Kiedy pogrzeb Zjednoczonego Królestwa?
24/09/2026 Konrad Rękas aniemowilem.pl/?

„Zjednoczone Królestwo w obecnym kształcie jest niesprawiedliwe i na dłuższą metę niemożliwe do utrzymania” – nie tylko oświadczyli, ale także napisali we wspólnym memorandum Rhun ap Iorwerth, pierwszy minister Walii i lider Plaid Cymru, John Swinney, pierwszy minister Szkocji i lider Szkockiej Partii Narodowej, wspierani przez Michelle O’Neill, pierwszą minister Irlandii Północnej i wiceprzewodniczącą ogólno-irlandzkiej Sinn Féin oraz przywódczynię tej partii, Mary Lou McDonald, będącą liderką opozycji w Republice Irlandii. Porozumienie szybko zostało ochrzczone Przymierzem Celtyckim, a jego podpisanie 14. września w walijskim Cardiff na chwilę przywróciło zainteresowanie tzw. światowej opinii publicznej dla kwestii prognozowanego rozpadu UK. Tyle tylko, że pomimo deklaracji współdziałania głównonurtowych partii formalnie niepodległościowych Szkocji, Walii i Irlandii – brytyjska strategia wobec aspiracji tych krajów pozostaje niezmienna: dziel i… zarządzaj.
„Brytole wygrali”?
Różne są też strategie rozważane w Belfaście, Dublinie, Edynburgu i Cardiff. Sinn Féin w obu częściach Irlandii odwołuje się do zapisów Porozumienia Wielkopiątkowego z 1998 r., kończącego okres wojny domowej w okupowanej części Ulsteru. Na tej podstawie Irlandczycy sądzili, że mają prawo do referendum zjednoczeniowego, dodatkowo jeszcze wzmocnione Brexitem i zmianą stanu prawno-międzynarodowego UK. Stosowna procedura – w oczekiwaniu Sinn Fein – miałaby zostać dopełniona do roku 2030. Tyle tylko, że premier Andy Burnham zdążył już dać do zrozumienia, że jednoznaczne zdaniem strony irlandzkiej (nominalnie katolickiej) zapisy można interpretować jak się tylko Brytyjczykom podoba.
Porozumienie zostało zatem beztrosko zepchnięte ze stołu przy ewidentnym założeniu, że współczesny poziom inwigilacji, jak i nie tylko faktyczne, ale zwłaszcza mentalne rozbrojenie ludności Irlandii Północnej skutecznie zablokują wznowienie zbrojnej formy konfliktu. Zmarły przed kilkoma dniami legendarny snajper IRA, Billy Blue Kelly, który jeszcze w latach 80-tych zawierał w imieniu republikanów sojusz z pułkownikiem Kaddafim w opublikowanym pośmiertnie wywiadzie określił to krótko „Brytole wygrali”, przy okazji piętnując uśpienie północnoirlandzkiego ruchu irlandzkiego, którego tłuste koty pobudowały okazałe domy i z pełnymi kontami wkomponowały się w nowy establishment okupowanej części kraju.
Niemniej to właśnie Irlandia pozostaje głównym problemem (anty)celtyckiej układanki Londynu, przede wszystkim ze względu na międzypaństwowy charakter kwestii irlandzkiej, jak i stałą groźbę wmieszania się w nią Stanów Zjednoczonych. Swoim zwyczajem whiskey do ognia wlał bowiem sam Donald Trump rzucając niewinnie podczas wizyty w Republice Irlandzkiej 12. września 2026 r., że „wprawdzie nie chciałby sprawiać problemów”, ale „bardzo chciałby zobaczyć Irlandię zjednoczoną”. Wcześniej o „jedności irlandzko-amerykańskiej” mówił także Joe Biden i choć obaj zapewne największą sympatią darzą nie tyle tańczenie céilí i świętego Patryka, ale amerykańskie samoloty lądujące na lotnisku Shannon to jednak wciąż jest to znaczenie terenu, przekazujące Brytyjczykom wiadomość: uwaga, amerykański buldog też ma swoje interesy na Zielonej Wyspie!
