Wokół sukcesu w Zatoce Świń
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 13 stycznia 2026 michalkiewicz
Właściwie trudno tu mówić o jakiejś niespodziance, skoro Stany Zjednoczone od miesięcy zapowiadały zrobienie porządku z Wenezuelą, a właściwie nie tyle z Wenezuelą, co z Mikołajem Maduro, tamtejszym tyranem, który nie chciał słuchać Amerykanów, tylko obwąchiwał się z Chińczykami i z zimnym ruskim czekistą Putinem, który z kolei nie chce słuchać ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, chociaż przecież powinien – o czym zapewniają nas tubylczy „eksperci” w niezależnych mediach głównego nurtu.
Jeśli w ogóle można mówić o niespodziance, to tylko w tym sensie, że żołnierze ze specjalnego komanda pojmali Mikołaja Maduro w jego własnej sypialni, po czym wraz z jeszcze nieprzytomną z rozkoszy żoną przetransportowali na okręt Iwo Jima, który dostarczył pojmanego tyrana do bazy w Guantanamo, a stamtąd odstawiono go samolotem do Nowego Jorku, gdzie już wkrótce i stanie przez nienawistnym sądem na Brooklynie, który przysoli i jemu i żonie piękny wyrok. Jemu za „terroryzm narkotykowy” i zgromadzenie „karabinów maszynowych” oraz „środków zniszczenia” bez pozwolenia Waszyngtonu. A żonę za co? Tego nie wiemy – ale zawsze możemy odwołać się do chińskiego porzekadła, które nakazuje mężowi, by po powrocie do domu nie zapomniał skarcić żony. Na pewno zasłużyła.
I tak państwo tyranowie mają szczęście, że z Guantanamo nie przewieziono ich na lotnisko w Szymanach, a stamtąd – do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści mogliby ich spokojnie oprawiać, a nasze stare kiejkuty stałyby na świecy, żeby nikt im nie przeszkadzał. Tym razem jednak praworządność zwyciężyła, a na oprawianie przyjdzie czas, jak już oboje tyraństwo znajdą się w więzieniu. To alkowiane pojmanie wenezuelskich tyranów pokazuje, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – bo wygląda na to, że dygnitarze odpowiedzialni za ochronę prezydenta, musieli zostać przekupieni, a tylko prości ochroniarze, zdaje się – Kubańczycy – zostali zastrzeleni.
Doktryna Marilyn Monroe
No dobrze; złowrogi Maduro z żoną zostali pojmani – ale co dalej z Wenezuelą?Wyjaśnił to w krótkich, żołnierskich słowach prezydent Donald Trump – że teraz Wenezuelą będą „rządzić” Amerykanie – dopóty, dopóki nie nastanie tam „sprawiedliwa transformacja”. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy to ludzie – jak wspomina poeta – „mniej mieli kultury lecz byli szczersi” – nazywało się to okupacją – no ale teraz musi nazywać się jakoś inaczej i to nie tylko dlatego, żeby było ładniej, ale również – żeby zachować pozory demokracji.
Rzecz w tym, że ani prezydent Trump, ani nikt z jego administracji, nie informował Kongresu, że będzie prowadził „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli, a ściślej – przeciwko tamtejszemu tyranowi. Tym razem operacja w Zatoce Świń udała się nad podziw, toteż jest prawie pewne, że żaden z twardzieli, zasiadających w amerykańskim Kongresie, nie będzie pyskował. Przewidział to wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler twierdząc, ze zwycięzcy nikt nie sądzi. I słuszna jego racja – bo kto będzie sądzony w nowojorskim nienawistnym sądzie? Mikołaj Maduro z żoną.
Wracając tedy do Wenezueli, to ma być tak: zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość, które doznały straszliwych paroksyzmów, kiedy to po objęciu władczy w Wenezueli przez Hugona Chaveza, majątek amerykańskich firm został znacjonalizowany, podobnie, jak w 1959 roku na Kubie. Tam jednak operacja w Zatoce Świń się nie udała – ale co się odwlecze, to nie uciecze – więc i na Kubę może przyjść kryska, podobnie, jak na Kolumbię, która wprawdzie Wenezueli pyskowała, ale pyskowała też Amerykanom. Tedy – jak zapowiedział prezydent Trump – amerykańskie koncerny triumfalnie powrócą do Wenezueli, zaczną sprzedawać tamtejszą ropę i inne precjoza, no a potem się rozejrzą, kogo by tu wciągnąć do tubylczej administracji – żeby w Wenezueli również zwyciężyła demokracja. Wydawałoby się, że najpoważniejszą kandydatką jest pani Maria Machado, ale widać, że prezydent Trump dogadywał się również z aktualną wiceprezydentką, zastępczynią Maduro. Wprawdzie pyskuje ona jeszcze siłą inercji, że to „pogwałcenie suwerenności” i że „jedynym prezydentem” jest Mikołaj Maduro – ale jak również do jej sypialni zapukają amerykańscy komandosi, to zaraz zmięknie jej rura i zgodzi się na wszystko, na co tam będzie trzeba.
