Świat postradał rozum. Wiara jedynym ratunkiem?
Filip Obara pch24.pl/swiat-postradal-rozum-wiara-jedynym-ratunkiem

Kościół – odkąd papież Jan XXIII zdecydował się wyjść naprzeciw oczekiwaniom masonerii i zmieszać go ze światem – jest odzwierciedleniem tych samych chorób duchowych, które toczą świecką rzeczywistość. Świat już parę wieków temu zatracił rozum w jego klasycznym, arystotelesowskim, pojęciu. Co smutniejsze, w Kościele – po wyrugowaniu tomistycznej formacji z seminariów – zapanował zamęt dotykający samej istoty ludzkiej natury i spraw Boskich. Czy wiara – ta tradycyjna, niezmienna w swojej istocie – jest ostatnią deską ratunku, dzięki której będziemy mogli znów korzystać z rozumu?
Na temat wzajemnego stosunku wiary i rozumu napisano wiele. W największym skrócie można powiedzieć, że Pan Bóg stworzył człowieka w stanie pierwotnej doskonałości i od razu wyniósł go do godności nadprzyrodzonej. Wtedy człowiek funkcjonował w idealnej harmonii pomiędzy pierwiastkiem stworzonym (rozumną istotą psychofizyczną) a nadprzyrodzonym (łaską i zdolnością odczytywania woli Bożej).
Gdy jednak człowiek zapragnął być równy Bogu i popełnił grzech pierworodny, utracił łaskę i wszedł na drogę degradacji własnej natury. Rozdzieliły się też w pewnym sensie nasze władze poznawcze. Jak uczy katolicka apologetyka, z jednej strony zachowaliśmy wątlejące z pokolenia na pokolenie resztki objawienia pierwotnego, a z drugiej – rozum jako władzę duszy zdolną do poznania w zakreślonych sobie ramach.
Istnieje koncepcja, wedle której Opatrzność Boża prowadziła te dwie rozdzielone części osobno. Z jednej strony dając ludowi niegdyś wybranemu objawienie, a z drugiej pobudzając rozum Greków do odkrycia prawdy na temat ludzkiej natury i prawideł rządzących światem. Następnie te dwie równoległe perspektywy zaczęły znów łączyć się po narodzeniu Chrystusa i założeniu Kościoła.
Spotkałem się z opinią, że Arystoteles był ostatnim z ludzi, którzy wiedzieli wszystko, to jest posiadali całokształt ówczesnej wiedzy ze znanych człowiekowi dziedzin. Cały system, który zbudował, oparł wyłącznie o przyrodzoną zdolność ludzkiego rozumu do poznania rzeczywistości – aż do ostatecznych granic, a więc wywiedzenia z obserwacji natury konieczności istnienia jakiegoś pierwszego „poruszyciela” (w naszym języku – Boga Stwórcy). Jest to punkt, po którym do dalszego poznania potrzebne jest już objawienie.
Po co nam rozum, jeśli mamy wiarę?
Skoro Arystoteles wyczerpał zakres naturalnego poznania ludzkiej natury i stosunków międzyludzkich (społecznych, państwowych), to co wiara może wnieść do życia umysłowego? Pomijając samą kwestię uszlachetnienia naszego poznania, wzbogacenia go o kwestie cnót nadprzyrodzonych i poukładanie pewnych kwestii (rozumienie grzechu pierworodnego i jego praktycznych skutków, co stanowi najpewniejszą podstawę realizmu poznawczego i politycznego), to musimy wziąć pod uwagę, w jakim momencie historii jesteśmy.
Tomasz Terlikowski w debacie z Pawłem Chmielewskim u Bogdana Rymanowskiego przekonywał, że Kościół oddalił się od świata, ponieważ ten rozwijał nowe filozofie. Ale cóż jest nowego, czego nie wymyślili wcześniej sofiści, a potem heretycy, nominaliści i znów heretycy, aż do ideologów masonerii i oświecenia?
Nic nie masz nowego pod słońcem, jak twierdził mędrzec, oprócz tego, że na pośmiewisko rozumu tzw. oświeceniowcy wymyślili nurt zwany racjonalizmem, który faktycznie pogrążył umysł ludzki w mrokach subiektywizmu i dowolnej, uznaniowej wykładni świata, która nie ogląda się na prawdę i na naturę rzeczy.
Sam grzech pierworodny doprowadził do „zranienia” i pewnej dysfunkcji władz duszy. Skoro więc nieuporządkowane namiętności, pożądliwości i uczucia zaciemniają działanie rozumu, to potrzebny jest jakiś bodziec moralny (ascetyczny), żeby prowadzić życie umysłowe. Wiedzieli o tym już poganie i dlatego – na poziomie naturalnym – sformułowali pojęcie cnoty i rozwinęli naukę dobrego życia. Z perspektywy wiary, łaska Boża wprowadza nie tylko cnoty nadprzyrodzone, ale nawet uczynkom naturalnym – ze względu na intencję – nadaje wartość zasługującą na życie wieczne. Za pośrednictwem sakramentów wspomaga wreszcie proces dążenia do doskonałości, który staje się wydatniejszy i bardziej pogłębiony, a nieraz nawet szybszy.
