Literatura w służbie bezpieczeństwa

Literatura w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz 30 maja 2026 michalkiewicz

Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka” – śpiewali przed laty „Skaldowie” w piosence Agnieszki Osieckiej, która w ten delikatny sposób zasiewała wątpliwości w jedyną słuszność materializmu dialektycznego. Za pierwszej komuny bowiem, kiedy to rządy objęli chłopscy filozofowie, padł rozkaz, by wierzyć w materializm dialektyczny. Toteż wielu ambicjonerów zaraz z materializm dialektyczny uwierzyło, a jeśli nawet nie uwierzyło, to sprytnie taką wiarę markowało. W rezultacie prof. Leopold Seidler, rektor UMCS, na pierwszym wykładzie dla I roku studentów tamtejszego Wydziału Prawa w październiku 1965 roku, zwrócił się do słuchaczy z przerażającą deklaracją:my marksiści”. Wkrótce jednak okazało się, że aż tak źle nie jest, że wielu podziela wątpliwości Agnieszki Osieckiej co do materializmu dialektycznego i tak dotrwaliśmy do wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża i stanu wojennego, kiedy to zapanowała moda na pobożność do tego stopnia, że nawet literat Andrzej Szczypiorski nie tylko się ochrzcił, ale nawet na łamach „Tygodnika Powszechnego” opisał swoje duchowe przełomy. Niestety na mieście zaraz pojawiły się fałszywe pogłoski, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął, a potem nawet wyjaśniło się – dlaczego. Otóż Andrzej Szczypiorski był bardzo wydajnym konfidentem SB, w związku z czym nie można wykluczyć, że ten cały chrzest był jakimś kolejnym zadaniem – a w tej sytuacji nic dziwnego, że się nie przyjął.

Widząc, co się stało z Andrzejem Szczypiorskim, wielu świeżo nawróconych zaczęło mieć wątpliwości, czy słusznie się nawrócili – a kiedy okazało się, że na Zachodzie nie potrzebują już kościelnych certyfikatów przyzwoitości, to pan red. Michnik, co to wcześniej molestował ks. prałata Jankowskiego, żeby mu przynajmniej ochrzcił syna, w imieniu Judenratu wydał wojnę „ajatollahom” pod pretekstem, że chcą w naszym bantustanie zainstalować ”państwo wyznaniowe”. Chodziło, ma się rozumieć, o wyznanie katolickie, bo gdyby tak „ajatollahowie” forsowali wyznanie mojżeszowe, to Judenrat nie miałby chyba nic przeciwko temu. Ale to wszystko było na innym etapie, kiedy Grzegorz Ryś dopiero co został wyświęcony, więc raczej słuchał starszych i mądrzejszych, niż „nauczał” – jak to czyni teraz, kiedy mamy całkiem inny etap. Wracając do „państwa wyznaniowego”, to oczywiście w tych zarzutach nie było ani słowa prawdy, bo „ajatollahowie” nie byli pewni, co w archiwach MSW znalazła „komisja Michnika”, więc na wszelki wypadek skwapliwie korzystali z okazji, by siedzieć cicho. Oczywiście do czasu, bo potem Judenrat, w ramach kształtowania pożądanego oblicza tubylczego Kościoła, wyciągał ze swojego skarbca „rzeczy stare i nowe” – i tak doszło do pojawienia się uniwersalnej formuły „bez swojej wiedzy i zgody”.

Wspominam o tym wszystkim nie bez żalu, bo właśnie laureatka literackiej Nagrody Nobla, pani Olga Tokarczuk oświadczyła, że nie będzie już pisała powieści, bo „nikt ich nie czyta”, więc będzie pisała najwyżej krótkie opowiadania. Z tymi powieściami to akurat prawda; nie ma żadnego powodu, by je czytać, zwłaszcza, gdy autorką jest nasza noblistka – ale być może nie tyle ze względu na mały talent, co ze względu na wybór tematu. Gdyby w Polsce mieszkało tylu Żydów, co przed wojną, to może pani Tokarczuk miałaby więcej czytelników, ale tak nie jest. Pan red. Michnik nie wystarczy za miliony. Gdyby jednak zwróciła ona swoje literackie zainteresowania na przykład na fenomen Aleksandra Kwaśniewskiego i to nawet nie tyle na kwestię, czy ma on duszę, czy nie – chociaż ta sprawa też wydaje się smakowita z punktu widzenia literackiego – co na obecny renesans jego politycznej aktywności, to kto wie?

