Za żółtymi firankami

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  2 lipca 2026 michalkiewicz

Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami. Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana.

Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki. W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką. Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani, podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści? Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia. Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam otrzymywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością. Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AW”S: – UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia. Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich. Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Stanisław Michalkiewicz

Lament nad Polską

Lament nad Polską

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    30 czerwca 2026 michalkiewicz

Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To raczej wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” – można by tak właśnie za Jackiem Kaczmarskim podsumować awanturę z odebraniem ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego orderu Orła Białego. Pan prezydent Nawrocki ogłosił zamiar odebrania tego orderu zaraz po nadaniu przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych.

W odpowiedzi na ogłoszoną dwa tygodnie później decyzję pana prezydenta Nawrockiego, prezydent Zełeński, a wraz z nim – wszyscy prezydenci Ukrainy, którzy wcześniej taki order od polskich władz dostali – odesłali te odznaczenia pocztą, a prezydent Zełeński dodał do tego szyderczy komentarz, że skoro Polakom nie przeszkadza posiadanie tego orderu przez Katarzynę II, to on nie będzie w te sprawy wchodził.

Była to aluzja do polskiego lizusostwa, niestety słuszna, bo przecież inni prezydenci Ukrainy, z prezydentem Zełeńskim włącznie, dostali te ordery z tych samych powodów, co Katarzyna II. Ale to tylko powierzchnia zjawiska, bo tak naprawdę, moim zdaniem mieliśmy do czynienia z prowokacją, w stu procentach zresztą udaną, na którą Polska, z całą naiwnością, dała się nabrać.

Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do kwietnia br. kiedy to zostało proklamowane strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie. Przedtem, to znaczy do 2023 roku Niemcy pozostawały z strategicznym partnerstwie z Rosją, co stanowiło wyraz ich nawrócenia na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Ale w sytuacji, gdy w związku z wojną Rosji z Ukrainą, zostały wysadzone w powietrze bałtyckie gazociągi, w Niemczech musiano dojść do wniosku, że póki co kontynuowanie strategicznego partnerstwa z Rosją nie ma już sensu. W nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, ówczesny amerykański prezydent Józio Biden, podczas wizyty niemieckiego kanclerza Scholza w Waszyngtonie w marcu 2023 roku, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Natychmiast odezwały się nożyce. Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w taki sposób, żeby w rezultacie państwa członkowskie UE, zwłaszcza te mniej ważne, zostały nawet formalnie pozbawiona suwerenności politycznej. Było to zgodne z wizją Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” pozbawione są w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Toteż Niemcy wyciągnęli z tego wnioski i odstąpiwszy od linii Bismarcka, powróciły do polityki uprawianej przez Cesarstwo Niemieckie podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej.

W Europie nie ma miejsca na zbyt wiele kombinacji, więc ten powrót wydawał się w tej sytuacji oczywisty. Jak pamiętamy, w 1917 roku Niemcy zdecydowały się na powołanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, przekazując dla potrzeb tego państwa cześć swojej okupacji i przekonując Austro-Węgry, by zrobiły podobnie, w następstwie czego Austria przekazała na rzecz Ukrainy część terytoriów, jakie znalazły się w jej posiadaniu wskutek rozbiorów Polski. Chodziło o to, by przy pomocy Ukrainy szachować Rosję oraz – by trzymać w ryzach Polaków. Nic trwałego z tych planów nie wyszło, bo Niemcy wojnę przegrały, Cesarstwo Austriackie przestało istnieć, a Ukraina – już jako „sowiecka” – po wojnie polsko-bolszewickiej została włączona do ZSRR. Ukraińskie nadzieje na niepodległość odżyły podczas II wojny światowej, ale Hitler chyba ani przez chwilę nie myślał o odbudowie ukraińskiej państwowości, więc w tej sytuacji OUN postanowiła przy pomocy UPA, a więc ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej, które otrzymały rozkaz dezercji, zrealizować taki cel, który mogła zrealizować własnymi siłami, to znaczy – eksterminować mieszkających na wschodnich Kresach Rzeczypospolitej Polaków, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno – czy pod egidą niemiecką, czy sowiecką, było etnicznie jednolite. I ten cel został osiągnięty.

Proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego oznacza powrót do polityki szachowania Rosji i wybijania Polakom z głowy politycznych ambicji. Toteż wkrótce po proklamowaniu tego partnerstwa, prezydent Zełeński, odpowiadając ponoć na gorące pragnienie żołnierzy wspomnianej jednostki, nadał jej imię „Bohaterów UPA”. Czy sam to wymyślił, czy doradzili mu to, znający przecież Polaków, jego niemieccy strategiczni partnerzy – to nieważne – bo prowokacja udała się w stu procentach tym bardziej, iż reakcja strony polskiej ograniczyła się do sfery symbolicznej, którą Ukraińcy słusznie traktują, jako sferę pozorów. Pan prezydent Nawrocki, ogłaszając swoją decyzję w sprawie odebrania orderu, podkreślił z naciskiem, że Polska nadal będzie futrowała Ukrainę zasobami całego państwa i rytualnie nawymyślał Putinowi. No to dlaczego prezydent Zełeński i strona ukraińska miałaby się przejmować gestami funkcjonującymi wyłącznie w sferze pozorów, podczas gdy w sferze polityki realnej, Polska nadal pozostaje „sługą narodu ukraińskiego” w takim zakresie, jaki wyznaczą jej Niemcy?

Strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie oznacza bowiem, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna. Wyrazem tego podejścia było pominięcie zaproszenia polskiego rządu na konferencję w Londynie. Wprawdzie obywatel Tusk Donald warknął, że Polska „nigdy” nie uzna żadnych ustaleń, jakie zapadną bez jej udziału – ale co z tego, kiedy i on wie i my wiemy, że jak Niemcy mu każą, to uzna wszystko, co będzie trzeba, bo inaczej przypomną mu, skąd wyrastają mu nogi. Nikt go nie będzie przecież o nic pytał, bo widać gołym okiem, że w sytuacji strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Polska jest raczej przeszkodą, więc nic dziwnego, że buńczuczne i aroganckie zachowanie strony ukraińskiej jest elementem nowej strategii strategicznych partnerów, nakierowanej ma stopniowe, ale cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki. To na etapie pierwszym, bo na etapie drugim może stać się jeszcze coś gorszego w postaci realizacji scenariusza rozbiorowego. Może być on maskowany jakimiś rozwiązaniami o zasięgu „europejskim”, że to niby trzeba wreszcie zlikwidować granice, które przecież „dzielą”, a nie „łączą” – no a w tej sytuacji Judenrat „Gazety Wyborczej” wytłumaczy mikrocefalom, że to przecież sprawiedliwość dziejowa wymaga, by Zakierzoński Kraj został podarowany Ukrainie w ramach rekompensaty za tereny utracone na rzecz Rosji podczas wojny, w której „broniła ona Europy” a Polski w szczególności – co już teraz w Polsce stanowi dogmat. Więc nic dziwnego, że idąc za ciosem prezydent Zełeński „rozserdywsia”, niczym Tuhaj-Bej i ostentacyjnie odrzucił pokorne zaproszenie do Gdańska, gdzie niemiecki kanclerz będzie przydzielał poszczególnym bantustanom zadania na poszczególnych odcinkach odbudowy Ukrainy, która została uznana za źrenicę polskiego interesu państwowego.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Prezent urodzinowy?

Prezent urodzinowy?

Stanisław Michalkiewicz 27 czerwca 2026 michalkiewicz

A to się dopiero narobiło! Ogłoszone z takim przytupem podpisanie ramowego porozumienia amerykańsko-irańskiego i zawieszeniu broni na 60 dni, w trakcie których mają być prowadzone rozmowy na temat warunków zakończenia wojny, w którą Stany Zjednoczone wkręcił bezcenny Izrael, miało być uroczyście potwierdzone 19 czerwca w Szwajcarii – a tymczasem z samego rana okazało się, że żadnej uroczystości nie będzie. Nie wiadomo też oficjalnie, jaka właściwie jest treść zawartego ramowego porozumienia, bo miała być ona podana właśnie po tej uroczystości – ta jednak się nie odbyła w zaplanowanym czasie, a to rodzi pytania, czy w ogóle się odbędzie, no a przede wszystkim – jak właściwie Wysokie Układające się Strony się ułożyły. Wiadomo bowiem, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda. Jaka zatem jest prawda? Tego, ma się rozumieć, nie wiemy, między innymi z powodu odwołania uroczystości – jedyne, czym dysponujemy, to komunikat irańskiej agencji informacyjnej, przedstawiającej 14 punktów.

Amerykańskie też wspomniały o 14 punktach – ale czy to są takie same punkty? Na przykład w komunikacie irańskiej agencji czytamy, że ma powstać fundusz o charakterze reparacyjnym w wysokości 300 mld dolarów z przeznaczeniem na „odbudowę Iranu”. No dobrze – ale kto ma na ten fundusz wyłożyć środki? Chyba nie Iran.

Czyżby zatem Stany Zjednoczone? To wydaje się mało prawdopodobne, bo by oznaczało, że USA uznałyby swoją przegraną w tej wojnie, a przecież nie raz słyszeliśmy zapewnienia prezydenta Donalda Trumpa, że to Iran przegrał a Stany Zjednoczone, jak zresztą zwykle – wygrały. Ale to drobiazg w porównaniu z punktem pierwszym, który mówi o 60-dniowym zawieszeniu broni „na wszystkich frontach”, a więc również – w Libanie. Tymczasem zaraz po ogłoszeniu, że porozumienie zostało „zawarte”, minister bezpieczeństwa bezcennego Izraela oświadczył, że – po pierwsze – Izrael nie uczestniczył w żadnych negocjacjach z Iranem, a w tej sytuacji to porozumienie go nie dotyczy.

Po drugie – że Izrael nie podlega Stanom Zjednoczonym, więc jeśli nawet poczyniły one z Iranem jakieś ustalenie, to one Izraela wiązać w żaden sposób nie mogą. Wreszcie – po trzecie – że Izrael nie spocznie, aż zlikwiduje Hezbollah. Premier Netanjahu aż tak radykalnej retoryki nie używał, ale w zasadzie wszystko to potwierdził, a poza tym bombardowania Libanu i Bejrutu nie zostały bynajmniej przerwane. Co w tej sytuacji zrobi złowrogi Iran? Czy otworzy dla żeglugi Cieśninę Ormuz – co zapowiadał prezydent Donald Trump – czy też wykorzysta ten pretekst do dalszego utrzymywania blokady – tego jeszcze nie wiemy. Wygląda zatem na to, że trudno powiedzieć, czy porozumienie rzeczywiście zafunkcjonuje i w jakim zakresie – czy też nie zafunkcjonuje wcale.

Prezydent Trump dał wprawdzie upust swojej irytacji i nawet rozpowszechniał pogłoski, jakoby obsztorcował premiera Netanjahu – ale nie bardzo mi się w te pogłoski chce wierzyć. Po pierwsze dlatego, że gdyby rzeczywiście zdobył się na taką zuchwałość, to już następnego dnia amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę, a kto wie, czy nie objawiłyby się jakieś wstydliwe zakątki z wyspy Epsteina. Nic takiego – o ile mi wiadomo – nie nastąpiło, zatem i pogłoski o obsztorcówie wcale nie muszą być prawdziwe.

Tymczasem nieustępliwe stanowisko Izraela ma swoje źródło w tym, że w październiku mają się tam odbyć wybory parlamentarne, od wyniku których zależy nie tylko los rządu jedności narodowej, ale również, a może nawet przede wszystkim – osobisty los Beniamina Netanjahu. Czy pozostanie on u steru na następną kadencję, czy też do głosu dojdą jego izraelscy wrogowie, którzy przecież nie ukrywali pragnienia wtrącenia go do lochu.

Tymczasem, dopóki rząd jedności narodowej prowadzi wojny, to cieszy się wysokim poparciem w kraju. Żydowie popierają swojego premiera na podobnym poziomie, co Niemcy Adolfa Hitlera zaraz po pokonaniu przezeń Francji w roku 1940. W tej sytuacji premier Netanjahu nie ma żadnego powodu, by przejmować się reakcjami amerykańskiego prezydenta, bo i on wie i my wiemy, że Stany Zjednoczone żadnego kuku Izraelowi zrobić nie mogą.

Bardzo tedy możliwe, że to całe porozumienie, to tylko taki prezent, jaki prezydent Donald Trump zrobił sobie na 80-te urodziny – a co z tego wyniknie, to się dopiero przekonamy.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki wrócił już z Waszyngtonu, przywożąc stamtąd ustne zapewnienie prezydenta Trumpa nie tylko o zamiarze przysłania do naszego nieszczęśliwego kraju 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, ale dał do zrozumienia, że gotów jest nawet utworzyć u nas stałą amerykańską bazę. Na podstawie tych skrzydlatych wieści vaginet obywatela Tuska Donalda odbył specjalne posiedzenie, powierzając wicepremieru i ministru obrony Władysławu Kosiniaku-Kamyszu zadanie stworzenia takiej bazy – oczywiście w porozumieniu ze stroną amerykańską. Jeśli tedy prezydent Karol Nawrocki nie ocenił przesadnie udzielonych mu w przelocie zapewnień prezydenta Trumpa, to by znaczyło, że porozumienia amerykańsko-rosyjskie z 1997 roku o środkach „budowy zaufania” już nie obowiązują.

Przypomnę, że to właśnie te porozumienia, iż zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej oraz – że na terytorium państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu, umożliwiły rozszerzenie w roku 1999 NATO na obszar Europy Środkowej bez żadnych negatywnych reakcji rosyjskich. Więc jeśli nawet USA rzeczywiście uznałyby tamte porozumienia za nieważne, to co na to powie Rosja? Na razie nie mówi nic – być może dlatego, że prezydent Trump co innego powiedział panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, a co innego – Putinowi – z którym przecież co i rusz prowadzi „bardzo dobre rozmowy”.

Na razie jedynym rezultatem postępu na tym odcinku jest mianowanie pani Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej kolejnym wiceministrem obrony narodowej. Rozumiem, że w ten sposób przestała oan pełnić funkcję pełnomocnika vaginetu obywatela Tuska Donalda do spraw SAFE. Warto tedy przypomnieć, że to właśnie ona z dużą pewnością siebie twierdziła, że „ani złotówka” z pożyczki SAFE nie pójdzie na Ukrainę, podczas gdy obywatel Tusk Donald mówił zupełnie coś innego – że mianowicie jest „dogadany” z prezydentem Zełeńskim co do partycypowania Ukrainy w środkach pochodzących z tej pożyczki. Skoro tedy pani Sobkowiak-Czarnecka już została odsunięta od SAFE, to znaczy, że obywatel Tusk Donald był lepiej od niej poinformowany. W tej sytuacji czekamy, kto zostanie kolejnym pełnomocnikiem rządu do spraw SAFE. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w tych okolicznościach stosowną nominację na to stanowisko otrzymał Wielce Czcigodny Paweł Kowal. Wtedy mielibyśmy pełną jasność, co jest grane.

Stanisław Michalkiewicz

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz: Za żółtymi firankami

   Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami.

Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na  na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – [normalnym ludziom md] można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana. Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki.

W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład  czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką.

Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani (mordy aborcyjne są w krajach liberalnych powszechne, a w wielu z nich np. Kanadzie i Holandii, kwitnie też eutanazja – przyp. red.), podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści?  Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale  niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia.

Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam nabywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością.

Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AWS-UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia.

Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich.

Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, ,że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Zanim padnie salwa

Zanim padnie salwa

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    25 czerwca 2026 michalkiewicz

Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda” – pisze Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Nawiasem mówiąc, ten poemat jest z kluczem, bo na przykład w osobie generała Bagno można bez trudu rozpoznać generała Mieczysława Moczara, podobnie, jak w postaci Aleksa, gęgającego syna sekretarza Wardęgi i Żydówki Sabiny, można rozpoznać pana redaktora Michnika. W stanie wojennym Aleks schronił się w kombinacie, który mieli zdobyć zomici dowodzeni przez generała Tumora. Wkrótce przed rozpoczęciem szturmu generał Tumor wziął na stronę pułkownika MO Maczugę i powiada jemu tak: „Stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina (to o sekretarzu Wardędze – SM). Fakt, że ma głupawego syna, ale to zawsze syn rodzony. Więc oszczędź Alka, bardzo proszę. Ja ze swej strony zaraz wnoszę pismo o awans”. Oczywiście Aleks wcale nie był „głupawy” – jak uważał generał Tumor – bo mamełe Sabina, która znała go przecież lepiej, twierdziła, że ma on „mózgowe zwoje”. Słowem – wypisz, wymaluj pan red. Michnik.

