Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 50 gości
S T A R T arrow Kościół arrow ...paaanie... CUDÓW NIE MA !!! arrow KRAB świętego Franciszka Ksawerego
Wednesday 20 November 2019 18:12:23.28.
migawki
Diabeł do Rybaka z Watykanu: Teraz już tylko pachamamy, bałwany łowić będziesz"
 
W Y S Z U K I W A R K A
KRAB świętego Franciszka Ksawerego Drukuj Email
Wpisał: Zofia Kossak   
15.03.2012.

KRAB świętego Franciszka Ksawerego

 

Krzyż świętego Franciszka Ksawerego

 

Zofia Kossak,  Szaleńcy Boży

 

[----]  BOŻE, bo toniemy...

 

- Dokąd się udaje wasza wysokość? - zagadnął kupiec.

 

- Do mnie mówicie, dostojny panie? Nie przywykłem do tytułów równie męczących, jak niezasłużonych. Jestem ojcem Franciszkiem, nic więcej. Płynę do Maoryki, która piękną wyspą i zaludnioną jest, a nic dotychczas o prawdziwym Bogu nie wiedzącą...

- Na świętego Filemona! Słyszałem o Maoryce! Kanibale tam pono z najdzikszych, szatany szpetne, nikogo obcego u siebie nie żywiące. Noga chrześcijańska jeszcze na tej wyspie nie postała!

- Dzikusy to rzeczywiste podobno i kanibale. Tym bardziej trza ich odmienić.

- Ojcze świątobliwy! Toćże to proste szaleństwo! Nie godzi się cennego żywota na kres niechybny bezpożytecznie wy­stawiać! Wasza wysokość, legatem będąc, ważniejsze ma misje przed sobą!...

         Ojciec Franciszek zamyślił się patrząc przed siebie, nim odparł:

         - Mylicie się, panie, sądząc, iż na tej wyspie noga białych nie postała. Byli tam nasi, owszem, przed kilkoma laty. Obeszli wyspę dokoła. Nie znalazłszy na niej nic godnego uwagi, uciekli przed kanibalami. Niewątpliwie, gdyby znaleźli na niej piasek złoty, bogate lasy lub inny towar popłatny, wróciliby nieulękle raz, drugi i trzeci, wiodąc w ślad za sobą innych, i panowaliby nad wyspą. Czyliż więc miłosierdzie tchórzliwsze ma być niż chciwość?

Mną zresztą też chciwość kieruje. Łowcam zachłanny, nigdy niesyty dusz, dotychczas jakoby nie żyjących - roztwierających się dopiero niby kwiaty ku Bogu i Prawdzie. Ciemne, ubogie duszęta, rozwijające się w świetle wiary przedziwnie. Mam ich wiele, wiele na wszystkich tych wyspach, a nigdy nie dosyć. Miłuję je jak matka swe dzieci, bo życie wieczne i Boga za mym pośrednictwem poznały. Dlacze­góż ci z Maoryki mają pozostać w ciemności? Czyż nie narodził się Chrystus i dla nich?

Chlust słonej wody ciął ich jak biczem przez lica. Urwali, spoglądając na morze. Toń ze szmaragdowej stała się barwy ołowiu. Cisza była, woda marszczyła się drobno niby rękawy przy sukni paradnej - chwilami jeno nagły, skośny podmuch wiatru niósł daleko ostre bryzgi, by znowu ucichnąć. Wiosła pracowały całą siłą, aż statek stękał w wiązaniach, prąc się w przód przez spopielałe odmęty.

- Monsun idzie - rzekł ojciec Franciszek.

- Kapitan przewidywał to już z rana. Jak myślicie, świątobliwy ojcze: wytrzymaż ta galiota napór wichru?

- Wytrzyma lub nie, według tego, co jej Bóg przeznaczył - odpowiedział zakonnik pogodnie i odszedł, by wioślarzom zanieść wody z octem dla ochłody.

         - W taki czas - rzekł na odchodnem - żar pod pokładem aż dusi.

