Grojec, hierarchia, demokracja. Dokąd zmierza Kościół w Polsce?
7 października 2026 Paweł Chmielewski pch24/grojec-hierarchia-demokracja-dokad-zmierza-kosciol-w-polsce

Wierni Kościoła katolickiego są demokratami i w związku z tym chcą współdecydować i współrządzić. Biskupi nie dostrzegają tego faktu, bo zostali wykształceni w innym modelu. Chociaż mówią o synodalności, to działają autorytarnie. Jak skończy się ten rozdźwięk?
Skandal grojecki, czyli spór o władzę
W Grojcu w diecezji bielsko-żywieckiej rozegrały się sceny dość niecodzienne, przynajmniej jak na współczesne polskie standardy. Biskup Roman Pindel podjął decyzję o usunięciu proboszcza z urzędu, co wywołało wściekłość niektórych wiernych. Kiedy biskup przyjechał do kościoła, w którym posługiwał był ów proboszcz, wierni otoczyli świątynię i obrzucali ordynariusza inwektywami, domagając się cofnięcia decyzji. Biskup zamieścił później w sieci krótkie nagranie, w którym poinformował o „poważnym przestępstwie kanonicznym” księdza, odmawiając jednak podania szczegółów. Powiedział tylko, że decyzję o usunięciu proboszcza zaaprobowały najważniejsze urzędy Stolicy Apostolskiej.
O co chodzi w tej sprawie w szczegółach nie wiem i wcale mnie to nie interesuje. Przypadek grojecki jest interesujący głównie za sprawą rażących niedostatków natury komunikacyjnej. Wprawdzie nic nie usprawiedliwia wulgaryzmów, jakimi posługiwał się wściekły tłum, niemniej jednak każdy człowiek przyzna: ludzie na ogół nie lubią, kiedy są traktowani jak stado baranów. Usunięcie proboszcza, który posługuje przez wiele lat, bez bardzo rzetelnego i transparentnego poinformowania, dlaczego taka decyzja jest planowana, stanowi swego rodzaju obelgę dla intelektu parafian. Mogli pomyśleć, że traktuje się ich jak głupie dzieci, które nie muszą niczego wiedzieć i o niczym nie powinny współdecydować.
Demokracja to nie żarty
Żyjemy tymczasem w systemie demokratycznym, a demokracja zasadza się na rządach większości. W regularnych odstępach czasu Polacy chodzą do urn wyborczych i głosują, występując w roli suwerena wspólnoty państwowej. Słyszą, że losy całego narodu zależą właśnie od ich decyzji. Jakby tego było mało, w systemie demokratycznym do głosu dopuszczeni są wszyscy, bez żadnych wyjątków: wykształceni i niewykształceni, bogaci i biedni, dobrzy i źli, mężczyźni i kobiety. Każdy jest traktowany jak suweren i takim się czuje. Przez długie lata Polacy mogli uważać, że są bierną masą, którą zarządzają inni. Jednak system demokratyczny zdążył się już w naszym kraju zakorzenić i taka opinia odchodzi do lamusa. W demokracji każdy czuje się panem.
To ma swoje olbrzymie konsekwencje również dla Kościoła katolickiego. Ostatecznie Kościół nie działa w próżni politycznej, ale w określonych warunkach. Ludzie, którzy tworzą Kościół, są jednością – wychowani do demokracji, są demokratami, czy to w życiu społecznym, czy to w życiu kościelnym. Skoro są panami w państwie, chcą być panami w Kościele. Być może z perspektywy biskupów większość wiernych konstytuuje stado baranów. Nawet jeżeli któryś z biskupów byłby prywatnie gotów bronić takiej opinii, wskazując na pozorność wykształcenia demokratycznych władców ludowych, żaden z członków tego inkryminowanego stada nie chce słyszeć takich opinii – i nie chce, by biskup działał tak, jakby taka opinia warunkowała jego stosunek do ludu. Innymi słowy, ludzie chcą być traktowani poważnie i podmiotowo. Biskup, który traktuje ich jak chłopów pańszczyźnianych, naraża się na poważny brak adekwatności między swoim modus operandi a tym, czym żyje lud.
Sprawa grojecka nie jest bynajmniej wyjątkowa. Można odwołać się do rzeczy znacznie poważniejszej, a mianowicie do sposobu implementacji adhortacji „Amoris laetitia”.