Zniosło mnie w stronę tych dywagacji, a tymczasem przywołany na początku cytat miał zilustrować coś zupełnie innego – mianowicie aferę z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, co to na SOR w warszawskim Szpitalu Południowym zarobił sobie w ciągu roku ponad 1 600 tys. złotych. Już sama wysokość tej sumy wywołuje zrozumiałe podniecenie opinii publicznej, a cóż dopiero – jeśli towarzyszy jej informacja, że pan doktor miał zaledwie 28 lat, nie zdążył nawet zrobić specjalizacji, ale mimo to zajmował poważne stanowisko „koordynatora SOR”, którego nie ma w żadnym innym szpitalu. Ale nie bez kozery perskie, to znaczy – irańskie przysłowie – powiada, że „dobry kogut w jajku pieje”.

Pan Kacprzyk wprawdzie nie zrobił jeszcze specjalizacji, ale wiedział, z której strony chleb jest posmarowany – bo i Dawid i radny Koalicji Obywatelskiej, to znaczy – Volksdeutsche Partei z jej kolaboranty i twórca salonika VIP-ów w szpitalu – czegóż chcieć więcej? Takich właśnie ludzi nasz nieszczęśliwy kraj potrzebuje, więc kogóż szczodrze wynagradzać, jak nie ich? Weźmy dla przykładu pana Aleksandra Kwaśniewskiego. Dwukrotnie został wybrany na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, chociaż nad nikim nie stał bolszewik z naganem. Znaczy się – nasz mniej wartościowy naród tubylczy upodobał sobie właśnie w nim z nieprzymuszonej woli. A dlaczego? Na trop odpowiedzi na to pytanie naprowadza nas ludowe przysłowie, że „pokorne cielę dwie matki ssie”.

Otóż pan Aleksander Kwaśniewski jest znakomitą ilustracją takiego ssaka. Wyssał, co się tylko dało, z komuny, potem – co się tylko dało z demokracji – a teraz autorowi książki na swój temat daje do zrozumienia, że tak naprawdę, to zawsze był w opozycji. Tylko patrzeć, jak powiększy szeregi kombatantów i osób represjonowanych. Wspominam o tym, by dać odpór tym wszystkim, którzy oskarżają nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet o zanik instynktu samozachowawczego. Dwukrotny wybór pana Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie jak utrzymujące się na niezmiennym poziomie poparcie dla Volksdeutsche Partei i Prawa i Sprawiedliwości pokazuje, że z nami wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy – że czego, jak czego, ale instynktu samozachowawczego nikomu u nas nie brakuje. Co z tego będzie – to znaczy – jak to się wszystko skończy – to całkiem inna sprawa – ale zanim nie padnie salwa, to niech nam humory dopisują.

Wracając tedy do cytatu, to czyż nie ilustruje on niebywałe szczęście obywatela Tuska Donalda, który nawet taki wstydliwy zakątek potrafi przekuć na narzędzie totalniactwa. Nie jest przecież tajemnicą, że sytuacja w ochronie zdrowia jest katastrofalna, że bankructwo – i tak dalej. Ponieważ zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS, stoją na nieubłaganym stanowisku, że to państwo ma obywatelom organizować leczenie, a w każdym razie – pod tym pretekstem łupić ich ze skóry, to – jak można było zauważyć – funkcjonariusze Propaganda Abteilung dostali rozkaz rozhuśtywania opinii publicznej przeciwko doktorom – że to oni bezczelnie drenują „system”, osiągają niebotyczne zarobki i w ogóle. Wszystko zatem było przygotowane do operacji, tylko brakowało jakiegoś spektakularnego przykładu. I oto nagle pojawił się pan Dawid Kacprzyk ze swoim rekordowym zarobkiem. Czy to przypadek? „Byłby to przypadek rzadki, a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta – toteż i ja wcale bym się nie zdziwił, gdyby stare kiejkuty wykonały telefon gdzie trzeba: wiecie, rozumiecie, mamy tu niezwykle utalentowanego młodzieńca. Stwórzcie wy mu odpowiednie warunki rozwoju, a my i o was też pomyślimy.

Bo oto obywatel Tusk Donald, kiedy Propaganda Abteilung doniosła o panu doktorze Kascprzyku, wcale nie sprawiał wrażenia skonfundowanego. Przeciwnie – wyglądał, jakby go kto na sto koni wsadził. I słusznie – bo dzięki temu na tym ogniu może upiec kilka pieczeni jednocześnie.

Po pierwsze – przeprowadzi kurację przeczyszczającą we wszystkich szpitalach i jeśli nawet nikogo nie zdegraduje, ani nie powyrzuca – co wydaje się niepodobieństwem – to tak wszystkich nastraszy, że nikt już vaginetowi nie podskoczy, że nie ma pieniędzy i w ogóle. Każdy będzie się cieszył, ze żywy-zdrowy i porzuci wszelką myśl o protestach.

Po drugie – obywatel Tusk Donald już zapowiedział, że przejdzie na ręczne sterowanie zarobkami doktorów – podobnie jak pan minister Motyka ręcznie sterował cenami benzyny i oleju napędowego. Jestem przekonany, że ten pomysł znajdzie poklask w szerokich kręgach naszego społeczeństwa, cierpiącego na chorobę czerwonych oczu, która objawia się w gorącym pragnieniu, by każdemu było tak źle, jak mnie. Co to komu szkodzi, jak jeszcze jedna grupa zawodowa zostanie wzięta pod obcasy? Jestem przekonany, że takiemu pomysłowi przyklasną zwłaszcza artyści, którzy w większości chlipią swoją intelektualną zupę z kotła przygotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, uważając to za dowód myślenia niezależnego i myślenia w ogóle. Wreszcie – po trzecie – Wszystkie te przedsięwzięcia umocnią tylko tak zwany „system”, który zostanie w ten sposób wyjęty spod jakiegokolwiek podejrzenia, dzięki czemu żerowisko dla obydwu biurokratycznych gangów, no i oczywiście – starych kiejkutów – zyska dodatkowo na bezpieczeństwie. Czegóż chcieć więcej?

Jak wspominał bohater powieście Roberta Penn Warrena „Gubernator” – dobro można robić przede wszystkim ze zła – bo ono jest wszędzie pod ręką. Jeśli zatem pan doktor Dawid Kacprzyk dostarczył tyle znakomitego materiału do przekucia go w dobro, to czy choćby dlatego nie powinien być szczodrze wynagrodzony?

Stanisław Michalkiewicz

Powracająca fala

Powracająca fala

Stanisław Michalkiewicz, „Prawy.pl”   23 czerwca 2026 michalkiewicz

W roku 1453 Turcy zdobyli Konstantynopol i ta data jest uważana za koniec epoki Średniowiecza, które zadowolona ze swego rozumu moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, uważa za okres ciemnoty – chociaż – jako „menażerka kultury” – teoretycznie powinna wiedzieć, że właśnie wtedy w Europie powstawały uniwersytety, wznoszone były katedry, które i dzisiaj wprawiają w podziw turystów, że kwitła literatura, zwłaszcza poezja, popularyzowana przez rzesze trubadurów, no i wreszcie – co powinno ją specjalnie połechtać w odpowiednim miejscu – kobieta została podniesiona na piedestał.

Co prawda idealizowano wtedy raczej kobiety nieznane, bo – jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz – idealizowanie kobiet znanych bywa znacznie trudniejsze – niemniej jednak idealizowano. Jednak między sferą powinności, a skrzekiem rzeczywistości zieje nieprzebyta przepaść, więc nic też dziwnego, że moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus uważa Średniowiecze za „ciemne”.

Tak czy owak, Średniowiecze szczęśliwie się skończyło i rozpoczęła się epoka nowożytna. A ponieważ z powodu zdobycia Konstantynopola przez Turków, dotychczasowe łańcuchy dostaw z Azji zostały przerwane, ówcześni Europejczycy zaczęli szukać morskiej drogi do Indii, żeby wznowić dostawy pikantnych przypraw, bez których solone mięso, jakim się wtedy żywiono, było trudne do przełknięcia. Toteż na morze wyruszył portugalski żeglarz Bartłomiej Diaz, któremu udało się dopłynąć do południowego skraju Afryki, za którym dostrzegł otwarty na wschód, zdatny do żeglugi ocean – ale z powodu buntu marynarzy musiał wrócić do Portugalii.

W roku 1492 Krzysztofowi Kolumbowi udało się przekonać hiszpańską królową Izabelę Katolicką, by spróbować dotrzeć do Indii płynąc na zachód – i w ten sposób doszło do odkrycia ogromnego kontynentu, początkowo nazywanego Indiami Zachodnimi, a potem – Ameryką – od imienia innego śmiałego żeglarza, Emeryka Vespucciego. W roku 1494, z inicjatywy papieża Aleksandra VI, został między Hiszpanią i Portugalią zawarty traktat w Tordesillas, którego przedmiotem był – po raz pierwszy w dziejach – podział świata. Podzielono go na półkuli zachodniej wzdłuż linii biegnącej ok. 1184 mil na zachód od Wysp Zielonego Przylądka, wskutek czego Brazylia przypadła Portugalii, dzięki czemu językiem urzędowym w tym państwie jest po dziś dzień portugalski. Kolejnym traktatem, zawartym w roku 1529 w Saragossie podzielono świat również na półkuli wschodniej, wzdłuż linii leżącej 17 stopni na wschód od archipelagu Moluków. Tak rozpoczęła się epoka wielkich odkryć geograficznych, które zaowocowały nie tylko powstaniem nowych gałęzi gospodarki, jak np. handlu oceanicznego, handlu murzyńskimi niewolnikami oraz zakładaniem kolonii.

W wieku XVIII dawny podział świata był już tylko wspomnieniem, bo pojawiły się nowe potęgi w postaci Wielkiej Brytanii i Francji. Doprowadziło to w wieku XIX do nowego podziału świata. Państwa europejskie utworzyły imperia kolonialne, z Imperium Brytyjskim na czele, którego władczyni, królowa Wiktoria, panowała nad ponad 400 milionami ludzi, sprawnie zarządzanymi przez stosunkowo nieliczną białą administrację. Skłoniło to w wieku XX Adolfa Hitlera, który marzył o nowym podziale świata do pomysłu, by Niemcy panowały nad Europą, podczas gdy Anglicy niech sobie utrzymują swoje Imperium, bo jego zdaniem Niemcy nie poradziliby sobie tak sprawnie z ludami kolorowymi.

Jednak wskutek dwóch europejskich wojen domowych w wieku XX: Wielkiej Wojny w latach 1914-1918 i II wojny światowej w latach 1939- 1945, Europa zaczęła tracić na znaczeniu, wskutek czego dawne imperia kolonialne zaczęły się rozpadać, a w miejscu dawnych kolonii pojawiły się niepodległe państwa. Rozpad imperiów kolonialnych przypada na drugą połowę lat 50-tych i lata 60-te ubiegłego wieku, a ich przyczyną było z jednej strony osłabienie Europy, między innymi wskutek działań USA, będącego przeciwnikiem istnienia europejskich imperiów kolonialnych, a z drugiej – wskutek ekonomicznej kalkulacji. Kolonialnym metropoliom przestawało się opłacać inwestowanie w koloniach w budowę dróg, kolei, portów, miast czy fabryk. Korzystniej tedy było przyznać im niepodległość, bo wtedy za to wszystko musiały już płacić dawnym metropoliom same.

Niestety w wieku XX narody europejskie zostały w znacznym stopniu zdemoralizowane przez wojenne etatyzmy oraz ideologię socjalistyczną, w ramach której forsowany zbył tam feminizm oraz dewiacje seksualne, co sprawiło, że zaczęły one doświadczać kryzysu demograficznego. Tymczasem na skutek globalnego rozwoju gospodarczego, ludzie na świecie zaczęli się lepiej odżywiać, skuteczniej się leczyć i tak dalej – co z kolei sprawiło, że w nowych, niepodległych państwach, dawnych koloniach, doszło do eksplozji demograficznej.

Zgodnie tedy z ciśnieniem osmotycznym, pojawiła się powracająca fala, z tym, że już nie z Europy na inne kontynenty, tylko z innych kontynentów do Europy. W dodatku, tej powracającej fali sprzyjała inna motywacja, niż dawnej ekspansji Europejczyków. O ile ekspansja ludów europejskich na inne kontynenty była podyktowana pragnieniem zdobycia a przynajmniej udziału w bogactwach „krain nienazwanych”, to powracająca fala jest przede wszystkim podyktowana pragnieniem udziału w panującym w Europie socjalu. Do tego pragnienia dorabiany jest pozór uzasadnienia ideologicznego; skoro Europa eksploatowała przez wieki nasze bogactwa i nasze ludy, to my mamy teraz moralne prawo odebrać sobie „nagrabliennoje” w ten sposób, że będziemy korzystać z tamtejszego socjalu.

Oprócz tego uzasadnienia jest jeszcze drugie – religijne. Chrześcijaństwo wzywa, by ludzie wzajemnie pomagali sobie „nosić brzemiona”, toteż migranci z Południa całkiem serio uważają, że na chrześcijańskiej Europie taki obowiązek ciąży. Właśnie papież Leon XIV na Wyspach Kanaryjskich wytknął nieubłaganym palcem Europie brak empatii. Rzeczywiście – z punktu widzenia Kościoła katolickiego, który z natury rzeczy jest kosmopolityczny, nie ma znaczenia, czy katolikami są, dajmy na to, Hiszpanie, Polacy, czy Murzyni lub Hindusi. Mówiąc nawiasem, Murzynów-katolików jest dzisiaj chyba nawet więcej, niż katolików-Europejczyków. Daje się to zauważyć nawet w mojej parafii na warszawskim Powiślu, w której w każdą niedzielę odprawiana jest Msza po angielsku, dla coraz liczniejszej rzeszy katolickich migrantów z Afryki i Azji.

W właśnie wszedł w życie Pakt Migracyjny Unii Europejskiej, który budzi u nas tak zwane mieszane uczucia. Mądrale uspokajają wprawdzie, że Polska nie zostanie dotknięta obowiązkiem „relokacji”, ani koniecznością płacenia 20 tys. euro od głowy migranta w razie odmowy przyjęcia, ale czy można wierzyć mądralom? Zgodnie z prawem Murphy`ego, jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie tym bardziej, że o likwidacji socjalu nikt nawet nie ośmieli się zająknąć.

Stanisław Michalkiewicz

Dumme Parade

Dumme Parade

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    21 czerwca 2026 michalkiewicz

Chociaż ukraińscy banderowcy „srają Polsce na głowę” – jak powiedziałaby pani Krystyna Janda – chociaż Książę-Małżonek, najwyraźniej odczuwający dyskomfort z powodu nieuwzględnienia go przy zaproszeniu na obchody 80-lecia urodzin prezydenta Donalda Trumpa, że aż życzył panu prezydentowi Nawrockiemu, który na urodziny prezydenta Trumpa został zaproszony, żeby przynajmniej doszedł „do finału” w walkach MMA, chociaż rewelacje na temat braci Rysiczów, ukraińskich herojów afery podkarpackiej, która mogła przybrać takie rozmiary dlatego, że obydwaj bracia-sutenerowie wysługiwali się również polskiej bezpiece, została przez stare kiejkuty ucięta z dnia na dzień i żaden funkcjonariusz Propaganda Abteilung, zarówno służący Donaldu Tusku, jak i służący Naczelnikowi Państwa Jarosławowi Kaczyńskiemu już nie ośmieli się na ten temat zająknąć – to jednak nasz nieszczęśliwy kraj, przynajmniej na jednym odcinku, dotrzymuje kroku innym nieszczęśliwym krajom. Mam oczywiście na myśli „Paradę Równości”, jaka niedawno przeszła ulicami Warszawy.

W ogóle czerwiec, który dotychczas uchodził za miesiąc poświęcony czci Serca Jezusowego, za sprawą poszczególnych Judenratów, których działalność koordynują promotorzy rewolucji komunistycznej, finansowani między innymi przez starego, żydowskiego finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, został niepostrzeżenie przerobiony na miesiąc „dumy gejowskiej”. Chodzi o to, że sodomczykowie i gomorytki, czyli tak zwani „geje” oraz lesbijki, pragną odczuwać „dumę”. Nie chodzi przy tym o tę Dumę w Moskwie, bo jak tak dalej pójdzie, to nie tylko sodomczykowie i gomorytki, ale wszyscy inni też, oddziaływania tej z Dumy doświadczą na własnej skórze – tylko o „dumę” w znaczeniu satysfakcji.

W tym miejscu nie mogę się powstrzymać od przypomnienia anegdotki z pamiętnika pewnej arystokratki. Wspomina ona, że w młodości była bardzo dumna. Tak bardzo, że nabrała wątpliwości, czy przypadkiem nie powinna wyznać tego spowiednikowi. Ten w odpowiedzi na jej wyznanie zauważył, że pewnie pochodzi ze starej rodziny. – Owszem – odpowiedziała penitentka – ale to nie z tego powodu jestem taka dumna. – To pewnie twoi rodzice mają jakieś wybitne osiągnięcia – drążył spowiednik. – Owszem, są wykształceni i osiągnięcia mają – ale to nie jest ta przyczyna. – Już wiem – szepnął spowiednik. – Ty musisz być bardzo ładna. – Nie narzekam – odparła rezolutnie panienka – ale tu nie o to chodzi. – Moje dziecko – odezwał się po namyśle spowiednik. – Ty nie jesteś wcale dumna, tylko głupia, a to nie grzech.

