Toyota wyłączyła ogrzewanie w 100 tys. samochodów. Rząd Niemiec jest bezlitosny. [efekt cieplarniany]

Toyota wyłączyła ogrzewanie w 100 tys. samochodów. Rząd był bezlitosny

Kupujący Toyoty i Lexusy w Niemczech zostali na lodzie

Właściciele aut produkcji Toyoty w Niemczech mogli się ostatnio spotkać z dość nietypowym problemem. Funkcje ogrzewania postojowego w ich samochodach zostały zdalnie wyłączone.

Marek Stawski 15.01.2026 autoblog.spidersweb.pl/toyota-wylaczyla-ogrzewanie-w-100-tys-samochodow

Subskrypcje na funkcje wyposażenia w samochodach to jeden z najbardziej kontrowersyjnych wynalazków ostatnich lat. Skoro w samochodzie, który kupiłem mam jakieś urządzenie, to czemu mam za nie dopłacać? To pytanie po stokroć zadają sobie teraz właściciele Toyot i Lexusów za naszą zachodnią granicą, którzy za nic nie musieli płacić, a i tak stracili pewną funkcję.

Ogrzewanie postojowe odcięte

Jak podaje niemiecki dziennik Bild, właściciele japońskich aut w Niemczech masowo uskarżają się na nagłą dezaktywację funkcji klimatyzacji/ogrzewania postojowego w ich samochodach. Po włączeniu multimediów w samochodach dostawali oni komunikat od obsługi klienta, że dostęp do owej funkcji został zdalnie wyłączony.

Jako przykład koronny podawany jest pan Stephan, właściciel Lexusa LBX rocznik 2025 z Berlina, który zgłosił się ze swoją historią do dziennika, jednak problem dotyczył dosłownie tysięcy kierowców – w 2025 r. Toyota sprzedała w Niemczech ponad 100 tys. samochodów, choć problem może dotyczyć także starszych egzemplarzy.

Ciepło pozdrawiam wszystkich, którzy przy ujemnych temperaturach tracą możliwość ogrzania auta przed jazdą.

Powodem jest… prawo

Zgodnie z oficjalnym wydarzeniem jest to kwestia „obecnej sytuacji prawnej”. Oczywiście, Bundestag nie przegłosował ustawy nakazującej Toyocie wyłączenie części funkcji w ich samochodach. Chociaż… może jednak?

Dziennikarze Bilda skontaktowali się z przedstawicielami Toyoty w Niemczech. Rzecznik Ralph Muller poinformował ich, że bezpłatna funkcja aplikacji MyToyota i Lexus Link Plus jaką jest „przygotowanie do jazdy” dalej jest dostępna w modelach o napędzie elektrycznym, lub hybrydowym typu plug-in.

Sytuacja komplikuje się dopiero przy modelach o napędzie wyłącznie spalinowym – funkcje przygotowania do jazdy w modelach o tym rodzaju napędu działają jedynie przy włączonym silniku. Wszystko przez konstrukcję aut: w hybrydach typu plug-in i elektrykach ogrzewanie postojowe jest zasilane przez akumulator – jest oddzielnym elementem i działa niezależnie. Zaś w autach spalinowych za to odpowiada silnik spalinowy – a problem w tym, że zgodnie z aktualnym niemieckim ustawodawstwem praca silnika na biegu jałowym bez poruszania się autem jest nieekologiczna, co grozi mandatem.

Oznacza to, że działanie Toyoty miało charakter czysto ochronny wobec kierowców – chcieli uchronić kierowców od niepotrzebnych mandatów (nawet jeżeli nie ma czegoś takiego, jak potrzebne mandaty). Do tego, jako że prawo w tej kwestii przekroju ogólnoeuropejskim jest skomplikowanym, Toyota ma informować o możliwości wyłączenia tej funkcji w odpowiednich informatorach – pewnie jednych z tych rzeczy, których nikt nie czyta, a każdy klika, że przeczytał.

Jak sobie z tym poradzić?

Dalej za panem rzecznikiem Toyoty: podaje on, że rozwiązaniem jest przeróbka tradycyjnego ogrzewania. Chociaż zwiększa to wagę samochodu o 10 kilogramów i nie posiada tak zaawansowanego systemu oczyszczania spalin, miałoby to być legalne. Wspomniany wyżej pan Stephan z Berlina zwrócił się już do Toyoty o pomoc, choćby w postaci zniżki na przeróbkę ogrzewania. Odpowiedział mu konsultant ds. sprzedaży Lexusa w formie maila – dowiedział się, że producent „nie widzi podstaw do roszczeń z tytułu gwarancji na wady ani innych odszkodowań”.

