AGONIA LOGOSU, czyli widmo braku sensu krąży nad Europą

Agonia Logosu

Autor: wawel , 30 kwietnia 2024 ekspedyt

AGONIA LOGOSU, czyli widmo braku sensu krąży nad Europą

Wizja Tondala autorstwa Hieronymus Bosch

„Był dzień wiosenny. Ptaki napełniały powietrze świergotem swych pieśni, a ludzie, pochłonięci różnymi obowiązkami, namaszczeni byli świętością męczącego wysiłku. Wszystko pracowało według przeznaczenia: drzewa, planety, rekiny. Jeden tylko był wyjątek – Rozum, Logos-Stwórca! Leżał na drodze w podartym odzieniu. (…) Otępienie z ryjem wieprza roztaczało nad nim swe opiekuńcze skrzydła i rzucało mu tkliwe spojrzenia. Był pijany! Straszliwie pijany! (…) Echo rozbrzmiewało jego słowami bez związku (…).”

[Lautreamont, Pieśni Maldorora, Pieśn trzecia – parafraza autora]

I. SYMPTOM ATROFII SENSU: ELOKWENTNI DROBNI CWANIACY NA SZNURKACH

Logos umiera w Europie. To nie Bóg umarł. Można napisać, że Logos został uszkodzony, zraniony, ale tak oględna diagnoza nie oddawałaby ogromu zgorszenia tym, co się dzieje. Dotarł do moich uszu, bo powiedzieć „słuchałem” to zbyt wiele, zbiór zdań, zwany przemówieniem, wystąpieniem czy też może lepiej byłoby powiedzieć: „pieniem”, wypowiedziany przez Premiera dużego, europejskiego kraju, p.Donalda Tuska. Był to bełkot absolutny, jak zawsze i jak zwykle u tego człowieka. Nie on pierwszy jednak i nie on – summa summarum – jest winny. Nie jest winny też tłum, który go tam wyniósł i posadził. Tłum wszak ma to, co mu się zaaplikuje, czyli poglądy wyprodukowane przez mocodawców tego, czy innego figuranta. Winna jest struktura i atmosfera, które umożliwiają utratę logicznego spojrzenia i tworzą okazję dla nieprzepuszczających żadnej okazji. Bełkot Kwaśniewskiego i Wałęsy niczym się nie różnił od tuskowego, oprócz kolorytu subkulturowego. Wcześniej uczył nas tego bełkotu Urban swoimi felietonami. A jeszcze wcześniej bełkotali dziesiątkami lat urzędnicy, funkcjonariusze i poplecznicy przestępczo zorganizowanego tworu o nazwie PRL. Bełkotała cała Wschodnia Europa, ale była to panowanie bełkotu li tylko umowne. Bełkot oficjalny spełniał rolę tylko hasła i odzewu, niezbędnych akcesoriów grup przestępczych, kryptoreligijnych lub grup spiskujacych (w tym przypadku byłby to spisek przeciw prawdzie i ludzkiej naturze).

Duża część zniewolonych narodów zachowała jednak zdrowy zmysł widzenia bezsensu i nieprawości. Oficjalnie wypełniała wymogi ceremonialnego języka, prywatnie natomiast chroniła kryteria sensu. Po kryteria sensu można było sięgnąć też do świata Zachodu. Dziś w Europie trwanie przy sensie jest prawie niemożliwe dla przeciętnego obywatela, gdyż nowomowa, manipulacje światem wartości oraz regulacja celna ruchu informacyjnego pomiędzy państwami europejskimi zostały przejęte przez obowiązujacy model unifikacji europejskiej wprost z praktyk dyktatur demokracji ludowej.