Z czego bowiem mają odczuwać „dumę” sodomczykowie i gomorytki? Z tego, jak zaspokajają popęd płciowy. Sodomczykowie zaspokajają popęd płciowy albo – jak powiadają gitowcy – „paciakując w popielnik” – albo obciągając sobie nawzajem laskę. Gomorytki z kolei albo mlaskają się po klitorisach, albo uprawiają tzw. anilingus, to znaczy – mlaskają się po odbytach. Oczywiście skoro nie mają żadnych innych powodów by odczuwać dumę, to dobre i to – chociaż z drugiej strony osobnika, który wychodziłby na ulicę wykrzykując, jak to wspaniale spółkuje z panienkami, podejrzewano by przynajmniej o niestabilność emocjonalną i oddano w ręce infirmerów. Tymczasem sodomczykom i gomorytkom podczas „Parady Równości” dotrzymywała towarzystwa zarówno Wielce Czcigodna Magdalena Biejat, która fuchę wicemarszałkini Senatu wykonuje podobno w sposób nie zwracający niczyjej uwagi, oraz prezydent Warszawy, pan Rafał Trzaskowski.

Mój Honorable Correspondant, który obserwuje te parady z obowiązku, poinformował mnie, że coraz większą część ich uczestników stanowią nawet nie sodomczykowie, czy gomorytki, tylko wariaci w sensie medycznym. Najwyraźniej promotorzy komunistycznej rewolucji musieli rozszerzyć szeregi proletariatu zastępczego również na wariatów. Ich też zamierzają „wyzwolić”, podobnie jak „kobiety”, sodomczyków i gomorytki.

Judenrat „Gazety Wyborczej” najwyraźniej wychodzi temu naprzeciw, bo podczas lektury tamtejszych publikacji można odnieść wrażenie, że tworzyli je wariaci. To by się zresztą zgadzało, bo przysłowie powiada, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Pan red. Michnik dzieciństwo spędził w rodzinie zaangażowanych komunistów, a jak wiadomo, granica między takim zaangażowaniem a odlotami bywa bardzo płynna, więc nic dziwnego, że w starszym wieku te predylekcje coraz bardziej dochodzą do głosu. Jak się to wszystko skończy, jakie paroksyzmy będzie musiał przeżywać wskutek tego nasz nieszczęśliwy kraj – to całkiem inna sprawa.

Znalezienie się w mocy wariatów z pewnością do przyjemności nie należy i to nie tylko dla osób postronnych, ale i dla porażonych. Dobrą ilustrację stanowi przypadek pani Joanny Szczepkowskiej. Jeszcze w 1989 roku, kiedy to oświadczyła, że „upadł komunizm”, sprawiała wrażenie osoby tylko figlarnej. Jak bowiem zauważył prof. Bogusław Wolniewicz, komunizm wcale nie „upadł”, tylko „mutuje”. Zresztą żeby się o tym przekonać, to nawet wtedy wystarczyła zwykła spostrzegawczość. Tylko wyjątkowy dureń bowiem mógł nie zauważyć, że dowodem na „upadek” komunizmu był wybór przywódcy tych „upadłych” komunistów, generała Wojciecha Jaruzelskiego, na prezydenta „wolnej Polski”. Oczywiście w przypadku pani Joanny Szczepkowskiej wystarczała sama figlarność, bo nikt od niej specjalnej przenikliwości przecież nie oczekiwał. Teraz jednak już nie sprawia wrażenia figlarnej, tylko zgorzkniałej, chociaż nadal nie zauważa, że „mówi prozą”.

Ale mniejsza już o nią, bo w przypadku aktorów czar pryska, gdy zaczynają mówić własnym tekstem, chociaż nawet w takich razach kieruje nimi instynkt stadny. Tak było w Ameryce za prezydenta Nixona, tak jest za prezydenta Trumpa, przeciwko któremu staje w szranki Jane Fonda, co to nadstawiała się w swoim czasie władzom Wietnamu Północnego i tak samo jest u nas, gdzie celebrytowie demonstrują pogardę wobec pana prezydenta Nawrockiego. Mechanizm tego zjawiska musi być bardzo podobny do „dumy” demonstrowanej przez sodomczyków i gomorytki, no a poza tym i w jednym i w drugim przypadku dochodzi do głosu instynkt stadny: „rozpoznajemy się po »Ulissesach« – nawoływał w latach 70-tych jegomość znany w środowisku pod pseudonimem »Kocica«”.

Najciekawsze jednak jest w tym wszystkim to, że sodomczykowie i gomorytki też ćwierkają z klucza. Oto sponsorzy: miasto Warszawa, Ambasada RFN, Ambasada Meksyku, Komisja Europejska i Fundacja Heinricha Bolla. Ale wielość sponsorów niemieckich niech nas nie zwodzi, bo zarówno Ambasada, jak i Fundacja Bolla, nie mówiąc już o Komisji Europejskiej, czerpią swoje środki z funduszy publicznych. Oczywiście na pieniądzach nie jest napisane, że mogą pochodzić z gadzinowego funduszu BND, ale to przecież nikomu nie przeszkadza, bo skoro nie jest napisane, to nie jest, dzięki czemu można stworzyć wrażenie pełnego spontanu i odlotu, niczym w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy „Jurka” Owsiaka, co to nawet serduszka ma podobne, jak Winterhilfswerke.

Stanisław Michalkiewicz

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    20 czerwca 2026

Rochu! – mówił zirytowany do żywego pan Zagłoba do Rocha Kowalskiego po tym, jak został nakryty w trakcie wojowania z małpami w ogrodzie jednego z pałaców podczas szturmu na będącą w szwedzkich rękach Warszawę. – Muszę – ciągnął – dokonać jakiegoś bohaterskiego czynu, by zmazać tę kompromitację. – Wuj musi! – przytaknął Roch Kowalski. I rzeczywiście, wszystko się udało. Pan Zagłoba kazał podstawić puszkę z prochem pod bramę, która wskutek tego została wysadzona, dzięki czemu ciurowie, którymi pan Zagłoba podczas szturmu dowodził, wdarli się do miasta.

11 czerwca rozpoczęły się mistrzostwa świata w futbolu, rozgrywane jednocześnie w trzech państwach: Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Zainteresowanie futbolowymi rozgrywkami jest tak duże, że z pewnością zepchnie na dalszy plan inne wydarzenia, z wizytą papieża Leona XIV na Wyspach Kanaryjskich, nie mówiąc już o wojnach, jakie bezcenny Izrael wespół ze Stanami Zjednoczonymi prowadzi nie tylko ze złowrogim Iranem, ale także – z jego psem łańcuchowym, czyli Hezbollahem w Libanie.

Nawiasem mówiąc, ta wojna w Libanie stała się pretekstem do przerwania rozmów amerykańsko-irańskich, w następstwie czego prezydent Donald Trump, który chyba już ze 40 razy zapowiadał rychłe zakończenie tej wojny, w którą – co tu ukrywać – został przez przebiegłego premiera Beniamina Netanjahu wkręcony, znowu nakazał obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, a złowrogi Iran w rewanżu znowu obrzuca ponaddźwiękowymi dzidami amerykańskie bazy w krajach arabskich.

Wprawdzie pojawiły się pogłoski, jakoby prezydent Trump strasznie obsztorcował izraelskiego premiera z powodu jego dokazywania w Libanie – ale ja nie wierzę, by się na to odważył, bo wtedy Żydowie w Ameryce następnego dnia zrobiliby z niego marmoladę. Nic takiego się nie stało, więc chyba żadnej obsztorcówy nie było tym bardziej, że Beniamin Netanjahu wszelkie uwagi amerykańskiego prezydenta olewa ciepłym moczem i kontynuuje dokazywanie zarówno w Libanie, jak i w Strefie Gazy, bo to mu zapewni zwycięstwo w październikowych wyborach w bezcennym Izraelu. Jak bowiem donoszą z Bliskiego Wschodu, izraelscy Żydowie murem stoją za swoim premierem, podobnie, jak Niemcy za Adolfem Hitlerem po jego zwycięstwie nad Francją w 1940 roku.

Ale wszystkie te doniosłe wydarzenia – jak już wspomniałem – zostaną zepchnięte na dalszy plan przez mistrzostwa świata w futbolu, chociaż niby każdy wie, że od ich rezultatu tak naprawdę nic nie zależy. Okazuje się, że potęga przemysłu rozrywkowego jest większa, niż wszystkie problemy, które trapią świat, więc może niepotrzebnie tak się tymi wszystkimi problemami przejmujemy, bo najważniejsze jest, żeby wypić, zakąsić, a w wolnych chwilach – pokibicować jakiejś drużynie.

Nasz nieszczęśliwy kraj niestety kibicować nie ma komu, bo nasza wspaniała drużyna w rozgrywkach udziału nie bierze, w związku z czym vaginet obywatela Tuska Donalda przygotował nam całkiem inne rozrywki, których dodatkowym celem jest zatarcie niemiłego wrażenia, jakie powstało po rewelacjach dotyczących braci Rysiczów, co to na Podkarpaciu pozakładali byli całą sieć burdeli, korzystających z ochrony roztoczonej nad nimi ze strony policji, prokuratury i niezawisłych sądów.

Początkowo panowało przekonanie, że ukraińscy sutenerowie zwyczajnie dopuścili do spółdzielni zarówno policjantów, jak i prokuratorów i niezawisłe sądy – ale na szczęście się wyjaśniło, że nic z tych rzeczy. Wyrozumiałość naszych władz brała się stąd, że bracia Rysiczowie byli konfidentami polskiej bezpieki. Z jednej strony to dobrze, bo nie musieli nikogo korumpować, no ale z drugiej strony to jeszcze gorzej, bo się okazało się zarówno policja, prokuratura, jak i niezawisłe sądy wykonują w podskokach zadania wyznaczone przez oficerów prowadzących z bezpieki.

W ten oto sposób potwierdziła się w całej rozciągłości moja ulubiona teoria spiskowa, według której najtwardszym jądrem naszej młodej demokracji nadal pozostaje bezpieka – podobnie jak pozostawała najtwardszym jądrem systemu za pierwszej komuny. Jednak z punktu widzenia wiary w autentyczność demokracji, jest to – co tu ukrywać – straszliwa plama, którą vaginet obywatela Tuska Donalda próbuje właśnie zatrzeć przy pomocy rozrywkowej operacji przypominającej sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii.

Oto na przesłuchanie do niezależnej prokuratury wezwany został na świadka Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, nad którym przez bite siedem godzin pastwiła się nie tylko niezależna prokuratura, ale również Wielce Czcigodny Giertych Roman i pan mecenas Dubois. Niezależne od tego całe nasze demokratyczne państwo prawne, urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej, ugania się po świecie za złowrogim Zbigniewem Ziobrą i Marcinem Romanowskim, który starannie zaciera za sobą wszelkie ślady. Obywatel Żurek Waldemar mało jaja nie zniesie, żeby wreszcie tych winowajców dopaść, ale wygląda na to, że trafiła kosa na kamień – a na domiar złego właśnie zebrała się Krajowa Rada Sądownictwa, co do której nie ma pewności, czy aby na pewno jest legalna, czy nie. Ale w świetle rewelacji na temat afery podkarpackiej kwestia legalności niezawisłych sądów nie wydaje się już taka ważna, bo przecież nie tyle chodzi o to, by były one legalne, tylko – żeby słuchały się bezpieki – a do tego legalność nie jest tak bezwzględnie konieczna.

Odwrotnie – im większe wątpliwości co do legalności prokuratury, czy sądów, tym bardzie muszą one akomodować się do wymagań bezpieki – bo to ona ma ostatnie słowo nie tylko w kwestii legalności, ale w ogóle – we wszystkich innych sprawach naszego państwa, a nawet – całego życia publicznego. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy decyzję niezawisłego sądu, który nakazał Grzegorzu Braunu przeprosić Komendanturę chwilowo nieczynnego obozu w Auszwicu, że w tym obozie infrastruktura pozostawia wiele do życzenia. Niezawisły sąd nakazał Grzegorzu Braunu zameldować, że chwilowo nieczynny obóz jest w znakomitym stanie. Domyślamy się tedy, że jeśli tylko uda się skompletować załogę – z czym nie powinno być przecież żadnych trudności – to można go będzie uruchomić gwoli nauczenia rozumu wszystkich wrogów demokracji, co to pławią się od rana do wieczora w mowie nienawiści.

Obawiam się jednak, że te rozrywki mogą okazać się niewystarczające do zatarcia złego wrażenia po podkarpackich rewelacjach, więc w czynie społecznym wracam do pomysłu racjonalizatorskiego, by Sejm uchwalił specustawę o zagazowaniu Grzegorza Brauna – ale nie w Auszwicu – bo nie wypada, by tamtejsza Komendantura gazowała w swojej sprawie – tylko na Majdanku. Jest tam niewielka komora, w sam raz do takiej egzekucji, a żeby wykorzystać tę okazję do prewencji ogólnej, trzeba by spędzić tłumy, zaś podczas gazowania delikwenta orkiestry grałyby „Tango Milonga”: „Tango Milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj ostatni raz usłyszę!

Stanisław Michalkiewicz

Na smyczy bezpieki

Na smyczy bezpieki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    18 czerwca 2026 michalkiewicz

W „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” jest anegdotka o absztyfikancie, któremu podczas wizyty w domu narzeczonej przytrafił się casus pascudeus w postaci głośnego puszczenia wiatrów. Nieszczęsny absztyfikant tak się skonfundował, że postanowił ukryć tę wpadkę za wszelką cenę. W tym celu zamordował nie tylko narzeczoną, ale również resztą rodziny, będącej świadkiem wydarzenia. Naturalnie nic to nie dało, bo śledztwo objęło również motywy zbrodni i w ten sposób wszystko wyszło na jaw.

Ta anegdotka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” znakomicie pasuje do tak zwanej „afery podkarpackiej”. Polegała ona na tym, że dwa ukraińscy gangsterzy, bracia Aleksiej i Jewhen Rysiczowie, założyli w województwie podkarpackim sieć burdeli, w których zatrudniali panienki [no i dzieci… md] z Polski, Ukrainy i skąd się tylko dało. W swojej działalności nie napotykali przeszkód, przeciwnie – można było odnieść wrażenie, że władze naszego nieszczęśliwego kraju traktują ich niezwykle wyrozumiale. Samą sympatią dla Ukrainy, która zresztą wtedy jeszcze nie chroniła Europy i świata przez zakusami złego Putina – co obecnie ma rangę dogmatu quasi-religijnego, który stanowi znakomity pozór uzasadnienia dla ukraińskiej postawy roszczeniowej nie tylko wobec Polski, ale również innych nieszczęśliwych krajów – więc samą sympatią dla Ukrainy tłumaczyć tej wyrozumiałości nie można było wyjaśnić, w związku z czym pojawiły się brzydkie podejrzenia, że bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpują nie tylko ojczystych policjantów, ale również – funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, a nawet – niezawisłych sądów.

Jeśli chodzi o policję, to owszem – zwalczała ona przy pomocy praworządnych procedur wszelką konkurencję braci Rysiczów, którzy w związku z tym zaczęli dokazywać bez opamiętania. Prowadziło to do tak zwanych wpadek, ale były one niegroźne zarówno dla braci, jak i dla ich interesów, bo jeśli nawet sprawa trafiała przed niezawisłe sądy, to one też były wyrozumiałe, co znajdowało wyraz w symbolicznym charakterze kar, umożliwiających prowadzenie interesu bez żadnych przestojów. Nic więc dziwnego, że z usług burdeli prowadzonych przez Ukraińców, którzy zresztą w międzyczasie uzyskali polskie obywatelstwo, korzystało coraz wytworniejsze towarzystwo, obejmujące również osoby z pierwszych stron gazet. Wydawało się wszystkim, że jest bezpiecznie, a tymczasem wcale tak nie było, bo bracia Rysiczowie wszystkie bliskie spotkania III stopnia z panienkami nagrywali na video i podobno udało im się zgromadzić aż 4 tysiące takich nagrań. Wreszcie z jakichś zagadkowych powodów się zniechęcili, wrócili na Ukrainę i na razie ślad po nich zaginął.

Wśród ludu krążyły wprawdzie różne pogłoski na temat ten afery, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wiedział – chociaż wiadomo, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Próbował odkrywać tę sprawy były bokser, Dawid „Cygan” Kostecki, ale skończyło się to dla niego fatalnie. Z wyroku niezawisłego sądu trafił do więzienia, gdzie w swojej celi się taktownie powiesił. Ten przypadek najwyraźniej podziałał trzeźwiąco na wszystkich i pewnie dlatego pan Andrzej Duda, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pytany przez pana red. Rymanowskiego o aferę podkarpacką, dał do zrozumienia, że nigdy nic o niej nie słyszał. Z jednej strony dobrze to świadczy o moralności pana Andrzeja Dudy, chociaż z drugiej strony powinien on chyba wiedzieć trochę więcej o funkcjonowaniu państwa, którego prezydentem był przez 8 lat.