Kupujący Toyoty i Lexusy w Niemczech zostali zatem na lodzie – i to dosłownie, bo nie mają jak ogrzać samochodów przed porannym wyjazdem do pracy w zimę. I choć nie jestem osobą, która podchodzi szczególnie sceptycznie do ekologii, to to już jest przesada – pewnie najlepiej by było, żeby pan Stephan ogrzewał się w drodze do pracy wtulając się we współpasażerów w autobusie.

Niemcy znoszą strefy niskiej emisji. Czy Polska pójdzie w ich ślady i zlikwiduje SCT?

Niemcy znoszą strefy niskiej emisji. Czy Polska pójdzie w ich ślady i zlikwiduje SCT?

[M. Dakowski: Muszę umieścić w oryginale – ani ze stylem, ani z gadaniem o 'ekolo’ oczywiście się nie zgadzam. Ale fakt -odnotowuję. Z satysfakcją]

Tomasz Nowicki 2025-03-01 https://francuskie.pl/niemcy-znosza-strefy-niskiej-emisji-czy-polska-pojdzie-w-ich-slady-i-zlikwiduje-sct/

Coraz więcej miast w Niemczech rezygnuje ze stref niskiej emisji (ZFE), a trend ten zdaje się zyskiwać na sile. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad dziesięć niemieckich metropolii ponownie otworzyło swoje centra na swobodny ruch samochodowy, bez żadnych ograniczeń dotyczących wieku pojazdów, typu napędu czy poziomu emisji spalin.

W niemieckich miastach takich jak Hanower, Mannheim, Mühlheim, Heidenheim an der Brenz, Heilbronn, Herrenberg, Leonberg, Reutlingen, Tubingue, Neu-Ulm oraz Ulm, strefy niskiej emisji zostały zniesione. Oznacza to, że każdy pojazd – niezależnie od jego napędu czy emisji CO2 – może wjeżdżać i parkować w tych aglomeracjach, bez konieczności posiadania specjalnej winiety.

I nie są to nie pierwsze miasta, które podejmują tę decyzję, ponieważ już w 2023 roku osiem ośrodków, w tym Karlsruhe, zniosło podobne ograniczenia. W wyniku tego, z 56 stref niskiej emisji, jakie istniały w Niemczech dwa lata temu, zostało ich już tylko 37.

Warto przeczytać!

Limity emisji CO2 w Unii Europejskiej nie spowodują polepszenia jakości powietrza, ale miliardy zarobi Tesla

2025-02-09

Zmiana ta jest wynikiem znaczącej poprawy jakości powietrza w miastach. Wiele z tych aglomeracji odnotowało spadek poziomu dwutlenku azotu oraz cząsteczek stałych, które obecnie są poniżej dopuszczalnych norm unijnych. Na przykład w Tubingue poziom cząsteczek stałych spadł o połowę w porównaniu do 1995 roku, a poziom dwutlenku azotu zmniejszył się o 50%. To efekt programów modernizacji źródeł ciepła.

Polskie Strefy Czystego Transportu – czy zmiana kursu jest możliwa?

W przeciwieństwie do Niemiec, w Polsce wciąż trwają prace nad wprowadzaniem tzw. Stref Czystego Transportu (SCT) w większych miastach. Wprowadzenie tych stref jest częścią planu poprawy jakości powietrza, który ma na celu ograniczenie wjazdu do centrów miast samochodów generujących wysokie emisje spalin. W praktyce oznacza to, że starsze pojazdy, które nie spełniają norm emisji, mogą zostać wykluczone z ruchu w określonych obszarach miast.

Niekiedy, jak w przypadku Krakowa, starsze samochody mają mieć zakaz poruszania się na całym obszarze miasta, co budzi zrozumiałe obawy i protesty zarówno mieszkańców jak i władz gmin ościennych. Samochody nie są bowiem ani głównym ani jedynym źródłem zanieczyszczeń powietrza. Widać to szczególnie w okresie zimowym gdy działają źródła ciepła – zwykle wtedy wskaźniki są przekroczone.

