O lotach kosmicznych w bliskiej przyszłości
Mirosław Dakowski, 17 maj 2026
Większość z nas chyba zauważyła zagadkowy zastój w dziedzinie tak zwanego podboju kosmosu. Wyścig między Sowietami a USA został nagle przerwany gdzieś w połowie lat 70, czyli przed pół wiekiem. Ciekawe kiedy dowiemy się o przyczynie tego zastoju. Obecnie w najbliższe otoczenie Ziemi, bo przecież nie jest to daleki kosmos, wybierają się różne państwa oraz najróżniejsze firmy. Ale na pewno sprawdzą, czy są na Księżycu ślady po lądowaniach Apolla i czy naprawdę znajdują się tam pozostawione przecież lądowniki Amerykanów.
——————————–
Rozważania poniższe piszę przy założeniu współpracy między wszystkimi uczonymi z różnych krajów, sięgającymi poza atmosferą Ziemi, a nie piekielnego, trwającego przecież, współzawodnictwa i zazdrości.
============================================
Sprawa oderwania od Ziemi. Mars.
Jest to trudne przy obecnych napędach chemicznych, bo wymaga pokonania nie tylko grawitacji Ziemi, ale i oporu atmosfery. Naturalnym by więc było, by na dalsze wyprawy w naszym Układzie planetarnym nie wybierać się z Ziemi, lecz z wygodniejszego miejsca.
Od razu powiem, że takim miejscem będzie orbita Księżyca.
Do urzeczywistnienia tego celu wcześniej konieczne będą dłuższe prace na Księżycu. Ale one są dla ludzi utrudnione z powodu braku atmosfery, ogromnych wahań temperatury powierzchni Księżyca między dniem i nocą, oraz ogromnego niebezpieczeństwa dla istot żywych promieniowania kosmicznego. Na powierzchnię Ziemi ono nie dociera, bo broni nas atmosfera.
Dlatego też prace na Księżycu powinny rozpocząć automaty, ewentualnie sterowane czy kontrolowane z Ziemi. To one zbudują pomieszczenia pod skałami, czyli właściwie w jaskiniach, bo tylko tam będą mogli dłużej przebywać ludzie. Żadne bazy na powierzchni Księżyca nie mają sensu, bo nie bronią przed wymienionymi niebezpieczeństwami. Automaty również szukać będą surowców potrzebnych dla rozwoju księżycowego przemysłu.
O źródła energii nie należy się martwić, bo przecież tam dostarcza je Słońce w nadmiarze. Konieczne będzie na początek wysłanie tam dostosowanych do warunków księżycowych paneli słonecznych. Jednym z kłopotów inżynierskich będzie ich chłodzenie, najprawdopodobniej trzeba będzie zaopatrzyć je w radiatory znajdujące się w cieniu. Bo przecież chłodzenie wodne jest tam niemożliwe…
Następnie automaty rozpoczną produkcję paneli fotowoltaicznych, bo krzemu tam jest ogromna ilość. Konieczne będzie znalezienie źródeł wodoru, a tlenu na przykład w postaci SiO2, jest tam też bardzo dużo. A paliwo tleno-wodorowe nadaje się idealnie do przyszłych rakiet, tak tych krążących między Ziemią a Księżycem, jak i tych skierowanych na orbitę Marsa.
Dopiero po przygotowaniu przez automaty pomieszczeń pod skałami można będzie wysłać stałą załogę, bo tam będzie mogla przebywać bez narażania jej na niebezpieczeństwa promieni kosmicznych ani strasznych skoków temperatury. A również, po pewnych zabezpieczeniach, będą mogli pracować bez ciężkich skafandrów, w normalnej atmosferze.
Dopiero taka współpraca, to jest sterowanie automatami z Ziemi oraz później sterowanie automatami przez ludzi pracujących w tych jaskiniach pozwoli na rozwinięcie sensownego górnictwa i przemysłu kosmicznego.
A będzie on niezbędny dla budowy statków kosmicznych bezpośrednio na orbicie Księżyca. Musi się to dziać z surowców uzyskanych na Księżycu i odpowiednio przetworzonych. Dopiero rakiety zaopatrzone w lokalne paliwo, najprawdopodobniej tlen i wodór, będą mogły bez wielkich opóźnień, dotrzeć na orbitę Marsa.
Oczywiście na orbitę, nie zaś na powierzchnię Marsa. Byłoby idiotyzmem całą rakietę zaprojektowaną do lotów między orbitą Księżyca a Marsem, pakować na powierzchnię Marsa. Tam będą lądowały tylko stosunkowo lekkie lądowniki.