Tymczasem okazało się, że dwaj dziennikarze, jeden z portalu „Onet”, a drugi – z portalu „Goniec”, ogłosili, że podejrzenia, jakoby bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpowali policjantów, prokuratorów i niezawisłych sędziów, nie są prawdziwe, bo byli oni wieloletnimi tajnym współpracownikami polskiej bezpieki, która być może nawet partycypowała w dochodach uzyskiwanych z podkarpackich burdeli i roztaczała nad całym tym interesem parasol ochronny. To wyjaśnienie, do którego z podejrzaną skwapliwością przyłączył się minister-koordynator służb specjalnych w vaginecie obywatela Tuska Donalda, pan Tomasz Siemoniak, wprawdzie oczyszcza funkcjonariuszy policji, prokuratury i niezawisłych sędziów z podejrzeń o zwyczajną korupcję, ale pozwala na wysunięcie podejrzenia, że cały aparat państwa, z niezawisłymi sądami inclus, wykonuje polecenia bezpieki, stanowiącej przez nikogo nie kontrolowane państwo w państwie.

Tak właśnie było za pierwszej komuny, kiedy to najtwardszym jądrem systemu była nie żadna tam „partia”, tylko właśnie bezpieka. Mogliśmy się o tym przekonać na początku stanu wojennego, kiedy to szef PZPR, Edward Gierek został internowany i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Ta decyzja WRON miała oczywiście charakter pedagogiczny. Edward Gierek nie stwarzał przecież żadnego zagrożenia ani dla ustroju socjalistycznego, ani dla sojuszy. Chodziło o pokazanie, kto naprawdę rządzi – że nie żadna „partia” tylko bezpieka. I tak już zostało, bo – jak pamiętamy – wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako WSI – nadzorował prawidłowy jej przebieg, a potem wypuścił z siebie kilka łbów hydry, dzięki czemu m mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż 7 bezpieczniackich watah. Ale to jeszcze nic – bo przez cały ten czas werbowana była i jest agentura.

Ona się nie rozpłynęła w powietrzu, cały czas istnieje, pamięta, komu zawdzięcza pozycję społeczną, materialną, karierę i przyszłość, więc jest posłuszna, dyspozycyjna, dzięki czemu za jej pośrednictwem bezpieka może ręcznie sterować nie tylko państwem, ale całym życiem publicznym. No a bracia Rysiczowie? Czy przypadkiem nie wylądowali w Polsce z wyznaczonym przez SBU zadaniem przeniknięcia do struktur tubylczej bezpieki – prawdopodobnie już wcześniej penetrowanej przez Ukraińców, którzy są też w policji. Nagrywanie kompromatów i ich wyjazd na Ukrainę daje postawy do najgorszych podejrzeń.

Wreszcie moment, kiedy te rewelacje wybuchły. Bo wybuchły zaraz po wizycie w Polsce Kiryły Budanowa, obecnie szefa Biura Prezydenta Zełeńskiego – ale przedtem – szefa Głównego Zarządu Wywiadu tamtejszego Ministerstwa Obrony. O czym rozmawiał z naszymi dygnitarzami? Tego nie wiemy – ale ukraińskie media skomentowały skutki jego wizyty w Polsce, że „zapobiegł najgorszemu”. Ciekawe, bo Ukraińcy uważają za „najgorsze”? Czy odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu, czy zaprzestanie futrowania Ukrainy przez Polskę a nawet – blokowania dla niej forsy z UE – jak to robił Orban? No i wreszcie – jak pan Budanow temu „najgorszemu” – cokolwiek by to było – „zapobiegł”? Czy przypadkiem nie uświadamiając swoich warszawskich rozmówców, że nie jest bezpiecznie? Taki szef wywiadu coś tam przecież musi wiedzieć, w odróżnieniu od pana Tomasza Siemoniaka, który o wszystkim dowiaduje się z mediów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ćwiczymy „postawę służebną”

Ćwiczymy „postawę służebną”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 13 czerwca 2026 michalkiewicz

Właśnie rozpoczął się kolejny Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu – ale jakoś nie rozpala emocji, jak to bywało za komuny, kiedy ulice miast pustoszały, a szyby były „niebieskie od telewizorów” – wtedy jeszcze czarno-białych. Również ówczesne media, normalnie trzymane za pysk przez cenzurę, na okoliczność Festiwalu uzyskiwały dyspensę. Dzięki temu czytelnicy prasy mogli się przekonać, że funkcjonariusze ówczesnego Propaganda Abteilung wcale nie są nudni i drewniani, że potrafią zdobywać się na wyrafinowane i subtelne egzegezy treści festiwalowych piosenek.

Teraz – nic z tych rzeczy. Może dlatego, że za komuny teksty piosenek pisali poeci, podczas gdy teraz – dla oszczędności – robią to albo sami wykonawcy, albo grono przyjaciół, więc nie ma materiału do żadnej egzegezy. Muzycznie też wszystkie piosenki są do siebie podobne – eśta-eśta – więc nic dziwnego, że nie słychać żadnych subtelnych recenzji. Jedyne co przecieka z Festiwalu, to plotki – na przykład o panu „Ralfie” Kamińskim i Dodzie-Elektrodzie, którzy wbijają sobie nawzajem „szpilki”. Pani Cienkowska, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda – jak to się mówi – „robi w kulturze” – najwyraźniej uważa, że to właśnie jest najtwardsze jądro tubylczej kultury, uzasadniające opodatkowanie współobywateli na rzecz artystów. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – nawoływał Konstanty Ildefons-Gałczyński jeszcze przed wojną – i okazuje się, że kontynuacja jest większa, niż myślimy. Sanacja to co innego. Sanacja stała na przeciwnym stanowisku, o czym świadczyła odpowiedź premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego na petycję filharmoników, którzy domagali się rządowej opieki: „Nam wystarczą orkiestry wojskowe!

O marginalnym charakterze opolskiego Festiwalu świadczy choćby to, że nie przyćmił on zgrzytu, jaki w stosunkach polsko-ukraińskich pojawił się za sprawą nadania przez prezydenta Zełeńskiego pewnej jednostce tamtejszej niezwyciężonej armii imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii. Podobno wojskowi pierwotnie domagali się uhonorowania ich jednostki imieniemKłyma Sawura, osobiście odpowiedzialnego za wydanie rozkazu wymordowania ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej, ale władze doszły do wniosku, że lepiej trochę poczekać, aż Polacy zmiękną, a póki co „Bohaterowie UPA” wystarczą. Na takie dictum Kukuniek odpiął sobie od koszuli guziczek w ukraińskich barwach narodowych, a pan prezydent Karol Nawrocki zapowiedział odebranie prezydentowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Czy tak zrobi – tego nie wiemy, bo konstytucja jest tak dziwacznie zredagowana, że prezydent może „nadawać” ordery i odznaczenia bez kontrasygnaty premiera, ale już odebrać takiego odznaczenia bez kontrasygnaty nie może.

Widać jak na dłoni, że hebesowie, którzy tę konstytucję pisali, najwyraźniej nie słyszeli o zasadzie prawa rzymskiego: cuius est condere eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił – ten może znieść. No a pomyślmy sami – czy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, albo sam niemiecki kanclerz Fryderyk Merz pozwoli Donaldu Tusku na takie zuchwalstwo i to wkrótce po podniesieniu w kwietniu br. stosunków niemiecko-ukraińskich do rangi strategicznego partnerstwa? Obawiam się, że takiego pozwolenia nie będzie i w rezultacie Polska – w odpowiedzi na ukraińską politykę realną – nie będzie mogła zareagować nawet w sferze pozorów.

W dodatku Episkopat napomniał tutejszych parafian, żeby „nie szemrali” przeciwko Ukraińcom – tak, jak nie wolno im „szemrać” przeciwko Żydom, którzy załatwili sobie specjalne względy u samego Stwórcy Wszechświata. W tej sytuacji pozostaje nam tylko czekać do roku 2039, kiedy to, zgodnie z niemieckimi planami, Bundeswehra będzie najsilniejszą armią w Europie, a zaraz po niej – drugą najsilniejszą (do 800 tys żołnierzy) będzie uzbrojona po zęby, między innymi za środki z pożyczki SAFE – niezwyciężona armia Ukraińska, nawiązująca do tradycji UPA. W dodatku będziemy mieli u nas prawie 2 mln Ukraińców, podatnych na wezwania do „wołynki”, jeśli tylko nasz mniej wartościowy naród tubylczy spróbowałby albo im, albo Niemcom podskakiwać. Czegóż chcieć jeszcze?

Dopiero na tym tle możemy docenić znaczenie pomysłu obywatela Tuska Donalda – żeby przy Alejach Ujazdowskich, tuż przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wznieść pomnik Tadeusza Mazowieckiego, a potem, u jego stóp, w roku 2027 poprowadzić „Marsz Patriotów”. Nawet nie „księży-patriotów”, tylko patriotów zwyczajnych, co to słuchają zarówno Judenratu „Gazety Wyborczej”, jak i Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która z kolei konsultuje swoje poczynania z niemieckim kanclerzem. Tadeusz Mazowiecki był „pierwszym niekomunistycznym premierem” przy prezydencie Wojciechu Jaruzelskim, co to miał pilnować, żeby transformacja ustrojowa przebiegała zgodnie z planem, to znaczy – żeby komunistyczna nomenklatura nie doznała żadnej krzywdy.

Tadeusz Mazowiecki ani przez Amerykanów, ani przez Sowieciarzy do konfidencji dopuszczony nie był – ale kiedy tylko został „pierwszym niekomunistycznym premierem”, odwiedził go szef sowieckiego KGB Władimir Kriuczkow, którzy wyjaśnił mu, co uzgodniono i czego ma się trzymać. Toteż Tadeusz Mazowiecki zaraz ogłosił doktrynę „grubej kreski”, która miała oznaczać całkiem co innego, niż się potem okazało, no i wyściskał się w Pierwszej Krzyżowej z niemieckim kanclerzem Helmutem Kohlem – że to niby w stosunkach niemiecko-polskich wszystko jest gites, tenteges.

A w ogóle, to Tadeusz Mazowiecki znany był – jak zresztą sam to określał – z „postawy służebnej”. Ciekaw jestem tedy, jak go na tym pomniku przedstawi autor – czy w postawie dumnej, czy właśnie – w „postawie służebnej” – no, a jeśli tak, to w jaki sposób tę „postawę służebną” zaprezentuje? Oczywiście jak tam będzie tak tam będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – ale nie da się ukryć, że wybór obywatela Tuska Donalda na pomnikową postać nie jest przypadkowy. W osobie Tadeusza Mazowieckiego, znanego wszak z „postawy służebnej”, obywatel Tusk Donald pragnie nam przekazać informację, jakie miejsce z nowej Europie nam przeznacza, podobnie zresztą, jak i sobie – bo przecież żyją ludzie pamiętający, że to Nasza Złota Pani z Berlina upodobała w nim sobie i przenosząc go Mocną Ręką na brukselskie salony, zrobiła z niego człowieka. Ale oprócz tej osobistej, jest i druga przyczyna. Obywatel Tusk Donald, który w swoim czasie doprowadził do zlikwidowania Unii Wolności, w ramach której „aferałowie” kolaborowali z „partią zagranicy”, za jaką uchodziła wówczas Unia Demokratyczna, najwyraźniej chciałby tamten błąd naprawić i zamiast sztukować sobie parlamentarną większość przy pomocy jakichś przypadkowych vaginess, czy jegomościów w rodzaju pana Hołowni, pojednać się z „lewicą laicką”, która na postronku przyprowadzi do niego rzeszę mikrocefali, którym się powie, że oto mamy jasnego idola. Tadeusz Mazowiecki, sterowany zdalnie przez Michnkukuremka znakomicie się nadaje na fasadę reaktywowanej politycznej formacji.

Stanisław Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie

Nie jest bezpiecznie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  9 czerwca 2026 michalkiewicz

Gdyby w naszym nieszczęśliwym kraju istniała opinia publiczna, to bym napisał, że niedawne fałszywe alarmy o podrzutkach i pożarach, opinią tą wstrząsnęły. Ponieważ jednak mam wrażenie, iż opinia publiczna w naszym nieszczęśliwym kraju chyba nie istnieje, to tak nie napiszę. Jakże bowiem mówić o opinii publicznej, kiedy środowisko mikrocefali, niekiedy nawet szalenie utytułowanych, siorbie swą intelektualną zupę z kotła, zgotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i w rezultacie, zgodnie z dominującym w tym środowisku instynktem stadnym, wydaje z siebie zbiorowe kwiki, albo nawet wycia, jeśli tylko coś „nie mieści im się w głowie”?

Jest to tym ciekawszy fenomen, że wspomniane środowisko skupia osobników bardzo zadowolonych ze swego rozumu, czego dowody co i rusz składa zażywająca wielkiej sławy („wielka sława to żart; książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg, z rąk do rąk, z rąk do rąk” – słyszymy w „Baronie Cygańskim”) pani Joanna Szczepkowska?

Z aktorami w ogóle jest problem, bo gdy na przykład deklamują Szekspira, to wszystko jest w porządku i niekiedy nawet wzbudzają zachwyt – ale kiedy zaczynają deklamować własne teksty, to z reguły wygląda to znacznie gorzej. Niestety również i wtedy oczekują zachwytu i oklasków, a kiedy ich nie otrzymują, to zwalają winę na „przypadkowe społeczeństwo” – jak mawiał „Drogi Bronisław”, czyli pan prof. Bronisław Geremek, którego pani Magdalena Albright, co to nie była do końca pewna, czy jest Czeszką, czy może Serbką, awansowała do rangi naszego „skarbu narodowego”.

Wróćmy jednak do wspomnianych fałszywych alarmów, które trwają podobno od dłuższego czasu, ale rozgłos przyniosło im dopiero wtargnięcie policji razem z drzwiami do mieszkania pana red. Tomasza Sakiewicza, w którym – no właśnie! – Według fałszywych pogłosek policja znalazła tam złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, który w ramach bilokacji znalazł się w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, by omówić z nim szczegóły swojej kolaboracji z telewizją „Republika”. Policja oczywiście rzuciła się na niego i założyła mu kajdanki – ale w tym momencie, na oczach osłupiałych policjantów, przemienił się on w asystentkę pana red. Sakiewicza – jednak kajdanki, będące własnością państwową i policyjną – w metamorfozie udziału już nie wzięły i ku konfuzji policjantów, pozostały na rękach asystentki.

Wybuchł straszliwy skandal, ale to był dopiero wstęp, bo następny fałszywy alarm dotyczył podrzutka w domu Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie ochrona nie wpuściła policji do środka, ale policjanci, nauczeni doświadczeniem zdobytym w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, przekopali podobno cały ogródek w nadziei, że znajdą tam jeśli nawet nie złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, to przynajmniej pana Marcina Romanowskiego, który nie wiadomo, gdzie właściwie jest, więc dlaczego nie miałby zejść do podziemia w ogródku? Oczywiście niczego nie znaleźli, ale ta sprawa już wkrótce zeszła na plan dalszy, bo w znanym na całym świecie z niezawisłości sądowej wolnym mieście Gdańsku rozległy się aż dwa fałszywe alarmy.

Pierwszy – że w mieszkaniu należącym do matki pana prezydenta Karola Nawrockiego wybuchł pożar, a drugi – że ukrywa się tam podrzutek, co to pragnie targnąć się na własne życie. Straż pożarna i policja weszły do mieszkania razem z drzwiami i futryną – ale okazało się, że ani pożaru, ani podrzutka tam nie ma – że nie ma tam w ogóle nikogo! Zapanowała tedy szalenie kłopotliwa sytuacja – również w najwyższych kręgach Volksdeutsche Partei. W związku z tym obywatel Tusk Donald skrytykował te „prowokacje” i surowo przykazał swojemu ministrowi-policmajstrowi, panu Kierwińskiemu, żeby wywąchał, kto te prowokacje urządza, zdemaskował go i w ogóle. Sprawa zrobiła się prestiżowa, bo skoro fałszywe alarmy objęły mieszkanie rodziny pana prezydenta, to któż w tej sytuacji może czuć się bezpiecznie?

I o to właśnie chodzi – bo zwracam uwagę, że wspomniane fałszywe alarmy zbiegły się w czasie z zapowiedzią pana prezydenta, że jak tylko dostanie opinie od marszałków Sejmu i Senatu, to zaraz opublikuje „Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych. Na tę deklarację zareagował pan generał Marek Dukaczewski, który warknął, że taki czyn miałby charakter „antypaństwowy”. Słysząc taką poważną zastawkę, pan marszałek Czarzasty nawet nie odważył się otworzyć worka z Pandorą, a posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska odmówiła wydania opinii.

W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak stworzyć poczucie zagrożenia – że nikt nie jest bezpieczny. Dla starych kiejkutów to żaden problem; wystarczy jeden telefon do konfidentów: wiecie, rozumiecie, konfidencie, wykonajcie fałszywe alarmy – a my dopilnujemy, żeby nawet najbardziej energiczne śledztwo nie doprowadziło nikogo po nitce do kłębka. Drugi telefon mógł być skierowany do pana ministra Kierwińskiego: wiecie, rozumiecie, Kierwiński, wy w sprawie tych fałszywych alarmów tak pokierujcie energicznym śledztwem, żeby się okazało, że do komisariatów i straży pożarnej dzwonił Putin. Zrozumiano? Bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa!

