Coś za coś

Coś za coś

Izabela BRODACKA

Trzeba rozumieć, że nie da się naprawić wszystkiego na tym świecie i naprawiając jedno psujemy co innego. Na przykład leki na serce mogą rujnować wątrobę i nerki. Zawsze trzeba wykonać bilans zysków i strat. Ekonomiści nazywają to rachunkiem ciągnionym. Inny przykład – swego czasu szpitale wykonywały często amputację stopy cukrzycowej zamiast jej leczenia, gdyż koszty amputacji nie przekraczały 3 tysięcy a leczenie zachowawcze– jak pamiętam – kosztowało około 12 tysięcy. Lekarz podejmujący podobną decyzję nie liczył się z tym, że amputując człowiekowi stopę produkuje inwalidę, który będzie nieprzydatny społecznie, będzie potrzebował wózka inwalidzkiego i stałej obsługi. Czyli w rachunku ciągnionym ta pozorna oszczędność pociągnie za sobą ogromne realne koszty. Nie wspominam tu nawet o zrujnowaniu życia chorego.

Awantura polityczna i wizerunkowa wokół tak zwanej ustawy łańcuchowej też jest tego dobrym przykładem. Lubię pieski i na pewno jestem wrażliwa na cierpienie zwierząt. Uwolnienie wszystkich psów od łańcucha jest jednak po prostu idiotyzmem. Zły pies musi być uwiązany – w przeciwnym przypadku może zagryźć dziecko albo przechodnia. Zdarzyło się przecież niedawno, że psy zagryzły grzybiarza. Takie wypadki zdarzyły się często w Polsce. Można więc zakazać – jak w Niemczech – trzymania psów groźnych ras. Jak jednak starzy ludzie mieszkający na przykład w odosobnionej chałupie pod lasem mają bronić się przed złodziejami? Gołymi rękami? Zły pies może mieć przecież łańcuch na drucie rozciągniętym pomiędzy domem i oborą.

Takie rozwiązania były zawsze stosowane na wsi i się sprawdzały. Nikt obcy nie wejdzie na podwórko a jednocześnie pies nie może wydostać się z posesji i kogoś pogryźć albo polować na leśną zwierzynę.

Sentymentalne brednie opowiadane w Sejmie przez aktywistki siania zamętu w głowach nie przynoszą nikomu pożytku. W tym przede wszystkim psom. Gdybym miała bardzo złego psa na łańcuchu, to po wejściu w życie podobnej idiotycznej ustawy, dla bezpieczeństwa ludzi po prostu bym go uśpiła. Poza tym zakaż trzymania psów groźnych ras bynajmniej nie rozwiązuje problemu. Sporządzono wprawdzie listę tych ras nakazując badania psychologiczne czy psychiatryczne ich właścicieli ale każdy znawca psów wie, że najgroźniejsze są mieszańce, źle wychowywane i trzymane właśnie w agresywnych celach, na przykład z przeznaczeniem do niedozwolonych przecież walk, które i tak się odbywają.

W Polsce lista psów uznawanych za agresywne, wymagających zezwolenia i potencjalnie badania psychologicznego właściciela (choć rozporządzenie nie precyzuje badania właściciela, a psa) obejmuje następujące rasy psów: amerykański pit bull terrier, pies z Majorki (Perro de Presa Mallorquin), buldog amerykański, dog argentyński, pies kanaryjski (Perro de Presa Canario), tosa inu, rottweiler, akbash dog, anatolian karabash (Anatolian Shepherd Dog), moskiewski stróżujący, owczarek kaukaski, a także bandog i bully kutta, jeśli występują w księgach.

A jeżeli pies nie jest zarejestrowany w księgach psów rodowodowych bo jego właściciel nie chce go wystawiać i o to nie dba? A jeżeli jest to na przykład karelski pies na niedźwiedzie? Jest to rasa nie objęta tym wykazem ale niezwykle groźna. Psy tej rasy są bardzo inteligentne, uparte i niezależne. Na ogół uznają tylko jednego właściciela i mogą zaatakować każdego kto się do niego zbliża. A cane corso – ogromny pies typu mastifa należący do ras bojowych. Też nie ma go na liście groźnych ras psów. To tylko dowodzi, że nie da się wszystkiego zadekretować.

Jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest egzekwowanie odpowiedzialności właścicieli psów za szkody przez nie wyrządzone. W naszym systemie prawnym gdzie zwalnia się morderców i gwałcicieli gdyż sędzia wydający wyrok był z niewłaściwej politycznie listy – trudno na to liczyć.

Przykłady na niejednoznaczność sytuacji i konieczność każdorazowego optymalizowania danych można mnożyć w nieskończoność. Kiedyś publicystka „Tygodnika Powszechnego” powszechnie zwanego „Obłudnikiem Powszechnym” Józefa Hennelowa trzeźwo zauważyła, że nie wie czy w Krakowie zdrowiej jest otwierać okna żeby wywietrzyć mieszkanie czy lepiej trzymać je starannie zamknięte aby chronić organizm przed wyziewami choćby z Nowej Huty. „Obłudnika” nie czytywałam, gdyż znane mi osoby z jego kręgu były wystarczająco obłudne żeby usprawiedliwić niechęć do tego środowiska i ten żartobliwy tytuł, ale pani Hennelowa w moich oczach zapunktowała zdrowym rozsądkiem.

Podobnie każda gospodyni obierająca jarzyny zastanawia się czasem czy lepiej obierać je cienko bo pod skórką jest najwięcej witamin czy grubo bo pod skórką jest najwięcej nawozów sztucznych i pestycydów. W obydwu przypadkach decyzję trudno zracjonalizować i jest ona raczej kwestią światopoglądu.

Obydwie strony trwającego już przeszło 30 lat sporu politycznego są jak się okazuje zwolennikami energetyki jądrowej. Projekty budowy elektrowni jądrowych powstały za rządów PiS. Teraz przechwalają się realizacją tych projektów władze KO. Autorzy tych projektów to historycy, socjologowie, politycy, którzy dlatego zostali politykami, bo nie umieją nic konkretnego, nie umieliby zbudować domu, naprawić traktora a nawet ugotować mydła. To w Ochotnicy umiał każdy chłop po przedwojennej szkole czteroklasowej.

Nasi politycy nie znają się zupełnie na energetyce i nie rozumieją niebezpieczeństw związanych z eksploatacją elektrowni jądrowych. Gdzie zamierzają na przykład składować zużyte pręty paliwowe? Katastrofa elektrowni jądrowej w Fukushimie niczego ich nie nauczyła. Przechwalają się swymi rojeniami na temat elektrowni modułowych w każdej dzielnicy miast. Wykorzystują nawet w reklamie kobietę upozowaną na Marię Curie- Skłodowską, która zapewnia, że nadszedł czas energetyki jądrowej. Tymczasem energetyka jądrowa – posługując się językiem przybranego kraju Marii Curie – est déjà passé. (należy już do przeszłości) To niezwykle drogie i skrajnie niebezpieczne źródło energii. Tylko szaleniec albo ideolog może uważać ją za czystą ekologicznie.