Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 80 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Spirala strachu i gwałtu arrow Rząd i opozycja w służbie bezpieczeństwa
Monday 18 February 2019 13:03:43.26.
W Y S Z U K I W A R K A
Rząd i opozycja w służbie bezpieczeństwa Drukuj Email
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
11.02.2019.

Rząd i opozycja w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4405

Felieton  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  9 lutego 2019

Kiedy po śmierci Józefa Stalina Chruszczowowi, marszałkowi Żukowowi, Malenkowowi i innym paladynom udało się zwabić w pułapkę, aresztować i zamordować Wawrzyńca Berię, zawarli oni między sobą niepisany układ, że jeśli nawet kiedyś by się pokłócili, to nie będą się już nawzajem mordowali. Dotychczas bowiem najważniejszym i nierozstrzygniętym problemem politycznym była rotacja na najwyższych stanowiskach. U bolszewików dotychczas bowiem było tak, jak we włoskiej, czy żydowskiej mafii; ten który zarżnął, albo zastrzelił głównego bossa, zajmował jego miejsce, a pozostali przyjmowali to do wiadomości.

Taką właśnie scenę widzieliśmy na filmie „Ojciec chrzestny”, kiedy to żona Michaela Corleone przez uchylone drzwi widzi, jak Clemenza i inni członkowie rodziny Corleone całują w rękę Michaela, który został „donem” po śmierci swego ojca i po pozałatwianiu „spraw rodzinnych”, czyli zgładzeniu wszystkich prawdziwych i domniemanych wrogów oraz zdrajców w rodzaju Carla. Co prawda don Corleone umarł na serce, ale przedtem cudem udało mu się uniknąć śmierci, gdy na rozkaz szefa konkurencyjnej rodziny, został postrzelony na ulicy.

Józef Stalin postępował nieco inaczej. Najpierw polecał mordować wszystkich, których uważał za potencjalne zagrożenie dla siebie, albo swego państwa, a na końcu kazał mordować wykonawców tych poleceń. Tak właśnie pozbył się Jagody, co to miał „oko bystre i rękę niechybną”. Jagodę wykończył Jeżow, „krwawy karzeł”, którego później spotkał ten sam los. W ten sposób Ojciec Narodów nieubłaganym palcem wskazywał winowajców, a potem się ich pozbywał, zanim zdążyli zaprotestować. I tak doszło do powołania Wawrzyńca Berii, który na stanowisku szefa NKWD dotrwał do śmierci Chorążego Pokoju, a niektórzy powiadają nawet, że kiedy półprzytomny, czy nieprzytomny Stalin nie umierał, dodusił go poduszką. Potem próbował czegoś na kształt pieriestrojki, ale eksperyment ten został przedwcześnie przerwany na skutek wspomnianego spisku. W ten oto sposób doszło do zelżenia terroru, a z ulgą odetchnęli nie tylko zwykli obywatele, ale przede wszystkim – dygnitarze, którzy przedtem nie byli pewni dnia ani godziny. I chociaż później też dochodziło do przesileń politycznych na Kremlu, to jednak zwycięzca nie mordował pokonanego, a i pokonany uznawał swoją porażkę, zgodnie ze wspomnianym porozumieniem, że nie będzie już żadnych wzajemnych egzekucji.

Nie jest bezpiecznie

W filmie „Maratończyk” hitlerowiec, czyli Laurence Olivier wierci Dustinowi Hoffmanowi wiertarką dentystyczną w zębach, a kiedy przestaje go w ten sposób torturować, pyta: „Bezpiecznie? Czy jest bezpiecznie?” Ten nie wie, o co chodzi, ale po oswobodzeniu się zaczyna swego oprawcę tropić, aż wreszcie dopada go i powiada: „Nie jest bezpiecznie!