Bełkoczą zawsze ludzie, którzu chcą ukryć swoją niekompetencję albo swoje zamiary, odmienne od deklarowanych. Jest jeszcze trzeci rodzaj bełkotu: bełkot nieświadomych i naiwnych na dole, zmanipulowanych przez tych na górze, czyli bełkot okłamanych, którzy dla swojego spokoju psychicznego racjonalizują swoje wybory, żądze oraz defekty i w efekcie, niepostrzeżenie dla siebie samych, zaczynają posługiwać się alogicznym slangiem sączonym dla nich z góry. Jako dobrze rozpoznana grupa docelowa nieświadomie asymilują skonstruowany dla uwikłania ich – uniwersalny rozpuszczalnik sensu. Trochę bardziej uczenie możemy to nazwać polityczną destrukcją języka i sensu (LTI, nowomowa etc.), lub nowożytną alchemią władzy.

Gdy Urban zamienił pióro na mikrofon rzecznika rządu, przeciętny Polak nie ukrywał obrzydzenia, jednak zarazem nie był w stanie ukryć podziwu dla inteligencji Urbana. I tu zbliżamy się do sedna demokracji. Hodowany przez demokrację typ obywatela, to właśnie elektorat, target Urbanów, Kwaśniewskich, Baumanów. W czasie gdy Urban popierał oprawców – gros społeczeństwa – potępiając treść, wyrażała podziw dla jego intelektu. Oderwanie formy od treści, hypertrofia formy i kamuflujących ozdobników – oto obraz języka prokurentów grup biznesowych, lub cwanych megalomanów marzących o zapisaniu się na kartach dziejów, czyli polityków. Błędne widzenie istoty rozumności – to clou chaosu.

Dla kogoś, kto stoi niżej, ci co są powyżej, są lokalizowalni jako „wielość”, ale już nierozróżnialni. Człowiek z niedowładem funkcji racjonalnych dzieli świat na głupich, inteligentnych, sprytnych, naiwnych oraz  tych, o których trudno mu coś powiedzieć. W głowie Kowalskiego, Johnsona czy Schmidta Urban jest pośród tych, co rezydują w nieosiągalnym dla Everymana, nieróżnicowalnym zbiorze inteligentnych, niegłupich, mądrych. W głowie człowieka przeciętnego, człowieka demokratycznego Urban jest obok św.Augustyna, Kołakowskiego, Nietzschego, Geremka etc. Wszystkich on jakoś tam podziwia, za to, co mają, a czego on sam nie posiada, za eksponowaną pozycję społeczną, za ów rzucający się w oczy  witz, za sprawność budowania rozległych konstrukcji zdaniowych i za coś, co wydaje się mu logiką, a jest tylko tejże izotopem i złudzeniem. Dokonanie porównania i rozróżnienia odmiennych racji, które stoją za każdą z tych postaci z podsuniętego panteonu, niedosiężnych dla Kowalskiego – przekracza jego możliwości.

Dlatego potrzebuje on podpowiedzi takich jak: błysk obcobrzmiących słówek, jakość krawatu, szyk żony, bądź kochanki oraz liczba celebrytów popierajacych danego pretendenta. Bezczelność Chaosu jako przeciwnika Logosu posunęła się aż do tego, że arkana bezładu wykładane są na uczelniach jako P.R. (public relations). I tak się toczy demokracji światek. I na to zezwalamy, pomstując potem na skutki, na konkretne osoby lub partie, zamiast widzenia przyczyn. I dlatego trzeba osłabiać szkolnictwo, byśmy łatwiej zezwalali na wszystko, czyli na destrukcję logiki i sensu…

II. TYRANIA PRZECIĘTNOŚCI

Dlatego też nie rozdzieram szat nad niewiarygodnym bełkotem Tuska w każdej jego wypowiedzi. Identyczny był „a-sens” każdego ze zdań Kwaśniewskiego. Naród zaś był w zachwycie nad „inteligencją” Olka, co pokazywały skwapliwie sondaże, ankiety uliczne i researche prywatne, które wielu spośród nas robiło wśród rodziny i znajomych.

