencji chicagowskiej – red.) do procedowania i działam na szkodę Polski. To były bardzo mocne słowa”.

Grzechy prokuratury

Jednak prokuratura też nie jest bez winy. To prokuratura nie wyraziła zgody na kopiowanie akt rodzinom ofiar katastrofy w Smoleńsku, a wiele z kart udostępnianych tomów zostało utajnionych. To prokuratura odmawia odpowiedzi na pytania dotyczące znanego z internetu filmu, nakręconego tuż po katastrofie, na którym słychać wystrzały z broni, mimo iż śledczy potwierdzili, że jest autentyczny (internauci spekulowali, że dobijano rannych).

Rosjanie wymuszali na rodzinach ofiar, by wyrazili zgodę na spalenie odzieży ofiar, m.in. Zbigniewa Wassermanna, Przemysława Gosiewskiego, Stefana Melaka. Niszczyli dowody w śledztwie, bez sprzeciwu polskiej prokuratury. To rzecznik prokuratury wojskowej powiedział, że nie można było przeprowadzić sekcji ciał, które przywieziono do Polski, bo „nadal znajdowały się one pod rosyjską jurysdykcją”. Prokuratura stwierdziła też, że zgodnie z przepisami, ekshumacji można dokonywać tylko między październikiem a kwietniem. Miało to związek z wnioskiem dowodowym, złożonym 13 lipca 2010 r. przez mecenasa Rafała Rogalskiego w imieniu Beaty Gosiewskiej o przeprowadzenie ekshumacji zwłok Przemysława Gosiewskiego. Rogalski napisał: „Zwłoka strony rosyjskiej w przekazaniu materiału medycznego, przy postępującym szybkim rozkładzie zwłok, może spowodować utratę wnioskowanego dowodu”.

Oddalenie czasu ekshumacji aż do października, jak chce prokuratura, może pozbawić śledczych możliwości przeprowadzenia wszelkich niezbędnych badań. Czy w przypadku katastrofy o tak wielkim wymiarze nie można odstąpić od tych obostrzeń? Prokuratura odrzuciła też wnioski dowodowe mec. Stefana Hambury, pełnomocnika rodzin ofiar, o przesłuchanie w charakterze świadków premiera Tuska i prezydenta Komorowskiego. Chodziło m.in. o wyjaśnienie, czy polskie władze zrobiły wszystko, by polska prokuratura prowadziła śledztwo wspólnie z rosyjską.

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.