ZESZMACONE PAŃSTWO

ZESZMACONE PAŃSTWO

ZESZMACONE PAŃSTWO

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/zeszmacone-panstwo

W roku 2022, kiedy jeszcze udzielałem się w internetowej telewizji PL1, nagrałem w swoim cyklicznym programie „Po prostej” materiał zatytułowany „Klub Bilderberg, a Powstanie Warszawskie”. Trafił on zresztą do książki „Rocznik sadystyczny 2020/2022”, której lekturę nadal polecam.

Jako że mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pozwalam sobie ten tekst Państwu przypomnieć, uzupełniając go o kilka szczegółów, których w oryginale nie było.

Niedaleko miejscowości Arnhem, nad Dolnym Renem w Holandii, w ramach operacji Market Garden, we wrześniu 1944 roku, wylądowała brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa, a po niej polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa. Jak podaje Wikipedia, desant został zaskoczony przez dwie odpoczywające w okolicy dywizje pancerne Waffen-SS. W wyniku walk alianci ponieśli klęskę (brytyjska dywizja przestała istnieć), a miasto zostało prawie całkowicie zniszczone.

3,5 kilometra na zachód od tego miasta, leży mieścina Oosterbeek, a kolejny kilometr na zachód od jej centrum, znajduje się hotel o znanej już powszechnie dziś nazwie „Bilderberg”. Pisząc o nim kilkanaście lat wcześniej w książce „Oko Cyklopa”, byłem postrzegany jako zwolennik teorii spiskowych. 

To tu, w roku 1954, odbyło się pierwsze spotkanie grupy osób, które, choć mają zakaz ujawniania podejmowanych przez siebie decyzji, kreują światową politykę, a z pewnością tę europejską. Podobnych organizacji jest na naszym globie kilka, jednak to grupa Bilderberg jest uważana za główny „rząd równoległy”, który w tajemnicy ustala polityczną i gospodarczą agendę Unii Europejskiej. Składa się ze 120 najpotężniejszych i najbardziej wpływowych mężczyzn i kobiet na świecie – w tym głów państw, polityków wysokiego szczebla, rodzin królewskich, czołowych przemysłowców, finansistów, naukowców i ludzi mediów – spotykają się oni każdego roku – pod koniec maja i na początku czerwca. Wszelkie spotkania, odbywające się obecnie w innych już miejscach, otacza nimb tajemnicy, dlatego trudno dowiedzieć się o szczegółach, jednak czasami, głównie za sprawą personelu, który je obsługuje, dziennikarzom udaje się pozyskać odrobinę danych. Podczas spotkań prowadzone są „nieformalne” dyskusje na temat „bieżących spraw”. 

Spotkania Bilderbergów odbywają się w różnych krajach Europy, w luksusowych hotelach, a co czwarty rok, w latach wyborczych, co nie jest przypadkiem, w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej, w Chantilly w stanie Wirginia, które znajduje się w niedużej odległości od Waszyngtonu, co pozwala amerykańskim politykom i członkom establishmentu ze wschodniego wybrzeża USA uczestniczyć w konferencji bez kłopotów, ponieważ nie muszą opuszczać kraju i tłumaczyć się ze swojej kilkudniowej nieobecności.

Delegaci pochodzą z USA, Kanady i Europy. Jednak Amerykanie mają tam najsilniejszą  pozycję, od dziesięcioleci regularnie uczestniczyli w spotkaniach (i pomagali w jej finansowaniu) tacy ludzie, jak na przykład David Rockefeller i były Sekretarz Stanu Henry Kissinger; Lloyd Bentsen, były sekretarz skarbu USA,  bankowe szychy, takie jak prezesi lub przewodniczący z Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, Goldman Sachs, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, JP Morgan Chase, American Express, szefowie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bywali też przedstawiciele wywiadu i armii, jak generał Keith Alexander (były szef NSA, czyli Amerykańskiej wewnętrznej Agencji Wywiadowczej); nieżyjący już Donald Rumsfeld – były sekretarz obrony i jeden z architektów wojny w Iraku; były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generał Colin Powell; czy sekretarz generalny NATO. Uczestniczyli w tych spędach czołowi amerykańscy politycy, jak sekretarz stanu John Kerry, senatorowie John Edwards, Tom Daschele, Chuck Hagel, Hillary Clinton, ale także członkowie brytyjskiego parlamentu i europejskie rodziny królewskie. 