         Don Faustus pozostał sam, spoglądając na niebo z nie­pokojem.

 

Monsun nadlatywał istotnie na porwanych skrzydłach chmur. Jak czarownice wzywane na sabat zbiegały się błys­kawicą z wszystkich krańców widnokręgu, zalegały mroczną gęstwą czyste do niedawna niebo. Z bezkształtnego ich tułowia wychyliła się na horyzoncie chmura obła, ciemna, o jądrze niebieskawo świtającym. Wraz powietrze stało się duszne nie do wytrzymania, barwy sposępniały. Mewy piskały radośnie, świecąc białym sierpem skrzydeł nad nagłą szarzyzną otchłani. Już i fale poczęły budzić się z uśpienia, przeciągały się szczekając i warcząc, drażniły wzajem, wgryzając się jedna drugiej w ugrzywione, giętkie karki. Aż się zerwały do tańca, podjudzone wichrem. Wzdęły naokół galery wielkie, śliskie cielska. Niby w dolinie zacisznej pomiędzy szczytami znalazła się galiota, drobiąca śmiesznymi mackami pośród wydętych ku niebu bałwanów. Podbiły ją w górę, wypluły na szczyt, skąd spływać poczęła w otchłań.

- Wiosła! Wiosła! - ryczał bez przerwy pochylony nad tubą kapitan, trzymając się oburącz mocnej drewnianej bariery. Stary Borzo stał przy rudlu. Galera zsunęła się w dół i w tejże chwili z szumem przewaliła się przez nią fala, spłukała pokład, przebiegła, wymiotła znów statek w górę.

- Wiosła! - wycharczał kapitan, wypluwając wodę.

         Urwał z przekleństwem straszliwym. Połowa wioseł z prawej strony, wpiętych w potężny tułów fali, prysła jak drzazgi; statek począł okręcać się na miejscu.

- Zmienić wiosła! - zakrzyknął.

         Galera dygotała rzucana niby łupina. Naraz przechyliła się na bok, ukazując drgające bezradnie w powietrzu pióra wioseł. Klapa zejściowa podniosła się nagle, dwudziestu kilku wioś­larzy wypadło na pokład.

- Woda na dole! - krzyczeli.

- Na miejsca! - wrzasnął kapitan. - Luk zamknąć! Na miejsca, łotry, natychmiast!

- Sam idź! Tam wody po szyję!

- Na miejsca!

- Oliwę każ lać, oliwę!

- Czas na oliwę; do wioseł!

- Żal ci, psie chciwy! Wolisz zgubić nas wszystkich niż stracić ładunek!

- Zbóju!

- Na miejsca, spuszczę oliwę!

 

Cofnęli się uspokojeni, zostawiając czterech, którzy rzucili się czołgając, by ich woda nie zmiotła, ku baryłkom. Między beczkami, skulony, zmoczony, tkwił don Faustus Rodriguez. Wicher zerwał mu kapelusz, następnie perukę; łysa jego głowa błyszczała. Szczękał zębami z przestrachu.

- Giniemy? - jęknął.

- Na to wygląda - odkrzyknął kapitan wśród ryku.

Tamci, pełzając, podtoczyli baryłki ku burcie. Nadludz­kim wysiłkiem utrzymując równowagę, wynieśli je na kant, wybili siekierą dna. Ciecz gęsta, żółtawa, leniwa, jak gdyby zdziwiona, płynęła powoli, zaścielając zaskoczone fale ru­chomym, lepkim obrusem. Morze naokoło statku ucichło na moment.

- Więcej! Więcej! - wołał Fereiro, oglądając się na boki. Odetchnął z ulgą. Nowe wiosła wysunęły się w miejsce złamanych, chwyciły za wodę, wygięły się w łuk pod naporem fali, uniosły się, szarpnęły. Wypadli na wierzch grani wodnej, okręcili się na niej i stoczyli w dół.