Zwracam uwagę, że jak tylko rozdzwoniły się fałszywe alarmy, to sprawa publikacji „Aneksu” została w jednej chwili ucięta, jakby ręką odjął. Któż bowiem może zagwarantować, że zamiast poprzedzać wtargnięcie policji fałszywymi alarmami, nieznani sprawcy nie wtargną do niechby nawet objętego „ochroną kontrwywiadowczą” mieszkania i nie urządzą tam wołynki? Pamiętamy wszak, jak ochrona pana prezydenta Dudy dopuściła do pojmania panów Kamińskiego i Wąsika nie w jakimś mieszkaniu, tylko w Pałacu Namiestnikowskim, gdzie schronili się oni w przekonaniu, ze gdzie jak gdzie, ale tam jest bezpiecznie. Tymczasem okazało się, że nigdzie nie jest bezpiecznie, jeśli tylko stare kiejkuty tak postanowią.

Skoro tedy pan prezydent Karol Nawrocki zdradził zamiar ujawnienia największej tajemnicy III Rzeczypospolitej – że, podobnie jak za pierwszej komuny, również i za demokracji, najtwardszym jądrem systemu jest po staremu bezpieka, której nikt nie kontroluje, więc ma ona ostatnie słowo we wszystkich sprawach. Wprawdzie WSI już oficjalnie nie istnieją od września 2006 roku, ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Chodzi o agenturę zwerbowaną już w „wolnej Polsce”, przy pomocy której stare kiejkuty mogą ręcznie sterować nie tylko całym państwem, ale również – całym życiem publicznym, bo agentura jest szersza i to znacznie od oficjalnego aparatu państwowego. Jeśli komuś potrzeba poszlaki, to proszę bardzo!

Właśnie niedawno Sejm wybrał Krajową Radę Sądownictwa, głosując na kandydatów zaproponowanych przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i stowarzyszenie ”Themis”. To pierwsze powstało w 1990 roku, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do sądownictwa, a to drugie – nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW we celu werbunku agentury w środowisku niezawisłych sędziów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Panów artystów plebs całować ma po rękach

Panów artystów plebs całować ma po rękach

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 6 czerwca 2026 michalkiewicz

Kiedyś studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zapytali księdza profesora Stefana Pawlickiego, jak to się stało, że w epoce Renesansu nastąpiła taka eksplozja twórczego ducha ludzkiego. Ksiądz profesor powiedział, że różni naukowcy wskazują na różne tego przyczyny, ale on chciałby zwrócić uwagę na jeszcze jedną. Otóż w epoce Renesansu było – powiada – bardzo wielu hojnych mecenasów, którzy za udane arcydzieła bardzo, dobrze płacili – a to szalenie pobudzało ducha twórczego w artystach.

Przypomniała mi się ta historia, kiedy Sejm uchwalił ustawę o finansowaniu przez rząd, czyli – przez Bogu ducha winnych podatników – składek emerytalnych artystów. Okazuje się bowiem, że nie wszystkich artystów stać na samodzielne opłacanie takich składek, więc nie ma rady – ktoś musi zapłacić je za nich. No a kto ma to zrobić, jak nie Bogu ducha winni podatnicy? Wzbudziło to bardzo gwałtowną dyskusję, a której wzięli udział nie tylko politycy, jak np. Wielce Czcigodny Sławomir Mentzen, który artystów niezdolnych do samodzielnego zapłacenia składki emerytalnej nazwał „nierobami” – ale również artyści, między innymi pani Joanna Szczepkowska, która w miarę upływu czasu sprawia wrażenie coraz bardziej zgorzkniałej.

W tej dyskusji zarysowały się dwa stanowiska. Pierwsze – że nie ma żadnego powodu, by zmuszać Bogu ducha winnych podatników do składania się na składkę emerytalną dla współobywatela, który nie potrafi na siebie zarobić. Drugie – że jeśli nawet nie ma powodów, by kogokolwiek zmuszać do składania się na taką składkę, to w przypadku artystów trzeba zrobić wyjątek. A dlaczego? A dlatego, że stanowią oni sól ziemi czarnej, tworzą kulturę, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby, ja sól w ukropie.

Stefan Kisielewski zauważył kiedyś, że socjalizm bohatersko walczy z problemami, nie znanymi w innym ustroju. Musi walczyć z problemami, które sam tworzy – a walka ta nie ma końca. Zacznijmy od ubezpieczeń społecznych. Są one powszechne i przymusowe. A dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że żadnego przymusu nie ma, że wszystko odbywa się na zasadach umownych. Jaką ofertę przedstawiłaby obywatelowi ubezpieczalnia? Ponieważ – obywatelu – zacząłeś uzyskiwać dochody, powinieneś połowę dochodu przekazywać nam. – No dobrze – odparły obywatel – ale co ja z tego będę miał? Uczciwa odpowiedź ubezpieczalni brzmiałaby następująco: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm zawsze może zmienić wiek emerytalny – w w ostatnich latach zrobił to dwukrotnie – oraz coś – bo Sejm może zmienić sposób naliczania emerytury. Jestem pewien, że po takiej odpowiedzi nikt przy zdrowych zmysłach takiej umowy by nie podpisał. Dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe, zbliżając się do opisanego w kodeksie karnym przestępstwa zmuszania kogoś do niekorzystnego rozporządzania mieniem. Dopóki jednak większość obywateli uważa ubezpieczenia społeczne za dobrodziejstwo i wielką zdobycz socjalną, dopóty będzie w ten i na różne inne sposoby orzynana. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Drugim problemem są artyści. Kto jest artystą? Wikipedia powiada, że każdy, kto tworzy dzieła sztuki. Ale podczas dyskusji w programie „Punkt widzenia Jankowskiego” dowiedziałem się, że artystą nie jest „każdy”, a tylko osoba, która ma dyplom ukończenia odpowiedniej szkoły. Gdyby, dajmy na to, w Kolegium Tumanum istniał Wydział Artystyczny, to jego absolwenci mieliby status artystów. Status artysty zatem nie zależy od tego, czy tworzy jakieś dzieła sztuki, czy nie, tylko czy ma wspomniany dyplom. Jeśli go ma, to jest artystą i koniec, kropka. Tak przedstawił sprawę pan reprezentujący związek zawodowy artystów, więc myślę, że wiedział, co mówi.

To bardzo ciekawe podejście, bardzo podobne do sytuacji w dawnych Chinach, gdzie istniała kasta mandarynów. Aby zostać mandarynem i korzystać z przysługujących im przywilejów, trzeba było przejść bardzo wiele egzaminów – podobnie jak to się dzieje w szkołach artystycznych. Taki mandaryn, który zadał sobie tyle trudu, by przebrnąć przez te wszystkie egzaminy, uważał, że przywileje z tego tytułu mu się należą, jak psu buda. Podobnie myślą też współcześni artyści i właśnie z tego powodu podawanie tych przywilejów w wątpliwość, budzi w nich taki sprzeciw i oburzenie.

Pozostaje jednak kultura, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby jak sól w ukropie. Taką poważną zastawkę dają w charakterze uzasadnienia nałożenia na wszystkich obywatelu obowiązku składania się na składkę emerytalną dla artysty, który sam nie jest w stanie tego zrobić. No dobrze – ale dlaczego właściwie nie jest w stanie tego zrobić? Jak informował studentów UJ ks. prof. Stefan Pawlicki, eksplozja twórczego ducha ludzkiego w epoce Renesansu nastąpiła dlatego, że ówcześni liczni i hojni mecenasi, bardzo dobrze za dzieła sztuki płacili – ale za UDANE. A contrario wynika z tego, że za nieudane nie płacili.

Podążając tym tropem dochodzimy do wniosku, że w przypadku niektórych artystów przyczyną niemożności samodzielnego opłacenia przez nich składki emerytalnej jest brak zainteresowania ich produkcjami. Bo tak naprawdę jedynym kryterium oceny, czy coś jest dziełem sztuki, czy nie, jest okoliczność, czy podoba się ono komuś innemu. Owszem, są kryteria zbliżone do obiektywizmu. Na ich trop naprowadza nas język. W języku polskim jest słowo „ładny”. Oznacza ono, że w przedmiocie, który oceniamy, dopatrujemy się „ładu”, czyli – jak to nazywali starożytni Grecy – harmonii.

Jeśli tej harmonii nie ma, to w muzyce mamy kakofonię, w malarstwie – pacykarstwo, w rzeźbie – kamieniarstwo – i tak dalej. Sęk w tym, że tej oceny dokonuje odbiorca dzieła – i jeśli nie dopatrzy się tam ładu, to żadne perswazje nie pomogą. Dlatego artyści, zwłaszcza ci, którzy nie są do końca pewni swoich umiejętności, woleliby, żeby nie oceniali ich klienci, tylko urzędnicze komisje – i właśnie w tym kierunku zmierza wspomniana ustawa. Komisje bowiem kierują się innymi kryteriami, o czym świadczy definicja wielbłąda – że jest to koń zaprojektowany przez komisję.

Ciekawe, że projekt tej ustawy otrzymał nazwę „Lex Kapela” – ku czci pana Jasia Kapeli, który otrzymał rządową subwencję na stworzenie wierszy sławiących aborcję. Ja wprawdzie za artystę się nie uważam, ale myślę, że też potrafiłbym taki poemat napisać.

Początek mógłby być taki:


Już nie mogę się doczekać na subwencji porcję

Aby dzięki wsparciu Muzy wychwalać aborcję.

Wprawdzie mnie już osobiście ona nie zagraża

Lecz panienkom lekkomyślnym niestety się zdarza… –

i tak dalej.

Wspomniana ustawa, podobnie jak większość innych, stanowi fragment biegunki legislacyjnej, na którą najwyraźniej cierpi Sejm. Na szczęście pan prezydent Nawrocki próbuje tę biegunkę powstrzymywać.

Stanisław Michalkiewicz

Stojąc u bram piekielnych.

3 Czerwca 2026 magnapolonia.org/michalkiewicz-stojac-u-bram-piekielnych

Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych

   Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.

Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.

Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa  w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.

Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów,  mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.

Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?

Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.

Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz  tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?

Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.

Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.

Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.

Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie,  bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.

Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną  liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.

Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?

Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?

Pokój i bezpieczeństwo – czy zagłada?

Pokój i bezpieczeństwo – czy zagłada?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”   2 czerwca 2026 michalkiewicz

Pan Jacek „wyznaczył małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył” – tak Telimena w „Panu Tadeuszu” wyjaśnia Sędziemu Soplicy sytuację materialną Zosi, którą z woli tegoż Pana Jacka, czyli Jacka Soplicy, się opiekuje. Ale nie będziemy się tu zajmowali sprawami majątkowymi na ówczesnej Litwie, które – mówiąc nawiasem – są niezwykle smakowite o czym można przeczytać m.in. w mojej książce „Anschluss. Targowica urządza się przy Napoleonie” – tylko sytuacją naszego nieszczęśliwego kraju.

Jest ona podobna do tej opisanej w Liście św. Pawła do Tessaloniczan: „kiedy bowiem będą mówić „pokój i bezpieczeństwo” – tak niespodziewanie przyjdzie na nich zagłada”. Czyż nie tak właśnie było, kiedy nasi Umiłowani Przywódcy, dekując się za żywą tarczą wojsk amerykańskich, zaczęli zabawiać się, już nawet nie w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale w szarpanie ruskiego tygrysa za ogon? Bo trzeba nam wiedzieć, że rotacyjny amerykański kontyngent wojskowy w Polsce pełni rolę „żywej tarczy”.

Kombinacja jest taka: jeśli Putin zastrzeliłby choćby jednego Amerykańca, to byłby to casus belli, po którym Ameryka zastosowałaby art. 5 traktatu waszyngtońskiego i ostateczne zwycięstwo znalazłoby się w zasięgu ręki. Warto tedy przypomnieć brzmienie art. 5 tego traktatu:

Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej, będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeśli taka napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie samodzielne, albo w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej ws celu utrzymania lub przywrócenia bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Jak widzimy , art. 5 zawiera jeden istotny warunek uruchomienia zapisanych w nim procedur sojuszniczych. Jest nią zbrojna napaśćna przynajmniej jednego sojusznika. Jeśli natomiast sojusznik sam na kogoś napadnie – jak to miało miejsce w przypadku izraelsko-amerykańskiego uderzenia na złowrogi Iran – to nie ma traktatowego powodu, by te sojusznicze procedury uruchamiać.

Podobna sytuacja może spotkań i nasz nieszczęśliwy kraj, jeśli zechciałby zadośćuczynić marzeniu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który od samego początku wojny próbuje wciągnąć do niej państwa Europy Środkowej, zwłaszcza mocarstwa Bałtyckie. Byłaby to sytuacja dla Polsce bardzo groźna, bo z uwagi na brzmienie art. 5, Polska nie padłaby ofiarą żadnej „zbrojnej napaści”, a tylko włączyła się do wojny, która już trwa. W tej sytuacji bardzo możliwe, że i amerykańskie wojsko nawet nie ruszyłoby się z koszar, bo chociaż rozlokowane jest na terytorium naszego bantustanu, to przecież rządowi tubylczemu nie podlega, tylko rządowi własnemu, a ten mógłby nakazać chwalebną powściągliwość.

W ogóle wyjaśnienia wymagałaby również kwestia, czy rząd polski mógłby nakazać naszej niezwyciężonej armii uruchomienie rozmaitych broni – bo przynajmniej ja nie wiem, ile z nich Amerykanie mogliby wyłączyć, czynią je nieprzydatnymi do użycia na polu walki – gdyby ze względów politycznych rząd amerykański uznał to za korzystne. Drugi wniosek, jaki trzeba wyciągnąć z art 5 traktatu waszyngtońskiego, to ten, że nie zawiera on żadnego automatyzmu reakcji. Każdy z sojuszników, może udzielić „napadniętemu” takiej pomocy, jaką w danej sytuacji uzna za odpowiednią, „łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Użycie „siły zbrojnej” jest więc tylko jedną z możliwych reakcji, taką samą, jak na przykład wystosowanie wobec napastnika tak zwanego „ostrego protestu”.

Oczywiście Polska przystępując w grudniu 1999 roku do NATO nie miała najmniejszego wpływu na treść traktatu waszyngtońskiego, który stanowił dla nas rodzaj „umowy przez przystąpienie” – bez możliwości kształtowania jej warunków. Ale lubi się, co się ma, więc nie ma co kręcić na to nosem tym bardziej, że USA i Rosja, w roku 1997, a więc na dwa lata przed rozszerzeniem NATO na wschód, zawarły tzw. „porozumienia paryskie”, zawierające „środki budowy zaufania”. Amerykanie obiecali tam, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej tj, między RFN a NRD i że na terytorium państwo nowo przyjętych do NATO, nie będą zakładane „stałe bazy” Sojuszu – za Moskwa nie zgaszała sprzeciwu wobec przyłączenia do NATO.

Najwyraźniej ustalenia te nadal traktowane są jako obowiązujące, co możemy wnioskować na tej podstawie, że obecność wojsk amerykańskich w Polsce ma charakter „rotacyjny”. I właśnie na tym tle wybuchła burza w szklance wody, kiedy okazało się, że USA „opóźniły rotację” 4 tysięcy żołnierzy, w dodatku w sytuacji, gdy prezydent Donald Trump zaczął się odgrażać, że gwoli ukarania Niemiec, zmniejszy liczbę Amerykanów tam stacjonujących. Wprawdzie Niemcy mi się nie zwierzają, ale wydaje mi się, że – chociaż oficjalnie kręcą nosem na tę karę – to w sytuacji, gdy nikt ich nie widzi, zacierają ręce z uciechy, że oto rysuje się szansa na uchylenie bodajże ostatniego skutku wojny przegranej przez Adolfa Hitlera. Kiedy bowiem w 1949 roku w obliczu presji Stalina na Europę Zachodnią, Amerykanie zdecydowali się odbudować państwo niemieckie z trzech zachodnich stref okupacyjnych, czyli tzw. „trizonii”, Niemcy nadal pozostawały krajem okupowanym – aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”.

Traktat ten znosił okupację Niemiec, a chociaż amerykańskie wojska nadal pozostały na swoich dotychczasowych miejscach, to już nie jako wojska okupacyjne, tylko stacjonujące na podstawie porozumień. Tak czy owak – jednak stacjonujące, więc jeśli – niechby nawet „za karę” – Stany Zjednoczone by je stamtąd ewakuowały, to by znaczyło, że i ten ostatni skutek wojny przegranej przez Adolfa Hitlera zostaje usunięty, dzięki czemu Niemcy nie musiałby w polityce międzynarodowej zachowywać daleko posuniętej ostrożności, zwłaszcza po roku 2039, kiedy to Bundeswehra ma zostać najsilniejszą armią w Europie.