Najwyraźniej po zamordowaniu na oczach setek ludzi prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, do takiego wniosku musieli dojść nasi Umiłowani Przywódcy, w których bezpieczeństwo podatnicy inwestują coraz to większe pieniądze. Ciekawe, że monarchowie nie trzęśli się tak o swoje życie i taki Franciszek Józef, pozując malarzowi Pochwalskiemu do portretu poprosił raz o cygaro. Pochwalski sam nie palił, ale wyszedł do przedpokoju i od siedzącego tam osobnika dostał cygaro. Cesarz zapalił i pyta Pochwalskiego, skąd ma takie dobre cygaro. A ten odpowiada: vom Detektiv. - Was? Detektiv? - wykrzyknął z irytacją cesarz, który nie życzył sobie żadnych detektywów w pobliżu. Okazało się zresztą, że to nie był żaden detektyw. Podobnie premier Badeni, który wieczorami przechadzał się po Wiedniu zupełnie sam. Kiedy zwolennicy Lugera grozili, że obiją go kijami, przyjaciele zorganizowali mu ochronę w postaci dwóch detektywów, którzy szli za nim – ale w sporej odległości. Nieraz ta niefrasobliwość kończyła się źle, bo na przykład cesarzowa Sissi została zabita przez włoskiego anarchistę ciosem pilnika w pierś, ale Kazimierz Chłędowski, były minister dla Galicji w Wiedniu, oglądając przejazd francuskiego prezydenta Emila Franciszka Lubeta przez Niceę, zdumiony był rozmiarami przedsięwziętych środków bezpieczeństwa, no i oczywiście – ich kosztem.

Od tamtej pory zostało to jeszcze bardziej rozdęte i w naszym niebogatym przecież kraju mamy aż siedem tajnych służb, nie licząc oczywiście służb cudzoziemskich, którym nasi bezpieczniacy od 1944 roku tradycyjnie się wysługują – ale bezpiecznie nie jest. Wiadomo; gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść – a tutaj jest ich nawet siedem i podobno nie jest to bynajmniej ostatnie słowo, co pokazuje, że bezpieczniacy potomstwo mają całkiem liczne. Mamy zatem prawdziwy bigos hultajski, ale bezpiecznie nie jest.

W walce z epidemią schizofrenii bezobjawowej

Kiedy Związek Radziecki wraz z innymi krajami miłującymi pokój, podpisał w roku 1975 Akt Końcowy KBWE w Helsinkach, to w jego ramach podpisał również zobowiązanie do utrzymywania pewnych standardów w stosunku do własnych obywateli. Może by się tym nie przejmował i postępował ze swoimi obywatelami jak dotąd, ale uzależnił się od zachodniej pomocy, podobnie jak narkoman uzależnia się od narkotyku, więc musiał trochę uważać. I kiedy pojawili się tam „dysydenci”, to nie bardzo było wiadomo, co właściwie z nimi zrobić. Rada w radę uradzono, żeby osadzać ich w psychiatrykach w charakterze pacjentów. No dobrze – ale pacjentowi trzeba przecież postawić jakąś diagnozę, zwłaszcza, że „zapadniki” na pewno o to będą pytali. Tedy wracze wymyślili nową jednostkę chorobową w postaci „schizofrenii bezobjawowej”, a pierwszym pacjentem, u którego tę przypadłość stwierdzono, był „dysydent” Włodzimierz Bukowski. Z tego powodu został umieszczony w polit-izolatorze w Jarosławlu, ale nadal nie było wiadomo, co z nim, albo co mu zrobić. Podobne rozterki przeżywali Murzyni, co to na pustyni złapali grubasa, więc nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie to, że w dalekim Chile zły generał Pinochet trzymał za kratami dobrego komunistę Luisa Corvalana. Ruscy szachiści z Kremla postanowili tedy dokonać wymiany Luisa Corvalana na Włodzimierza Bukowskiego. W 1976 roku na lotnisku w Zurichu nastąpiła wymiana, skwitowana przez anonimowego fraszkopisa rosyjskiego następującym epigramatem:

Pamieniali chuligana

na Luisa Corvalana.