Znowu wypadli, dźwignęli się na górę, otrząsając się z poto­ków wody. Znowu i znowu, przez szereg straszliwych godzin.

         Zmierzch rudobłękitny nadchodził, a piekielny taniec trwał.

         - Przekleństwo! - warknął Fereiro.

        

         Wszystkie wiosła z lewej strony bryznęły jak wiechcie słomy. Bezsilna, bezradna łupina wirowała, huśtała się, przewalała z boku na bok, czekając lada fali, która odwróci ją na grzbiet jak chrabąszcza. Wioślarze wyszli na pokład, pełzając ku łodzi. Dawno porwały ją fale - więc tarzali się z dzikim skowytem wściekłości, czepiając się kurczowo ław. Bramini siedzieli rzędem, przywiązani jedną liną do burty. Twarze ich były obojętne. Wargi powtarzały formułkę modlitwy. Spoglądając wokoło z rozpaczą Fereiro spostrzegł, że stary Borzo od rudla daje mu ręką rozpaczliwe znaki.

- Gdzie wielki ojciec? - krzyczał sternik schrypłym głosem, darmo starając się przekrzyczeć burzę. - Wielkiego ojca! Niech się modli! Żywo! Żywo!

- Niech się modli! - powtórzył z rozpaczą kapitan.

Ojciec Franciszek Ksawery pracował na dole za trzech, wylewając wraz z kilkoma wioślarzami wodę. Zawołany, wyszedł na pokład, gdzie leżeli ludzie bladzi z trwogi, w lęku przedśmiertnym czepiając się wszystkiego, co im się zdało oparciem.

- Ojcze - zakrzyknął kapitan - giniemy! Proś Boga!

- Proś Boga! Ratuj! Niech cię wysłucha! - wołali.

- Wskrzesiłeś czworo ludzi w Trawankorze! Zlituj się teraz nad nami!

         - Jakeś ocalił Madurę od najścia Badagów - ratuj nas!

         . - Ogień ciebie słucha, morze, wiatr! Ulituj się!...

         - O bracia, módlmy się wszyscy! Bóg jednakowo słucha próśb każdego.

         - Nieprawda! Ciebie wysłucha! Wzywaj Go! Wzywaj! Ubłagaj!

 

Skomleli ostatkiem tchu, spoglądając nań prawie z nienawiś­cią, bo zdało im się, że trzyma w ręku ratunek, a niepewny jest, czy go udzielić. I Franciszek Ksawery, powiódłszy wzrokiem po nich, uczuł ogromną litość nad tą ludzkością nieszczęsną, wyjącą w trwodze przedśmiertnej, przeto, podszedłszy ku burcie, ukląkł do modlitwy, nieczuły na zalewającą go co chwila wodę. Wśród straszliwego łoskotu rozpętanych fal modlił się w cichym swym sercu rozmodleniem wielkim, aż rozpłomieni wszy nagle ducha w sobie powstał i twarzą w twarz z morzem bluznął rozkazem:

 

         - Ucichnij! Ucichnij! Słyszysz?! Krzyż jest nad tobą! uci­chnij!

 

Wicher zagwizdał raptownie, zahuczał, zagrzmiał, przeleciał ponad głowami wściekłym huraganem fali, wyrwał galerę ku górze - opuścił...

Wpółmartwi ludzie nie umieli nigdy później opowiedzieć, co zaszło w tej chwili. Niejasne uczucie ulgi, odprężenia, jak gdyby z piersi zwalił się śmiertelny ciężar. Po dłużej chwili zaledwie pojęli, że wiatr przycichał, odchodził, tratując dalej strasznymi stopami rozbujałe tamy morza. Fale topniały w oczach jak śnieg pod deszczem wiosennym, miękły, przewalały się z szu­mem łaskawym. Rozdarły się ciemne chmury i błysnęło przez nie zachodzące właśnie słońce. Ojciec Franciszek stał wciąż przy burcie bez ruchu. Wtenczas to fala ostatnia w bezsilnej złości porażki skoczyła ku niemu, liznęła, szarpnęła, zalała oczy mściwym sięgiem wody, wyrwała z ręki krzyż, uciekła z chichotem, trzęsąc ugrzywioną głową. Spojrzał na nią z żalem, litując się zawziętości, prawie że ludzkiej, żywiołu.