Amerykanie bowiem przecież sami wszystkiego nie zjedzą, ale okruszkami ze stołu pańskiego podzielą się również tubylcami. Kto wie, może nawet starczy tych okruszków i dla umiłowanego wenezuelskiego narodu, który właśnie znalazł się na początku drogi do wyzwolenia. My, Polacy, którzy byliśmy wyzwalani najpierw przez Armię Czerwoną, a potem – przez pana Daniela Frieda i Władimira Kriuczkowa – wiemy, że wolność – jaka by tam ona nie była – musi drogo kosztować – bo jakby nic nie kosztowała, to znaczy, że nie byłaby nic warta. Toteż i umiłowany naród wenezuelski musi swoją cenę za wyzwolenie zapłacić – i na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”. W ten sposób prezydent Donald Trump spełnia swoją obietnicę uczynienia Ameryki znowu „wielką” – co znaczy tyle, że USA powracają do słynnej doktryny Marilyn Monroe, że USA są jedynym hegemonem na półkuli zachodniej i ani Europejsom, ani Azjatom nie wolno tam mącić wody.
Bismarck zaciera ręce
Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że po krótkich wahaniach świat wraca do formuły Ottona Bismarcka „siła przed prawem”. Wszyscy mądrale podkreślają bowiem, że operacja pojmania złowrogiego Mikołaja Maduro była „sprzeczna z prawem międzynarodowym”, ale jednocześnie zapewniają, że nie będzie z tego powodu żadnych jazgotów. Przeciwnie – jak marzył w 1904 roku rosyjski minister Plehwe, że Rosji przydałaby się „mała zwycięska wojna”, to dlaczego nie miałaby się ona przydać prezydentowi Trumpowi? Dla Rosji wojna japońska zwycięska nie była, a tymczasem w Wenezueli sukces i to jeszcze jaki! Czy w tej sytuacji jakaś Schwein będzie pyskowała przeciwko prezydentu Trumpu, który nie tylko przypiął sobie do wieńca sławy wawrzyn zwycięski, ale jeszcze zapowiada obsypanie Ameryki złotem pochodzącym ze sprzedaży wenezuelskiej ropy i innych tamtejszy bogactw? Jasne, że nie będzie pyskowała, zwłaszcza gdy – jak mawiał kapitan Ryków w „Panu Tadeuszu” – zatka się jej gębę „bankowym papierem” – a tak właśnie będzie, jeśli tylko w Wenezueli nastanie „sprawiedliwa transformacja”. W tej sytuacji szanse Partii Demokratycznej na wygranie wyborów połówkowych a i tych całościowych, raczej dodatkowo zmaleją, dzięki czemu szanse na zahamowanie rewolucji komunistycznej w Ameryce wzrosną, a skoro tam wzrosną, to w zdegenerowanej Europie też.
Ale sukces – jak to sukces – ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Ameryka pokazała, że nie cofnie się przed doprowadzeniem do zrealizowania doktryny Marilyn Monroe – co pokazuje, że okres demokratycznych złudzeń, jaki zapanował po II wojnie światowej, dobiegł końca. Wprawdzie prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze porządek lizboński – ale mówi się trudno; co się stało, to się nie odstanie.
Teraz najwyraźniej wkraczamy w budowę porządku nakreślonego przez Jerzego Orwella w proroczej książce „Rok 1984”, kiedy to polityka światowa sprowadza się do rywalizacji Oceanii, Eurazji i Wschód-Azji, które – chociaż pozostają w permanentnej, chociaż jałowej wojnie – wspólnymi siłami trzymają podległą sobie ludność za mordę przy pomocy ministerstw Prawdy i Miłości, a także przy wykorzystaniu „godzin nienawiści”. Jak się okazuje, jesteśmy w przededniu takiego podziału świata – bo już jest rozkaz, że nienawiść ma zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona – a od tego do „godzin nienawiści” już tylko krok.
Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, ale i plusy ujemne, bo w tej sytuacji trudno będzie amerykańskim politykom moralizować czy to Chińczyków, czy to Putina, którzy przecież, czy to z Tajwanem, czy z Ukrainą nie robią niczego innego, co właśnie Amerykanie zrobili z Wenezuelą. W tej sytuacji taki na przykład Putin na wszelkie próby moralizanctwa może udzielić wymijającej odpowiedzi, popularnej jeszcze za Chruszczowa – „a u was Murzynów biją”.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.