Opóźnienie rotacji – jak to nazwali skonfundowani Amerykanie – wywołało coś w rodzaju paniki wśród naszych Umiłowanych Przywódców, którzy zrozumieli, że wcale nie jest bezpiecznie. Toteż do Waszyngtonu udała się warszawska pielgrzymka wiceministrów obrony narodowej, którzy próbowali, jeśli nie namówić amerykańskich twardzieli, by nie opóźniali rotacji, to przynajmniej dowiedzieć się czegoś konkretnego na ten temat – ale poza deklaracjami wiceprezydenta Vance’a, że Ameryka nas „kocha” oraz, że Polska obroni się sama, – oczywiście przy wydatnej pomocy amerykańskiej – chyba nie uzyskali ani jednego, ani drugiego. Oczywiście pogłębiało to uczucie jaskółczego niepokoju wśród naszych Umiłowanych Przywódców. Odprężenie nastąpiło dopiero, gdy prezydent Donald Trump – podobno powołując się na przyjaźń z panem prezydentem Karolem Nawrockim – napisał na Twitterze, że skieruje do naszego nieszczęśliwego kraju nie 4 tysiące, a 5 tysięcy żołnierzy. Słowem – „więcej przyrzec raczył” – z czego oczywiście się radujemy, o jakże to się nie radować?

A skoro już jesteśmy przy prezydencie Donaldzie Trumpie, to zdaje się już skapował, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, co to „jest związany” z ideą „wielkiego Izraela”, czyli od Nilu do Eufratu, wpuścił go razem z całą Ameryką w kanał, nakazując mu niezwłoczne zaatakowanie złowrogiego Iranu. Okazało się jednak, że złowrogi Iran jest twardszym orzechem do zgryzienia, niż wydawało się to prezydentowi Trumpowi, więc w stosunkach amerykańsko-irańskich zapanowała sytuacja patowa.

Na domiar złego, nie tylko Amerykanie, ale i reszta świata zobaczyła, że prezydent Trump słucha się Izraela, nawet kosztem wciągania Ameryki w motywowane żydowskimi fantasmagoriami awantury. W tej sytuacji trudno było uwierzyć w buńczuczne deklaracje prezydenta Trumpa, że uczyni Amerykę znowu wielką w sytuacji, gdy Żydowie wodzą go za nos, a ogon wywija psem. Jakaś dobra dusza wszystko to prezydentu Trumpu uświadomiła, a w tej sytuacji podjął on desperacką próbę uwolnienia Ameryki spod żydowskiej okupacji, o której już dawno wspominał Patryk Buchanan, nazywając Waszyngton – amerykańską stolicę, której obywatel Żurek Waldemar prawdopodobnie nie odróżnia od stanu Waszyngton – „terytorium okupowanym przez Izrael”.

Czy ta narodowo-wyzwoleńcza operacja uda się prezydentowi Trumpowi – to wcale nie jest pewne – bo jest to znacznie trudniejsze od operacji pojmania Mikołaja Maduro w Wenezueli, trudniejsze od rzucenia na kolana Kuby, trudniejsze od przejęcia Grenlandii, a nawet – od przezwyciężenia pata w stosunkach ze złowrogim Iranem tym bardziej, że stary, żydowski grandziarz finansowy Jerzy Soros podobno znowu mobilizuje miliony, czy nawet miliardy dolarów na kampanię przeciwko Donaldowi Trumpowi, w której po stronie Izraela mogą stanąć wszyscy amerykańscy i światowi Żydowie, którzy wiedzą, że bez wykorzystania siły Stanów Zjednoczonych fantasmagorie o „wielkim Izraelu” trzeba będzie odłożyć ad calendas Graecas.

Stanisław Michalkiewicz

Stare kiejkuty w natarciu

Stare kiejkuty w natarciu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    31 maja 2026 michalkiewicz

W dniach ostatnich (czyżby właśnie nadeszły zapowiadane „dni ostatnie”?) naszym nieszczęśliwym krajem wstrząsają alarmujące wiadomości o fałszywych alarmach, którymi nękana jest policja i straże pożarne. Głośny był niedawny fałszywy alarm, kiedy to policja została powiadomiona, że w mieszkaniu pana red. Tomasza Sakiewicza, kierującego telewizją „Republika”, co to sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, kierowanego przez obywatela Tuska Donalda w gronie vaginess-pomocnic – więc że w tym mieszkaniu jest podrzutek, co to w dodatku pragnie targnąć się na własne życie. Policja tedy wtargnęła do mieszkania razem z drzwiami, a na miejscu okazało się – i tu odwołujemy się do fałszywych pogłosek – że to nie żaden podrzutek, tylko złowrogi Zbigniew Ziobro. Policjanci założyli mu kajdanki, a na ich oczach złowrogi Zbigniew Ziobro przemienił się w asystentkę pana red. Sakiewicza – ale kajdanki, jako własność państwowa i policyjna na rękach pozostały.

Podobno te wiadomości do tego stopnia poruszyły obywatela Żurka Waldemara, dla którego pojmanie złowrogiego Zbigniewa Ziobry urosło do rangi raison d’etre, że gotów jest nawet wkroczyć na ścieżkę wojenną przeciwko Stanom Zjednoczonym, byle tylko zbiega odzyskać, niechby w ramach łupu wojennego. Jednak w vaginecie obywatela Tuska Donalda ten punkt widzenia wydaje się odosobniony z uwagi na ulgę, jaką musieli poczuć Umiłowani Przywódcy po uspokajającym komunikacie prezydenta Donalda Trumpa, że skieruje do Polski dodatkowych 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Umiłowani Przywódcy, którzy na myśl, iż Ameryka zlikwiduje tutaj żywą tarczę, do tego stopnia spanikowali, że do Waszyngtonu wyruszyła warszawska pielgrzymka wiceministrów obrony narodowej, którzy kołatali do różnych drzwi, zdaje się – bezskutecznie – aż dopiero prezydent Trump, wspomniawszy na swoją przyjaźń z prezydentem Karolem Nawrockim, wydał uspokajający komunikat o tych 5 tysiącach. Umiłowani Przywódcy uczepili się tej obietnicy, jak pijany płotu w nadziei, że dzięki temu znowu będą bezkarnie targać za ogon zimnego ruskiego czekistę Putina.

Jeszcze nie ucichły echa fałszywego alarmu w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, a w Gdańsku rozdzwoniły się policyjne i strażackie telefony, że w mieszkaniu matki pana prezydenta Nawrockiego wybuchł pożar. To był telefon do straży pożarnej, bo w chwilę później, do komisariatu policji był inny – znowu o podrzutku, który pragnął targnąć się na własne życie. Oczywiście policja wraz ze strażakami wtargnęła do mieszkania matki pana prezydenta razem z drzwiami – ale okazało się, że nie ma tam ani pożaru, ani podrzutka, ani w ogóle – nikogo. Tym razem nie chodziło już o pana red. Sakiewicza, którego można wytarzać w smole i pierzu w prokuraturze, na przykład przed obliczem pani Wrzosek, ale o rodzinę pana prezydenta.

To już była – jak mawiają gitowcy – poważniejsza zastawka, w związku z czym – o ile przedtem pan minister Kierwiński oraz sam obywatel Tusk Donald, mogli pozwolić sobie na udzielanie odpowiedzi wymijających, to w tym przypadku rada w radę uradzili, że chodzi o „prowokacje”. Kto prowokuje i w jakim celu – to jest na razie owiane mgłą tajemnicy – oczywiście w pierwszorzędnym gatunku – chociaż do opinii publicznej przeciekają zorganizowane przecieki, że prowokatorom chodzi o pogłębienie podziałów w społeczeństwie naszego bantustanu. Taki cel wskazywałby na autora prowokacji w osobie zimnego ruskiego czekisty Putina, który – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego – ale widocznie obywatel Tusk Donald i minister Kierwiński, chowają tę możliwość na sam koniec, odgrażając się na razie, że wykryją prowokatorów, bez względu na to, kim by nie byli i kto by tam za nimi nie stał.

Wszystko to oczywiście być może – ale niekoniecznie – bo zwracam uwagę, że jak tylko rozpoczęły się te prowokacje, to zapowiedzi opublikowania”Aneksu” do „Raportu o Rozwiązaniu WSI” zostały w jednej chwili ucięte i na tym odcinku nastała głucha cisza. Nie słychać nawet, czy posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczytała „Aneks” ze zrozumieniem – bo Wielce Czcigodny marszałek Czarzasty nawet nie otworzył worka z obawy wypuszczenia Pandory. Ale pan generał Marek Dukaczewski od razu warknął, że zamiar opublikowania „Aneksu” ma charakter „antypaństwowy”.

To poważna zastawka, a skoro tak, to nie można wykluczyć, że w ramach działań ostrzegawczych stare kiejkuty postanowiły ostrzec wszystkich Umiłowanych Przywódców, że nie jest bezpiecznie. Konfidenci dostali rozkaz: wiecie rozumiecie, wykonajcie mi tu szereg prowokacji, żeby każdy ananas sobie przypomniał, skąd wyrastają mu nogi. Jestem pewien, że Donaldu Tusku takich rzeczy nie trzeba przypominać, bo chyba pamięta, jak omal nie wyleciał w powietrze, kiedy w roku 2008 próbował poluzować sobie smyczkę na jakiej trzymały go stare kiejkuty. Ministru Kierwińskiemu nie trzeba niczego przypominać, bo wystarczy telefon: wiecie, rozumiecie Kierwiński, wy tak szukajcie tych prowokatorów, żebyście w końcu trafili na Putina – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

No dobrze – ale po co stare kiejkuty mają pokazywać Umiłowanym Przywódcom, że nie jest bezpiecznie? Składa się na to kilka zagadkowych przyczyn. Po pierwsze, lepiej zwalić wszystko na Putina, niż zdradzić największą tajemnicę III Rzeczypospolitej – że mianowicie nasza młoda demokracja funkcjonuje na podszewce bezpieki, która nadal pozostaje najtwardszym jądrem systemu – jak za pierwszej komuny. Wprawdzie WSI zostały we wrześniu 2006 roku oficjalnie rozwiązane, ale ta oficjalna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności – bo zwerbowana agentura przecież nie wyparowała, tylko nadal istnieje, pamiętając, komu zawdzięcza swoją pozycję społeczną i materialną. Za jej pośrednictwem stare kiejkuty nie tylko mogą ręcznie sterować strukturami państwa – na przykład Sejm wybrał do Krajowej Rady Sądownictwa akurat tych sędziów, których kandydatury wysunęło Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia, co to powstało w roku 1990, jak tylko rozwiązała się PZPR, stanowiąca pas transmisyjny bezpieki do sądownictwa oraz przez stowarzyszenie „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, w ramach której ABW werbowała agenturę w środowisku nienawistnych sędziów.

Po drugie – zbliża się rok wyborczy, więc trzeba już teraz przystąpić do klecenia prawidłowej alternatywy dla suwerenów. Jak wyjaśniał klasyk demokracji Józef Stalin, prawidłowa alternatywa jest wtedy, gdy bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane. Toteż na odcinku „Aneksu” zapanowała cisza, podczas gdy niezależne media głównego nurtu właśnie rozpoczęły operację „razobłaczania” Grzegorza Brauna, a tylko patrzeć, jak zabiorą się za Sławomira Mentzena – bo Mateusz Morawiecki wykonuje trzecią część zadania w postaci neutralizacji PiS – niezależnie od tego. Tymczasem dług publiczny naszego bantustanu rośnie już w tempie miliarda złotych dziennie, więc – jak powiadają gitowcy – wszystko gra i koliduje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Literatura w służbie bezpieczeństwa

Literatura w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz 30 maja 2026 michalkiewicz

Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka” – śpiewali przed laty „Skaldowie” w piosence Agnieszki Osieckiej, która w ten delikatny sposób zasiewała wątpliwości w jedyną słuszność materializmu dialektycznego. Za pierwszej komuny bowiem, kiedy to rządy objęli chłopscy filozofowie, padł rozkaz, by wierzyć w materializm dialektyczny. Toteż wielu ambicjonerów zaraz z materializm dialektyczny uwierzyło, a jeśli nawet nie uwierzyło, to sprytnie taką wiarę markowało. W rezultacie prof. Leopold Seidler, rektor UMCS, na pierwszym wykładzie dla I roku studentów tamtejszego Wydziału Prawa w październiku 1965 roku, zwrócił się do słuchaczy z przerażającą deklaracją:my marksiści”. Wkrótce jednak okazało się, że aż tak źle nie jest, że wielu podziela wątpliwości Agnieszki Osieckiej co do materializmu dialektycznego i tak dotrwaliśmy do wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża i stanu wojennego, kiedy to zapanowała moda na pobożność do tego stopnia, że nawet literat Andrzej Szczypiorski nie tylko się ochrzcił, ale nawet na łamach „Tygodnika Powszechnego” opisał swoje duchowe przełomy. Niestety na mieście zaraz pojawiły się fałszywe pogłoski, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął, a potem nawet wyjaśniło się – dlaczego. Otóż Andrzej Szczypiorski był bardzo wydajnym konfidentem SB, w związku z czym nie można wykluczyć, że ten cały chrzest był jakimś kolejnym zadaniem – a w tej sytuacji nic dziwnego, że się nie przyjął.

Widząc, co się stało z Andrzejem Szczypiorskim, wielu świeżo nawróconych zaczęło mieć wątpliwości, czy słusznie się nawrócili – a kiedy okazało się, że na Zachodzie nie potrzebują już kościelnych certyfikatów przyzwoitości, to pan red. Michnik, co to wcześniej molestował ks. prałata Jankowskiego, żeby mu przynajmniej ochrzcił syna, w imieniu Judenratu wydał wojnę „ajatollahom” pod pretekstem, że chcą w naszym bantustanie zainstalować ”państwo wyznaniowe”. Chodziło, ma się rozumieć, o wyznanie katolickie, bo gdyby tak „ajatollahowie” forsowali wyznanie mojżeszowe, to Judenrat nie miałby chyba nic przeciwko temu. Ale to wszystko było na innym etapie, kiedy Grzegorz Ryś dopiero co został wyświęcony, więc raczej słuchał starszych i mądrzejszych, niż „nauczał” – jak to czyni teraz, kiedy mamy całkiem inny etap. Wracając do „państwa wyznaniowego”, to oczywiście w tych zarzutach nie było ani słowa prawdy, bo „ajatollahowie” nie byli pewni, co w archiwach MSW znalazła „komisja Michnika”, więc na wszelki wypadek skwapliwie korzystali z okazji, by siedzieć cicho. Oczywiście do czasu, bo potem Judenrat, w ramach kształtowania pożądanego oblicza tubylczego Kościoła, wyciągał ze swojego skarbca „rzeczy stare i nowe” – i tak doszło do pojawienia się uniwersalnej formuły „bez swojej wiedzy i zgody”.

Wspominam o tym wszystkim nie bez żalu, bo właśnie laureatka literackiej Nagrody Nobla, pani Olga Tokarczuk oświadczyła, że nie będzie już pisała powieści, bo „nikt ich nie czyta”, więc będzie pisała najwyżej krótkie opowiadania. Z tymi powieściami to akurat prawda; nie ma żadnego powodu, by je czytać, zwłaszcza, gdy autorką jest nasza noblistka – ale być może nie tyle ze względu na mały talent, co ze względu na wybór tematu. Gdyby w Polsce mieszkało tylu Żydów, co przed wojną, to może pani Tokarczuk miałaby więcej czytelników, ale tak nie jest. Pan red. Michnik nie wystarczy za miliony. Gdyby jednak zwróciła ona swoje literackie zainteresowania na przykład na fenomen Aleksandra Kwaśniewskiego i to nawet nie tyle na kwestię, czy ma on duszę, czy nie – chociaż ta sprawa też wydaje się smakowita z punktu widzenia literackiego – co na obecny renesans jego politycznej aktywności, to kto wie?

Bo „nie ma przypadków’ są tylko znaki” – mawiał przewielebny ks. Bronisław Bozowski – więc czy może być przypadkiem to, że wspomniany renesans politycznej aktywności Aleksandra Kwaśniewskiego przypada na apogeum naszego podlizywania się Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi? W tej dziedzinie Aleksander Kwaśniewski z pewnością nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, chociaż oczywiście nie jest już prezydentem naszego bantustanu i nie może frymarczyć jego interesami, jak za czasów swej prezydentury – ale intencje też się przecież liczą.

