Fałszywa jedność. „Ekumenizm” jest drogą donikąd.
Paweł Chmielewski pch24/falszywa-jednosc-ekumenizm-jest-droga-donikad/

(fot. stock.adobe.com)
18 stycznia rozpoczyna się kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Tym razem pod hasłem „Jedno Ciało. Jeden Duch. Jedna nadzieja” obchody będą kulminować 24 stycznia w Poznaniu. W tym roku Tydzień Ekumeniczny jest szczególny, bo towarzyszy mu niezwykle głęboki kryzys w obrębie anglikanizmu i prawosławia; kryzys, który realne wysiłki ekumeniczne czyni czysto teoretycznymi.
Ekumenizm zderza się ze ścianą
Kościół katolicki prowadzi dialog ekumeniczny od blisko stu lat – a w obecnej formie, która nastawiona jest na mówienie o „jedności” bez przypominania o jedyności prawdy w Kościele katolickim, od lat około sześćdziesięciu, czyli od zakończenia II Soboru Watykańskiego.
Nie da się jednak ukryć, że w tym roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan zakłada, że tak powiem, dalece większą siłę nadziei, niż zwykle. W 2025 roku doszło do dwóch niezwykle brzemiennych w skutki wydarzeń, które bardzo daleko odsuwają perspektywę zjednoczenia Kościoła katolickiego z dwoma wspólnotami, co do których istnieją tradycyjnie największe nadzieje w tym zakresie: z prawosławnymi oraz anglikanami.
Kryzys wśród prawosławnych
Co takiego się wydarzyło? Zacznę od prawosławia, bo w tym wypadku związki z Kościołem katolickim są najsilniejsze. Prawosławni mają przecież z katolickiej perspektywy ważną sukcesję apostolską i sprawują ważne sakramenty; podzielamy też tę samą wiarę w większości kluczowych aspektów. Problem w tym, że dziś Stolica Apostolska nie ma już żadnego konkretnego partnera, z którym mogłaby w wiążący sposób rozmawiać o dalszym zbliżeniu. Wszystko za sprawą gigantycznych napięć na linii Moskwa – Konstantynopol.
Prawosławie nie ma jednego ośrodka władzy – funkcjonuje w oparciu o starożytną zasadę rządów patriarchów. Z racji apostolskich oraz historycznych najważniejszą rolę pełnił w świecie prawosławia patriarcha Konstantynopola. To właśnie między nim a delegatem Rzymu doszło w XI wieku do wymiany ekskomunik, które przypieczętowały poważny podział między chrześcijanami Wschodu i Zachodu. To również na tej samej linii ekskomuniki zostały w naszej epoce zniesione – zrobili to w 1965 roku papież Paweł VI i patriarcha Atenagoras.
Problem w tym, że dziś patriarcha Konstantynopola nie odgrywa już tak naprawdę żadnej istotnej roli. Choć stara się reprezentować cały świat prawosławny, w istocie reprezentuje jego mniejszość. Zdecydowana większość prawosławnych podlega zwierzchnictwu patriarchy Moskwy, a ten zerwał relacje z patriarchą Konstantynopola.
Dlatego kiedy jesienią 2025 roku papież Leon XIV wyprawił się do Turcji, by razem z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem wziąć udział w obchodach 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, wydarzenie nie miało wcale charakteru dialogu pomiędzy Kościołem katolickim a całością świata prawosławnego. Do tureckiej Nicei nie przyjechał nikt z Moskwy – patriarcha Cyryl, który pozostaje w ścisłych relacjach z Kremlem i zapewnia religijną propagandę potrzebną do prowadzenia wojny na Ukrainie, całkowicie zignorował nicejskie wydarzenia. W tej sytuacji jakikolwiek realny dialog katolicko-prawosławny jest fikcją. Papież i patriarcha Konstantynopola mogą się spotykać, modlić, publikować teksty i oświadczenia – ale dla większości prawosławnych na świecie nie odgrywa to żadnej istotnej roli. Z powodów politycznych dialog katolicko-prawosławny doszedł do ściany i nie wiadomo, czy to się zmieni w jakiejkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości.
