Mocarstwa dzielą tort

Mocarstwa dzielą tort

Łukasz Jastrzębski myslpolska

Na styczniu 2025 roku napisałem: „Być może obserwujemy najciekawsze rozdanie geopolityczne dziesięcioleci. Być może nowy Triumwirat, będzie kształtował nowy podział wpływów na świecie. Kiedyś Wielka Trójka Winston Churchill, Franklin D. Roosevelt i Józef Stalin na Konferencji w Jałcie ustanowiła nowy ład. Tak być może, dzisiaj Xi Jinping, Władimir Putin i Donald Trump ustanowią nowy porządek rzeczy. Takie prawo mocarstw. Nie jest to najgorsze rozwiązanie dla świata.

Dla Polski skonfliktowanej z największym państwem świata, czyli Rosją to złe prognozy. Szaleńcza polityka III RP, zaprowadziła nasz kraj na krawędź obcej wojny. Tak nie musiało być, co pokazują nam o wiele mniejsze państwa jak Węgry czy Słowacja. Oba wyjdą w razie porozumienia mocarstw znacznie lepiej niż Polska. Niezależnie od tego, którą opcję wybiorą”.

Wielu Kolegów wtedy szydziło, że nigdy Rosja nie pozwoli ruszyć swoich sojuszników w Ameryce Południowej. Koledzy się zaklinali, że Rosja nie odpuści północnej półkuli. Inni zaś twierdzili, że Stany Zjednoczone nie dają wolnej ręki Rosji w sprawie Ukrainy. Że układy między Federacją Rosyjską a Stanami Zjednoczonymi to zupełna fikcja. Świat wygląda jednak inaczej, niż na obrazkach pokazywany w telewizji.

„Bo sojusz wielkich, to nie zmowa
To przyszłość świata – wolność, ład
Przy nim i słaby się uchowa
I swoją część odbierze – strat”

Właśnie runął globalny porządek, do którego przywykliśmy przez ostatnie dziesiątki lat. Powróciła dziewiętnastowieczna doktryna Monroe z wszystkimi konsekwencjami, które z sobą niesie. Małe państwa i narody zależą od polityki mocarstw. Może nie jest to atrakcyjne, ale jest faktem. I żadne święte oburzenie, pohukiwania i Reytanowie targający koszule i wrzeszczący, że nie pozwalają – niczego tutaj nie zmienią. Oflagowanie profilu w mediach społecznościowych niewiele zmienia.

Jest tak jak jest, a nie tak jakbyśmy chcieli by było. Mamy oczywiście do czynienia z podeptaniem prawa, imperialistycznym myśleniem, brutalną siłą i skrajnym egoizmem państwowym ze strony Stanów Zjednoczonych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy, że realnym powodem agresji na Wenezuelę i porwania prezydenta Nicolasa Maduro były „dowody” przedstawione przez prezydenta Donalda Trumpa. Tak jak nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w oficjalne insynuacje dotyczące w przeszłości Iraku i Saddama Husajna, Libii i Muammara Kaddafiego czy Syrii i Baszszara al-Asada. Ich wyimaginowane i realne winy był tylko i wyłącznie pretekstem.

Oczywiście, że atak na Wenezuele jest w interesie koncernów naftowych i banksterów, którzy są zainteresowani ich złożami ropy naftowej. Ale pierwszorzędną „winą” Wenezueli jest to, że znalazła się w amerykańskiej strefie wpływów. To ostrzeżenie dla Kolumbii, Nikaragui czy Kuby. Będę musiały się ułożyć z Stanami Zjednoczonymi, bo reszta świata – nawet ta sojusznicza – najwyżej się oburzy i opublikuje protest. Wystarczy przypomnieć sobie Syrię i jej przywódcę Baszszara al-Asada.

Żelazny Kanclerz Otto von Bismarck powiedział, a przynajmniej przypisuje mu się powiedzenie, że „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i kiełbasę”. Miał rację, bo większość stałaby się apolitycznymi weganami. To nie są zawody olimpijskie. Tutaj nie liczy się gra fair play i styl, tylko wynik. Ekscentryczny Donald Trump pokazał, że jest przywódcą skutecznym. W czasie gdy wiele mądrych głów na całym globie analizuje jego sprzeczne wypowiedzi, on konsekwentnie realizuje swoje cele. Działa na rzecz swojego państwa. Prezydenci Putin i Trump przemeblowali architekturę świata jaka znaliśmy.