Łańcuch energetyczny
Najprostsza dla Westminsteru wydaje się sytuacja w Walii, w której poparcie dla niepodległości sięga wprawdzie rekordowych 32 proc., jednak realnym celem dla Plaid Cymru pozostaje zwiększenie zakresu autonomii do poziomu przynajmniej szkockiego. Na to rząd Burnhama ma gotową odpowiedź – zaproponowaną już całemu UK dewolucję, czyli deklarowane przeniesienie decyzyjności w dół, do organów lokalnych, które skądinąd samorządy przypominają tylko w oczach bardzo zdeterminowanych badaczy analogii ustrojowych z Kontynentu. Walijczycy są też mamieni rzekomym wzrostem swojej pozycji ekonomicznej, mającej wynikać z roli jednego z dwóch (obok Szkocji) dostawców energii ze źródeł odnawialnych do Anglii. Tyle tylko, że jak wiedzą znawcy tematu – rynek energii słonecznej i wiatrowej jest rynkiem odbiorcy, a nie producenta. To odbiorca bowiem decyduje o cenie energii w sytuacji, gdy producent musi ją zrzucić w momentach szczytu i to Anglia dysponująca rezerwą mocy elektrowni jądrowych może utrzymywać stabilność systemu i uzupełniać pozaszczytowe braki u zielonych na siłę sąsiadów, leżącej na węglu Walii i bogatej w gaz ziemny i ropę Szkocji. Fakt, że i Plaid Cymru, i Szkocka Partia Narodowa idą w forpoczcie transformacji energetycznej tylko umacnia ekonomiczny łańcuch, na którym trzymane są narody teoretycznie i wąskim zakresie zarządzane przez te państwa. Prawdziwa niepodległość wynika bowiem z pozycji ekonomicznej, a ta m.in. od stopnia samowystarczalności energetycznej. Współcześnie jest to jeszcze bardziej widoczne niż kiedykolwiek.
Home Rule dla Szkocji
Dewolucja, tylko w wersji max – pozostaje także brytyjską ofertą dla Szkocji, gdzie ruch niepodległościowy pod kierunkiem SNP pracuje (?) na jałowym biegu, mnożąc kolejne deklaracje bez mocy prawnej, wciąż natomiast wahając się przed organizacją referendum de facto (bez zgody Westminsteru), za którym opowiada się nawet rosnąca część członków millenarystycznej Szkockiej Partii Narodowej. Skądinąd zresztą sam fakt, że pomysł taki jest rozważany, pomimo negatywnych doświadczeń katalońskiego głosowania w 2017 r., wskazuje, że mechanizm referendum deklaratywnego, poza systemem prawnym państwa, od którego ma nastąpić secesja – pozostaje uznanym rozwiązaniem politycznym także w zachodnich realiach ustrojowych i geopolitycznych.
Dalsze rozszerzenie autonomii, zwane publicystycznie Home Rule for Scotland (na wzór postulatu podnoszonego jeszcze w XIX wieku w kwestii irlandzkiej) mogłoby zapewne być odpowiedzią Londynu w sytuacji, gdyby przewaga zwolenników niepodległości wzrosła z obecnych 54 do powyżej 60 proc. Nawet krytycy stopniowej drogi do niepodległości Szkocji zauważają przy tym, że właśnie historyczny przykład irlandzki jest w tym zakresie interesujący, bowiem będący postulatem minimalistów niepodległościowych Home Rule był kilkakrotnie odrzucany przez brytyjski parlament, gdy zaś w końcu został zaakceptowany przez stronę brytyjską – sytuacja międzynarodowa i aktywność polityczna (a w propagandowym zakresie nawet zbrojna) samych Irlandczyków uczyniły z trudem poczyniony kompromis dalece niezadowalającym, co ostatecznie doprowadziło do niepodległości Irlandii (do której jednak nie doszłoby bez dyskretnego, ale zdecydowanego wsparcia USA). Tymczasem jednak zamiast dalszych ustępstw rząd brytyjski planuje raczej osłabienie szkockich przeciwników, dewolucja w przypadku szkockim oznaczać ma bowiem także decentralizację od Edynburga, w tym także wzmocnienie tych regionów, w których unioniści wciąż mogą liczyć na poparcie czy to farmerów z Aberdeenshire, czy też brytyjskich… imigrantów, przeprowadzających się masowo do pogranicznego pasa nomen omen Scottish Borders.
