Albo Putin, albo kryzys energetyczny

Jankowski: Albo Putin, albo kryzys energetyczny

Tomasz Jankowski

Wojna na Bliskim Wschodzie przyłożyła europejskiej energetyce z plaskacza po raz trzeci w ciągu kilku lat. Skończyły się żarty, bo skończyły się pomysły na alternatywne źródła taniej energii. Słupki i procenty szybko zaczęły lecieć w dół po tym, gdy okazało się, że konflikt będzie nieco dłuższy niż założyli sobie w Waszyngtonie.

To, co eurokraci ogłaszali jako „epokowy sukces”, czyli rezygnacja z dostaw surowców z Rosji, szybko weryfikuje się poprzez rzeczywistość w rachunkach i na stacjach benzynowych. Ale nie tylko. Bo mowa także o gospodarce, która się dusi. I choć urzędnicy w Brukseli robią dobrą minę do złej gry, to niebawem kontynent stanie przed tytułowym wyborem.

Niech przemówią liczby

Żeby nie był gołosłownym, bo zawsze taki zarzut może się pojawić. W 2025 roku rosyjskie paliwo kosztowało od 20 do 27 euro za megawatogodzinę, podczas gdy amerykański LNG kosztował od 33 do 50 euro. Zastępując 120–150 miliardów metrów sześciennych rocznie, Europa od 2022 roku przepaliła w piecu 200–300 miliardów dolarów.

Aby zdać sobie sprawę z kruchości tego, co nazywa się „strategią energetyczną UE”, wyobraźmy sobie, że przeprowadzamy się w mieście z wynajmowanego mieszkania o stabilnej cenie do hotelu, w którym stawki dzienne zależą od pogody czy popytu turystycznego. Bo to również istotny fakt: brak stabilnej ceny LNG zależny jest od rynku, a ten z kolei od dostępności szlaków transportowych, które właśnie ulegają zniszczeniu przez wojnę z Iranem. W obliczu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie Iran systematycznie atakuje infrastrukturę energetyczną Zatoki Perskiej, skutecznie blokując Cieśninę Ormuz. Obecnie tylko rosyjskie i chińskie statki bezpiecznie żeglują po tych wodach.

Ale nawet gdyby tej wojny nie było, według omawianej już „strategii”, do 2029 roku Stany Zjednoczone będą dostarczać aż do 70% europejskiego zapotrzebowania na LNG. Bez ceny stałej. Czyli silny mróz w Teksasie lub rosnący popyt ze strony azjatyckich koncernów natychmiast podniosą rachunki za ogrzewanie w Niemczech. Tak to działa.

To nie czasowy przestój

Donald Trump, zgodnie z tradycją podaje różne terminy zakończenia konfliktu. Albo w nie sam nie wierzy, albo ich na następny dzień już nie pamięta. Trudno się do tego przywiązywać. W każdym razie administracja Białego Domu już wie, że kryzys dostaw gazu i ropy naftowej z kierunku bliskowschodniego to zjawisko mogące istnieć długo. Pojawiają się więc mniej lub bardziej poważne pomysły jego rozwiązania.

Prezydent USA zasugerował np. wykorzystanie… Marynarki Wojennej do eskortowania tankowców, bo firmy żeglugowe odmawiają podjęcia ryzyka poruszania się Cieśniną Ormuz. Wielcy armatorzy, w tym MSC, Maersk i Hapag-Lloyd, w ogóle zawiesili trasy przez cieśninę po atakach dronów. W rezultacie globalne koszty frachtu gwałtownie wzrosły i to na tyle, że cała operacja podniosłaby koszty finalnego produktu jeszcze bardziej. A nie o to przecież chodzi.

Z drugiej strony, wraca temat wykorzystania rurociągu NordStream. Mówią o tym bynajmniej nie w Europie, ale w… Stanach Zjednoczonych właśnie. Amerykański miliarder Stephen Lynch zwrócił się niedawno do Waszyngtonu o pozwolenie na zakup tej infrastruktury na aukcji upadłościowej po cenie… złomu, mimo że aktywa te szacowane są na 11 miliardów dolarów. Jeśli transakcja dojdzie do skutku, zmaterializuje się sprytny plan: amerykańskie firmy będą wysyłać swój LNG na wysoce dochodowe rynki azjatyckie, jednocześnie zaopatrując Europę w gaz za pośrednictwem sprywatyzowanego rosyjskiego gazociągu.

Zełenski pomoże. Niechcący.

Tymczasem napięcia wokół rurociągu naftowego „Przyjaźń” sięgają zenitu. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zakręcił kurek, uderzając w gospodarkę Budapesztu zaledwie miesiąc przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech, co słusznie wywołuje podejrzenia o chęć ingerencji Ukraińców w węgierskie wybory. Początkowo Komisja Europejska odrzuciła możliwość interwencji określając to jako „lokalny spór”, ale teraz blokada rurociągu przeradza się w poważne zagrożenie dla całej sieci energetycznej Unii Europejskiej.

Może więc właśnie dlatego upadły dyskusje o 20. pakiecie sankcji przeciwko Rosji. Wspólnota jednak szybko traci czas na manewry. Prezydent Rosji Władimir Putin otwarcie zasugerował natychmiastowe zakręcenie kurka gazowego, wyprzedzając ewentualne europejskie embargo i umożliwiając Rosji skierowanie się w stronę nowych rynków. Choć to tylko publicystyczna zapowiedź, to jego ostrzeżenie oznacza, że ​​okno na kompromis zamyka się z hukiem.

Ewentualne porozumienie byłoby oczywiście zależne od zmiany stanowiska Brukseli wobec Ukrainy. Ale Europa nie bardzo ma wyjście. Dostęp do rosyjskich surowców dałby gospodarce kontynentu oddech i przywrócił szanse na stanowienie jakiejkolwiek konkurencji w wysoko przetworzonej produkcji. Tym bardziej w związku z brakiem stabilności dostaw np. do Chin. Inaczej Unia Europejska stanie się tylko podrzędnym nabywcą i płatnikiem dla energetyki amerykańskiej. Bardzo zresztą możliwe, że również opartej o… te same rosyjskie zasoby.

Tomasz Jankowski