Rozpad anglikanizmu
Być może jeszcze trudniejsza jest sytuacja z anglikanizmem. Anglikanie to wprawdzie protestanci i jako tacy są dość odlegli od Kościoła katolickiego. Nie mają ważnej sukcesji apostolskiej, nie sprawują ważnej Eucharystii, wyznają wiele poglądów moralnych sprzecznych z wiarą katolicką; dopuszczają też ordynację kobiet. Mimo wszystko Kościołowi było z anglikanami nieco bardziej po drodze niż z wieloma innymi protestantami – zwłaszcza z tym nurtem anglikanizmu, który w liturgii i doktrynie zachowuje większą bliskość wobec katolicyzmu (to różne formy tzw. anglo-katolicyzmu, z czego najbardziej znany, choć niejedyny, jest tzw. High Church). Niestety, światowa Wspólnota Anglikańska w 2025 roku rozpadła się. Najpierw poszło o błogosławienie par tej samej płci. Anglikanie z Anglii wprowadzili liturgiczne błogosławieństwa tego rodzaju już w grudniu 2024 roku, na co konserwatywni anglikanie z krajów Globalnego Południa zareagowali oburzeniem i znaczącym odsunięciem się od Londynu. „Schizma” została przypieczętowana w grudniu 2025 roku. Wówczas Anglicy wybrali na najważniejszego biskupa Wspólnoty Anglikańskiej – biskupa Canterbury – kobietę, Sahrę Mullally.
Stanowiło to podwójną prowokację wobec anglikańskich konserwatystów. Po pierwsze, znaczna część anglikanów z Globalnego Południa odrzuca ordynację kobiet – tymczasem mieliby być teraz w jedności z kobietą-arcybiskupem Canterbury. Po drugie, Mullally jest zwolenniczką błogosławienia par tej samej płci, a w przeszłości opowiadała się też za dopuszczalnością aborcji, co dla wielu anglikanów stanowi jawne zerwanie z prawem naturalnym i Objawieniem Bożym. Dlatego właśnie w grudniu ubiegłego roku zrzeszenie anglikanów z Globalnego Południa ogłosiło, że zrywa jedność z Canterbury. Wspólnoty Anglikańskiej już nie ma. Są tylko poszczególne grupy anglikańskie. Kościół nie ma jednego partnera dialogu.
Oczywiście cały czas istnieją poważne problemy dotyczące innych wspólnot niekatolickich. „Klasyczny” protestantyzm europejski (obecny także w USA) pozostaje skrajnie krytyczny wobec władzy biskupa Rzymu, a w znacznej części uległ liberalnej rewolucji. Wśród wspólnot protestanckich drugiej fali (jak metodyści, anabaptyści etc.) istnieje gigantyczne rozproszenie i trudno o jakikolwiek konstruktywny dialog. Wreszcie protestanckie wspólnoty charyzmatyczne, które wyznają nader często pseudo-ewangelię sukcesu, są pod wieloma względami na antypodach katolickiej wiary – a poza tym są jeszcze bardziej rozparcelowane, niż wspólnoty protestantyzmu drugiej fali.
Mówiąc krótko, nie ma z kim na poważnie rozmawiać. Owszem, podejmuje się różne inicjatywy ekumeniczne, ale wygląda to wszystko coraz bardziej rozpaczliwie.
Bp Adam Bab: „Ekumenizm mimo wszystko”
O sprawę pytałem biskupa Adama Baba, przewodniczącej Rady ds. Ekumenizmu przy Konferencji Episkopatu Polski. 9 stycznia odbyła się w siedzibie KEP w Warszawie konferencja prasowa. Zadałem pytanie o perspektywy osiągnięcia faktycznej jedności w kontekście podziałów we Wspólnocie Anglikańskiej i wśród prawosławnych. Według biskupa pytanie można byłoby w pewnym sensie odwrócić, zastanawiając się, jak wyglądałaby dziś sytuacja, gdyby ekumenizmu nie było. Jego zdaniem wysiłki ekumeniczne są swoistym przypomnieniem o jedności jako celu wszystkich chrześcijan – bez nich podziały byłyby jeszcze głębsze. Biskup stwierdził, że należy prowadzić dialog ekumeniczny niejako „mimo wszystko”, ze świadomością tych trudności, ale z pamięcią, że to najlepsze, co mamy.
