Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 24 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Historia - m.inn. Rosji wobec Polski arrow Lato 1943 roku na Wołyniu i wiosna 2007 roku w Warszawie
Wednesday 25 November 2020 03:56:26.31.
migawki
 

27/28.11.2020 Jasna Góra – comiesięczne Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

-------------------

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

                                                                         Przeoraty i kaplice Bractwa Świętego Piusa X w Polsce

                                                                         ==================

Koniecznie: Godzinnik czyśćcowy

 
W Y S Z U K I W A R K A
Lato 1943 roku na Wołyniu i wiosna 2007 roku w Warszawie Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
28.09.2008.

[NCz! nr. 29-30, 21.07.07]

Relacja Ireny Gajowczyk sporządzona w 2003 roku

Lato 1943 roku na Wołyniu

Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hur­by, gmina Buderarz, powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Osta­szewska, córka Jana i Marii z domu Zielińskiej. Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943 roku. Wie­czorem tego krytycznego dnia mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach. (Dla porządku podaję imiona i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10 lat, Irena .:.. 6,5, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku.)

Mieszkaliśmy dość daleko od in­nych gospodarstw i tego dnia ktoś nas powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się stało: Marcel wziął na ple­cy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołą­czyło do nas wielu sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, by wynieść najcenniejsze rzeczy i trochę żywności.      .

Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku mło­dych mężczyzn wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas, siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z Mamą. Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami, kogo dopadli. Kilku z nich najechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże, mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej Mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich mali. Oprawcy byli jednak bez­względni. Mama, czołgając się, przy­garnęła do siebie płaczącego Tadzia. Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chy­ba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak się trochę uspokoiło, pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam, bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce.

            Rano postanowiłam pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko nas spotka­ło nieszczęście. Jej budynek, nowy, mu­rowany, kryty blachą, stał niezniszczo­ny. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy po ukraińsku, uciekłam stamtąd do mojej koleżanki Stasi Materkowskiej. Jej bu­dynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni. Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybie­głam do dobrze znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie, powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali. Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką gałgankową, którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe, co zmusiło mnie, by wyjść szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia Helena Ostaszewska, która zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez ostatnią noc.

            Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów. Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię. Stojąc w grupie, zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczę­liśmy się chować - każdy myślał, że to banderowiec, a to był mój Ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami (uciekł z płoną­cego domu przez okno), ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo roz­paczał na miejscu kaźni Mamy i brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała ona dwie dziury w głowie oraz dwie kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać jelita: jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było też kilka wozów i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Oj­ciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały, bo w lesie mogą być banderowcy.

Po przebyciu przez nas kilku kilome­trów leśną drogę zastąpili banderowcy, krzycząc: "siuda jidut Lachy!". Padły strzały, Tatuś krzyknął, abyśmy ucieka­ły, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny. Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, któ­re były zbyt duże (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie. Zgubiłam uciekają­cych, ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których zbiegli się banderowcy i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam, jak naszej sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca. Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwa­na, aby darował mu życie. Ja też zna­łam tego Iwana, bo ciągle przychodził - do naszego Tatusia jako przyjaciel.

            Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz dru­gi ujrzeli, postanowili skończyć ze mną, raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot, ą lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota .i tyle, ile miał w garści, odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił na ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam, był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta, a mrówki były w buzi, W nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się, zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami.

            Po jakimś czasie usłyszałam nadjeż­dżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły, aby się ukryć. Leżałam przy drodze. Pamiętam, jak podniósł mnie żołnierz niemiecki, a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niem­com, że mnie zna, bo wcześniej po­znali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną, układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę pamiętać zawsze. Opowiadano mi, że mieszkańcy, którzy się uratowali, uciekli do Mizocza i po trzech dniach wraz z wojskiem niemie­ckim postanowili pojechać do Hurby, aby zobaczyć, co się tam stało.