Rosja się stanowczo oburzy i potępi nieakceptowalne działania Stanów Zjednoczonych. Być może da schronienie jakimś wenezuelskim urzędnikom czasów Nicolasa Maduro jak wcześniej dała Wiktorowi Janukowyczowi lub Baszszarowi al-Asadowi. I na tym się skończy zaangażowanie Moskwy. Chiny mają zdecydowanie większy problem bo Wenezuela to ich alternatywny dostawca ropy. Wbrew pozorom dla USA lepsza jest sytuacja, gdy Rosja stanie się jedynym znaczącym dostawcą tego surowca do Państwa Środka. Wtedy gra globalna staje się wtedy mniej skomplikowana dla Waszyngtonu. To co wydarzyło się w Wenezueli zaniepokoiło co oczywiste wspomnianą Kolumbię, Nikaraguę i Kubę. Ale głownie powinien zaniepokojony być Iran. Dzisiaj Teheran pozostał jedyną realną alternatywą na dostarczanie ropy Pekinowi. I to właśnie Iran może stać się areną jednej z najbliższych wojen sprowokowanych przez Stany Zjednoczone.

Stąd moim zdaniem dalsze pompowanie kasy w projekt Izrael. Dlatego pozwolono Izraelowi uznać państwowość Somali-landu w Afryce, a tym samym kontrolować w znaczny sposób Morze Czerwone. On będzie niezbędny w rozgrywce z Iranem. Chiny na razie milczą. Pekin nie lubi nerwowych i pochopnych ruchów. Komunistyczna Partia Chin – przynajmniej z nazwy – dzisiaj kalkuluje jak zareagować. Jednak żadnych radykalnych kroków moim zdaniem nie będzie. Chiny dzisiaj już zapewne analizują kiedy i z jaką siłą przeprowadzić specjalną operację wojskową na Tajwanie. Ta będzie dla Stanów Zjednoczonych naprawdę bolesna, ale moim zdaniem będą musieć połknąć tę żabę. Świat podzielony na strefy wymaga również od imperiów ustępliwości.

Oczywiście, że pogwałcenie prawa międzynarodowego przez jedno państwo [artykułu 2.4 Karty Narodów Zjednoczonych] w teorii nie uznaje prawda innego państwa do jego łamania. To tylko teoria. W praktyce ten precedens daje wolną rękę pozostałym graczom globalnym, jak i ośmiela mocarstwa lokalne. Ten przekaz na pewno zrozumiała Federacja Rosyjska i Chiny. Świadome swojej roli są również Indie, Turcja a nawet Izrael.

Nie rozumie lub nie chce zrozumieć Nowej Architektury Świata zbiurokratyzowana i naszpikowana odrealnionymi dziwactwami Unia Europejska. Politycy rządzący moim krajem są w awangardzie tych, którzy nie rozumieją, a nawet bardziej nie chcą zrozumieć obecnej sytuacji. Próbują stroić największego swojego sojusznika z NATO w piórka, które ten odrzucił. Ta niezgoda na to co realne wynika z konieczności uznania pozycji Rosji w obszarze postradzieckim. Politycy w Polsce boją się prowadzić politykę zbliżoną do tej węgierskiej, słowackiej, a nawet czeskiej.

Działania USA wywołują naturalny sprzeciw i wewnętrzna niezgodę. Tylko co z tego wynika? Może nam się nie podobać kierunek w jakim zmierza świat. Tak jak może się nie podobać kierunek w którym płynie rzeka. Ale naszym polskim kijkiem nie zawrócimy biegu tej rzeki. Na politykę światową i krajową należy patrzeć endecko czyli przez pryzmat narodu. Kierujmy się mądrym głosem prymasa Stefana Wyszyńskiego: „Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. Chciejmy patrzeć w ziemię ojczystą (…) Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie „zbawiania świata” kosztem własnej ojczyzny.” Działania Amerykanów w Wenezueli nie są naszą polską sprawą, tak jak działania Rosjan na Ukrainie nie są naszą polską sprawą. My oczywiście jako Polacy odczuwamy reperkusje wojenne, ale istotne jest to, by wszelkie konflikty trzymać jak najdalej od sprawy polskiej.

Trzeba się pogodzić z okolicznościami i spróbować je przekuć na bezpieczeństwo i zyski dla naszego narodu. Polska nie powinna iść na konfrontacje z żadnym z globalnych graczy. W interesie Polski był i jest pokój z sąsiadami i spokój w naszym regionie. Nasze położenie przez wieki było przekleństwem, zresztą w znacznej mierze z nieroztropności i ciągotek insurekcyjnych naszego narodu. Zamiast miejsca kolejnych insurekcyjnych ruchawek i terenu zgniotu powinniśmy stać się złotą klamrą. Miejscem spotkań Wschodu i Zachodu. To u nas ze względu na położenie powinny odbywać się rozmowy, negocjacje, handel. Do tego jednak potrzeba odrobiny racjonalizmu, elastyczności i politycznego cynizmu.

Łukasz Jastrzębski