Stanisław Michalkiewicz: W najweselszym baraku michalkiewicz
Nawet za pierwszej komuny Polska była nazywana “najweselszym barakiem w całym obozie” – bo za komuny polska stanowiła część wspólnoty socjalistycznej, ze Związkiem Radzieckim na czele, nie bez powodu nazywanej “naszym obozem”. Przyczyna leżała w pewnej właściwości naszego narodu w postaci safandulstwa, elegancko zwanego indyferentyzmem.
To safandulstwo sprawiało, że w Polsce nawet większość partyjnych w żadne komunizmy nie wierzyła, a wypracowania Karola Marksa znali przede wszystkim księża – naturalnie nie wszyscy, ale ci, którzy z tak zwanymi “marksistami”, to znaczy – partyjnymi mełamedami – polemizowali.
Na przykład Bolesław Drobner dyskutował kiedyś o Marksie z ks. Janem Piwowarczykiem.
Drobner zarzucił swemu partnerowi, że posługuje się wymyślonym cytatem, którego Marks nie napisał. – Bo pan zna tylko lipskie wydanie, a cytat pochodzi z wydania wcześniejszego – wyjaśnił dobrotliwie ks. Piwowarczyk. Generalnie jednak większość Marksem się nie przejmowała, uważając – podobnie jak w czasach saskich – że ważniejsze jest, by wypić i zakąsić.
To zresztą może się dla nas wszystkich źle skończyć, zwłaszcza po Liście Pasterskim Episkopatu Polski, zainspirowanym podobno przez Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia. Poza licznymi herezjami i głupstwami, w jakie ten list obfituje, było tam wezwanie, by 13 kwietnia wszyscy parafianie udali się do najbliższej synagogi. Ciekawe, kto na to wezwanie odpowie, czy to zostało uzgodnione z rabinami, którzy będą sprzedawali głupim gojom bilety wstępu, no i czy synagogi wypełnią się tego dnia tłumami?
Ale jest w tym racjonalne jądro. Oto vaginet obywatela Tuska Donalda, niewątpliwie i jak zwykle inspirowany z zagranicy, pod koniec ubiegłego roku przyjął uchwałę o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju. Jak można się domyślić, vaginet będzie podejmował rozmaite przedsięwzięcia i działania, ale na odcinku – nazwijmy to – doczesnym.
Na przykład za każdą wypowiedź uznaną za “antysemicką”, czy to przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, czy „Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, czy formację “Nigdy Więcej” pana Rafała Pankowskiego, co to na tropieniu antysemitników zbudował swoją życiową karierę, obywatel Żurek Waldemar, czy w jego imieniu obywatel Korneluk Dariusz, co to myśli, iż jest prokuratorem krajowym, będą antysemitnika za pośrednictwem nienawistnych sądów pakowali do więzienia.
Chyba nikt nie ma bowiem wątpliwości, że zdecydowana większość nienawistnych sędziów w podskokach podejmie się tego zadania, podobnie jak to było w latach stalinowskich? Ale odcinek, nazwijmy go – doczesny – jest tylko częścią rzeczywistości, więc żeby system został domknięty całościowo, potrzebna była interwencja na odcinku eschatologicznym. Tę lukę wypełnił właśnie wspomniany “List Pasterski”, wobec czego nie ma potrzeby roztrząsania go pod kątem teologicznym, czy w ogóle – racjonalnym – bo nie o to tutaj chodzi.
Chodzi bowiem o to, by niezależnie od oddziaływania na odcinku świeckim, oddziaływać na psychikę obywateli również na odcinku eschatologicznym. Osiągnięciu takiego efektu służą opowieści, jak to Żydowie nadal są oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, jak to mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, a w Królestwie Niebieskim – co logicznie wynika ze wspomnianej “szybkiej ścieżki – mają luksusowo urządzone getto, do którego głupie goje nie będą miały wstępu i tak dalej.
W związku z czym antisemitismus jest straszliwą myślozbrodnią, rodzajem grzechu śmiertelnego, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie. O to zadba vaginet obywatela Tuska Donalda – a na tamtym – zadbają o to delegaci Stwórcy Wszechświata na Polskę.