Dlaczego śmierć Logosu, nie zaś śmierć filozofii? Z wielu powodów. Gdy wakuje zdolność rozpoznawania prawdy na terenie filozofii, bywa, że Logos chroni się w poezji, eseistyce, teatrze, prozie, naukach ścisłych, filmie. Czy znajdziemy go dziś w dziełach Pilcha, Kozyry, Opałki, Pasikowskiego, Wajdy, Baumana? Niestety, dominujący front polskiej sztuki, literatury i humanistyki jest tylko echem prestidigitatorskich i sofistycznych sztuczek rozsiewanych na Zachodzie od dziesiątek lat przez korporacyjne, bezzałogowe aeroplany odgórnych planów i projektów utopijnego, tolerancyjnego i bezproblemowego super-mrowiska. Nie ma ten okazjonalny, lokalny panteon nic wspólnego z poszukiwaniem, odbudową i odzyskiwaniem sensu utraconego na rzecz walki o imperium surowców i o władzę jednej globalnej bez-myśli. Słowackiego papuga i paw narodów okazują się stworzeniami nieśmiertelnymi… I ciągną nas – mniejsza o to, czy świadomie, czy nie – w boschowski kloaczny dół świata kuglarzy.

Przeciętny inteligent bądź intelektualista, dzisiaj jest w stanie udowodnić dowolną tezę. Nikt nie mówi tego jawnie, ale typ i poziom edukacji w cywilizacji powojennej (tak nazywam czas od 1945r.) rodzi formację umysłową człowieka, który dostaje do ręki kilkoro narzędzi (kiepskich firm) i zostaje rzucony w przestrzeń twórcy, klienta lub ofiary darwinowskiego wolnego rynku. Jest to sytuacja rodem z programów popularyzujących umiejętności survivalu. Masz różne narzędzia i przedmioty, słowa, pojęcia i wybrane procedury myślenia i masz je tak zastosować – często wbrew ich przeznaczeniu – by dzięki temu przetrwać. To oducza rzetelności i namysłu. W takiej sytuacji postawiono Logos, mowę, język, rozum i sens. Jego skrawki, jak okruchy andersenowskiego zwierciadła królowej śniegu, walają się po głowach ludzi, którzy próbują do czegóż to lepiej się one nadają: do wbijania gwoździ, obierania ziemniaków, napisania prawa dopuszczającego wybrane formy pedofilii i eutanazji, czy zaszokowania publiczności jakimś dziełkiem o naturze nicości.

Tusk buduje zdania i myśli podobnie jak…Lacan, Derrida, Badiou, Habermas, Kristeva etc., czyli jak gwiazdy europejskich uczelni, koryfeusze współczesnej „zatrutej” (że posłużę się adekwatnym terminem Bohdana Cywińskiego) humanistyki. Tusk jest jak Lacan, Derrida i Badiou, ale na innym poziomie oczywiście. Metoda jednak i cel są tożsame. Przyczyny inwazji takich osobników zainfekowanych złośliwym wirusem sofistyki są także te same.  Słaby system odpornościowy rozumu i pewne ściśle określone predyspozycje charakterologiczne predystynowały osobniki takie jak Lacan, Tusk do tego, by wejść w rolę nosicieli non-sensu. W przypadku polityków bycie reprezentantem bez-sensu przekłada się oczywiście na destrukcję niezależności i potęgi organizmów państwowych na czoło których się wpychają oraz na degradacje materialną ich obywateli, ale o nie o tym aspekcie, jako wtórnym, jest ten tekst. Leczenie, jeśli ma się zacząć, musi być przyczynowe a nie objawowe. Czy owe wejścia w rolę rozsadników sensu w przypadku takich postaci jak Tusk, Lacan dokonywały się świadomie, czy też nieświadomie, to temat na habilitacje dla uczonych popleczników każdego status quo a dla linii obecnego wywodu całkowicie obojętny.

