Ekonomia utrapienia

Ekonomia utrapienia

Date: 4 giugno 2026Author: Uczta Baltazara babylonianempire/ekonomia-utrapienia

Pierwszym sygnałem było to, że nikt nie miał czasu, choć tak naprawdę, ludzie nie wiedzieli, na co go potrzebują.

Martín zdał sobie z tego sprawę we wtorek w banku. Przyszedł jedynie po to, by odblokować kartę. Pracownica w recepcji poprosiła go, aby wziął numerek z ekranu dotykowego. Terminal poprosił go o aktualizację danych. Aby je zaktualizować, musiał potwierdzić kod otrzymany SMS-em. Wiadomość przyszła po siedmiu minutach. Kiedy wreszcie pojawił się numer, na ekranie wyświetliło się:

– „Proszę udać się do strefy samoobsługowej”.

W strefie samoobsługowej inna pracownica wyjaśniła mu, że sprawę trzeba załatwić przez aplikację banku.

– Więc po co tutaj przyszedłem? – zapytał Martín.

Kobieta rozłożyła ramiona; była zmęczona.

– Bo jeśli pan tu najpierw nie przyjdzie, aplikacja nie aktywuje panu tej opcji.

Martín rozejrzał się wokół. Wszyscy wyglądali na wykończonych. Ale nie zmęczonych pracą: wykończonych przedzieraniem się przez niepotrzebne mechanizmy.

Uciążliwość stała się nieodłączną częścią życia.

Nie stało się to nagle. Pojawiła się powoli, pod pozorem modernizacji.

Firmy odkryły, że bardziej opłaca się przerzucić wysiłek na klienta. Banki zlikwidowały pracowników i zastąpiły ich automatycznymi menu. Linie lotnicze zmieniły pasażera we własnego urzędnika administracyjnego. Supermarkety doprowadziły do tego, że każdy sam skanuje swoje produkty, pakuje zakupy i sam rozwiązuje błędy systemu.

Nazwali to efektywnością.

Martín zaczął jednak podejrzewać coś innego: ta uciążliwość nie była wadą systemu. To był sam system.

Każda minuta stracona na cyfrowych procedurach oznaczała mniej pracowników, niższe płace i większą rentowność. Każda niemożliwa do załatwienia sprawa zmuszała konsumenta do wykonywania darmowej pracy dla korporacji, które przedstawiały się jako innowacyjne.

Dekadencja nie wyglądała tak, jak ją opisują podręczniki historii. Nie było płonących budynków ani przewracających się posągów.

Zachód gnił w drobnych, codziennych upokorzeniach.

Dzwonienie do firmy i niemożność rozmowy z żywym człowiekiem.

Akceptowanie nieczytelnych warunków, by móc używać “inteligentnej” lampy.

Oglądanie reklam na ekranie zamontowanym przy dystrybutorze paliwa.

Słuchanie piskliwej muzyki, podczas gdy maszyna powtarzała:

– „Pański czas jest dla nas bardzo ważny”.

Martín pracował w firmie konsultingowej zajmującej się logistyką. Jego zadanie polegało na optymalizowaniu „tarć operacyjnych”. Tak to nazywali.

Pewnego ranka uczestniczył w spotkaniu, podczas którego dyrektor z dumą pokazał kilka wykresów.

– Ograniczyliśmy indywidualną obsługę o trzydzieści procent.

Brawa.

– Co więcej, zwiększyliśmy szybkość rozpatrywania reklamacji. Użytkownik rezygnuje wcześniej, a to obniża koszty.

Kolejne brawa.

Nikt nie wyglądał na zaskoczonego.

Bo nikt już nie liczył na to, że będzie mu się dobrze żyło. Współczesnym celem nie było dążenie do dobrobytu. Chodziło po prostu o to, by przetrwać do piątku bez załamania emocjonalnego.

Martín zaczął obserwować ludzi w pociągu.

Wszyscy byli poirytowani, ale zbyt zmęczeni, by przekuć tę irytację w działanie polityczne. Cała energia społeczna pochłaniana była przez password’y, aktualizacje, automatyczne połączenia i niedorzeczne zadania.

I tym właśnie był prawdziwy cel owej uciążliwości: uniemożliwić ludziom zachowanie wystarczającej jasności umysłu, by byli w stanie zakwestionować system.

Pewnego wieczoru odwiedził swojego ojca, emeryta, który wciąż przechowywał faktury w segregatorach.

– Kiedyś sprawy były wolniejsze – powiedział starzec – ale prostsze. Teraz wszystko jest szybkie i wszystko trwa wieczność.

Martín roześmiał się.

To było właśnie to.

Technologia przyspieszyła procesy produkcyjne, ale codzienne życie stało się nie do zniesienia. Wyglądało to tak, jakby cała cywilizacja miała na celu wysysanie uwagi, cierpliwości i energii z milionów ludzi, aż do pozostawienia ich całkowicie pustymi.

Ekonomia utrapienia nie wytwarzała przedmiotów. Wytwarzała wyczerpanie.

A im bardziej społeczeństwo było wyczerpane, tym mniejsza była jego zdolność do wyobrażania sobie jakichkolwiek alternatyw.

Kilka tygodni później Martín złożył wypowiedzenie.

Nie z powodu heroicznego buntu.

Po prostu dlatego, że pewnego dnia spędził czterdzieści minut, próbując anulować subskrypcję online i nagle poczuł, że cała ta epoka zawierała się właśnie w tym.

Była to cywilizacja niezdolna do zaoferowania wielkości, piękna ani przyszłości, ale doskonale potrafiąca projektować interfejsy tak, aby uniemożliwić ci opuszczenie jej.

Tamtego  wieczoru spacerował po centrum miasta bez telefonu.

Widział restauracje pełne ludzi wpatrujących się w ekrany.

Widział wyczerpanych dostawców dostarczających jedzenie do mieszkań, w których nikt nie gotował.

Widział biura oświetlone o północy, gdzie wykonywano prace, które prawdopodobnie nie miały żadnej racji bytu.

I zrozumiał, że zapaść Zachodu nie wyglądała jak upadek.

Była raczej czymś w rodzaju permanentnej irytacji.

Społeczeństwem zbyt wygodnym, by zbuntować się i zbyt nędznym, by zaznać spokoju.

INFO: https://comedonchisciotte.org/leconomia-del-fastidio/

babylonianempire/korporacje-o-amerykanskiej-drodze-do-neo-feudalizmu