No dobrze – ale po co właściwie system musi być tak szczelnie domknięty? A po to, by – kiedy już Żydowie, na podstawie amerykańskiej ustawy nr 447 przystąpią do realizowania tak zwanych “roszczeń”, odnoszących się do “własności bezdziedzicznej”- nie podniósł się żaden głos protestu ze strony głupich tubylczych gojów. Czyż nie dlatego Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia, co to uwija się wedle wytresowania mniej wartościowego narodu tubylczego w poczuciu właściwej hierarchii, wsparł rabin Abraham Skórka? Żeby tylko ta skórka opłaciła się Eminencji za wyprawkę.
No dobrze – ale co w tym wszystkim ma być wesołego? Ano – zgodnie z przewidywaniami poety, którego z pewnością musiały wspierać proroctwa – a który pisze, że “Gdy już znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności.” Jak bowiem skądinąd wiadomo, wolność występuje w dwu odmianach, w postaci tzw. wolności zwyczajnej i Wolności Prawdziwej.
Jak zauważył Sławomir Mrożek, Wolność Prawdziwa jest tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej. Wszystko zatem – jak powiadają gitowcy – “gra i koliduje”, bo jeśli będziemy w rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć skazani na zażywanie Prawdziwej Wolności – to czegóż chcieć więcej?
A jakby tego było mało, to właśnie – jak to w najweselszym baraku w naszym obozie – znakomite przedstawienie przygotowali kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wobec sprowadzonego na miejsce notariusza oraz wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza i jego zastępców, złożyli “ślubowanie”, które mieli złożyć “wobec prezydenta” ale pan prezydent Nawrocki nie wystosował dla nich zaproszenia. Ciekawe, że w przedstawieniu wzięła udział też dwójka kandydatów na sędziów TK, od których pan prezydent ślubowanie odebrał.
Najwyraźniej musieli uznać, że pierwsze ślubowanie im się nie przyjęło, podobnie, jak literatowi Andrzejowi Szczypiorskiemu nie przyjął się pierwszy chrzest, jakiemu poddał się w 1982 czy 1983 roku na fali ówczesnej dewocji – i trzeba było ceremonię powtarzać. Dla utytułowanych krętaczy taka sytuacja to prawdziwy dar Niebios. Stwarza ona bowiem wyjątkową okazję dla ambicjonerów, którzy pragnęliby ozdobić łysiny wawrzynami naukowymi. Oczyma duszy już widzę, jak – niczym grzyby po deszczu – mnożą się na uniwersystetach rozprawy doktorskie i habilitacyjne.
W jednych autorzy będą rozkładali na czynniki pierwsze słowo “wobec” – dowodząc ponad wszelką wątpliwość, że “wobec” nie oznacza “ w obecności”, tylko coś zupełnie innego – a z kolei inni, będą dowodzili czegoś wręcz odwrotnego – ale zarówno jedni, jak i drudzy porobią naukowe kariery, zasypując biblioteki nowymi stosami makulatury. Czyż to nie jest radosna wiadomość, że nastąpi u nas taki gwałtowny wysyp karier naukowych?
Co innego – na Węgrzech. Tam w najbliższych dniach szykowane są wybory, które na podstawie rozkazu Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, ma wygrać przeciwnik Wiktora Orbana, Peter Magyar. W związku z tym Wiktor Orban oskarżony został o straszliwe myślozbrodnie, wśród których na plan pierwszy wybijają się przyjazne stosunki z Putinem.
Tymczasem wiadomo, że rozkaz jest inny; przyjazne stosunki, a nawet stosunki podległe, to można, a nawet trzeba uprawiać z Wołodymirem Zełeńskim, podczas gdy Putina mamy “nienawidzić”. Skądinąd co prawda wiadomo, że nienawiść powinna być znienawidzona, ale – jak wspomniałem – z powodu naszego safandulstwa nic u nas nie dzieje się naprawdę – chyba, że zaplanują to Żydowie.