Uśmiech Krwawego Feliksa

Uśmiech Krwawego Feliksa

20 VII 2026 Andrzej Solak pch24/wiadomosci/andrzej-solak-usmiech-krwawego-feliksa

Solak-krwawy-Feliks.jpg
Oprac. PCh24.pl

20 lipca 1926 roku zakończył swój ziemski żywot Feliks Dzierżyński, główny architekt bolszewickiego aparatu terroru; polski szlachcic, który zaprzedał duszę rewolucyjnym demonom pustoszącym Rosję.

Wieczny Płomień

Początki były obiecujące. Urodzony w zaborze rosyjskim Feliks wychował się w patriotycznej atmosferze. Edukację zakończył na gimnazjum; nie zdołał zdać matury, ale potrafił zaskakiwać oczytaniem i wrażliwością. Pisał wiersze, grał na fortepianie, kochał muzykę Moniuszki i Chopina. Pierwsze polityczne kroki stawiał w katolicko-narodowej organizacji Serce Jezusa. Nawet gdy po latach zerwał z Kościołem, przez jakiś czas przyznawał się do „szeroko rozumianego chrześcijaństwa”.

Osobiście uczciwy, nawet ascetyczny, szczerze wierzył w moc swoich idei. Kiedy związał się z rewolucyjną lewicą, wpierw polską (SDKPiL), a potem wszechrosyjską (bolszewicy), oddał się jej sprawie całą duszą i sercem. Uwięziony przez carat deklarował ufną wiarę w nowy, lepszy świat:

Zróbmy to razem!

  • 25 zł
  • 50 zł
  • 100 zł
  • 200 zł
  • 500 zł

„I kiedy w poczuciu mym, w sercu, wyrażam to, czego mnie pozbawiło więzienie, […] nie przeklinam ani mego losu, ani długich lat w zamknięciu,  ponieważ to wszystko rozbije kiedyś to wielkie więzienie, które jako idea mieści się w tych murach. I to nie gra myśli, nie rezonerstwo, nie literatura. To rezultat niepohamowanego pragnienia swobody i pełnego życia, tęsknoty za pięknem, za sprawiedliwością”.

Mówi się, że charakter Feliksa wypaczył się pod wpływem straszliwych przeżyć, jakich doświadczył ze strony carskiego aparatu przemocy. Dawna monarchia rosyjska z pewnością nie była ustrojem idealnym, ale jednak warto mieć świadomość kontekstu działań, w jakie zaangażował się Dzierżyński. Udzielał się w środowisku, które prowadziło bezwzględną, terrorystyczną wojnę przeciw istniejącemu porządkowi społecznemu; które nie wahało się uśmiercać tysięcy ludzi w zamachach i tumultach ulicznych; które mordowało ministrów, policjantów, ale także zwyczajnych obywateli, co nie zgadzali się z rewolucyjną taktyką.

I za takie zaangażowanie Feliks Dzierżyński został aresztowany sześć razy. Z tego trzykrotnie ukarano go jedynie zesłaniem na prawach osiedlenia (za każdym razem wykorzystał daną mu swobodę, uciekając z miejsca zsyłki). Uwięziony po raz czwarty i skazany na 11 lat, został już po czterech miesiącach objęty amnestią. Za piątym razem uwolniono go po wpłaceniu kaucji. Dopiero szóste aresztowanie (w 1912 r.) pociągnęło za sobą dwuletni pobyt w areszcie, a następnie trzyletni w rzeczywiście ciężkim więzieniu.

Teraz należałoby porównać ową represyjność caratu z porewolucyjnym systemem stworzonym przez Dzierżyńskiego w Rosji (o którym za chwilę), gdy sam cień podejrzenia o sprzyjanie opozycji, nie tylko zbrojnej, przynosił konsekwencje nieporównanie bardziej dramatyczne. Wszak to Feliksowi przypisywana jest słynna sentencja:

– Nie ma ludzi niewinnych! Są tylko źle przesłuchani.

Towarzysze Dzierżyńskiego nie szczędzili mu komplementów. Był dla nich „olbrzymem pracy”, „wielkim wychowawcą mas”, „pedagogiem i znawcą duszy dziecka”. Zachwycali się jego „złotym sercem” i miłością okazywaną Ludzkości. Po zdobyciu władzy przez bolszewików mówiono o nim z emfazą: Miecz Rewolucji, Wieczny Płomień Rewolucji, Żelazny Feliks.

Jednak pojawiły się też inne przydomki: Krwawy Feliks, Krwawy Pies Rewolucji, Czerwony Kat. Dzierżyński, kochając abstrakcyjną Ludzkość, bezlitośnie zabijał ludzi. Wytyczona przezeń droga do wyimaginowanego ziemskiego raju wiodła przez piekło.