Bywają tam jednak osobnicy nie mający w żyłach grama błękitnej krwi, jak choćby sprawca naszych niedawnych nieszczęść Bill Gates, którego ojciec, zagorzały eugenik był w grupie inicjatywnej Klubu. 

Wspomniana przeze mnie na początku polska Brygada Spadochronowa, dowodzona przez generała Stanisława Sosabowskiego, miała wziąć udział w walkach w Polsce i stanowiła zasadniczy element koncepcji sztabowej Naczelnego Wodza w Londynie, według której „głównym zadaniem Armii Krajowej było przygotowanie i zwycięskie przeprowadzenie powstania zbrojnego, z chwilą wkroczenia na ziemie polskie regularnych wojsk polskich odtworzonych na obczyźnie”. Nasi ówcześni alianci zdecydowali jednak inaczej i zrzucili ją w ramach operacji „Market Garden” na pola Holandii. Cała ta operacja była jedną, wielką porażką dowództwa sił sprzymierzonych, mało tego – uważa się, że Niemcy odnieśli wówczas swoje ostatnie, ogromne zwycięstwo taktyczne, ponieważ ich kontrofensywa spowodowała większe straty wśród sprzymierzonych, niż te, które alianci odnieśli podczas lądowania w Normandii. 

Polacy walczyli dzielnie, pomimo nie najlepiej przygotowanych planów marszałka Montgomery’ego, który rywalizował o pierwszeństwo w dotarciu do terenów przemysłowych III Rzeszy z lepszym o klasę dowódcą amerykańskiej 3 Armii – generałem George’m Pattonem. Choć, wbrew temu, co mówią dziś podręczniki, nie o ambicje chodziło, ale to temat na odrębną pogawędkę.

Nasi żołnierze walczyli, mimo fatalnego rozpoznania dokonanego przez aliancki wywiad i późniejszych błędów generała Eisenhowera. Generał Sosabowski, za bitwę pod Arnhem został odznaczony Krzyżem Walecznych. Pomimo tego, generał Browning, Brytyjczyk, który skonfliktował się z Sosabowskim już na etapie przygotowań do operacji Market Garden, doprowadził swymi knowaniami do odebrania mu dowództwa Brygady. A, po wojnie, w lipcu 1948 roku ten wybitny, doświadczony polski generał, został zdemobilizowany. 

Przypomnijmy, że miał wówczas na utrzymaniu żonę i syna, których udało mu się ściągnąć po wojnie do siebie. Warto wspomnieć i o tym, że jego syn Jacek, postrzelił się śmiertelnie, z pistoletu ojca, na rok przed wybuchem wojny. Drugi syn – Stanisław Janusz, który z matką dołączył do generała w Anglii, jeszcze jako dziecko stracił w wypadku lewe oko. W życiu dojrzałym, wykazał nieprzeciętny hart ducha. Był lekarzem, doktorem nauk medycznych, majorem Wojska Polskiego, oficerem Kedywu Armii Krajowej, uczestnikiem kampanii wrześniowej, powstańcem warszawskim i kawalerem Orderu Virtuti Militari. 1 sierpnia 1944 roku dowodził oddziałem, który uwolnił więzioną w magazynach SS na Umschlagplatz, 50-osobową grupę żydów z Węgier i Grecji, jeńców tak zwanej Gęsiówki, obozu zlokalizowanego przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa. Wkrótce potem, podczas kolejnej akcji, został ciężko ranny w twarz i stracił prawe oko.