Komunia dla rozwodników? Tak, nie, może jednak
Jak wiadomo, w 2016 roku papież Franciszek zaproponował zmianę dyscypliny sakramentalnej wobec rozwodników. Wcześniej Komunię świętą mogli otrzymywać wyłącznie tacy rozwodnicy, którzy żyją po rozwodzie w czystości. Na gruncie „Amoris laetitia” można dokonywać rozróżniania poszczególnych sytuacji. W niektórych przypadkach jest możliwe, że rozwodnik prowadzi życie intymne z nowym, niesakramentalnym partnerem – a i tak otrzymuje Komunię świętą.
W Polsce biskupi wydali dokument dotyczący „Amoris laetitia” w 2018 roku. Chociaż setki tysięcy wiernych oczekiwały jasności w sprawie nauczania, takiej jasności nie otrzymano. Wytyczne biskupów po prostu ominęły drażliwy temat. Od tej pory w podejściu biskupów nic się nie zmieniło, co niedwuznacznie dał do zrozumienia arcybiskup Wiesław Śmigiel, metropolita Szczecina oraz przewodniczący Rady ds. Rodziny przy KEP. 6 października ukazał się w Polskiej Agencji Prasowej wywiad z tym hierarchą, związany z 10. rocznicą ogłoszenia „Amoris laetitia”.
„Dokument świadomie nie rozstrzygał szczegółowo kwestii dopuszczania do Komunii świętej osób żyjących w związkach niesakramentalnych” – powiedział. „Wdrażanie adhortacji nie było jednak wszędzie jednakowe. Wiele zależało od diecezji, przygotowania duszpasterzy i dostępności poradni oraz odpowiednio uformowanych małżeństw, które mogły pomóc w drodze rozeznawania” – dodał arcybiskup. „Integracja jednak ma swoje granice i nie oznacza uznania każdej sytuacji za zgodną z Ewangelią” – stwierdził, wskazując, że „norma moralna pozostaje obiektywna, jednak odpowiedzialność człowieka może być różna ze względu na stopień świadomości, wolność decyzji, istniejące zobowiązania, dobro dzieci czy konsekwencje ewentualnego rozpadu kolejnego związku”.
Czyli jak?!
Co tak właściwie mówi arcybiskup? Nie potwierdza przecież, że obowiązują zasady sprzed „Amoris laetitia”. Mówi, że adhortacja jest wdrażana różnie, że wiele zależy od konkretnych okoliczności, że nie wszystkie sytuacje można uznać za zgodne z Ewangelią – ale skoro nie wszystkie, to logicznie z tego wynika, że niektóre tak. Innymi słowy, arcybiskup informuje nas w dość zawiły sposób, że z „Amoris laetitia” jest w Polsce tak, jak postanowi biskup w danej diecezji. Komunia dla rozwodników może być, a może jej nie być – to zależy.
Stanowisko arcybiskupa nie jest zaskakujące, bo o tym, że takie zmiany następują, wiemy. Mówił o tym ks. prof. Grzegorz Strzelczyk, który formuje księży w Katowicach; mówił o tym o. Adam Szustak, który wygłaszał kiedyś rekolekcje dla rozwodników w archidiecezji gdańskiej; są też inne pomniejsze głosy.
Oznacza to jednak w praktyce rzecz następującą:
– w Kościele rozgorzał wielki spór o Komunię dla rozwodników;
– polscy biskupi nie chcieli zaprezentować własnego stanowiska w 2018 roku;
– niektórzy zaczęli wprowadzać zmiany, nie informując o tym wprost wiernych;
– „Amoris laetitia” jest dziś w Polsce częściowo wdrożona, choć oficjalnie nikt o tym nigdy nie powiedział.
Oto kolejny przykład traktowania wiernych jako stado baranów – w znacznie poważniejszej kwestii, niż środki dyscyplinarne zastosowane wobec jednego księdza.
Synodalne stado baranów
Kogoś może zdziwić, jak to możliwe: w końcu biskupi bardzo chętnie posługują się słowem „synodalność” i organizują od pewnego czasu różne synodalne spotkania. Synodalność ma tymczasem oznaczać transparentność, jawność, wspólne podejmowanie decyzji – w gruncie rzeczy, ma być rodzajem kościelnej demokratyczności.