Czerwony Miecz

Bolszewicy objęli rządy w Rosji na drodze zbrojnego puczu w listopadzie 1917 roku. Wzorem francuskich jakobinów swą władzę oparli na terrorze.

Już w grudniu powołali wszechwładną policję polityczną – Wszechrosyjską Komisję Nadzwyczajną do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (WCzK). Owa niesławna Czeka (bądź Czeriezwyczajka) oraz jej funkcjonariusze (czekiści) stali się głównymi filarami systemu, a przy tym symbolem jego okrucieństwa.

Pierwszy numer „Czerwonego Miecza”, dziennika kijowskiej Czeki, zapowiadał nadejście prawdziwie rewolucyjnych porządków:

„Odrzucamy stare systemy moralności i człowieczeństwa, wynalezione przez burżuazję w celu ucisku i wyzysku niższych klas. Nasza moralność nie ma wzorców, nasze człowieczeństwo jest absolutne, gdyż opiera się na nowym ideale: zniszczeniu wszelkich form ucisku i przemocy. Dla nas wszystko jest dozwolone, gdyż pierwsi w świecie podnieśliśmy miecz, nie by uciskać i zniewalać, lecz by uwalniać ludzkość z łańcuchów. Krew? Niech krew płynie strumieniami! Albowiem krew może zamienić na wieki kolor czarnego sztandaru pirackiej burżuazji w sztandar czerwony, sztandar rewolucji. Albowiem tylko ostateczna śmierć starego świata może nas uwolnić na zawsze od powrotu tych szakali!”.

Na czele Czeki stanął polski internacjonalista Feliks Edmundowicz Dzierżyński. Szybko objął on także zwierzchność nad systemem więziennictwa w Rosji.

Biesy

W owym czasie w Rosji znajdowała się ponad półtoramilionowa rzesza Polaków. Gdy kraj ogarnęła wojna domowa, wielu z nich chwyciło za broń, a bili się po obu stronach barykady.

Późniejsza komunistyczna hagiografia lansowała liczbę przeszło stu tysięcy naszych rodaków, którzy mieli jakoby służyć w bojówkach Czerwonej Gwardii, w Armii Czerwonej, wreszcie w Czece. Wielkość ta może budzić wątpliwości (udokumentowano ledwie 7500 biogramów „czerwonych” Polaków z omawianego okresu), ale niewątpliwie miłośników Lenina i Trockiego były tysiące. Osobnicy ci topili we krwi nie tylko Rosję; niektóre ich formacje wzięły udział w wojnie przeciw „jaśniepańskiej Polsce”.

Trzeba podkreślić, że w Rosji było wtedy mnóstwo lewicowych internacjonalistów z niemal całego świata, a wsparli ich liczni przedstawiciele tutejszych mniejszości narodowych. Bolszewicki podbój tego kraju jawił się wtedy jako fenomen, jako że obcoplemienni zawodowi rewolucjoniści obsiedli tamtejsze stanowiska kierownicze jak szarańcza. Rosjanie długo stanowili zdecydowaną mniejszość elit władzy.

Dotyczyło to również splamionych krwią organów bezpieczeństwa. W kierownictwie Czeki, obok Dzierżyńskiego, wśród 19 jego najbliższych współpracowników było jeszcze trzech Polaków, nadto czterech Żydów, trzech Łotyszy, Gruzin, Ormianin i siedmiu Rosjan. Latem 1918 roku na 900 czekistów z Moskwy objętych ankietą personalną, jedynie 40% zadeklarowało się jako Rosjanie; 14%  było Łotyszami, 13% deklarowało narodowość żydowską, 11% polską, zaś 5% określiło się jako Niemcy bądź poddani cesarza Austro-Węgier. Z kolei w Czece kijowskiej udział Żydów dochodził do 75%.

Dziś taka strategia personalna mniej dziwi, gdy posiadamy już własne doświadczenia z wieloletniego panoszenia się „nadreprezentacji” żydowskich komunistów w bezpiece i na stanowiskach rządowych w tzw. Polsce Ludowej. Bądź gdy wspomnimy internacjonalistyczne misje czerwonych kondotierów pokroju Ernesta Che Guevary w krajach Trzeciego Świata. Zastępy obcoplemiennych zawodowych burzycieli starego porządku pozwalały okrzepnąć rewolucyjnej władzy, pozyskać czas na wykucie kadr tubylczych.

Wielki kat Rosji

Profesor Marian Zdziechowski określił Dzierżyńskiego mianem „najnikczemniejszego z nikczemnych”, „wszechrosyjskiego kata”.