Generał Sosabowski musiał więc zapewnić byt żonie i ociemniałemu synowi. Nie mając możliwości powrotu do Ojczyzny, bez żadnego wsparcia ze strony niedawnych aliantów, zmuszony był pracować jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych. Jak sam o sobie później mówił – on, generał polskich spadochroniarzy prowadził przez  kolejnych kilkanaście lat żywot fabrycznego szeregowca! Tak odwdzięczyli się temu wybitnemu patriocie i Polakowi rzekomi sojusznicy, jeszcze nie tak dawno dający polskiemu państwu gwarancje w wojnie koalicyjnej z III Rzeszą. Pamiętajmy o tym, zwłaszcza dziś, kiedy po raz kolejny zachęcają nas do egzotycznych koalicji.

Dlaczego w ogóle łączę te dwa, z pozoru odrębne w czasie, różne przecież wydarzenia historyczne, jak bitwa pod Arnhem i powołanie do życia organizacji w nieodległym Oosterbeek, 10 lat później?

Bo, jak wspominałem, nasza Brygada Spadochronowa miała się bić bezpośrednio o Polskę, zrzucona na jej terytorium między innymi przez naszych, polskich lotników, odtwarzać państwowe struktury, polską administrację i wobec idących od wschodu „wyzwolicieli” występować w roli gospodarzy państwa polskiego. Nie było im to dane, wobec zdrady sprzymierzonych, którzy z tymi „wyzwolicielami” zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Teheranie, inne poczynili ustalenia, a w Jałcie, w niecały miesiąc po ich wejściu do zrujnowanej Warszawy, Churchill, Roosevelt i Stalin, bez udziału Polaków, dopinali kształt powojennej Europy.

Jak co roku, będziemy niedługo obchodzili kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Tego powstania, w wyniku którego zabito 200 tysięcy osób spośród ludności cywilnej, a kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy- powstańców zginęło lub trafiło do niewoli. Przez resztę życia tysiące ocalałych musiały żyć z traumą doznanych krzywd, gwałtów, w kalectwie, na skutek gehenny doznanej w obozach koncentracyjnych lub w trakcie walk w samym powstaniu, jak wspominany wcześniej syn generała Sosabowskiego. Stolicę dumnego państwa, nazywaną Paryżem północy, zrównano z ziemią, bezpowrotnie grabiąc i niszcząc jej wielowiekowy kształt architektoniczny, dorobek kulturalny i naukowy. W tym samym czasie, żołnierze Sosabowskiego seniora, wykrwawiali się na polach Holandii, niedaleko Arnhem.

Trzy miesiące przed wybuchem Powstania, do Polski zrzucono człowieka, który w przekonaniu wielu historyków, odegrał kluczową rolę w zainicjowaniu tej hekatomby miasta i jego mieszkańców. Spotkał się wówczas z przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego. Jego udział w podjęciu przez nich decyzji o rozpoczęciu Powstania jest właściwie pewien. 

Jeszcze jako doradca premiera Władysława Sikorskiego, Józef Retinger bywał z nim wszędzie, niczym cień. Tylko raz zabrakło go przy premierze, 4 lipca 1943 roku, kiedy doszło do zamachu w Gibraltarze. W swoim podłym życiu zdążył być wcześniej doradcą prezydentów Alvaro Obregona i Plutarcha Callesa, w trakcie krwawej, antykatolickiej rewolucji meksykańskiej. Był też przedstawicielem Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, organizacji w zasadzie tożsamej ówcześnie z Socjalistyczną Międzynarodówką Robotniczą. Tę postać szczegółowo opisał Henryk Pająk w książce „Retinger – mason i agent syjonizmu”. Gorąco polecam tę pozycję.

Retinger, był zresztą agentem kilku różnych wywiadów: na pewno sowieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego. Jego mocodawcy musieli być zdeterminowani wysyłając go, kiedy miał już 56 lat na nocny skok spadochronowy do Kraju, w ramach operacji „Salamander”. Mając doskonałe rozeznanie w charakterze jego misji, podjęto kilka prób wykonania wyroku śmierci na tego dywersanta, zarówno przez oddział likwidacyjny Komendy Głównej Armii Krajowej, jak i Grupę Szańca oraz władze Narodowych Sił Zbrojnych. Niestety, z rozmaitych powodów, skończyły się one niepowodzeniem. Nie mamy na to czasu, by rozważać teraz w czyje ręce trafił majątek, w złocie i dolarach, który z Londynu wiózł wówczas ze sobą do Kraju i na co został on spożytkowany.