Ekologiczny dym w Krakowie. Wszystkie czujniki smogu zielone. Bo one odróżniają postępowe pożary

https://www.mjakmalopolska.pl/artykul/4370,ekologiczny-dym-w-krakowie-czujniki-smogu-zielone

W poniedziałek 7 października około godziny 15-tej spłonął autobus hybrydowy krakowskiej komunikacji miejskiej. Mimo czarnych kłębów dymu, czujniki smogu pokazywały bardzo czyste powietrze. W Internecie pojawiły się żarty, że dym z ekologicznych autobusów jest tak ekologiczny, że nie powoduje smogu.

Uwagę na tę ciekawostkę zwrócił Bartłomiej Krzych, który od lat uważa, że pomiary i mapki zanieczyszczeń powietrza są wykorzystywane do straszenia ludzi smogiem oraz są pretekstem zakazywania kominków i aut spalinowych. Na Facebooku napisał:

– Taka ciekawostka. Zjarał się dziś ekologiczny autobus hybrydowy w Krakowie, ale na mapie jakości powietrza wszystko jest zielone i smogu nie ma. Bo to właśnie nie od ilości dymu a od głównie pogody zależy jakie mamy powietrze. Oczywiście te czujniki Airly to też pokazują sobie czasem co chcą.

W komentarzu dodał:

– Ponoć w radio mówili, że ten dym nieszkodliwy… no proszę, dym z drewna z kominka zabija najmocniej, ale ze spalonego autobusu to uzdrawia.

MEMy alarmowo-interwencyjne, wymuszone

[zbiornik retencyjny = zaporowy, idiotko zakłamana... W dawnych czasach mówiło się o takich ideolo-kretynkach, że im w głowie króliki … urządzają erotyczne tańce. Teraz są to złote algi.. md]


[kolego, bez nerwów.. na Białorusi tak bezczelnie jednak nie jest. MD]

[ot, jak babsko wykręca mokrego kota ogonem..md]

—————————–

Ryby ważniejsze od ludzi? Rząd w walce o los złotej algi…

Ryby ważniejsze od ludzi? Czy „rządowi ekolodzy” celowo nie opróżniali zbiorników retencyjnych przed ulewami z powodu złotej algi?

autor: admin (2024-09-22 ) ryby-wazniejsze-od-ludzi

[to taki dwuznaczny tekścik, ale z braku lepszego… MD]

W ostatnich dniach Wody Polskie znalazły się w ogniu krytyki w związku z nieprzygotowaniem zbiorników retencyjnych na Nysie Kłodzkiej na nadchodzącą falę powodziową. Mimo ostrzeżeń o dużych opadach, zbiorniki nie zostały opróżnione, co w efekcie doprowadziło do trudnej sytuacji na terenach zalewowych. W odpowiedzi na zarzuty, Wody Polskie wydały kilka komunikatów, w których wyjaśniają swoje decyzje, tłumacząc się m.in. zmianami prognoz oraz koniecznością przeciwdziałania zakwitowi tzw. złotej algi.

Jednym z głównych argumentów Wód Polskich było powołanie się na prognozy meteorologiczne, które na początku września nie wskazywały na tak ekstremalne warunki pogodowe. Według komunikatu instytucji, prognozy na dzień 13 września pokazywały jedynie niski stan wód, co miało mieścić się w granicach koryt rzecznych. Dopiero w dniach 12-16 września sytuacja zmieniła się drastycznie – opady przekroczyły 300 mm w Kotlinie Kłodzkiej, co znacznie przewyższało wcześniejsze szacunki, w których mowa była o wodach powodziowych o prawdopodobieństwie wystąpienia raz na 200 lat . Wody Polskie tłumaczyły, że decyzje były podejmowane na podstawie dostępnych danych, które ulegały dynamicznym zmianom.

Drugim istotnym aspektem, na który zwrócono uwagę, była konieczność zapobiegania rozwojowi złotej algi. Prymnesium parvum, czyli złota alga, to gatunek glonów, który w warunkach sprzyjających – takich jak zasolenie wody i wysokie temperatury – może powodować toksyczne zakwity. Glon ten wytwarza substancje trujące dla organizmów wodnych, co prowadzi do masowego śnięcia ryb, jak to miało miejsce w Odrze w 2022 roku . Wody Polskie powołują się na zalecenia Międzyresortowego Zespołu ds. Odry, który zalecał odpowiednie zarządzanie zbiornikami wodnymi w celu zapobiegania zakwitowi algi, co wymagało ograniczenia przepływów i retencji wody.