Były ku temu powody:

„Gdy inni teoretyzowali i gadali, oklaskiwani przez partję, gdy inni opracowywali dekrety i wydawali prawa, a inni jeszcze zdobywali laury na czele czerwonych armij, on, wielki kat Rosji skromnie, a wytrwale spełniał swoje zadanie, które uważał za ważniejsze, niż wszystkie inne, czyli zabijał, zamęczał, jak nigdy przed nim żaden inny okrutnik. Nie wygłaszał mów, nie pisywał artykułów, nie wtrącał się do spraw, które do niego nie należały, zabijał tylko i zamęczał, a miljony leżących u stóp jego ofiar zamordowanych, storturowanych, o twarzach wyrażających nieskończone przerażenie i ból, świadczyły o tryumfie rewolucji”.

Profesor przytoczył wstrząsające relacje z czekistowskich katowni:

„W piwnicach Kijowskich czerezwyczajek poziom podłóg podniósł się o kilka cali od zaschłej krwi i zaschłych mózgów, wszędzie trupy ze śladami tortur – bez rąk, nóg, bez oczu, bez nosów i uszu; kłute rany na całem ciele. W innem miejscu znaleziono kilka trupów bez żadnych śladów śmierci gwałtownej, po zbadaniu okazało się, że byli żywcem pogrzebani, którzy, usiłując odetchnąć, połykali ziemię.

W jednej z czerezwyczajek do torturanta mocno przywiązanego do ściany przywiązywano koniec żelaznej rury, z przeciwległego końca wpuszczano szczura, a koniec ów pokrywano drucianą siatką, przy której rozkładano ogień; przerażony i zbolały szczur, szukając wyjścia, wżerał się w ciało skazańca. […] kładziono skazańca do skrzyni z rozkładającym się trupem i straszono, że go żywcem pogrzebią […] wielu warjowało.

 – W Woroneżu wsadzano do beczki z gwoździami, beczki te taczano. – W Charkowie […] skalpowano ręce; nazywało się to zdejmowaniem rękawiczek z rąk. – W Połtawie i Kremienczugu sadzano na pale (zwłaszcza popów). – W Jekaterynosławiu krzyżowano lub kamienowano. – W gubernii Orłowskiej zimą rozbierano do naga i oblewano wodą, aż skazaniec przeistaczał się w słup lodu.  – W Odessie oficerów kładziono na deskach, mocno do nich przywiązywano i powoli wsadzano do pieców rozżarzonych, albo rozrywano ciała na dwie połowy kołami pionowych wind, i wrzucano też do kipiących kotłów […]”.

Terror wcale nie ustał po zakończeniu wojny domowej. Z iście diabelską zaciekłością prześladowano zwłaszcza chrześcijan. Zarówno Rosyjska Cerkiew Prawosławna, jak i Kościół katolicki spływały krwią. W jednym roku 1922 zamordowano 8100 przedstawicieli prawosławnego kleru oraz nieprzeliczoną rzeszę świeckich wiernych. Tylko w okresie 1917-1925 „zniknęło” w Rosji aż 200 000 katolików.

Wspólnota ofiar

Feliks Dzierżyński zmarł w roku 1926, ale zbudowany przezeń aparat terroru uśmiercił jeszcze kolejne miliony ludzi – przede wszystkim Rosjan, ale także Polaków, Ukraińców, Białorusinów i przedstawicieli dziesiątków innych narodowości.

Wspomnienie dokonań Krwawego Feliksa kładło się cieniem na narody ujarzmione przez komunizm jeszcze przez długie dekady. Pomnika wodza Czeki w Warszawie na placu Bankowym, wzniesionego w 1950 roku, pilnie strzegła milicja, po tym, jak uwiecznionemu na cokole jakieś zacne dusze pomalowały ręce na czerwono.

W 1982 roku, podczas stanu wojennego, tenże monument podpaliła grupa młodych konspiratorów. Jeden z uczestników akcji, Emil Barchański, został po jakimś czasie aresztowany i poddany torturom. Miał zaledwie 17 lat, uczęszczał do liceum, pisał wiersze. Z uwagi na młody wiek oficjalnie zwolniono go „pod dozór kuratora”, ale już po dwóch miesiącach „zaginął bez wieści”. Dwa dni później jego ciało wyłowiono z Wisły. Rodzimi epigoni Żelaznego Feliksa wzięli srogi odwet.

O kilka tysięcy kilometrów na wschód, na dalekiej Syberii, dorastała rówieśnica Barchańskiego, Janka Stanisławowna Diagilewa, poetka i pieśniarka związana z muzycznym undergroundem. Ukochanego Janki aresztowało KGB za nieprawomyślne teksty, aby następnie wpakować go do zakładu dla umysłowo chorych z rozpoznaniem „schizofrenii bezobjawowej” (szprycowany w psychuszce ogromnymi dawkami neuroleptyków, czasowo oślepł).