 

Łódka odnaleziona nazajutrz po burzy werżnęła się w piasek głęboko i ojciec Franciszek Ksawery, pożegnawszy raz jeszcze wioślarzy, wyskoczył w płytką, ciepłą wodę. Dobrnął do suchego wybrzeża i rozejrzał się. Stał sam na wyspie zwanej Maoryką, zamieszkałej przez kanibalów, nienawiść zawziętą noszących w sercu ku białym. Był sam jeden. Łódka zaledwie już była widoczna na morzu, dopływała galery; wioślarze jej pracowali ostro, nie kwapiąc się bynajmniej do spotkania z chyżymi pirogami dzikich.

O kilkanaście kroków przed nim zaczynał się las, cienisty, zwarty, nieznany. Ruszył w tę stronę i przypomniał sobie nagle, że nie ma krzyża przy sobie. Stanął bezradny, zmartwiony, w nagłym skurczu serca. Gdy spotka tych, ku którym szedł - cóż im okaże? Jak wyjaśni, w imię czego przybył? Nie ma krzyża... Czemuż nie pomyślał o tym wcześniej, nie sporządził sobie innego? O, niedobra falo! Iść ku poganom bez krzyża, niby herold, wysłaniec, idący bez pieczęci pana! Jakże mu mają zawierzyć?!

Osmętniały, ruszył frasobliwie wybrzeżem, między wyrzuco­nymi przez morze odłamkami drzewa szukając sposobnych do zrobienia znaku Odkupienia. Gdy nic odpowiedniego nie widział, jęło coś pluskać w wodzie tuż przy brzegu. Przystanął patrząc. Wielki oliwkowy krab wyłaził z trudem na brzeg, rozstawiając szeroko i niezdarnie kosmate nogi. Był to krab z rodzaju grzbietonogów, na szerokim spłaszczonym odwłoku noszący parę niby ramion, do trzymania zdobyczy prze­znaczonych. I teraz trzymał w nich coś śliskiego snadź, bo osuwało się ciągle, wysokiego, bo kołysał się z boku na bok niepewnie, pośpiesznie kiwając szczypcami. To coś zalśniło od słońca tak dziwnie, że ojciec Franciszek pochylił się zacieka­wiony. I zdumiał...

Ciemny morski potworek przynosił mu zgubiony krzyż - krzyż wyrwany przez złą falę o cztery dni drogi stąd! Przykląkł, by wyjąć ostrożnie ukochaną zgubę, przycisnął ją do ust w uniesieniu.

Podjął z ziemi kraba i w pieszczocie przytulił do twarzy, spojrzał serdecznie w cudaczne, niezrozumiałe, ruchome na słupkach oczy, po czym uczynił nad nim znak błogosławiący i puścił ostrożnie do wody. Teraz powstał z krzyżem w ręku i odwrócił się radosny, pogodny, promienny... Dwie małpki brunatnoszare przykucnęły opodal, patrząc na nieznanego człowieka ciekawie. Uśmiechnął się do nich słonecznie, one zaś podbiegły i wskoczyły mu na ramiona. Świetne, jak z barwnej porcelany ulepione papugi latały nad jego głową. Z zarośli wyszło kilku dzikich, szpetniejszych wiele od małp. Ukryci między drzewami widzieli kraba wynoszącego z morza amulet nieznanemu czarodziejowi, więc lęk ogarnął ich serca. A Fran­ciszek Ksawery na ich widok rozpromienił się jak zorza i podniósł wysoko krzyż. Oni zaś, widząc, że wielki biały czarodziej idzie ku nim, padli na twarze, bełkocąc niezrozumia­łe wyrazy.

Zmieniony ( 15.03.2012. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.