Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 37 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Bartyzel arrow Dziedziczna monokracja Kimów
Thursday 21 November 2019 22:21:17.28.
migawki
Diabeł do Rybaka z Watykanu: Teraz już tylko pachamamy, bałwany łowić będziesz"
 
W Y S Z U K I W A R K A
Dziedziczna monokracja Kimów Drukuj Email
Wpisał: Jacek Bartyzel   
23.12.2011.

Dziedziczna monokracja Kimów

Wicehrabia de Bonald: „Kiedy podli triumfują, parodiują oni społeczeństwo: mają swój rząd, swoje prawa, swoje trybunały, a nawet swoją religię i swojego boga; nadają oni prawa nieładowi, ażeby go utrwalić - oto jak głęboka i naturalna jest idea porządku”.

 

Jacek Bartyzel http://www.legitymizm.org/dziedziczna-monokracja-kimow

Uwagę komentatorów politycznych przyciąga fakt przekazania władzy w trzecim już pokoleniu rodziny Kimów, rządzącej komunistyczną Koreą Północną, po śmierci kolejnego „Wiecznego Prezydenta” Kim Dzong Ila. Niektórzy snują w związku z tym nawet śmiałe spekulacje o narodzinach pierwszej w dziejach dynastycznej „monarchii socjalistycznej”, co jednych bawi, innych zaś przeraża.

W sumie, jak wiadomo, niewiele wiemy o tym kraju, odgraniczonym od prawie całej reszty świata barierą, której szczelność nie ma sobie chyba równych w historii. Ta szczątkowa wiedza rozpościera się niejako pomiędzy oficjalną propagandą, której oryginalność na tle innych polega na tym, że jako znów pierwsza w dziejach z pełną ostentacją głosi jawny absurd, z drugiej strony zaś składa się ona z dochodzących czasami wieści o życiu nieszczęsnych mieszkańców tego Tartaru na ziemi, które są tyleż przerażające i mrożące krew w żyłach, co ułamkowe i nieprecyzyjne. Jedno co pewne, to to, że dokonał się i trwa tam nadal eksperyment społeczny będący jakąś potworną karykaturą (a tym jest zawsze dosłowność) idealnego Państwa Platona.

Z politologicznego, a nie ideologicznego, punktu widzenia system panujący w socjalistycznej Korei jest właściwie prosty do określenia. Określa go pojęcie monokracji, a więc niemonarchicznej, czyli pozbawionej formalnych atrybutów władzy monarszej, lecz też jedynowładczej formy sprawowania rządów. Przeciwko temu można jednak podnieść obiekcję, iż zaistniałe właśnie już po raz trzeci przekazanie władzy w ręce kolejnego potomka – Kim Dzong Una, stanowi znaczące przesunięcie od monokracji do monarchii (przynajmniej) de facto, jako że ustala się tym samym pewna „dynastyczność” oraz zasada sukcesji, co w sumie tworzy niejako „tradycję”, czyli czynnik uważany powszechnie (i słusznie) za konstytutywny dla monarchii sensu proprio. To zatem właśnie intryguje wielu obserwatorów, i trudno się temu dziwić.

Na pozór, a nawet do pewnego stopnia faktycznie, ten kierunek ewolucji zachodzi. Ród jest ten sam, przekazywanie władzy zachodzi stale już w jego obrębie, a zatem jest to już de facto dynastia. Jednak co najmniej przedwczesne byłoby mówienie w tym wypadku o sukcesji. Przede wszystkim pojęcie to zakłada stałość i jasność reguł następstwa „tronu” (tu jednak przecież wciąż w koniecznym cudzysłowie), niekoniecznie spisanych, pierwotnie zresztą zawsze istniejących jedynie w postaci prawa zwyczajowego, lecz powszechnie znanych i zrozumiałych, analogicznie jak nakazy prawa naturalnego. Po drugie, sukcesja – w odróżnieniu od zwykłego dziedziczenia – oznacza zupełne wyłączenie arbitralności i ludzkiego woluntaryzmu, gdyż tam, gdzie jest dziedziczenie, można być też wydziedziczonym, natomiast sukcesyjność oznacza przechodzenie panowania w naturalnym porządku narodzin, bez możliwości ingerencji w to czyjejkolwiek woli. Dziedziczenie zatem to jeszcze nie sukcesja.

