Ludzkość [materialnie] donikąd nie zmierza

Paweł Chmielewski: Ludzkość donikąd nie zmierza

3 listopada 2026 Paweł Chmielewski pch24/pawel-chmielewski-ludzkosc-donikad-nie-zmierza

Udostępnij:

IoT.jpg
fot. pixabay.com / ai generated

Dokąd zmierza ludzkość? Otóż nie „zmierza” donikąd. Postęp rozumiany w kategoriach technologiczno-materialnych jest bez większego znaczenia. W życiu człowieka ważny jest wyłącznie postęp moralny. „Nasza” cywilizacja jest jednak tak silnie ateistyczna, że kompletnie o tym zapomniała – i za postęp bierze to, co jest często tylko konsekwencją grzechu pierworodnego.

————————————

[nasza cywilizacją jest Cywilizacja Łacińska. To sługi Szatana gwałtem wciskają anty-cywilizację globalną. MD]

===================================

Jesteśmy przekonani, że świat idzie naprzód; że zmierzamy do coraz lepszego życia. To bardzo głupia idea, a w dodatku – co najgorsze – dosyć nowa. Przez większość naszych dziejów uważaliśmy, że się staczamy. Dziś rzeczywiście się staczamy, ale uważamy odwrotnie. Jak to możliwe?

Przekonanie, że świat idzie naprzód, jest czysto ateistyczne. Wierzyć w postęp mogą jedynie ci, którzy skupiają się na materialnym dobrobycie. Pewnie, że posiadamy dziś więcej, niż w przeszłości. Czy to oznacza, że dokonaliśmy jakiegoś rozwoju? Niekoniecznie.

Upadek albo centrum w Chrystusie

Na przykład starożytni Hellenowie uważali, że jest coraz gorzej. Wielki poeta Hezjod, ojciec naszej literackiej cywilizacji, uważał własną epokę za podły czas żelaza, naznaczony bólem, trudem i nieznośnym cierpieniem. Wcześniej, uważał autor „Pracy i dni”, było lepiej – im dalej w przeszłość, tym bliżej doskonałości, aż po szczęśliwy wiek złoty.

Ten schemat postępującego upadku jest obecny również w Księdze Rodzaju. Pan Bóg zamyśla człowieczeństwo jako szczęśliwe, ale ludzie grzeszą i tracą raj. Kolejne pokolenia są coraz lichsze. Ludzie pogrążają się w niemoralności i żyją coraz krócej. Noe żył prawie tysiąc lat, Abraham już niespełna 200, a my zwykle nie dożywamy nawet setki. To konsekwencja upadku.

Chrześcijaństwo zrelatywizowało ten opis upadku. Ostatecznie Bóg stał się człowiekiem. Jezus Chrystus żył w określonym momencie historycznym. Trudno byłoby zatem mówić o nieustannym pogorszeniu. Zmienia się spojrzenie: chrześcijaństwo przestaje myśleć linearnie. Życie Jezusa Chrystusa staje się centrum. Jest słońcem, które wszystko oświetla. W pewnym sensie nie ma już czasu, bo czas się wypełnił. Chrystus jest ideałem. Odtąd w życiu ludzkim to jest postępem, co zbliża do Chrystusa, a to regresem, co od niego oddala. Rozwój materialny jest sam w sobie irrelewantny. Historia ludzkości ma wprawdzie cel, ale ten cel jest transcendentny. Traktowanie historii w kategoriach postępu materialnego to swoista herezja immanentyzmu. Z perspektywy chrześcijańskiej, postęp technologiczno-materialny jest raczej zmianą – zmienia się sposób praktycznego odniesienia człowieka do świata, ale żadnej zmianie nie ulega natura rzeczy. 

Chrześcijańskie myślenie zostało niemal całkowicie wyparte – także z naszej umysłowości. Wprawdzie każdemu zdarz się powiedzieć, że „kiedyś było lepiej”, ale nie mamy na myśli ani Hezjodowego „złotego wieku”, ani też doskonałości moralnej skupionej w Chrystusie; narzekamy raczej na trudność odnalezienia się w zmieniającym się świecie. Docelowo jednak uważamy, że jest lepiej – bo jest lepiej materialnie. Wierzymy w postęp; uważamy, że człowiek do czegoś zmierza; że cywilizacja ma jakiś określony bieg. 