III. MOWA SPRYTU I KUPCÓW czyli OKUPACJA BASTYLII SENSU PRZEZ TRZECI STAN

Początek owego nurtu irracjonalizmu – bo tak, koniec końców, trzeba go nazwać – nie narodził się ani po drugiej wojnie, ani wraz z pierwszymi pracami językoznawczymi Stalina, ani nawet wraz z pełnymi sprzeczności i niedomyślanymi w żadnym aspekcie do końca – aforyzmami Nietzschego. Zdaniem nielicznych już niezależnych i racjonalnych badaczy i myślicieli, inicjacja destrukcji sensu w Europie zaczęła swój postęp wraz z naruszeniem integralności i podważeniem podstaw europejskiego Universum Christianum. Czy ulokujemy czasowo owe „zarodki zła na wyżynach” w okolicach Sigera z Brabancji (XIII w.), czy też raczej w czasach takich „intelektualistów” jak Wolter czy Condorcet – to już szczegóły. Był to rozpad, wtedy nieunkniony, tak jak dziś nieunikniona i powszechnie oczekiwana jest rekonstrukcja tego, co „się” rozbiło wówczas, a co musi zjednoczyć się, lecz już na wyższym poziomie niż ten, na którym egzystowała utracona wtedy jedność sacrum z profanum.

Mowa s p r y t u  to mowa ze sparaliżowanym Logosem.

Ciągi gramatyczne operujące kilkoma rzeczownikami abstrakcyjnymi, najczęściej wbrew ich zwykłemu zastosowaniu oraz mnóstwem synonimów mających stworzyć słowną zasłonę dymną, efektownie brzmiącą i nadać „mowom” wymaganą objętość. Nastrzyk objętości i wypełniacze sojowe. Oczywiście wszystkie konferencje prasowe, oświadczenia, odpowiedzi na interpelacje poselskie, artykuły redakcyjne itp. są też tylko ubraniem kilku słów w kreacje maskujące pustkę, ignorację oraz ukryte intencje i faktyczne centra decyzyjne słownictwem ze słownika wyrazów obcych. Do fabrykowania, „pisania”, „tworzenia”, „improwizowania” tego typu poprawnych gramatycznie konstrukcji znaczących, mogących wywierać duże wrażenie w świecie polityki bądź nauki – wystarcza prosty program komputerowy, który jest w stanie generować ich nieskończone ilości. Takie programy już powstały.

IV. UMIERANIE LOGOSU

Kto ma zacząć naprawiać zdewastowany sens? Kto ma to zrobić? Pani Beata? Beata habilitująca się pracą “Ewolucja myślowa Baumana”? Pani Beata będąca ulubionym wykładowcą wielu studentów i studentek filozofii i tym samym duplikująca, reprodukująca swoją półumysłowość? Czy też pan Andrzej nauczający propedeutyki filozofii w jednym z najbardziej renomowanych liceów w Polsce? Pan Andrzej przeżywający zachwyt nad technikami piarowskimi starożytnych sofistów i starajacy się o unijny grant na ich badanie?  Pan Andrzej pełen nieufności do filozoficznej pewności Platona i uwielbiający wielkoświatową atmosferę sympozjów i konferencji poświęconych postpolityce? Przeciwko komu więc protestujemy, zapytać się można w duchu Gogola? Może być tak, że protestujemy przeciwko temu, co w innym swym aspekcie nas…fascynuje. Swoją krytyczna postawę wobec rzeczywistości musimy uzupełnić o pierwiastek samooglądu…

Procesy ewolucji i inwolucji w przestrzeni cywilizacji zachodzą bardzo powoli, acz nieubłaganie. Kwestia jest inna: dlaczego cywilizacja wypracowała niewystarczające mechanizmy obronne, czyli kto, jakie warstwy, środowiska (filozofowie, wspólnota universitas, duchowni, literaci, politycy) miały tę funkcję pełnić i dlaczego od kilkudziesięciu lat przestały praktycznie w ogóle ją sprawować.