            Tak więc się okazało, że przeleża­łam w lesie trzy doby. Na miejscu w Hurbach odnalazła się moja siostra Lodzia, której udało się uciec z lasu. Muszę dodać, że nikt nie zbierał pomordowanych, nie było jak i nie było czasu. Niemcy wyznaczyli bardzo mało czasu na pobyt w naszej wiosce w obawie przed banderowcami. Zwłoki wielu mieszkańców Hurbów, były przez Ukraińców ponownie wygrzebane i porozrzucane po polach i ogrodach. Wujek Aleksander Warnawski był mężem siostry mojego Ojca. Mnie i siostrę Lodzię wzięli na wychowanie, ja trafiłam do niemieckiego szpitala w Mizoczu. Długo się leczyłam, rany bardzo ropiały. Mam siedem blizn na ciele, które z biegiem lat przestały mi przeszkadzać, jednak okaleczona psy­chika daje mi znać o sobie przez całe życie. Po wyjściu za mąż zamieszkałam na Dolnym Śląsku i mieszkam tu od 1958 roku.

            Pisząc te trudne dla mnie słowa, chcę, aby dotarły do wszystkich. Nie chcę, aby zapomniano o tym, co wyrabiali pozbawieni sumienia rizuni ukraińscy, którzy w niewyobrażalnym bestialstwie przewyższyli stokroć gestapo i NKWD. Tamci to były organizacje państwowe powołane, do niszczenia przeciwników, a banderowcy, którzy dziś mówią, że walczyli z Niemcami i Sowietami, w tchórzowski sposób "wojowali" z Bogu ducha winną ludnością cywilną, to jest ze mną - żywym świadkiem, 6,5-letnią dziewczynką, którą znali i znali jej ojca i cała rodzinę. Tylko bandyci i tchórze walczą z dziećmi i kobietami! Tylko zboczeńcy rozpruwają brzuchy i obcinają piersi, a oni w swoich szkołach w Polsce uczą dzieci ukraińskie, że to byli bohaterowie. Być może gdyby tak nie kłamali, to byłyby inne stosunki z Ukraińcami, a tak, to nie wiem, czy usłyszę proste, ale okazuje się za trudne dla nich słowo: przepraszam!        

            PS. Z całej mojej rodziny żyje nas tylko dwie: Irena, to ja, pisząca te słowa, i siostra Leokadia. Nie wiemy, co stało się z ranną siostrą Stasią. Zamordowano razem 5 osób z mojej rodziny. Długo się bałam; czy to napisać. Wujek Warnawski odradzał mi, ale teraz musiałam to  z siebie wyrzucić.

Wiosna 2007 roku w Warszawie

            Szóstego marca 2007 roku 137 osób podpisało się pod listem skierowanym do przewodniczącego Rady Warszawy w proteście przeciwko projektowi pomnika ku czci ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na ludności polskiej Kresów Wschodnich, zarzucając inicjatorom wzniesienia tego monumentu na placu Grzybowskim w Warszawie intencję "pobudzania nienawiści", a w najlepszym razie - pogoń za "sensa­cją". Wśród sygnatariuszy protestu znaleźli się m.in.: Marek Balicki, Bogumiła Berdychowska (kolaborująca z dawnym stypendystą Adolfa Hitlera Bohdanem Osadczukiem, któremu prezydent Kwaśniewski dał order Orła Białego), Seweryn Blumsztajn, Teresa Bogucka, Michał Boni, Marek Borowski, Stefan Bratkowski, Bronisław Geremek, Agnieszka Holland, Tomasz Jastrun, Jerzy Jedlicki, Marcin Król, Jan Kułakowski, Jan Lityński, Andrzej Mandalian (ongiś autor wazeliniarskich poezji, m.in. o majorze UB., któremu  przyśnił się Dzierżyński!), Tadeusz Mazowiecki, Janusz Onyszkiewicz, Adam Daniel Rotfeld, Joanna Szczęsna, Andrzej Wajda, Andrzej Wielowieyski, Henryk Wujec i Ludwika Wujec. Tyle wpływowych osobistości, tyle patentowanych autorytetów .moralnych, co to i za Stalina miały jedynie słuszną rację, i teraz też... Czy pani Irena Gajowczyk nie odważyła się na sporządzenie swojej relacji zbyt pochopnie? Czy w razie czego Polska potrafi obronić ją przed tak wpływowymi wrogami "nienawiści"?

Stanisław Michalkiewicz

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.