Powtarzam, to perspektywa ateistyczna. W dodatku nieprawdziwa.

Postęp? Ale dla kogo?

W XV wieku wynaleziono na Zachodzie druk. Wspaniała sprawa, pozwoliła na upowszechnienie wiedzy. A jednak druk pozwolił zarazem na upowszechnienie kłamstw na wielką. Nie byłoby rewolucji protestanckiej, gdyby nie druk – fałszywe idee mogły szerzyć się z niezwykłą szybkością. Gdyby nie było rewolucji protestanckiej, nie byłoby na tę skalę straszliwych wojen, zwłaszcza wojny trzydziestoletniej. Co zniszczenie Europy w czasie tej rzezi miało wspólnego z postępem? Mimo to Kościół katolicki od samego początku wykorzystywał druk. Co miałby zrobić? Narzędzie jest narzędziem, służy dobremu i złemu. Jeżeli nie wykorzysta się go dla dobra, zostanie wykorzystane tylko dla zła i zło zatriumfuje. Korzystanie z narzędzia nie jest jednak w ścisłym sensie postępem. Jest raczej koniecznością. 

Podobnie jest z medycyną. Pozwala ratować ludzkie życia, to świetnie. Z drugiej strony, właśnie dzięki nowoczesnej medycynie, możliwa jest też aborcja na masową skalę. Obecnie każdego roku abortowanych jest ponad 70 mln dzieci – a do tego dochodzą kolejne miliony aborcji nieraportowanych, na przykład poprzez przyjęcie pigułek wczesnoporonnych. Czy z perspektywy całej ludzkości to dobrze, że mamy nowoczesną medycynę? Można uniknąć zarazy, ale można też skuteczniej zabijać. Dla jednych nowoczesna medycyna jest zatem błogosławieństwem, a dla innych przekleństwem. Trudno w tym świetle uznać rozwój tej medycyny za „postęp” w czystym sensie. 

Dziś żyjemy w cywilizacji technologicznej, w której internet zastąpił druk, a wiele diagnoz medycznych zamiast lekarzy może postawić program AI. Ludzkość spędza długie godziny dziennie w sieci, często konsumując idiotyczne treści. Z badań wynika jednoznacznie, że aktualnie po prostu i zupełnie dosłownie głupiejemy. Tak zwane „pokolenie Z” jest mierzalnie głupsze, niż wcześniejsze pokolenia. Z badań wynika, że ludzie, którzy dorastali z internetem w ręku, notują gorsze wyniki w testach inteligencji i zdolności poznawczych. Nie ma jeszcze pełnych wyników dotyczących ludzi dorastających ze smartfonami i AI. Nie trzeba jednak być geniuszem, żeby przewidzieć rozwój wypadków: osobnik, który godzinami scrolluje Tik-Toka, a nawet najprostsze zadania intelektualne ceduje na ChatGPT, będzie statystycznie jeszcze głupszy, niż „zetka”, która w swoim procesie edukacyjnym mimo wszystko musiała czasem pomyśleć, a Tik-Toka uruchomiła dopiero w wieku kilkunastu, a nie kilku lat.

Obojętność rozwoju

Z postępem technologicznym jest jak z bronią. Służy do obrony, ale służy też do zabijania. Dobrze jest skutecznie zastrzelić napastnika. Trudno jednak uznać, że wynalezienie karabinu maszynowego jest „postępem ludzkości”. Nie możemy zarazem zrezygnować z karabinów maszynowych – bo inni przecież też je mają. Postęp materialno-technologiczny nie jest tylko drogą rozumowego wzrastania w panowaniu nad ziemią. Postęp jest w znacznej części niewolą – jesteśmy zmuszeni do zmiany, bo inni się zmieniają i mogą nas dzięki temu zdominować albo zabić. W tym sensie konieczność postępu to raczej konsekwencja grzechu pierworodnego.

Postęp nie jest wewnętrznie dobry. Jest irrelewantny. Bywa tak, że może być po prostu szkodliwy – pojawiają się rzeczy, które obiektywnie szkodzą, ale musimy ich używać, bo inni to robią. Tak jest dziś z AI. Wielu ekspertów wskazuje, że należałoby spowolnić rozwój AI – ale nie da się tego zrobić, bo jeżeli Amerykanie i Europejczycy zwolnią, to Chińczycy nas prześcigną, a w domyśle – dzięki temu nas zdominują. Robimy więc coś, co nam szkodzi – bo chcemy dotrzymać kroku przeciwnikom, a docelowo ich po prostu zdominować. Pułapka bez wyjścia.