Dopóki refleksja europejska nie odpowie sobie na to, wciąż jeszcze niezadane, pytanie, albo przynajmniej nie zacznie odpowiedzi poszukiwać, dopóty siekiera będzie coraz mocniej przykładana do drzewa sensu. Czy oznakami rodzenia się owej nowej, wielkiej, refleksji rewizjonistycznej wobec doktryn panujących siłą inercji i łatwości na uniwersytetach, w prasie, parlamentach i w głowach mediokratycznie zarządzanych politycznych kibiców, doktryn będących niczym innym jak sofistycznymi zlepkami naiwnie humanizujących ideologii, czy tym zwiastunem są myśli Colliego, Voegelina, Negriego, Agambena – to już temat całkiem inny.

Póki co, żyjemy w świecie cyborgów umysłowych bądź żonglerów. Mechanicyzacja procesów myślenia ewokuje sztukmistrzostwo.  Króluje w polityce i naukach humanistycznych tekst mechaniczny, sztuczny, pozorowanie sensu, tekst dekoracyjny, użytkowy, którego jedynym celem jest linia obrony, racjonalizacja status quo autora w otoczce fajerwerków werbalnych. Metodą zaś owych peregrynacji umysłowych jest dekonstrukcja wszelkich tradycyjnie przyjętych związków frazeologicznych oraz trick łączenia, kojarzenia wszystkiego ze wszystkim. Linia obrony, pojęcie trafnie ustanawiające punkt odniesienia w świecie chwytów retorycznych i sądowych mów obrończych – jest tym, co reprezentantom władzy zastępuje klopotliwość i wysiłek podjęcia dialogu ze społeczeństwem i opozycją. W okaleczonym świecie dyskursu na miejscu rozmowy, dialogu i synergii poszczególnych, indywidualnych Logosów – mamy najczęściej butny monolog kpiarza i kuglarza.

Powiedzieć, że nie mamy tu do czynienia z badaniem, myśleniem, dyskusją, refleksją i dlatego nie ma tam Logosu – jest to powiedzieć za mało i nieprecyzyjnie. Teksty polityczne i manifesty nie muszą dyskutować problemu, a mimo to widać w nich brak Logosu.

Chorobą w tego typu tekstach nie jest brak dyskusji wewnętrznej lub otwarcia na dyskusję zewnętrzną, lecz niespełnienie warunków wstępnych do jej w ogóle rozpoczęcia: nieprzestrzeganie praw logiki. Logos tknięty jest chorobą bardziej źródłowo, u korzeni. Arystoteles nieprzypadkowo w pierwszym traktacie filozofii spekulatywnej, czyli w „Metafizyce”, poświęcił tyle miejsca refutacji poglądów destruktorów logicznych zasad sprzeczności i wyłączonego środka. Poglądów wygłaszanych przez Protagorasa, patrona współczesnej humanistyczno-tolerancyjnej nowomowy, który wraz z programami nauczania trafił pod strzechy gminnych szkół. Żeby wyłuszczyć jednak owe defekty logiki i epistemologii skryte w fundamentach takich dzieł, mów, stwierdzeń, haseł potrzeba rozumu klarownego. „Modne bzdury” Sokala i Bricmonta, „Myśl Nowej Lewicy” Scrutona, „Rozum i rzeczy” Gellnera – to dzieła bardzo ważne, swego rodzaju szczepionki na inwazję hochsztaplerów intelektualnych, ale wciąż jeszcze osamotnione i nie do końca zrozumiane w swych alarmistycznych konkluzjach. Dziś potrzeba rozumu, że się tak wyrażę, „antypostmodernistycznego” radykalnie i dogłębnie. Przemawiającego za pomocą najprzeróżniejszych form i środków wyrazu i przekazu. W przeciwnym wypadku Logos, w podartym odzieniu, wyrzucający z siebie potoki słów bez związku, powiązanych tylko prawidlowością gramatyczną, dokona żywota utaplany w błocie na jednej z dróg. Na naszej drodze…

V. ROZANIELONY GOLEM ZRZEKA SIĘ ŻYCIA

Drugim symptomem i zarazem przyczyną atrofii sensu jest konstrukcja natury ludzkiej na wzór człowieka przeciętnego. Konstrukcja natury ludzkiej, jej składowe, ich hierarchia i definicja gra zasadniczą rolę w utrzymaniu bądź utracie zdrowia cywilizacji i kultury, gdyż warunkuje konstrukcje takich, a nie innych, sposobów realizacji marzeń, aspiracji i celów ustalanych, preferowanych, umożliwianych bądź poddawanych ostracyzmowi przez czynniki rządowe w poszczególnych państwach. Chcesz zniszczyć lub zdobyć dane miasto lub państwo, podmień jego idee przewodnie, a samo podda się tobie – jak to mądrze rzekł kiedyś Hegel.