Zwłaszcza teraz, kiedy w związku z zawirowaniami „rotacyjnymi” w kierowniczych kręgach naszego bantustanu zapanował jaskółczy niepokój, czy przypadkiem narwany prezydent Donald Trump naprawdę nie ewakuuje amerykańskich wojsk z naszego nieszczęśliwego kraju. Do Waszyngtonu wybrali się w związku z tym obydwaj wiceministrowie obrony – podobno żeby zabiegać o zwiększenie amerykańskiego kontyngentu. Czy to ich gorące modlitwy w końcu doleciały do prezydenta Trumpa, czy też chwilowo przypomniał on sobie, że jego przyjacielem jest przecież polski prezydent Karol Nawrocki – dość, że gruchnęła wieść, iż „podjął on decyzję”, że do Polski zostanie skierowanych nie 4, ale 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Aż gwałtowny wicher zerwał się z powodu westchnienia ulgi, jakie wyrwało się z wezbranych piersi Naszych Umiłowanych Przywódców na tę wiadomość. Schowani za amerykańską „żywą tarczą” Nasi Umiłowani Przywódcy coraz śmielej ciągnęli zimnego ruskiego czekistę Putina, a to za ogon, a to za wąsy – więc nawet zwyczajne „opóźnienie rotacji” wywołało w nich atak paniki, że na skutek ich dokazywania również nasz nieszczęśliwy kraj zostanie wkręcony w maszynkę do mięsa. Wprawdzie „armia nasza jest zwycięska. Buffalo Bill, Buffalo” – jak to śpiewało się za moich czasów w kołach wojskowych, ale lepiej nie kusić losu, chociaż oczywiście ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone. Taki jest rozkaz – a w każdym razie tak mówią wszyscy dygnitarze cywilni i wojskowi. Cywilni – zwłaszcza vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda – wiadomo, że nie są w stanie ogarnąć nawet skutków własnych działań – jak szczerze wyznała Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna – że „nie przyszło jej go głowy” zastanawiać się np. nad rozwodami forsowanych przez nią „małżeństw jednopłciowych” – według jakiej procedury będą się one odbywały, no i czy przed sądami, czy w komisariatach policji. Co tam w tej głowie jest – Bóg jeden wie – bo w głowach naszej niezwyciężonej armii dominuje chyba jedno pragnienie – dotrwać do emerytury, bo dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie.

W tej sytuacji nie jest aż tak ważne, czy płacimy haracz Tatarom – jak to przewidywał traktat w Buczaczu za króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, czy Rosjanom, czy Amerykanom. Skoro tak, to czy bardziej nie opłacałoby się nam przyłączenie Polski do Stanów Zjednoczonych? Płacilibyśmy wtedy wprawdzie podatki, ale nie musielibyśmy obawiać się ani Generalnej Guberni, ani Zielonego Ładu, ani konsekwencji „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, ani nawet żydowskich roszczeń majątkowych – bo ustawa nr 447 mówi, że to Polska powinna je zrealizować, a nie USA.

Stanisław Michalkiewicz

Zegarka już nikt nie naprawi

[Głupio się to Panu Stefanowi powiedziało. Przecież zepsuć może każda małpa, nawet ruda… md]

Zegarka już nikt nie naprawi

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   28 maja 2026 michalkiewicz

Kto najlepiej potrafi naprawić zegarek? – Pytał retorycznie Stefan Kisielewski – i odpowiadał – ten, kto go zepsuł. Niby słusznie – ale nie zawsze. Jeśli zegarek został dokładnie popsuty, to ten, który go zepsuł, często nie potrafi już go naprawić. Najwyżej może markować dobre chęci. I właśnie z taką sytuacją mamy w naszym nieszczęśliwym kraju do czynienia.

20 maja przeszła przez Warszawę kilkunastotysięczna demonstracja „Solidarności” w proteście przeciwko „Zielonemu Ładowi”, zwanego szyderczo „ Zielonym Wałem”, a oficjalnie -Programem Neutralności Klimatycznej, którego celem jest odejście bantustanów Unii Europejskiej od wykorzystywania nośników energii, którymi te bantustany dysponują na rzecz nośników energii, którymi albo nie dysponują, albo dysponują – ale w stopniu ograniczonym. Dodatkowym rezultatem Zielnego Wału jest radykalne ograniczenie emisji złowrogiego dwutlenku węgla, który dusi biedną „planetę” w następstwie czego cierpi ona niewypowiedziane katiusze, a nawet „płonie”.

Tak w każdym razie twierdziło do niedawna „Ostatnie Pokolenie” dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie położyła kresu jego działalności. Żeby tedy zapewnić gospodarkom poszczególnych bantustanów dostawy energii, muszą one dokonywać kosztownych inwestycji, które kładą się na nich coraz większym ciężarem, sprawiając, iż przestają one być konkurencyjne. Skutkuje to coraz większymi kłopotami, których ubocznym skutkiem jest również zmniejszanie się możliwości zatrudnienia – i właśnie przeciwko temu protestowała „Solidarność”.

Warto w związku z tym zwrócić uwagę, że „Zielony Wał” z jego dążeniem do ograniczenia emisji zbrodniczego dwutlenku węgla może być tylko pretekstem do osiągnięcia celu zupełnie innego, a mianowicie – realizacji założeń niemieckiego projektu Mitteleuropa z roku 1915. Dotyczył on urządzenia Europy Środkowej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim i przewidywał utworzenie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale – de facto – niemieckich protektoratów o gospodarkach niezdolnych do konkurowania z gospodarką niemiecką, tylko uzupełniających i peryferyjnych. W roku 1918 Niemcy wojnę przegrały, a w każdym razie wtedy tak się wszystkim wydawało – ale 1 maja 2004 roku, po Anschlussie państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej, powstały polityczne warunki dla realizacji projektu Mitteleuropa – i jest on systematycznie wdrażany – a „Zielony Wał” oraz inne wynalazki są tylko pretekstem.

Wprawdzie „Solidarność”, protestując przeciw „Zielonemu Wałowi”, występowała przeciwko vaginetowi obywatela Tuska Donalda – ale prawda jest taka, że to nie ten vaginet zgodził się w imieniu Polski na „Zielony Wał”, tylko rząd „dobrej zmiany”, kierowany przez ówczesnego premiera Mateusza Morawieckiego. A nawet nie cały rząd, tylko premier Morawiecki osobiście, bo – jak twierdzi Wielce Czcigodny Patryk Jaki – rząd był przeciwny, zaś premier Morawiecki, nie informując nawet koalicjantów PiS,, w roku 2019 i 2020 osobiście podjął decyzję o podpisaniu w imieniu Polski „Zielonego Wału”. Potwierdzałoby to podejrzenia, że wciągnięcie w roku 2015 przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego Mateusza Morawieckiego do rządu „dobrej zmiany” na stanowisko wicepremiera przy pani Beacie Szydło, a następnie, w rezultacie „rekonstrukcji rządu” w roku 2017 – stanowiska premiera – było następstwem tajemniczego kompromisu, najpierw płytszego, a potem – jeszcze głębszego – do którego Naczelnik Państwa został z zagadkowych przyczyn zmuszony.

Kto był – albo kto jest – drugą stroną tego kompromisu – tajemnica to wielka – która skłania podejrzliwców do podejrzeń, że naszą młodą demokracją ktoś z ukrycia musi kierować, a demokratyczne procedury są tylko rodzajem teatrzyku dla publiczności, żeby myślała, że to wszystko naprawdę. Dodatkowo rewelacje Wielce czcigodnego Patryka Jakiego stanowią poważną poszlakę, że Mateusz Morawiecki ze swoim Stowarzyszeniem „Rozwój Plus” cały czas realizuje wyznaczone zadania – obecnie zadanie neutralizowania PiS, który w Generalnej Guberni pewnie nie będzie już potrzebne.

Tak się złożyło, że demonstracja „Solidarności” zbiegła się w czasie z decyzją Senatu, który nie wyraził zgody na referendum w sprawie „Zielonego Wału”, którego przeprowadzenie zapowiadał pan prezydent Nawrocki. Zapowiadał – ale czy szczerze? Można mieć co do tego wątpliwości, o pan prezydent nie może nie wiedzieć, co w tej sprawie stanowi konstytucja. Owszem – dopuszcza ona inicjatywę prezydenta co do przeprowadzenia referendum – ale tylko „za zgodą Senatu”. Tymczasem każde dziecko wie, że bez względu na rodzaj inicjatywy pana prezydenta, Senat na żadną inicjatywę się nie zgodzi i to nawet nie dlatego, by uważał ją za niepożądaną z punktu widzenia interesów państwa, tylko dlatego, ze wystąpił z nią pan prezydent Nawrocki, z którym vaginet obywatela Tuska Donalda toczy polityczną wojnę.

Co jest przedmiotem i celem tej wojny? Jedno jest pewne, że nie jest nim żaden interes państwa polskiego, bo przed wyborami w roku 2023 Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje publicznie dała do zrozumienia, z jakim zadaniem kieruje obywatela Tuska Donalda z brukselskich salonów na ojczyzny łono – żeby mianowicie wprowadził nasz nieszczęśliwy kraj na świetlisty szlak wiodący do Generalnej Guberni. W tej sytuacji polityczna wojna między Volksdeutsche Partei i PiS-em może toczyć się o to, kto będzie wykonywał obowiązki burgrabiowskie w Generalnej Guberni – bo nikt przy zdrowych zmysłach nie ma chyba wątpliwości iż po nowelizacji traktatu lizbońskiego, której przeprowadzenie rekomendował już Parlament Europejski, o żadnej suwerenności politycznej naszego bantustanu nie będzie już mowy, a skoro tak – to nie czego go inna przyszłość, jak tylko Generalna Gubernia. Przewidział to już w roku 1943 Adolf Hitler, kreśląc na spotkaniu z gauleiterami sposób funkcjonowania przyszłej Europy, w której „małe państwa” nie będą już miały racji bytu, bo „tylko Niemcy” mogą prawidłowo zorganizować Europę. Toteż organizują, na razie przy zachowaniu pozorów dobrowolności – ale w roku 2039, kiedy to według planów Bundeswehra stanie się najsilniejszą armią w Europie, te pozory mogą zostać odrzucone.

W tej sytuacji protest „Solidarności” przeciwko „Zielonemu Ładowi” nie mógł mieć żadnej siły sprawczej, służąc tylko przypomnieniu opinii publicznej, że ta organizacja jeszcze istnieje – chociaż już nic nie może, podobnie jak cała reszta naszego nieszczęśliwego kraju. Jedyną siłą, która być może cokolwiek by jeszcze mogła, jest nasza niezwyciężona armia, ale cóż z tego, skoro według ożywiającego ją etosu, najwyższym nakazem jest dotrwanie do emerytury, bo dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie.

Stanisław Michalkiewicz

Policja w krainie czarów

Policja w krainie czarów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    24 maja 2026 michalkiewicz

Jest publiczną tajemnicą, że rodzajem pryszcza dla vaginetu obywatela Tuska Donalda jest Telewizja Republika, której prezesem i redaktorem naczelnym jest pan red. Tomasz Sakiewicz. Telewizja ta nadaje nawet specjalny program pod tytułem „Piachem w tryby”, w którym chłoszcze vaginet obywatela Tuska Donalda biczem krytyki.

Nic więc dziwnego, że samo istnienie tej stacji telewizyjnej głęboko zasmuca obywatela Tuska Donalda, oddalając w odległą przyszłość osiągnięcie stanu jedności moralno-politycznej naszego mniej wartościowego narodu tubylczego – jaka panowała za Edwarda Gierka. W tej sytuacji trudno się dziwić, że w łonie vaginetu pojawiały się koncepcje, jakby tu rozprawić się ze znienawidzoną telewizją Republika i jej ścisłym kierownictwem, z panem red. Tomaszem Sakiewiczem na czele. Za rządów „dobrej zmiany” takie zlecenia załatwiała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, blokując na przykład portal „Najwyższego Czasu!” – jako że nie wykazywał on entuzjazmu dla rządu „dobrej zmiany”, na którego czele stał wówczas premier Mateusz Morawiecki.

Ale Telewizja Republika to nie żaden portal, który ABW może w każdej chwili zablokować nie tylko bez słowa wyjaśnienia, ale również udając, że nie ma z tym nic wspólnego – jak to bezpieka, przywykła ukrywać swoje łajdactwa za murami tajności. Telewizji Republika tak zwyczajnie wyłączyć niepodobna, już nawet nie dlatego, że jest ona zaprzyjaźniona z administracją prezydenta Trumpa, z którą – póki co – musi liczyć się nie tylko obywatel Tusk Donald, ale nawet Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która w obywatelu Tusku Donaldu dlaczegoś sobie upodobała – ale również dlatego, że jest to chyba niemożliwe ze względów prawnych i technicznych.

Od czego jednak stare, ubeckie sposoby nękania przeznaczonych do odstrzału „figurantów”? Toteż konfident, albo nawet kilku bezpieczniackich konfidentów dostało zadanie bombardowania policji fałszywymi zawiadomieniami, związanymi ze wspomnianą telewizją.

I stało się, że w jednym z warszawskich komisariatów policji pojawiła się wiadomość, że w mieszkaniu pana red. Sakiewicza pojawił się podrzutek, który zamierza targnąć się na własne życie. Gdy idzie o życie, to policja reaguje natychmiast, nawet, a może zwłaszcza w sytuacji, gdy sprawa jest ukartowana. Toteż i tym razem policja wtargnęła do mieszkania pana red. Sakiewicza razem z drzwiami. Jednak – i tu zaczynają dochodzić do głosu fałszywe pogłoski – zamiast podrzutka, policjanci natknęli się na złowrogiego Zbigniewa Ziobrę i natychmiast skuli go kajdankami. Jednak na ich oczach złowrogi Zbigniew Ziobro natychmiast przemienił się w asystentkę pana red. Tomasza Sakiewicza – ale kajdanki, jako własność państwowa i policyjna – pozostały na rękach, na świadectwo tego, co się stało.

Ludzie małej wiary, jak np. przewielebny ks. Kazimierz Sowa, co to z niejednego komina wygartywał, nie wierzą w metamorfozę Zbigniewa Ziobry i wysuwają insynuacje, jakoby asystentki asystowały panu red. Sakiewiczowi przez 24 godziny na dobę – ale przecież wiadomo, że w dzisiejszych czasach zmiana płci zachodzić może błyskawicznie, tym bardziej, że i policjanci muszą mieć jakieś alibi i uzasadnienie, dlaczego właściwie zakuwać mieliby w kajdany asystentkę, która z całą pewnością nie była podrzutkiem? W tej sytuacji błyskawiczna przemiana Zbigniewa Ziobry w asystentkę pana red. Sakiewicza staje się wprost koniecznością tym bardziej, że poruszone zostały Moce w postaci Wielce Czcigodnych posłów, którzy, jeden przez drugiego, rzucili się do odbywania „kontroli poselskich”, co z pewnością zaowocuje lawiną interpelacji. W tej sytuacji i panu ministrowi Kierwińskiemu, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda odpowiada za policję, łatwiej będzie zwalić wszystko na metamorfozę Zbigniewa Ziobry w asystentkę.

Jestem w związku z tym pewien, że przygotowywane w tej sprawie policyjne raporty są tworzone właśnie pod tym kątem, co w perspektywie może nawet wzbogacić naszą kinematografię o stosowny obraz pod tytułem „Policja w krainie czarów”. Taki film mógłby nakręcić np. pan Smarzowski, a gdyby nie chciał – to pani reżyserowa, tylko nie ta lecz ta druga, którą zdemaskowała pani Rigamonti.

A skoro już jesteśmy na terenie kultury, to wypada odnotować jedynie słuszną decyzję polskich jurorów na Festiwalu Eurowizji, którzy najwyższą notę 12 punktów – tyle, ile było pokoleń Izraela – przyznali właśnie izraelskiemu piosenkarzowi, za co otrzymali podziękowanie od ambasady Izraela w Warszawie. Żeby tedy prawdziwa cnota nie pozostała bez nagrody, podaję pełną listę wiedeńskich szabesgojów. Tworzą ją następujące osoby: Eliza Orzechowska, dziennikarka rządowej telewizji (w likwidacji), Filip Kuncewicz, „specjalista prawa autorskiego i nowych technologii”, piosenkarka Wiki Gabor z korzeniami, ale nie tymi, tylko cygańskimi, „Staś” Kukulski, co to zdobył w ubiegłym roku nagrodę publiczności w Opolu, Wiktoria Kida, co to „ma talent” i w ogóle, „Jasiek” Piwowarczyk, z „The Voice of Poland” oraz Maurycy Żółtański, „muzyk i producent muzyczny”. Izrael, ma się rozumieć, potraktował poświęcenie polskich jurorów jako rzecz należną i zwyczajną i ani myślał się rewanżować. Reprezentująca nasz nieszczęśliwy kraj pani Alicja Szemplińska, mimo nałożenia imponujących szarawarów, od Izraela nie dostała ani jednego punktu i zajęła 12 miejsce, a w dodatku śpiewała za darmo. Nie otrzymała ani jednego punktu również od Ukrainy, co tylko potwierdza opinię pana Łukasza Jasiny, że Polska jest „sługą narodu ukraińskiego” Dodajmy, że żydowskiego też.