Dlatego jest ważne, by uświadomić sobie, iż nasze przekonanie o postępie jest po prostu próbą racjonalizacji własnego modelu życia. Hezjod mógł się mylić, kiedy widział dzieje ludzkości w ciągłym upadku od mitycznego wieku złotego. Augustyn i św. Tomasz mieli jednak rację, kiedy wskazywali na jedyną doskonałość – Jezusa Chrystusa. To jest miara człowieczeństwa. Dzięki postępowi raczej nie jesteśmy lepsi od naszych przodków. Być może jesteśmy nawet gorsi. Na pewno jesteśmy jednak dokładnie tacy sami wobec jedynego faktu, który ma w życiu człowieka i w historii ludzkości jakiekolwiek znaczenie – wobec daru życia wiecznego. Wychowując dzieci w dobie gwałtownego rozwoju technologiczno-materialnego, musimy im (i sobie) wciąż o tym przypominać: nie ma znaczenia, że żyjesz bogaciej i łatwiej. Znaczenie ma naprawdę tylko to, czy zostaniesz zbawiony. Łatwo o tym zapomnieć. Niepamięć o zbawieniu – to nie jest postęp; to jest prawdziwy regres.

Paweł Chmielewski

Cywilizacja śmierci a weterynarz

Cywilizacja śmierci

Izabela BRODACKA

Proponuję Państwu następujący eksperyment myślowy. Zawozimy chorego psa do weterynarza. Weterynarz ocenia jego stan jako beznadziejny i proponuje uśpienie psa. Nie godzimy się z tą diagnozą szczególnie, że inna klinika obiecała nam podjąć się leczenia pupila. Chcemy więc zabrać psa ale weterynarz się nie zgadza. Twierdzi, że prawo nakazuje mu uśpienie zwierzęcia i wbrew naszym protestom robi to w naszej obecności.

Coś takiego wydaje się nam wszystkim niewyobrażalne. Gdyby weterynarz postąpił w taki sposób, zostałby odsądzony od czci i wiary przez obrońców zwierząt i z pewnością przegrałby sprawę sądową wytoczoną mu przez właściciela psa.

Opisuję tak szczegółowo to hipotetyczne zdarzenie aby podkreślić niewyobrażalne dla mnie przeżycia moich znajomych. Otóż ich brat miał we Włoszech wypadek samochodowy w wyniku którego doznał ciężkiego urazu czaszki. Przewieziono go do szpitala. Gdy rodzina dotarła do Włoch okazało się, że pacjent jest już przeznaczony do pobrania narządów i wentyluje się tylko jego ciało nie zajmując się mózgiem. Nie próbowano usunąć krwiaka, nie udrożniono naczyń krwionośnych odżywiających mózg, właściwie nic nie zrobiono. Indagowany w kwestii tych zaniedbań ordynator wykrzykiwał: „zrozumcie, to jest trup” i żądał podpisania zgody na pobranie narządów powołując się na opinię bliżej nieokreślonego konsylium.

Tu dopiero zaczyna się horror. Rodzina postanowiła przenieść pacjenta do innej kliniki, a potem transportować do Polski w nadziei, że doktor Talar, któremu udało się przywrócić do normalnego życia przeszło tysiąc osób ze stwierdzoną przez lekarzy tak zwaną „ śmiercią mózgową” zechce się nim zająć. Ordynator jednak stanowczo odmówił przewiezienia pacjenta do innej placówki oświadczając, że prawo nie tylko mu pozwala lecz nawet każe odłączyć pacjenta od respiratora. Następnego dnia o określonej przez samego siebie godzinie wyrwał choremu z tchawicy rurkę respiratora. Zaszokowana rodzina widziała jak chory umiera dusząc się. Trudno sobie wyobrazić większe okrucieństwo. W retorsji rodzina odmówiła zgody na pobranie od chorego narządów, ale na to też znalazł się sposób. Prokurator badający sprawę wypadku zażądał sekcji zwłok, a co potem działo się z ciałem ofiary tego nikt nie wie. Rodzina otrzymała zwłoki w zalutowanej trumnie z prokuratorskim zakazem otwierania tej trumny.