Gdy jesteś u władzy – skonstruuj taki model duszy i natury ludzkiej, który zagwarantuje ci wieczne panowanie. Następnie przeforsuj ów model jako dominujący, przy pomocy kilku uczelni i talii grantów naukowo go uzasadnij, poczym wciel w struktury społeczne, w kształt instytucji i w sposób egzekwowania prawa, w model szkolnictwa, uprawianej nauki i tworzonej sztuki – a władzy twojej nikt nie zagrozi.

Oto, jak kabalista, stworzyłeś Golema, sztucznego człowieka z gliny. Śrubkę w maszynie. Głos w urnie. Pył w urnie. I on rusza się, wygląda jakby żył, kupuje co chcesz i tam, gdzie go skierujesz, a co jakiś czas głosuje na ciebie i plotkuje o twojej rodzinie lub ją oklaskuje prezentującą się na scenie wielkich weekendowych tv-show. Chcąc nie chcąc i niezauważalnie dla samych siebie staliśmy się wyznawcami i gwarantami panowania sprytnych kabalistów, na rzecz których zrzeklismy się życia i dostępu do prawdy.

VI. NIEWOLNICTWO NAJNOWSZEJ GENERACJI – DOBROWOLNE

Postawa sofisty (bądź sceptyka) jest zwykłym samookreśleniem człowieka średnio inteligentnego. Dlatego sofista jest królem agor i mediów jako swój wśród swoich. Postawa sofisty i sceptyka jest samookreśleniem rozumu praktycznego, rozumu subiektywnego, rozumu skutecznego czy wreszcie „rozumu sprytnego” lub „asymilatywnego”. 

Idee przewodnie nie mogą być wytworem ludzi przeciętnie inteligentnych. Kierunek i model biegu i rozwoju cywilizacji to sprawy zbyt poważne, by złożyć je w ręce tych, którym się pali do takich funkcji lub którzy są na nie wpychani rękoma skrytych w cieniu „Kruppów”. Przeciętność i spryt – to dwa bóstwa współczesnej chorej, umierającej logosfery. Póki ich uzurpacje nie zostaną obnażone i…zdekonstruowane, póty coraz więcej będzie chorych państw, rodzin i jednostek. Albowiem nie wydadzą zdrowych owoców chore i nieodpowiedzialne struktury i dogmaty posługujące się gabinetowo-wiecową kabalistyką. Życie i Prawda są za mocne, by przegrać walkę z uzurpacją mechanizmu i sprytu. Życie i Prawda stworzyły ten świat i zawartą w nim możliwość odstąpienia od sensu. Teraz tylko muszą przyjść po swoje. Wbrew zadziwieniu głupców, którzy zbyt zadomowili się w przestrzeni umierania Logosu. I przyjdą po swoje.

To  nie  Bóg  umarł,  tylko  obumierający  w  człowieku  Logos  utracił  zdolność Jego odczuwania  a  tym  samym  umiejętność  wcielania  harmonii  w  świat  materii,  oddając  pole  tym, którzy  najbardzej  rwali  się  do  „sprawowania”  władzy. I  te  oto  marionetki bez-sensu i dysproporcji zgotowały  nam  tak absurdalny  świat,  jaki mamy.  Harmonia  nie  wróci  a  widmo  chaosu nie przestanie krążyć,  jeśli  w  pierwszym  rzędzie  nie  ujrzymy,  że  Logos jest  uwięziony  i   umiera. Zobaczenie  tego,  to  pierwszy  krok.  Pozaparlamentarny…