Rozum doprowadził starożytnych do przekonania o moralnym uwarunkowaniu ludzkiego życia. W dzisiejszych warunkach akt woli prowadzący do nawrócenia stawia człowieka w obliczu dobroci Bożej, a żal za grzechy (niezbędny w konfesjonale) urzeczywistnia się ze względu właśnie na dobroć i miłość Boga do człowieka. To w oczywisty sposób otwiera nas na perspektywę moralną, ta zaś pomaga usunąć nieuporządkowania stojące na drodze do używania rozumu. Tak dochodzimy do tego samego celu, choć inną drogą. Ostatecznie, dzięki zasługom Męki Pana Jezusa jako nowego Adama, zyskujemy szansę odbudowania tej doskonałości, w którą Stwórca wyposażył pierwszego Adama i jego towarzyszkę Ewę.
O tym zaś, jak rozumu pozbawiony wiary łatwo popada w błędy, trafnie pisze o. Adolphe Tanquerey w Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej. Francuski dominikanin i tomista wskazuje, że rozum jest jak najbardziej zdolny do poznania, ale napotyka na niezliczone przeszkody z powodu swoich „upokarzających słabości”. Czytamy: Zamiast zwrócić się dobrowolnie ku Bogu i rzeczom Bożym, zamiast wznieść się od stworzeń do Stwórcy, rozum skłonny jest do pogrążania się w badaniu rzeczy stworzonych, nie szukając ich pierwszej przyczyny. Podobnie, skupiając się na „tym, co zadowala ciekawość”, zatracamy sprzed oczu celowość naszego życia.
Sekta scjentystów ogarnia ziemski glob
Ten telegraficzny skrót prowadzi nas poprzez historyczne narodziny Chrystusa do każdorazowego osobistego narodzenia Syna Bożego w nas poprzez łaskę uświęcającą. Jednocześnie dochodzimy do trwającego na naszych oczach momentu w historii zbawienia, w której faktem staje się już nie tylko upadek wiary, ale i samego przyrodzonego. Popadamy w tak daleko idący subiektywizm, że podważamy samą nawet rozumną zdolność do obiektywnego poznania, a za „pewną” uznajemy jedynie tę wiedzę, którą potwierdzają nauki eksperymentalne (określiłbym to jako rodzaj powszechnego scjentystycznego sekciarstwa).
Problem polega jednak na tym, że nauki te dysponują warsztatem obejmującym wyłącznie materię, podczas gdy najważniejsze procesy życiowe odbywają się w nas na poziomie duszy, a więc na poziomie niematerialnym. Grzechem fundacyjnym dzisiejszego światopoglądu (tłuczonego naszym dzieciom do głów w szkołach!) jest negacja duszy i wszystkiego, co niematerialne, choć każdy rozumny jest w stanie stwierdzić istnienie duszy, ponieważ widzi objawy jej działalności.
Wmawia się nam (i naszym dzieciom!), że mózg jest ośrodkiem myślenia. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy jednością psychofizyczną, w której mózg jest warunkiem koniecznym funkcjonowania, podobnie jak całe ciało, ale nie jest ani źródłem myśli, ani żadnego rodzaju „organem nadrzędnym” wobec całości naszej istoty. Pełni on funkcję służebną wobec umysłu, który nie jest funkcją mózgu, lecz określeniem całokształtu władz duszy, dzięki którym myślimy. Intelekt, odpowiedzialny za poznanie istoty rzeczy (myślenie abstrakcyjne), jest najwyższą częścią ludzkiego rozumu, czyli szczytem duchowych władz poznawczych. W każdym razie, proces myślowy rodzi się w niematerialnej części człowieka, a mózg służy jedynie do ekspresji i komunikowania myśli.
Jaki ma to skutek dla kierunku nauk? Otóż, gdy wrócimy do cytowanych wyżej spostrzeżeń o. Tanquereya, zrozumiemy, że pominięcie przyczyny i celowości, a skupianie się wyłącznie na „tu i teraz”, prowadzi do wyabstrahowania nauk od rzeczywistości. Nauki ścisłe, w swoim ograniczonym do dowodów materialnych aparacie, dochodzą nieraz do wniosków sprzecznych z rozumem, a więc z konieczności – nieprawdziwych. Tego typu nauka traci sens. Widzimy to nawet w humanistyce, która, popadając w hermetyczność, zatraca nie tylko walory estetyczne (piękno języka), ale i zwyczajnie pojętą przydatność dla „przeciętnego” człowieka.