W filmach, szczególnie amerykańskich obserwujemy nieodmiennie scenę gdy karetka przywozi rannego do szpitala a lekarze biegną obok wózka wiozącego go na salę operacyjną, podając mu w biegu tlen i kroplówki. Wiemy doskonale, że to literacka fikcja. W polskich realiach pacjent trafia do selekcji, selekcjonerem bywa zwykły sanitariusz, potem chory czeka w poczekalni na swoją kolejkę, czasem spadając z krzesła na podłogę albo nawet umierając.

Nie sposób teraz ustalić czy ofiara wypadku samochodowego we Włoszech mogła być uratowana. Przyjmijmy, że lekarze mieli rację i stan pacjenta był beznadziejny. Jakim prawem jednak zatrzymali go siłą i zamordowali. Wyjęcie rurki respiratora nie oddychającemu samodzielnie pacjentowi to wykonanie wyroku śmierci wydanego nie przez sąd lecz przez przypadkowych lekarzy być może zainteresowanych finansowo uzyskaniem od chorego narządów. I pomyśleć, że na karę śmierci sąd nie może skazać w Europie żadnego, nawet najbardziej okrutnego przestępcy. Natomiast sąd brytyjski skazał na śmierć malutkiego Alfiego Evansa zezwalając na odłączenie dziecka od aparatury podtrzymującej życie i zalecając w razie konieczności podanie mu zastrzyku z trucizną. Można by zrozumieć, że lekarze postanowili odłączyć dziecko, bo i tak nie rokuje, a brakuje im sprzętu dla innych dzieci. Jakim jednak prawem uniemożliwili rodzicom przewiezienie synka do innej kliniki. Córka Ewy Błaszczyk żyje w śpiączce dość długo i chyba nie wyobrażamy sobie, że ktoś chciałby ją w majestacie prawa zabić.

Rodzicom, którzy dali dziecku klapsa odbiera się prawa rodzicielskie. W tym przypadku to rodzicom odebrano prawa rodzicielskie, bo nie godzili się na zabicie dziecka. Co więcej policja nie dopuszczała ich do synka. Rodzice mają przecież konstytucyjne prawo do decydowania o sposobie leczenia dziecka, w tym mają prawo przenieść je do innej placówki zapewniającej ich zdaniem lepszą opiekę. Co więcej- pielęgniarka szkolna nie może bez zgody rodziców podać dziecku nawet aspiryny. Brytyjscy lekarze uznając, że chłopiec jest nieuleczalnie chory, choć nie potrafili go jednoznacznie zdiagnozować, nie pozwolili przewieźć go do kliniki we Włoszech, która deklarowała chęć leczenia Alfiego, a w razie konieczności bezpłatną opiekę nad nim do końca życia. Odmowę przewiezienia dziecka do włoskiej kliniki uzasadniono stwierdzeniem, że transport może zaszkodzić jego zdrowiu co w tej sytuacji brzmi jak ponury żart.

Zdaniem katów, którzy ośmielają się nazywać lekarzami chłopiec miał po odłączeniu od respiratora oddychać tylko trzy minuty. Oddychał jednak samodzielnie przez kilkanaście godzin. W tym czasie nie podawano mu żadnych kroplówek, skazując na powolną śmierć z głodu i odwodnienia. Przetrzymywanie dziecka siłą w szpitalu, głodzenie, odmowa podania tlenu to po prostu zwykłe morderstwo. Poparte decyzją sądu, a więc morderstwo sądowe.

Morderstwem było również zatrzymanie siłą we włoskim szpitalu polskiego pacjenta i odłączenie go od respiratora.

Podobne historie zdarzały się również wcześniej. W Łodzi sanitariusze i lekarze zwani „łowcami skór” uśmiercali w okrutny sposób pacjentów podając im paraliżujący mięśnie pavulon . Byli to jednak zwykli przestępcy i zostali za swoje czyny ukarani przez sąd. Tymczasem to sąd brytyjski skazał na śmierć niewinne dwuletnie dziecko.

Cywilizacja śmierci nie dba o jakąkolwiek logikę. W szkole nie można podać dziecku bez zgody rodziców nawet aspiryny, natomiast pigułka poronna ma być udostępniana dzieciom bez zgody rodziców i bez recepty . Rodzicom nie wolno siłą zatrzymać niesfornego nastolatka w domu natomiast szpital może siłą zatrzymać pacjenta tylko po to, żeby go zabić.