Rzecz jest prosta. Synodalność jest konstruktem stworzonym w Kościele katolickim krajów niemieckich. W Austrii, Szwajcarii i samych Niemczech wierni świeccy od bardzo dawna są dopuszczeni do udziału w procesach decyzyjnych, w wielu przypadkach po prostu współrządząc Kościołem razem z biskupami. Biskupi nie podejmują ważnych decyzji bez udziału wiernych świeckich. W krajach niemieckich wyciągnięto daleko idące wnioski z funkcjonowania Kościoła w warunkach demokratycznych i po prostu przebudowano struktury kościelne tak, by odpowiadały rzeczywistości politycznej suwerenności ludu. W 2019 roku kraje niemieckie zaproponowały synodalność całemu Kościołowi jako drogę demokratyzacji. Rzecz stała się modna, a poniekąd nawet przepisowa, bo nakazywana przez Watykan.
Część polskich biskupów oraz innych decydentów kościelnych zaczęła dość szybko posługiwać się językiem synodalnym, sięgając po różne slogany i hasła. Nie wynika jednak z tego rzeczywista przebudowa struktur kościelnych. To zrozumiałe. W krajach niemieckich najpierw przebudowano struktury, a później wypracowano koncepcję synodalności, która niejako obejmuje koncepcyjnie istniejącą już rzeczywistość kościelną. Implementacja niemieckiego modelu demokracji kościelnej w innych krajach nie jest łatwa. Biskupi myślą w takich kategoriach, w jakich zostali ukształtowani; a te kategorie odzwierciedlają funkcjonowanie w autorytarnej rzeczywistości politycznej, gdzie po stronie ludu nie istniało żadne roszczenie do partycypacji decyzyjnej, bo też lud nie uważał się za suwerena, faktycznie nim nie będąc.
Można postawić pytanie, czy to dobrze, że polscy biskupi używają synodalności tylko hasłowo, nie przeprowadzając żadnej faktycznej demokratyzacji procedur decyzyjnych i nadal traktując wiernych jak stado baranów.
Demokratyzacja Kościoła. Dziejowa konieczność?
Nie chcę oceniać tego w kategoriach moralnych ani doktrynalnych. Wydam wyłącznie osąd dotyczący prawdopodobnych skutków takiej postawy biskupów. Otóż uwidacznia się silny rozdźwięk pomiędzy modelem sprawowania władzy przez biskupów a modelem, który za właściwy uważa demokratyczny lud. Im dłużej ten rozdźwięk się utrzyma, tym większe będą napięcia i frustracje. To zrodzi jeszcze większy brak zaufania świeckich wobec duchowieństwa, a na skutek powszechnego utożsamiania Kościoła z duchowieństwem wzmocni tendencję sekularyzacyjną. Wynika z tego, że kto chce zachować adekwatność pomiędzy instytucją kościelną a mentalnością tych, którzy tę instytucję tworzą jako zaplecze osobowo-finansowe, musi zdecydować się na rzeczywistą demokratyzację procedur decyzyjnych i komunikacyjnych. Można się zżymać, że to niedobrze, niemniej jednak starożytni wyrazili obiektywny fakt mówiąc: tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Na osłodę dla tych, którzy nie chcą przyjąć demokratycznej synodalizacji Kościoła jako konieczności dziejowej: otóż same dzieje są w ręku Boga i naszym. Jeżeli jesteśmy zatem głęboko przekonani, że Kościół oparty na demokratyczno-synodalnych zasadach będzie nieskuteczny, pracujmy na rzecz zmiany tych zasad. Uczciwość nakazuje przyznać, że nie da się tego zrobić wobec Kościoła jako odseparowanego ciała. Konieczna jest zmiana polityczna, która pozwoliłaby na nowe ukształtowanie ludu, tak, by nie poczuwał się w każdej swojej części do decyzyjności i chętniej akceptował autorytarne metody działania. Czy to realne? A może to tylko bajka dla reakcjonistów nieakceptujących rzeczywistości? Na pytania o przyszłość nie znamy odpowiedzi, ale warto pamiętać: dzieje są w ręku Boga i naszym.
Paweł Chmielewski