W poszukiwaniu sojuszników
Szkotom, podobnie jak i Irlandczykom – pozostaje zatem jeszcze jedna droga, zresztą również irlandzka, czyli szukanie poparcia międzynarodowego, przede wszystkim w Ameryce (co może być mentalnie trudne), ale także w kierunku dokładnie przeciwnym, czyli w… Chinach, co z kolei wymagałoby przełomu w postrzeganiu własnego kraju, jako specyficznej mieszanki prześlicznych wzgórz i dolin z wiecznie wietrznym i deszczowym zadupiem. Inaczej niż Irlandczycy Szkoci nie mają swojej licznej diaspory zorganizowanej politycznie (ani finansowo), w swej masie z góry też odrzucają ewentualne poparcie USA, gdyby miało przyjść ze strony administracji Donalda Trumpa (zresztą posiadacza ziemskiego w Szkocji), która jako bodaj jedyna za Atlantykiem mogłaby być zainteresowana w utemperowaniu perfidnego Albionu, który nad strategiczne partnerstwo z Waszyngtonem wybrał sojusz z globalistami i Unią Europejską. Tymczasem ceną za niewygodny sojusz amerykańsko-szkocki nie musiałoby być już nawet członkostwo Szkocji w NATO, jednak niemal na pewno byłby on obwarowany utrzymaniem amerykańskiej obecności wojskowej, także atomowej na terytorium Alby, co większości zwolenników niepodległości wydaje się być granicą nie do przekroczenia.
Opcja chińska mogłaby być w tej sytuacji znacznie atrakcyjniejsza, nie przynosząc za sobą dylematów etyczno-estetycznych. W istocie Szkocja już jest elementem amerykańsko-chińskiej rywalizacji o przejście północne, podobnie jak Kanada, Grenlandia, Islandia i Wyspy Owcze i Irlandia (kluczowa również jako atlantycki węzeł światłowodowy). Jeszcze rządy torysów rozpoczęły na szkockim wybrzeżu projekt tzw. wolnych portów, czyli wielkich stref wolnocłowych z infrastrukturą transportową, faktycznie wyłączonych spod szkockiej jurysdykcji. Projekt wywołał szeroką krytykę jako ograniczenie autonomii, jest też jednak odbierany jako operacja wyprzedzająca dla tradycyjnej chińskiej metody poszerzania wpływów inwestycjami infrastrukturalnymi i handlowymi właśnie w portach.
Choć więc oficjalna propaganda brytyjskich unionistów w każdym ruchu celtyckich niepodległościowców dopatruje się inspiracji Władymira Putina to nie Moskwa, ale Pekin ma znacznie więcej powodów, by interesować się ziemią Bravehearta i Bonnie Prince’a. We współczesnych wielkich grach równie istotne jest bowiem nie tylko samo posiadanie przyczółków i wpływów, ale także pilnowanie, by nie zdobył ich/utracił je ktoś inny. Gra o Szkocję może zatem być partią tego właśnie rodzaju nawet, jeśli uparci szkoccy górale upierają się przy własnej uroczej lokalności.
Pogrzeb czy wojna?
Z pogrzebem UK nie ma się zatem co spieszyć, a wieści o jego rychłej śmierci są nieco przesadzone. Prawdą jest, że Zjednoczone Królestwo to dziś chory człowiek Europy, rozrywany spóźnioną etnogenezą narodów celtyckich, zdewastowany fatalną (dla zwykłych mieszkańców) polityką imigracyjną i ekonomiczną (zwłaszcza w zakresie transformacji energetycznej), trawiony niekończącą się koniecznością spasania tasiemca City of London. A jednak potencjał finansowy i transformacyjny tego ostatniego ośrodka, jego zdolność do adaptacji, a także inspirowania kolejnych stadiów kapitalizmu wskazuje, że Brytania nie utraciła jeszcze wszystkich zdolności do obrony swego patologicznego systemu politycznego.
Zwłaszcza, że poza manipulacjami konstytucyjnymi Westminsterowi zawsze pozostaje instrument tyleż uniwersalny, co wypróbowany, a więc wojna, najlepiej światowa. To, że UK nie jest do niej w żadnej mierze militarnie przygotowane nie stanowi przy tym żadnej przeszkody – w końcu to również byłoby bardzo tradycyjne, a tradycja to wszak na Wyspach Brytyjskich rzecz święta. Najlepiej zaś Anglikom wojuje się, gdy pierwsi w walce giną inni.
Konrad Rękas