Janka w utworze „Pa tramwajnym rielsam” subtelnie nakreśliła atmosferę strachu przed wszechwładnymi funkcjonariuszami, przed „ludźmi w niebieskich czapkach” strzegącymi ustroju, w którym nawet spacer dwójki zakochanych mógł stać się powodem do oskarżeń o antypaństwową zbrodnię:

A jeśli ich spotkamy,

Nie mów nic o spacerze po tramwajowych torach,

Bo to dla nich przestępstwo albo schizofrenia,

Bo z portretu zaraz uśmiechnie się Żelazny Feliks.

I będzie słuszna, będzie sprawiedliwa

Kara za spacer po tramwajowych torach.

Zabiją nas za spacer po tramwajowych torach.

Zabiją nas za chwile z tobą przy tramwajowych torach.

Strofy te powstały w drugiej połowie lat 80. XX stulecia. Minęło sześć dekad od zgonu szefa Czeki. Myślałby kto, że od tamtej chwili całkowicie odmieniło się oblicze globu. Że odeszły w przeszłość horrory leninizmu i stalinizmu. Że świat właśnie zaczął wyzwalać się z wieloletniego lęku przed atomową apokalipsą, że fascynował się podbojem Kosmosu oraz postępującą informatyzacją i technicyzacją. 

A tymczasem w różnych zakątkach Soc-Łagru młodym Polakom i Rosjanom nieustanie ścinał krew w żyłach widok uśmiechającego się z pomników i z portretów Żelaznego Feliksa.

Postscriptum Pogrobowcy i biczownicy

Dzierżyński, choć hołubiony w okresie PRL, na szczęście nie ma wielu wielbicieli we współczesnej Polsce. Ale niekiedy takowi wypływają w dyskusjach.

Bywają więc sklerotykowie wzdychający rzewnie za „władzą ludu”. To oni „ocieplają wizerunek” Feliksa (w znanym cokolwiek stylu, że przecież nawet Hitler głaskał sarenki, a Stalinowi zdarzało się przytulać dzieci, zatem nie były to takie całkiem złe chłopy). Serwują zatem krzepiące historyjki o tym, jak to Dzierżyński, „złote serce”, pomógł komuś, albo jak darował życie temu czy owemu więźniowi. Ludzki pan, mógł przecie zabić!

Z drugiej strony trafiają się czasem „patrioci”, co deklarują dumę z dokonań owego rodaka, bo przecie „żaden Polak nie zabił tylu Ruskich, co on”. Z chorą satysfakcją cytują przypisywane Dzierżyńskiemu słowa: „Zabijam Rosjan, nie ludzi!”. Sort owego „patriotyzmu” jawi mi się jako nieco osobliwy, a właściwie to całkiem parszywieńki.

Jest wreszcie grupa osób, dla których przypadek Żelaznego Feliksa to kolejna okazja do narodowego samobiczowania i przepraszania wszystkich dookoła za „tradycyjną polską zbrodniczość”. Temu gronu warto poświęcić chwilę, albowiem polscy słudzy bolszewizmu to dobra nauka dla wszystkich, którzy lubują się w „wyjaśnianiu” czerwonych zbrodni wedle klucza etnicznego.

Czy więc krwawe dokonania Feliksa Edmundowicza i innych Polaków z Czeki można nazwać „polskimi zbrodniami na narodzie rosyjskim”?

A czy zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki albo masakra w KWK „Wujek” to były „zbrodnie polskie na narodzie polskim”? Czy rzeź katyńską nazwiemy „gruzińsko-żydowsko-rosyjsko-ukraińsko-ormiańską”, zważywszy kto o niej zadecydował? Czy „zbrodniami argentyńskimi” określimy rozstrzeliwania kubańskich więźniów politycznych przez Che Guevarę? A czy zbrodnie Lenina były w 25% kałmuckie, w 25% żydowskie, w 25% rosyjskie, w 12,5% niemieckie, w 12,5% szwedzkie – mając na uwadze pochodzenie przodków Wołodii Iljicza?

Terror komunistyczny, przynajmniej ten sowiecki i około-sowiecki (także jugosłowiański) zdecydowanie różnił się pod względem motywacji od terroru niemiecko-nazistowskiego czy ukraińsko-banderowskiego, prowadzonych „w imię nacji”.

Nad zbrodniami komunistycznymi unosił się bowiem upiór internacjonalizmu. Ów demon nie uznawał granic państwowych, narodowościowych ani rasowych. Rozpełznął się po całym świecie zatruwając serca i umysły, niczym obłok trującego gazu, niczym bakcyl dżumy.

Andrzej Solak