Gdie najti takuju bladź,

cztob na Lońku pamieniat’?

Na „Lońku”, czyli na Leonida Breżniewa, sportretowanego jako Caryca Leonida w nieśmiertelnym poemacie Caryca i zwierciadło”.

Nasi Umiłowani się namawiają

Toteż z wielkim zainteresowaniem przeczytałem wiadomość o naradzie, na jaką pan premier Mateusz Morawiecki zaprosił był Umiłowanych Przywódców z innych ugrupowań, między innymi – również z tzw. ”nieprzejednanej opozycji”. Ona niby „nieprzejednana”, ale gdy chodzi o własną skórę, to od razu mięknie jej rura i galopuje na naradę u premiera. Potwierdza to trafność spostrzeżenia, że „w okopach nie ma ateistów” - a przecież Nasi Umiłowani nie siedzą w żadnych ”okopach”, tylko w gabinetach, pilnowanych przez rozmaitych fagasów. Cóż to jednak szkodzi zadbać o własną skórę? Wiadomo, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, a w naszym nieszczęśliwym kraju nawet osoby, którym stare kiejkuty poleciły udawać bojowych ateistów, gdy przyjdzie co do czego, chętnie uciekają się pod opiekę Pana Boga. O czym tam się namawiano, tego oczywiście do końca nie wiemy, bo komunikat ukazuje tylko czubek góry lodowej w postaci poszukiwania rozwiązań, co robić z szurniętymi recydywistami, którzy po odbyciu kary wychodzą na wolność. Dylemat jest dość skomplikowany, bo jeśli są szurnięci, to niezawisłe sądy nie powinny ich „skazywać”, a jeśli zostali jednak skazani, to może wcale nie byli szurnięci? Wprawdzie stosowana jest u nas „Lex Gowin”, na podstawie której zły Mariusz Trynkiewicz został umieszczony w izolatorze w Gostyninie, bo „kobiety” przesyłały do ministra sprawiedliwości pełne zaniepokojenia listy, co też może zrobić im ten cały Trynkiewicz, jak znajdzie się na wolności. Współczujący minister Gowin nie pozostał głuchy na te drgania serc gorejących, w następstwie czego został utworzony izolator w Gostyninie. Widocznie jednak zatroskanym o własną skórę Naszym Umiłowanym Gostynin nie wystarcza. Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby przywrócenie kary śmierci za morderstwa, ale przypuszczam, że ani pan premier Mateusz Morawiecki, ani pan Grzegorz Schetyna, ani inni Umiłowani tej ewentualności w ogóle nie biorą pod uwagę z obawy, że Nasza Złota Pani nie tylko przypomniałaby im, skąd wyrastają im nogi, ale może nawet je im z tego miejsca powyrywała. W takiej sytuacji pozostaje tylko jedno: umieszczeni w monitorowanych przez 24 godziny na dobę celach delikwenci, będą się jeden za drugim wieszali na własnych skarpetkach, nawet sami nie wiedząc kiedy. Lakoniczność komunikatu z tej „konferencji w Wannsee” sprawia, że jesteśmy skazani na domysły, wprawdzie jeszcze nie przez żaden niezawisły sąd, niemniej jednak. Tedy śmiało się domyślajmy, że Nasi Umiłowani szykują obywatelom jakieś grubsze świństwo. Strach ma wielkie oczy, a skoro tyle inwestują we własne bezpieczeństwo, to znaczy, że mają powody do obaw. Zresztą, jak sądzę, całkiem uzasadnione i dlatego ucinają każdą próbę powrotu do dyskusji na temat dostępu obywateli do broni, podobnie jak każdą próbę dyskusji nad przywróceniem kary śmierci za morderstwa.

Zmieniony ( 11.02.2019. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.