Nie może być sprzeczności pomiędzy wiarą a rozumem
Wiara katolicka – trochę na zasadzie wpisanej w jej istotę antynomii wobec świata – ma jedną cechę, której nie chcieliby jej przypisać współcześni scjentystyczni obskuranci i pogrobowcy Voltaire’a, mianowicie uwalnia umysł od uprzedzeń. Oczywiście, tylko wiara prawdziwa, tzw. „tradycyjna”, bo w dobie niekończącego się aggiornamento w najradykalniejszych „odłamach” Kościoła posoborowego pojawiają się tak sprzeczne wewnętrzne, nielogiczne i nierozumne poglądy, jak na przykład potępianie kary śmierci czy praktyczna akceptacja dla czynów niemoralnych i wewnętrznie złych, jak aborcja czy homoseksualizm.
Skoro wierzyć po katolicku znaczy praktykować nadprzyrodzoną cnotę posłuszeństwa rozumu wobec prawdy objawionej, to już z tej podstawowej perspektywy jasne jest, po co nam rozum w procesie wyznawania Boga. Dlatego właśnie filozofia klasyczna, arystotelesowska (zwana realistyczną) – którą rozumiem jako sztukę korzystania z rozumu – legła u podstaw metody najlepszych tradycji katolickiej teologii. Rozum prowadzi nas do cnoty roztropności, ta zaś wyznacza miarę praktykowania innych cnót i pozwala uniknąć wielu błędów, co dotyczy także wiary.
Wiara rozumna jest najtrwalszą postawą, na której budujemy relację z Bogiem i jesteśmy wierni pomimo przeciwności. Gdy nie mamy wiary rozumnej, zaczynamy szukać w Kościele rzeczy, do których on nie został (przynajmniej w sposób pierwszorzędny) założony: doświadczeń religijnych, uczuć i emocji, oparcia we wspólnocie, kontaktu z charyzmatycznym przywódcą duchowym, aktywizmu i tak dalej. Taka wiara często nie przechodzi próby, ponieważ jest zbudowana na błędnym zdefiniowaniu celu. Wierzymy po to i należymy do Kościoła po to, żeby poznać Pana Boga, oddawać mu cześć, okazywać mu miłość poprzez zachowywanie Jego nauki i przez to zbawić swoje dusze. To banał, ale zniknął nam sprzed oczu: Kościół jest teocentryczny, a nie antropocentryczny – jego model jest wertykalny, a nie horyzontalny, jak życzą sobie tego protestanci i działający wewnątrz Kościoła moderniści.
Tradycyjna katolicka roztropność nakazuje przyjmować w życiu religijnym tylko to, co zgadza się ze zdrowym rozumem. Uzasadnienie jest proste: ten sam Bóg, który stworzył naturę i nadał jej prawa, nie może – jako miłosierny Zbawiciel pokonujący grzech i śmierć – przeczyć samemu sobie i stanowić czegoś sprzecznego z rozumem, w który sam nas wyposażył.
Wiara jest „jedną z cnót zdobiących rozum”, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, ale nie tylko o ozdobę tu idzie. W innym miejscu Doktor Anielski stwierdza: Poznanie zaś zasad znanych z natury Bóg w nas wszczepił, skoro sam Bóg jest twórcą naszej natury. Te zasady więc zawiera także sama mądrość Boża. Cokolwiek się więc sprzeciwia tego rodzaju zasadom, sprzeciwia się mądrości Bożej. Zatem nie może to być od Boga. Te więc rzeczy, które się posiada z objawienia Bożego przez wiarę, nie mogą być przeciwne poznaniu naturalnemu (rozdział VII księgi pierwszej tzw. sumy filozoficznej – Summa contra gentiles).
Zatem wiara przekracza zdolności rozumowe i to rozum ma się jej podporządkować w tym, czego sam nie jest zdolny poznać, jednak pomiędzy jednym i drugim nie może być sprzeczności, co skodyfikował ostatecznie Sobór Watykański I: Chociaż jednak wiara jest ponad rozumem, nigdy nie może zaistnieć prawdziwa rozbieżność miedzy wiarą a rozumem; Ten sam Bóg który objawia tajemnice i udziela wiary, rozniecił też w ludzkim umyśle światło rozumu, nie może zatem tenże Bóg wyprzeć się samego siebie ani też prawda nie może zaprzeczać prawdzie.
Odpowiedź na dzisiejszy kryzys Kościoła i świata spoczywa zatem na styku tego, co przyrodzone i nadprzyrodzone. Wiara zaś – choć w sposób konieczny potrzebuje rozumu jako narzędzia – otwiera nas na ten powrót, który w logice świata wydaje się niemożliwy: do prawdziwych źródeł naszego człowieczeństwa. Narodzony w ciele Chrystus odwraca bowiem logikę upadku i degradacji ludzkiej natury, a rozum oświecony wiarą jest najpewniejszym sposobem na ponowne rozświetlenie mroków, które sprowadził wciąż pogłębiający się „oświeceniowy” bunt ludzkiego umysłu przeciwko Bogu i naturze.
Filip Obara