Gdzie leży zbawienie?
Zastanawiam się jednak nad celowością tak rozumianego ekumenizmu. Z perspektywy ludzkiej, można rzec: humanistycznej, rzecz jest zrozumiała. Utrzymuje się wzajemne kontakty, rozmawia, buduje przyjaźń, tworzy pole do współpracy. To niewątpliwie lepsze niż jawna wrogość. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół katolicki to coś więcej, niż tylko organizacja ds. poprawnej współpracy międzyludzkiej. Istotą Kościoła nie jest wcale troska o sympatyczne relacje społeczne ani lepsze jutro, ale troska o zbawienie ludzi – wszystkich ludzi.
Tymczasem zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego do zbawienia konieczna jest przynależność właśnie do tego Kościoła. Owszem, Bóg może zbawić również poza jego widzialnymi granicami, niemniej jednak nie należy traktować tego „automatycznie” – chrześcijanin, który w sposób świadomy odcina się od Kościoła katolickiego, nie znajduje się bynajmniej na jakiejś własnej, pewnej drodze do Królestwa Niebieskiego. Wprost przeciwnie, znajduje się na drodze buntu, a to oznacza przynajmniej obiektywnie przylgnięcie do „królestwa” potępionych, nawet jeżeli z nieznanych nam racji pozostaje subiektywnie niewinny i Bóg go zbawi. De internis Ecclesia non judicat – o sprawach wewnętrznych Kościół nie rozstrzyga. Widzimy to, co obiektywne: obiektywnie prawosławni i protestanci nie są w jedności z biskupem Rzymu, więc są poza obiektywną przestrzenią zbawienia.
Zjednoczenie, o którym milczymy
Kiedy Jan XXIII otwierał II Sobór Watykański bardzo jednoznacznie wskazywał na cel ekumenizmu – zachęcenie protestantów i prawosławnych do tego, by przyjęli zwierzchnictwo biskupa Rzymu i całą wiarę katolicką. „Kościół Katolicki pragnie okazać się matką miłującą wszystkich, matką łaskawą, cierpliwą, pełną miłosierdzia i dobroci względem synów odłączonych, podnosząc za pośrednictwem tego Soboru Powszechnego pochodnię prawdy religijnej”, mówił papież, wskazując na modlitwy i gorące pragnienia, „dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się” z katolikami. Papież był gotów przeprowadzić w Kościele nawet głębokie reformy, tak, by Kościół niejako jawił się w oczach odłączonych w nowym świetle – ale ostatecznie chodziło o to, by zlikwidować podział poprzez rzeczywiste zjednoczenie z Rzymem.
Tej perspektywy w ogóle nie ma we współczesnym ruchu ekumenicznym. W oficjalnych wypowiedziach, wystąpieniach i dokumentach konstatuje się tylko istnienie różnych wspólnot, wzywa do modlitwy o jedność, ale nie precyzuje się, na czym ta jedność miałaby polegać. Jest tymczasem oczywiste, że w perspektywie katolickiej musiałaby polegać na zjednoczeniu wszystkich w Kościele.