Jeśli porównamy te zasady dojrzałej europejskiej monarchii sukcesyjnej z tym, co możemy obserwować w Korei Płn., to widzimy różnicę zupełnie zasadniczą. Wszyscy komentatorzy łamią sobie przecież głowy pytając samych siebie dlaczego władzę przejął młodszy syn Kim Dzong Ila, a w związku z tym (czyli brakiem znanych zasad), kto właściwie „za tym stoi”, kto jest władny zdecydować o tym, kto będzie następnym „Ukochanym Przywódcą”. Jeżeli zatem nawet komunistyczna Korea upodabnia się w sensie ustrojowym do monarchii, to co najwyżej do jej archaicznej formy, gdzie już istnieje wyróżniony ród monarszy, ale o tym, który z synów czy innych krewnych przejmie władzę, decyduje wedle swego widzimisię bliżej nieokreślone, wąskie gremium.

Mając z kolei na uwadze tych, których przyoblekanie się makabrycznej, czerwonej tyranii w „szatę monarchiczną” wprawia w niepokój i smutek ich szczerze monarchistyczne serca, należy zauważyć rzecz następującą. Zjawisko to w gruncie rzeczy wcale nie jest tak wyjątkowe, i w słabszej bądź mocniejszej postaci występuje w każdej formie rządu, jakiej próbowano i próbuje się nadal od czasu obalenia tej najbardziej naturalnej (w sensie zgodności z ładem rzeczy) formy, czyli tradycyjnej monarchii sukcesyjnej. Widzimy je nie tylko w ustrojach autorytarnych, pół-autorytarnych, totalitarnych (z tą tylko różnicą, że jeszcze nigdy żadnemu nie udało się to w trzech pokoleniach), ale nawet w republikach wszelkiego rodzaju i w demokracjach liberalnych, by wspomnieć choćby najświeższy przypadek „dynastii” Bushów (gdzie oczywiście mamy do czynienia z elekcją, ale w takim razie odpowiada to modelowi monarchii elekcyjnej, gdzie pokrewieństwo nie daje wprawdzie automatycznie następstwa, ale stanowi argument i atut). Czego to dowodzi? Otóż tego, że sam instynkt skłania nawet „rozregulowane” upadkiem monarchii społeczeństwa do poszukiwania choćby jakiejś namiastki dobrego.

Lecz zarazem i w praktyce dowodzi to czegoś jeszcze innego: tego mianowicie, iż wszystko to, co mimetyczne, a nie autentycznie tradycyjne, jest zawsze co najmniej gorsze (tak jak każda kopia od oryginału), a najczęściej złe substancjalnie. Pisał o tym już wicehrabia de Bonald: „Kiedy podli triumfują, parodiują oni społeczeństwo: mają swój rząd, swoje prawa, swoje trybunały, a nawet swoją religię i swojego boga; nadają oni prawa nieładowi, ażeby go utrwalić – oto jak głęboka i naturalna jest idea porządku”.

Spostrzeżenie de Bonalda nabiera szczególnej aktualności właśnie w obliczu owej osobliwej „monarchizacji” Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej; wszakże nawet parodia religii i „boga” zachodzi w ideologii dżucze i w „cudownościach” tyczących choćby okoliczności narodzin „Wielkich Przywódców”.

Monarchiści, których smuci (a co gorsza, może nawet dezorientuje) ta parodia, nie powinni wreszcie zapominać, że przecież nawet Piekło nie jest ani republiką, ani demokracją; tam też panuje jedynowładztwo szatana, noszącego nawet podwójny tytuł monarszy – Księcia Ciemności i Księcia Tego Świata; ale przecież o ile „terytorium” odpowiadające pierwszemu tytułowi pozostanie jego domeną w wieczności, o tyle roszczenie do władztwa nad drugim obszarem kiedyś zostanie ostatecznie zdezawuowane.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.