Decyzja o utrzymaniu odpowiednich poziomów wody w zbiornikach była więc związana z dbałością o środowisko wodne i zapobieżeniem kolejnym ekologicznym katastrofom. Jak tłumaczy instytucja, wypuszczenie większych ilości wody mogłoby przyczynić się do wzrostu poziomu zasolenia, co byłoby idealnymi warunkami dla złotej algi. To jednak stawia pytanie: czy środki zapobiegawcze wobec zagrożeń ekologicznych mogą usprawiedliwiać potencjalne ryzyko powodziowe?

Jakby tego było mało, Wody Polskie poinformowały również o dwóch poważnych awariach zbiorników w trakcie trwania ekstremalnych opadów deszczu. Problemy te miały miejsce na zbiornikach Stronie Śląskie oraz Topola, co dodatkowo komplikowało zarządzanie kaskadą Nysy Kłodzkiej. Awaria zbiornika Topola na szczęście nie spowodowała zagrożenia dla miejscowości poniżej, gdyż całą falę powodziową przejęły zbiorniki Otmuchów i Nysa.

Cała sytuacja z pewnością wywołuje debatę nad skutecznością zarządzania wodami retencyjnymi w Polsce. Na przykładzie Nysy Kłodzkiej widać, jak złożony jest proces podejmowania decyzji, które dotyczą zarówno bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochrony środowiska. Z jednej strony, nieprzewidywalność warunków pogodowych zaskoczyła nawet specjalistów, z drugiej – rozwój złotej algi w wodach zbiorników również stanowi realne zagrożenie. W przyszłości być może potrzebne będą bardziej zaawansowane technologie prognozowania i zarządzania zasobami wodnymi, które uwzględnią zarówno aspekty ekologiczne, jak i zagrożenia dla ludności.

Wypuszczenie dżina z butelki

Wypuszczenie dżina z butelki

Izabela Brodacka

Swego czasu zajmowałam się ekologią. Teraz wstyd się do tego przyznawać. Uczestniczyłam w pracach zespołu wydającego bezdebitowe pisemko „ Serwis ochrony środowiska” [SOŚ]. Mam swój rozdział w książce Anny Kalinowskiej „ „Ekologia wybór przyszłości”. Anna Kalinowska jest autentycznym, rzetelnym naukowcem. Przez 25 lat kierowała Centrum Badań nad Środowiskiem i Zrównoważonym Rozwojem na Uniwersytecie Warszawskim. Pisemko „Serwis ochrony środowiska” zajmowało się prawdziwą ekologią a nie ekologiczną ideologią. W czasach realnego socjalizmu ekologia z trudem przebijała się do głównego nurtu problemów społecznych. Góry i jeziora były zasypane śmieciami. Rolnicy nagminnie stosowali pestycydy i herbicydy sypiąc je na pole gołą ręką, bez żadnej kontroli. Zatruwali w ten sposób nie tylko konsumentów produkowanej żywności, lecz sami też często padali ofiarą zatrucia i chorób cywilizacyjnych.

Mój niepokój zaczęło budzić stwierdzenie faktu, że po wybuchu tak zwanej niepodległości, czyli po 1989 roku, nowe władze zaczęły intensywnie popierać i promować wszelkie organizacje pozarządowe, tak zwane NGO. Przy czym im bardziej odjazdowy był ten ruch i im bardziej absurdalne postulaty stawiał, tym łatwiej było mu zdobyć środki na swoją działalność. Jednym z pierwszych otrzeźwiających mnie wydarzeń było spotkanie mnożących się wówczas jak króliki ruchów ekologicznych w Kolumnie pod Łodzią, podczas którego miałyśmy z Anią Kalinowską prowadzić warsztaty ekologiczne. Do ośrodka zgłosiły się tłumy bardzo sympatycznej młodzieży, chętnie śpiewali przy ognisku, lecz na ogół nie odróżniali jodły od sosny i pszenicy od żyta. Warsztaty przybrały formę wycieczek, podczas których Ania uczyła uczestników rozpoznawania roślin. Było kilka referatów, których przesłania oczywiście nie pamiętam i kilka miłych wieczorów spędzonych przy dźwięku gitary. To nie było jeszcze tak bardzo niepokojące, młodzież często traktowała spotkania różnych ruchów i organizacji jako formę tanich wczasów. Wiele młodych osób podobnie traktowało wyjazdy oazowe, czy papieskie „ dni młodzieży”.