Bo „nie ma przypadków’ są tylko znaki” – mawiał przewielebny ks. Bronisław Bozowski – więc czy może być przypadkiem to, że wspomniany renesans politycznej aktywności Aleksandra Kwaśniewskiego przypada na apogeum naszego podlizywania się Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi? W tej dziedzinie Aleksander Kwaśniewski z pewnością nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, chociaż oczywiście nie jest już prezydentem naszego bantustanu i nie może frymarczyć jego interesami, jak za czasów swej prezydentury – ale intencje też się przecież liczą.

Zwłaszcza teraz, kiedy w związku z zawirowaniami „rotacyjnymi” w kierowniczych kręgach naszego bantustanu zapanował jaskółczy niepokój, czy przypadkiem narwany prezydent Donald Trump naprawdę nie ewakuuje amerykańskich wojsk z naszego nieszczęśliwego kraju. Do Waszyngtonu wybrali się w związku z tym obydwaj wiceministrowie obrony – podobno żeby zabiegać o zwiększenie amerykańskiego kontyngentu. Czy to ich gorące modlitwy w końcu doleciały do prezydenta Trumpa, czy też chwilowo przypomniał on sobie, że jego przyjacielem jest przecież polski prezydent Karol Nawrocki – dość, że gruchnęła wieść, iż „podjął on decyzję”, że do Polski zostanie skierowanych nie 4, ale 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Aż gwałtowny wicher zerwał się z powodu westchnienia ulgi, jakie wyrwało się z wezbranych piersi Naszych Umiłowanych Przywódców na tę wiadomość. Schowani za amerykańską „żywą tarczą” Nasi Umiłowani Przywódcy coraz śmielej ciągnęli zimnego ruskiego czekistę Putina, a to za ogon, a to za wąsy – więc nawet zwyczajne „opóźnienie rotacji” wywołało w nich atak paniki, że na skutek ich dokazywania również nasz nieszczęśliwy kraj zostanie wkręcony w maszynkę do mięsa. Wprawdzie „armia nasza jest zwycięska. Buffalo Bill, Buffalo” – jak to śpiewało się za moich czasów w kołach wojskowych, ale lepiej nie kusić losu, chociaż oczywiście ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone. Taki jest rozkaz – a w każdym razie tak mówią wszyscy dygnitarze cywilni i wojskowi. Cywilni – zwłaszcza vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda – wiadomo, że nie są w stanie ogarnąć nawet skutków własnych działań – jak szczerze wyznała Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna – że „nie przyszło jej go głowy” zastanawiać się np. nad rozwodami forsowanych przez nią „małżeństw jednopłciowych” – według jakiej procedury będą się one odbywały, no i czy przed sądami, czy w komisariatach policji. Co tam w tej głowie jest – Bóg jeden wie – bo w głowach naszej niezwyciężonej armii dominuje chyba jedno pragnienie – dotrwać do emerytury, bo dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie.

W tej sytuacji nie jest aż tak ważne, czy płacimy haracz Tatarom – jak to przewidywał traktat w Buczaczu za króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, czy Rosjanom, czy Amerykanom. Skoro tak, to czy bardziej nie opłacałoby się nam przyłączenie Polski do Stanów Zjednoczonych? Płacilibyśmy wtedy wprawdzie podatki, ale nie musielibyśmy obawiać się ani Generalnej Guberni, ani Zielonego Ładu, ani konsekwencji „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, ani nawet żydowskich roszczeń majątkowych – bo ustawa nr 447 mówi, że to Polska powinna je zrealizować, a nie USA.

Stanisław Michalkiewicz