Tymczasem, chociaż nie ustają dyskusje wokół wstrzymania przerzucenia do Polski części niezwyciężonej armii amerykańskiej z Niemiec – a nasi Umiłowani Przywódcy wygłaszają uspokajające komunikaty i obiecują sprawę „wyjaśnić”. Trochę to pewnie potrwa, bo chociaż obywatel Tusk Donald Kazał Księciu-Małżonku odbyć rozmowę z panem ambasadorem Różą, to – chociaż nakazana rozmowa się odbyła – to nie słychać, by pan ambasador Róża był „wzywany” do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

W tej sytuacji możliwe jest, że Książę-Małżonek pofatygował się do amerykańskiej ambasady, by wysłuchać, co tam Jego Ekscelencja ma mu do powiedzenia, a potem powtórzył to obywatelu Tusku Donaldu, taktownie omijając słowa powszechnie uznane za obelżywe. Dzięki temu obywatel Tusk Donald mógł otrąbić wielki sukces w postaci zapowiedzi uruchomienia w Dęblinie warsztatu remontowego silników do amerykańskich czołgów „Abrams”. Podobno na świecie są tylko trzy takie warsztaty: w Ameryce, Australii – no a teraz, ten trzeci, będzie w Polsce. W ten oto sposób nasz nieszczęśliwy kraj jednym susem znajdzie się w czołówce światowych mocarstw, a w tej sytuacji nie ma rady; zimny ruski czekista Putin schowa dudy w miech i zacznie się słuchać prezydenta Zełeńskiego, który właśnie spuścił z wodą swojego dotychczasowego totumfackiego Andrzeja Jermaka, aresztowanego pod zarzutem korupcji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Waldemar Żurek w zorganizowanej grupie przestępczej?

Stanisław Michalkiewicz: Waldemar Żurek w zorganizowanej grupie przestępczej?

   14 maja Judenrat “Gazety Wyborczej”, a za nim inne postępowe media z radością poinformowały o zarejestrowaniu przez stołeczny Urząd Stanu Cywilnego pierwszego “małżeństwa” jednopłciowego.  Chodzi o panów Jakuba i Mateusza Trojanów, którzy najpierw zawarli w Niemczech umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych, a następnie uzyskali w Naczelnym Sądzie Administracyjnym wyrok, nakazujący polskim urzędom stanu cywilnego zarejestrowanie tej umowy, jako “małżeństwa”.

W ten oto sposób, za sprawą nienawistnych sądów i ich politycznych protektorów, dokonany został milowy krok na drodze rewolucji komunistycznej, której nasz nieszczęśliwy kraj dość długo się opierał. Jednak – co zauważyli już starożytni Rzymianie – “nie ma takiej bramy, jakiej nie przeszedłby osioł obładowany złotem” – więc jeśli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje oraz jej brukselscy i luksemburscy kolaboranci mogli uzależnić od rejestrowania takich umów o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych jako “małżeństw.

Chodzi na przykład o przekazywanie Polsce kolejnych transz podpisanej niedawno przez Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL oraz pana ministra Domańskiego, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, pożyczki SAFE, na podstawie której polska będzie kupowała broń i amunicję, a potem – na podstawie nadal obowiązującej umowy z 2 grudnia 2016 roku –  nieodpłatnie przekazywała ją Ukrainie.

W takim przypadku nic dziwnego, że nie tylko środowiska postępackie, ale również – nienawistne sądy – powinność swojej służby zrozumiały, podobnie jak stołeczny Urząd Stanu Cywilnego, który przeszedł do porządku dziennego nad art. 18 konstytucji, który definiuje małżeństwo, jako “związek kobiety i mężczyzny”. Najwyraźniej nienawistne sądy i urzędnicy, którzy dla miłego grosza podpiszą wszystko, co tam będzie trzeba, doszły do wniosku, że nie ma co wierzgać przeciwko ościeniowi i lepiej płynąć na fali komunistycznej  rewolucji, niż być odrzuconym przez ten prąd.

   Kiedy bowiem tradycyjny proletariat, to znaczy – pracownicy najemni – odwrócili się od promotorów komunistycznej rewolucji, by drążyć sobie nisze ekologiczne w systemie kapitalistycznym, promotorzy rewolucji obrócili swoje argusowe oczy na proletariat zastępczy – a to w postaci “kobiet”, czy też – sodomczyków i gomorytek – który mogliby “wyzwalać”. Rewolucjonista bez proletariatu, który mógłby “wyzwalać” jest bowiem figurą śmieszną, a “socjały nudne i ponure” niczego się tak nie boją, jak właśnie śmieszności. Inna sprawa, że takie np. “kobiety” nawet lepiej nadają się na proletariuszki, niż proletariusze tradycyjni.

Taki jeden z drugim tradycyjny proletariusz pragnął jak najszybciej przestać być proletariuszem, to znaczy – dorobić się – a kiedy już mu się to udało, to – jako “drobnomieszczanin” –  stawał się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów, nie bez powodu obawiając się, że zechcą mu oni odebrać wszystko, czego z takim trudem się dorobił.

Tymczasem “kobieta” – wszystko  jedno – biedna, czy bogata – kobietą być nie przestanie, więc wystarczy tylko jej wmówić, że jest oprymowana przez “męskie szowinistyczne świnie” a z tej opresji wyzwolić ją mogą tylko rewolucjoniści – co prawda razem z majtkami – ale – jak powiadają Francuzi – a la guerre comme a la guerre; straty muszą być, więc i bez majtek jakoś trzeba będzie się obejść.

Podobnie sodomczykowie i gomorytki, którym rewolucjoniści schlebiają, jakoby stanowili oni awangardę postępu i w ogóle – sól ziemi czarnej. Oczywiście do czasu, bo kiedy już rewolucja komunistyczna zwycięży, to żaden proletariat do “wyzwalania” nie będzie już potrzebny. Toteż zostanie on przepuszczony przez maszynkę do mięsa, jak tzw. “starzy bolszewicy” w Rosji za Stalina. Na tym etapie jednak dominują umizgi, więc  nic dziwnego, że postępactwo, co to nie widzi dalej od własnego nosa –  się raduje.

   Tymczasem jest zasadnicza różnica między umowami o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych przez osoby tej samej płci, a małżeństwem. Chodzi o to, że z bzykania się osób należących do tej samej płci nie będzie żadnego potomstwa, podczas gdy z małżeństwa, a nawet konkubinatu – może się ono pojawić. I właśnie z tego względu władza publiczna traktuje małżeństwo inaczej niż umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych.

Wobec tego potomstwa bowiem rodzice mają wiele poważnych obowiązków, które są egzekwowane przez prawo, podczas gdy z bzykania się osób tej samej płci nie musi wynikać nic, co by władzę publiczną w ogóle interesowało.

Mówiąc nawiasem, nigdy nie mogłem się nadziwić, po co właściwie sodomczykom, czy gomorytkom potrzebny jest taki urzędowy certyfikat. Bzykać przecież mogą się i bez tego. Wprawdzie podają oni pozory uzasadnienia, ale o ich bezwartościowości przekonałem się już dawno, kiedy jeszcze byłem działaczem UPR.

Przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia “Lambda”, pytając o nasz stosunek do “małżeństw” jednopłciowych, Wyjaśniłem mu powody, dla których jesteśmy przeciwni instytucjonalizacji takich par. – Ale skoro już pan zadzwonił, to proszę, nich mi pan wyjaśni, dlaczego wam na tym tak zależy? Na to on, że to konieczne, żeby mogli po sobie dziedziczyć. Ja na to, że wcale nie – bo przecież mogą sporządzić sobie nawzajem  testamenty – podobnie, jak mogą wystawić sobie wzajemnie pełnomocnictwa na przykład dla otrzymywania informacji medycznych.

Nie wymaga to żadnej zmiany prawa. On na to, że owszem – ale wtedy musieliby płacić wyższy podatek spadkowy. Ja na to: to tak mi pan mów! UPR jest za zniesieniem podatku od spadków i darowizn, więc możecie śmiało na nas głosować.

   I jeszcze jedna sprawa. Oto Urząd Stanu Cywilnego w Warszawie, wystawiając panom Trojanom dokument, jakoby zawarli oni “małżeństwo”, ostentacyjnie dopuścił się przestępstwa poświadczenia nieprawdy w świetle prawa polskiego – z uwagi na  art. 18 konstytucji. Co innego, gdyby zgodnie z prawdą stwierdził, że obydwaj panowie zawarli w Niemczech umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych.

Tak się jednak nie stało, więc mamy tu do czynienia z oczywistym przestępstwem  urzędniczym, w którym – jak się wydaje – w charakterze podżegacza, a być może i pomocnika – uczestniczył również prezydent Warszawy, pan Rafał Trzaskowski, podobnie, jak członkowie Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy podpisali się pod wyrokiem nakazującym zarejestrowanie tej umowy, jako “małżeństwa”.

Na dobry porządek obywatel Żurek Waldemar powinien nakazać wszczęcie postępowania karnego nie tylko przeciwko urzędnikowi, który nieprawdę poświadczył, ale wszystkich podżegaczy i pomocników, wśród których są oczywiście również panowie będący stronami wspomnianej umowy. Jeśli tego nie zrobi, to opinia publiczna będzie miała oczywisty dowód, że obywatel Żurek Waldemar wcale nie stoi na nieubłaganym gruncie praworządności, tylko uczestniczy w zorganizowanej grupie przestępczej.

Polecamy również: Miliony dla OMZRiK. Gdzie są pieniądze?

Stawiamy na Żyda Polarnego

Stawiamy na Żyda Polarnego

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    19 maja 2026 michalkiewicz

Nie tylko z prezydentem Trumpem – ale również z naszym Kukuńkiem nie będziemy się nudzili. Nawet nie chodzi o to, że od pewnego czasu ozdabia się on osobliwą dekoracją, na którą składa się wizerunek Matki Boskiej, ukraińska flaga oraz ułożony sylabami napis „Konstytucja”, w którym szczególnie wyeksponowana została sylaba: JA”. Najwyraźniej dekoracja ta wyraża credo Kukuńkowe, pokazujące, jak łatwo dawne kulty łączą się z kultami nowymi. Wspominał o tym jeszcze za pierwszej komuny Antoni Słonimski, pisząc, jak to jego służebnica domowa „w czynie społecznym”, a może nawet „partyjnym” przyozdobiła kwiatami figurę Matki Boskiej. A skoro już o Matce Boskiej mowa, to pojawiły się fałszywe pogłoski, że Ona na swoim błękitnym płaszczu umieściła również wizerunek Kukuńka.

Nie chodzi jednak ani o tę dekorację, ani o te fałszywe pogłoski, tylko o deklarację Kukuńka, który wyraził żal, że nie jest Żydem, chociaż sprawdzał swoje drzewo ginekologiczne co najmniej tak starannie, jak Wielce Czcigodny Roman Giertych. W przypadku Wielce Czcigodnego pojawiły się fałszywe pogłoski, że pochodzi on w linii prostej od tego rzymskiego senatora, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula. Ten senator nazywał się Incitatus, a cesarz za towarzyszkę życia przydzielił mu klacz Penelopę, z którą mógł dochować się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony pewne podobieństwo Wielce Czcigodnego do Incitatusa wprost rzuca się w oczy.

Jeśli chodzi o Kukuńka, to nie ma on rysów semickich, jak na przykład mój nieżyjący przyjaciel Aleksander Rozenfeld, ale to o niczym nie świadczy, bo semickich rysów nie miał też korespondent „Najwyższego Czasu!” w Tel Aviwie, Kataw Zar, którego pewnie z tego powodu autorzy demaskatorskiej książki „Zamiast procesu”, zdemaskowali jako antysemitnika, podobnie jak prymasa Józefa Glempa i niżej podpisanego. Podobnie semickich rysów nie mieli bracia Kaczyńscy, a mimo to na mieście krążyły fałszywe pogłoski, że jeden z nich jest Żydem, tylko nie wiadomo który.

Tymczasem Kukuniek z ubolewaniem stwierdza, że Żydem nie jest. To by się zgadzało, bo żyją ludzie pamiętający, jak to Kukuniek wywodził swój rodowód od cesarza Walensa, chociaż z drugiej strony książę Aleksander Gorczakow, minister spraw zagranicznych cesarza Aleksandra II mawiał, że nie wierzy informacjom nie zdementowanym. Skoro tedy Kukuniek energicznie dementuje pogłoski o swoim żydowskich pochodzeniu, to w wielu podejrzliwcach rodzą się straszliwe podejrzenia, podobne do podejrzeń o agenturalną przeszłość byłego prezydenta naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju. Sam Kukuniek przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować, jaką „koncepcję” w tej kwestii przyjąć, więc miotał się od ściany do ściany, od kategorycznych zaprzeczeń, aż do sugestii, że to nie bezpieka z nim, tylko on z bezpieką prowadził grę, dzięki której komunizm w naszym nieszczęśliwym kraju został obalony.

Ten natłok „koncepcji” został ustabilizowany 11 sierpnia 2000 roku, kiedy to Sąd Apelacyjny w Warszawie, V Wydział Lustracyjny w składzie: SSO Paweł Rysiński, jako przewodniczący oraz sędziowie SSO Krystyna Sergiej i SSO Zbigniew Kapiński, rada w radę uradzili, że oświadczenie lustracyjne Kukuńka, w którym zaprzecza on współpracy z SB, jest zgodne z prawdą. A prawda – zdaniem Sądu – wyglądała tak, że SB „preparowała” kompromaty na Kukuńka, żeby go zdyffamować zarówno w naszym nieszczęśliwym kraju, jak i na szerokim świecie. Krótko mówiąc – niezawisły Sąd Okręgowy zaordynował Kukuńkowi prawdziwą kurację oczyszczającą, po której jego wizerunek stał się bielszy od śniegu, jakby ktoś skropił go hyzopem. Zwraca uwagę data wyroku, bo w roku 2000 nie było jeszcze żadnych „neosędziów”, tylko starzy, poczciwi „paleosędziowie”, co to pamiętali jeśli nawet nie Józefa Stalina, to z pewnością – pana generała Czesława Kiszczaka – w związku z czym powinność swej służby rozumieli.

Cóż jednak z tego, skoro w roku 2016 wdowa po generale Kiszczaku, pani Maria Kiszczakowa, ostentacyjnie przekazała do IPN dokumenty, wśród których była teczka personalna Kukuńka, pokwitowania i tak dalej, słowem – same oryginały – co jest o tyle osobliwe, że zgodnie z jedną z wcześniejszych „koncepcji” Kukuniek utrzymywał, że same „oryginały”, to on sobie „kupił”. Wprawdzie były prezydent groził pani Marii Kiszczakowej, że zaciągnie ją przez nienawistny sąd, ale ona odparła, że się go nie boi, a papiery przekazała IPN-owi w obawie o własne życie. Co tu dużo gadać; generał Kiszczak coś tam musiał wiedzieć o funkcjonowaniu naszego państwa, więc prawdopodobnie w ostatnich słowach powiedział żonie: Marysiu, jak chcesz umrzeć śmiercią naturalną, to przekaż te papiery z sejfu do IPN – ale tak, żeby cała Polska widziała, że to zrobiłaś, bo inaczej będą kłopoty. No a potem te wszystkie papiery zaczął przeglądać dr Sławomir Cenckiewicz, z tego powodu awansując na najgorszego wroga Kukuńka, który nigdy nie jest pewien, jaką kontr-koncepcję przygotować na jego rewelacje.

Co innego, gdyby Kukuniek był Żydem. Wtedy oskarżyłby doktora Cenckiewicza o antysemityzm i przy pomocy Judenratu „Gazety Wyborczej” sprawa zostałaby załatwiona. Jednak Kukuniek Żydem nie jest – i co z tym fantem zrobić? Najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym proponuję, by Kukuniek został Żydem honoris causa. Ale nie byle jakim Żydem, tylko – Żydem Polarnym. Sprzyja temu okoliczność, że po raz pierwszy Żyd Polarny został wykryty w roku 1968 w osobie literata Czesława Centkiewicza, którego nazwisko jest podobne do nazwiska pana dra Sławomira Cenckiewicza, że czasami nawet Kukuniek się myli. A w ogóle to koncepcja Żyda Polarnego może oddać nieocenione usługi w polityce globalnej. Na przykład zamiast wysyłać jakieś wojska na Grenlandię, wystarczyłoby wyekspediować tam kontyngent Żydów Polarnych. Zaraz oskarżyliby oni Eskimosów o antysemityzm, a bezcenny Izrael przeprowadziłby tam ostateczne rozwiązanie kwestii eskimoskiej i wszystkie problemy przestałyby istnieć.

Wreszcie, w obliczu prawdopodobnej ewakuacji amerykańskich wojsk z Europy Zachodniej, czas podjąć decyzję o przyłączeniu Polski do USA, Skoro 40 tys. żołnierzy amerykańskich ma trafić do nas, to nie ma nad czym rozmyślać, tylko podpisać unię z Ameryką. To nas uchroni nie tylko przed skutkami SAFE, ale również – następstwami „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, ewentualnym dokończeniem procesu zjednoczenia Niemiec, no i realizacją żydowskich roszczeń majątkowych – bo z terytorium Stanów Zjednoczonych Żydowie, nawet Polarni, żadnych roszczeń dochodzić nie mogą. A z Honolulu do Waszyngtonu jest 9,3 tys kilometrów, podczas gdy z Warszawy – tylko 7,1 tysiąca, więc zdecydowanie bliżej.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.