Kolejnym kubłem zimnej wody był dla mnie zjazd ogromnej liczby ekologów z bożej łaski protestujących przeciwko posadowieniu elektrowni jądrowej w Darłowie. W kwestii energetyki jądrowej mam zupełnie inne zdanie niż większość prawicowych ugrupowań, lecz w tym tekście nie ma miejsca ani okazji do przedstawienia moich racji. Argument, że optujący za energetyką jądrową ludzie nie mają pojęcia o czym mówią bo są na ogół z wykształcenia historykami, socjologami lub psychologami można uznać za nieelegancki bo należący do kategorii tak zwanych argumentów „ad hominem”.

Przeciwnicy energetyki jądrowej przerazili mnie jednak jeszcze bardziej niż jej zwolennicy. Otóż podstawowym argumentem przeciwko tej lokalizacji elektrowni jądrowej było przeświadczenie, że zrzuty gorącej wody do Bałtyku będą szkodliwe dla planktonu. Ten argument wpisano również do protokołu końcowego, którego nie podpisałam i wyjechałam z niesmakiem. Było to niedługo po katastrofie w Czarnobylu. Brytyjski film pokazywał rosyjskie domy opieki w których przetrzymywano i głodzono potwornie zniekształcone dzieci urodzone przez matki napromieniowane podczas tego wybuchu.

Bardzo lubię wszelkie zwierzątka w tym plankton. A poważnie – dobrze rozumiem, że wyginiecie planktonu może wywołać poprzez efekt domina nie tylko ekologiczną lecz społeczną katastrofę. Inaczej mówiąc – ekologiczną w sensie, w jakim ja postrzegam ekologię. Wyginięcie planktonu może, przerywając łańcuch pokarmowy, doprowadzić do wyginięcia wielu gatunków, a nawet do powszechnego głodu. Ale przejmowanie się bardziej planktonem niż ludźmi było dla mnie niepokojące. Świadczyło, że ekologia grawituje w kierunku nowej ideologii, nowej zastępczej – jak marksizm – religii. A plankton między innymi w tej ideologii będzie pełnił rolę zastępczego proletariatu.

Jeszcze groźniejszy wydawał mi się zrodzony wówczas trend nazwany potem ekoterroryzmem. Liczne ugrupowania ekologiczne, również drobniejszego płazu (jak to nazywa Stanisław Michalkiewicz) wpadły na pomysł czynnego blokowania różnych inwestycji do czasu przekazania przez inwestora dotacji na ich konto. Aktywiści przykuwali się do drzew czy układali się do snu po środku placu budowy, a gdy na ich konto wpłynęła całkiem legalna zresztą dotacja odstępowali od akcji. Nie warto nawet wspominać o dotacjach nielegalnych czyli zwykłych łapówkach. Nie docenialiśmy wówczas siły nośnej rodzącej się na naszych oczach zielonej, jak się okazało równie groźnej jak marksizm, ideologii. Traktowaliśmy różne nieprawidłowości jako efekty uboczne każdej formy ludzkiej działalności. Wśród fundacji zajmujących się chorymi dziećmi może znaleźć się złodziej okradający jej konto, wśród obrońców zwierząt są paniusie, które zamiast cieszyć się, że ktoś chce zaopiekować się bezdomnym kotkiem czy psem, przeprowadzają w domu kandydata do adopcji wizje lokalną i nakazują mu modernizację tego domu jako warunek przekazania zwierzęcia, a potem nękają dobroczyńcę wizytacjami. Nie doceniliśmy nadciągającego niebezpieczeństwa.

Myślę, że podobnie mogli czuć się szlacheccy rewolucjoniści marzący o uwłaszczeniu chłopów i broniący ludzi poniżanych przez ich pozycję społeczną, którzy spotkali się oko w oko z sowiecką swołoczą rabującą, gwałcącą kobiety i podpalającą dwory, a potem terroryzującą przez kilkadziesiąt lat społeczeństwo kraju. Słuszna troska stała się zbrodniczą ideologią. Podobnie słuszna troska o środowisko w którym żyjemy, o unikanie chorób cywilizacyjnych związanych z zatruciem tego środowiska, a również o zwierzęta i zachowanie ich gatunków przerodziła się w groźną ideologię dającą pretekst do terroryzowania ludzi. Ideologia ta ma wiele wspólnego z marksizmem. Jest równie głupia i niszcząca dla ludzkości, a jej latający odrzutowcami guru nie stosują się do propagowanych przez siebie idiotycznych zasad, bo przecież „drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”. Wypuściliśmy dżina z butelki.