Jak to jednak osiągnąć, jeżeli tego celu już się nawet nie wspomina, jakby sama myśl o tym, że protestanci czy prawosławni mogliby stać się katolikami była dla wszystkich gorsząca? Przykładem takiego myślenia jest „Karta Ekumeniczna” – dokument przyjęty po raz pierwszy w 2001 roku, a drugi raz, w nowej odsłonie, w roku 2025. Karta Ekumeniczna powstała jako wspólna inicjatywa katolicka, protestancka i prawosławna; w roku 2025 po stronie kościelnej jej głównym redaktorem był kardynał Grzegorz Ryś. Omawiałem ten dokument w osobnym tekście w PCh24.pl. Tu przypomnę tylko, że w Karcie przedstawia się jedność wśród chrześcijan w sposób skrajnie niesprecyzowany. Nic w tym oczywiście dziwnego, skoro dokument powstał we współpracy z niekatolikami – nie wyraża nauki Kościoła katolickiego, ale sui generis „naukę” panchrześcijańską. Powtórzę jednak jeszcze raz: ekumenizm sprowadzony do organizacji uprzejmych spotkań ma oczywiście wielką wartość humanistyczną, ale nie teologiczną; tymczasem w Kościele nie chodzi o humanizm, ale o zbawienie.
Wysoka cena „humanizmu”
Co więcej, te wartości humanistyczne nie są pozyskiwane za darmo, bez żadnego ryzyka. Wprost przeciwnie: zagrożenie jest realne i poważne. Jeżeli z jednej strony Kościół mówi, że trzeba być katolikiem, żeby osiągnąć zbawienie, ale z drugiej głosi, że w innych wspólnotach kościelnych też działa Duch Święty i są one uprawnioną drogą chrześcijańską – to mamy tu po prostu sprzeczność. Nie można tego zignorować, tym bardziej w epoce, w której w ogóle nie akcentuje się wyjątkowości Kościoła katolickiego, traktowanego raczej jako jednak z dużych, tradycyjnych „propozycji religijnych”.
Współczesna narracja ekumeniczna de facto tworzy specyficzną wizję eklezjalną, w której przynależność do Kościoła katolickiego i jedność z papieżem tracą swoją faktyczną wagę. Zaczynają być prezentowane i traktowane jako „fakultatywne”, jako „możliwość”. Ten efekt jest konieczną logicznie implikacją obecnych działań. Podam przykład. Młodzi katolicy jadą na spotkanie wspólnoty w Taizé. Tam katolicy i protestanci modlą się razem. Nikt nie próbuje się nawracać, wszyscy akceptują fakt pozostawania w odrębnych „instytucjach” religijnych. Panuje braterska atmosfera, przyjaźń, zaufanie w moc Boga. To wszystko jest bardzo piękne i poruszające, ale na dnie nieuchronnie czai się pytanie: czy ktoś traktuje tu jeszcze Kościół poważnie? Z jednej strony protestanci są blisko katolików i mają możliwość nawrócenia na wyciągnięcie ręki, ale odrzucają ją. Z drugiej katolicy mają obok siebie protestantów, ale nie próbują przypominać im w żaden sposób o wyjątkowości Kościoła. W ten sposób pod piękną szatą Taizé czai się po prostu wielki skandal – tak, jak pod szatą współczesnego ekumenizmu w ogóle.
Dlatego właśnie ruch ekumeniczny we współczesnym jego wydaniu uważam za obiektywnie bardzo niebezpieczny. Tam, gdzie ulega zaciemnieniu albo w ogóle znika prawda o jedyności zbawczej Kościoła katolickiego, tam odchodzi się od faktów; więcej – odchodzi się od objawionej nam przez Boga Tradycji. Albo traktujemy poważnie naukę Kościoła o jego wyjątkowości i konieczności do zbawienia, albo też wyrzucamy ją za burtę, uznając, że liczy się tylko chrzest i nic więcej nie już konieczne. W pierwszym przypadku nie zapominajmy o tym, że prawosławni i protestanci potrzebują jedności z Rzymem gwoli swojego zbawienia. W drugiej – nie wahajmy się przyznać, że z nauką Kościoła nie mamy już nic wspólnego i zachowujemy raczej wiarę pan-chrześcijaństwa, a nie wiarę Apostołów.
Konsekwencja to kwestia uczciwości – wobec siebie, wobec bliźnich, wobec Boga.
Paweł Chmielewski