W nielicznych opracowaniach na jego temat pojawia się on na ogół w kwestii polskiej dopiero w londyńskim otoczeniu gen. Sikorskiego, tymczasem nieznaną szerzej ciekawostkę na jego temat ujawnił w jednym ze swych materiałów pan Krzysztof Zagozda, filolog i publicysta. Otóż, w lutym 1939 roku, w mieszkaniu profesora KUL Stefana Glasera, na tajnym spotkaniu pojawił się przybyły z Londynu Retinger, który już wtedy przygotowywał przyszły, polski rząd na emigracji, mający skupić się w nieodległym czasie wokół gen. Sikorskiego! Wówczas był to naturalnie rząd nielegalny. W niezwykle interesującym nagraniu zatytułowanym O tym Polacy wiedzieć nie mają! Krzysztof Zagozda odwołuje się do omówienia jego składu, jakiego dokonał biskup Józef Gawlina wykazując bezpośrednie związki poszczególnych uczestników z masonerią. Byli to Stanisław KotStanisław StrońskiAugust ZaleskiAleksander ŁadośAdam KocHenryk StrasburgerKarol PopielZygmunt Graliński.

Ten sam Retinger, po wojnie miał wolny wstęp na salony Downing Street 10 w Londynie, Białego Domu w Waszyngtonie, ale też tych za murami Watykanu. Jak to się dzisiaj pisze w poprawnych politycznie opracowaniach, w owym czasie „był orędownikiem zjednoczenia Europy”. 

Już co najmniej od roku 1950 angażował się w zorganizowanie spotkania ludzi mogących mieć wpływ na losy świata, oczywiście poza plecami opinii publicznej. Uważam, że działał wówczas na polecenie wywiadu brytyjskiego. Wśród inicjatorów tej grupy znalazł się książę Bernard, Niemiec z pochodzenia, o którym Daniel Estulin w książce „Prawdziwa historia Klubu Bilderberg” pisze, że „na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku służył w jednostce Reiter SS i zasiadał w radzie Farben Bilder, spółki zależnej I. G. Farben. Estulin, powołując się na Gyeorgosa Hatonna, badacza tej historii, twierdzi też, że „książę Bernard, tworząc „supertajną grupę kształtującą politykę”, oparł się na swoich nazistowskich doświadczeniach w zarządzaniu, a nazwa Bilderberg pochodzi od nazwy Farben Bilder na pamiątkę inicjatywy podjętej przez zarząd Farben – stworzenia „koła przyjaciół” Heinricha Himmlera, czyli elity bogatych przywódców, którzy hojnie wynagradzali Himmlera za ochronę, jakiej im udzielał przez cały okres istnienia Trzeciej Rzeszy.

Jak wspominałem, pierwsze spotkanie odbyło się 28 maja 1954 roku, na ścianie hotelu wisi do dziś skan zaproszenia wysyłanego w kwietniu tamtego roku do uczestników. Józef Retinger występował w jego trakcie w charakterze sekretarza i uczestniczył we wszystkich kolejnych mityngach, aż do swojej śmierci. Jak twierdził Giovanni Agnelli, nieżyjący już prezes Fiata, lord Rothschild i Laurence Rockefeller, kluczowi członkowie dwóch najbardziej wpływowych rodzin na świecie, osobiście wybrali ze światowej elity sto osób do realizacji swego sekretnego celu regionalizacji Europy. Agnelli powiedział: „Integracja europejska jest naszym celem, a tam, gdzie politykom się nie udało, my, przemysłowcy, mamy nadzieję odnieść sukces”.

Estulin pisze też, że intencją przyświecającą każdemu spotkaniu Grupy Bilderberg jest uzgadnianie polityki, spraw gospodarczych i strategii we wspólnym rządzeniu światem. Ich głównym polem działalności było zawsze NATO, ponieważ dawało im pretekst do realizacji planów «ciągłej wojny», a przynajmniej polityki «nuklearnego szantażu». Tak jest po dziś dzień.

Oczywiście, tego typu ośrodków całkowicie prywatnych i mających przełożenie na politykę jest mnóstwo, jednak najważniejsze z nich, to Komisja Trójstronna, w skład której wchodzi kilkaset osób z Europy, Stanów Zjednoczonych i Japonii – nastawiona na kształtowanie polityki głównie w części azjatyckiej, Rada Stosunków Zagranicznych skoncentrowana na Stanach Zjednoczonych i najważniejsza dla nas Grupa Bilderberg, która ma bezpośrednie i najistotniejsze przełożenie na to, co dzieje się w naszym, europejskim obszarze. Do swego stałego grona dopraszają corocznie ludzi z różnych państw, którzy realizują koncepcje globalistów lub mogą coś znaczyć w przyszłości, oczywiście z namaszczenia tej grupy i na których lojalność można bezwarunkowo liczyć. Naturalnie, od co najmniej 30 lat zapraszane są również osoby z Polski, nie inaczej było i w tym roku. 

W roku 2016 z kolei, na 4 lata przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i na 6 lat przed wydarzeniami nadal rozgrywającymi się za naszą wschodnia granicą, w książce „Operacja Terror” pisałem: 

Wiemy, że o kształcie polityki nie decydują ci, którzy wrzucają do urn swe głosy, a ci, którzy je potem liczą. W demokracji, z zasady, nie rządzi lud, a ci, którzy stoją w cieniu i robią wiele, by nie zmieniło się nic. Dlatego demokracja jest i będzie broniona do ostatniej kropli krwi. Oczywiście, krwi owego ludu. Intensyfikacja spotkań znaczących polityków amerykańskich z ich odpowiednikami brytyjskimi w czasie krótko poprzedzającym tak zwany Brexit, świadczy o tym, że w planach na najbliższe lata, może dekadę, nie ma miejsca na Wielką Brytanię w Unii. 

Nasilenie takich spotkań pomiędzy premierem brytyjskim i prezydentem Rosji świadczy również o tym, że figury na szachownicy są właśnie bardzo starannie rozstawiane. Tym bardziej, że w tym samym czasie Cameron, który zaszczycił Polskę jedną wizytą kilka lat wcześniej, w ostatnich miesiącach nawiedzał nas czterokrotnie. Tylko, że podczas wizyt w naszym kraju nawoływał do umacniania wschodniej flanki, przyjaźni z Ukrainą i tę samą Rosję Polakom zohydzał. Amerykański sekretarz Kerry w tym samym czasie bywał regularnym gościem w Kijowie, pewnie nie tylko dlatego, że jego syn prowadzi tam poważne interesy.

Zastanawiające jest, czy globalistyczne siły powołały już nam do życia nowy rząd na uchodźstwie, bo coraz więcej wydarzeń wokół nas mogłoby wskazywać na powtórkę scenariusza sprzed lat. Tym razem jest jednak o wiele gorzej, bo całkowite rozbrojenie polskiej armii nie daje nam nadziei na choćby miesięczną obronę państwa. Wojsko nie potrafi zestrzelić jednej rakiety, niezależnie od kierunku, z którego nadlatuje. W potencjalnym konflikcie nadlecą ich setki. W jednym ataku.

Do Powstania Warszawskiego, nucąc zwrotkę powstania poprzedniego „poszli nasi w bój bez broni”. Młodzi ludzie nie mieli zbytniego wyboru i szli na czołgi z pieśnią mówiącą, że „na Tygrysy mamy visy”. Choć w rzeczywistości nawet tych visów nie mieli, bo decydenci pokroju Retingera dopilnowali i tego. Podobnie jak tego, by na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność pozostała bezbronna. Tym razem nawet o benzynę nie będzie łatwo, a i butelki już w większości plastikowe, z unijnymi nakrętkami dyndającymi u ich szyjek. Z pewnością nie zabraknie tylko szmat, bo coraz więcej ich dookoła nas. 

Sławomir M. Kozak

(fotografia hotelu Bilderberg – Krzysztof Błędowski)