I znów powtórzy się opisana powyżej kolonizacja Księżyca. To znaczy na początku na Marsie muszą pracować automaty zdalnie sterowane lub choćby konsultowane, a dopiero po zbudowaniu przez nie pomieszczeń, czyli jaskiń pod powierzchnią Marsa, najpewniej w zboczu góry, mogą tam stale pracować ludzie. Ta sama przyczyna co na Księżycu: obrona przed promieniowaniem kosmicznym i możliwość pracy bez skafandrów.
Oczywiście, dodam dla porządku, możliwe to będzie przy współpracy wszystkich mądrych ludzi, a nie żarcia się pomiędzy tak zwanymi mocarstwami.
============================
O możliwości eksploracji dalszych Planet
Pomijam Wenus, bo tam chyba nie da się nigdy wylądować. Gdyby trzeba było polecieć na Merkurego zapewne w poszukiwaniu surowców, to też należałoby powtórzyć, oczywiście w udoskonalonej formie, wariant opisany tu dla Księżyca i Marsa.
Planety zewnętrzne, a dokładniej ich księżyce można w przewidywalnej przyszłości badać jedynie przy pomocy automatów. Ze względu na powolne pełzanie ewentualnych rakiet przy użyciu paliwa chemicznego, udział ludzi w takich wyprawach jest wykluczony, a też ze względu na promienie kosmiczne. W rakiecie nie widać możliwości ochrony przed nimi.
W tych wyprawach można jednak rakiety z automatami badawczymi wyposażyć w reaktory jądrowe, jako źródło energii dla silników, ciągle niestety jeszcze chemicznych. Konieczne będzie opracowanie sposobów usuwania energii odpadowej z reaktora, czyli energii cieplnej. Najprawdopodobniej również będzie to możliwe przy pomocy radiatorów. Wygodne i nie wybuchające reaktory jądrowe zostały już przez kilkadziesiąt lat wypróbowane na łodziach podwodnych i okrętach. Przecież maszyny są dość odporne na promieniowania a reaktor ewentualnie pozostawiony na jakimś księżycu nie naruszy równowagi Układu Słonecznego.
Wyjście poza Układ Słoneczny, nawet do najbliższych gwiazd, jak Proxima Centauri, jest niemożliwe przy obecnym czy przewidywalnym na najbliższą przyszłość stanie fizyki jądrowej.
Ostatni skok jakościowy w fizyce miał miejsce przed wiekiem. Wtedy nastąpił wysyp geniuszy, że zacznę od Einsteina, Heisenberga czy Schrödingera.
Było wtedy tych młodych geniuszy kilku, może kilkunastu.
Następny wiek w porównaniu z tamtym okresem to przyczynki, drobniejsze odkrycia.
Na razie nic nie wskazuje, by zbliżał się nowy wybuch talentów, geniuszów, ani nawet rozwiązania zagadek naprowadzających na przyszłe otwarcie fizyki. A bez nich niemożliwe będzie stworzenie ani napędu jonowego, ani napędu fotonowego, które są niezbędne do przyspieszania rakiet do prędkości pod-świetlnych *).
Wydaje się więc, że nawet najbliższa okolica Układu Słonecznego jest dla nas [??] na zawsze zamknięta.
Zadadzą pytanie: A po cóż tam się pchacie na te planety czy gwiazdy? Odpowiem, jak któryś alpinista odpowiedział na podobne pytanie na temat gór: „Bo są”.
————————–——————–
* Jako nastolatek poszedłem na studia fizyki jądrowej, bo chciałem polecieć na księżyce Saturna. A do tego celu konieczny był napęd jonowy. Wystarczało przecież, uważałem, zmniejszyć rozmiary akceleratora liniowego jakieś 1000 razy, a zwiększyć intensywność wiązki na początek z miliard razy. Umożliwiłoby to już przecież wypróbowanie takiego silnika w kosmosie. To mi się nie udało, ale zostałem przy fizyce rozszczepienia oraz ciężkich jonów, badaniu własności pierwiastków poza fermem. oraz poszukiwania super-ciężkich pierwiastków. Złożyłem proposal poszukiwań jąder super-ciężkich w promieniach kosmicznych, jako potencjalny pierwszy kosmonauta z KDL-ów. Badania takie możliwe były oczywiście tylko spoza Ziemi. Złożył to mój Możny Protektor. Po paru miesiącach dostał on od generała Jaruzelskiego odpowiedź, że nie poleci katolik ale partyjny. I po roku czy dwóch poleciał Hermaszewski. Nic nie badał, niczego nie szukał.
Te marzenia nie były to jednak mrzonki: podobnej skali ewolucja nastąpiła, ale w elektronice. Od lampowych triod i pentod do obecnej „sztucznej inteligencji”
=================================
Przy okazji krótka wzmianka o kosmitach
Na przestrzeni wieków, szczególnie w ostatnich 100 latach, namnożyło się chyba dziesiątki tysięcy wiarygodnych sprawozdań o kontaktach z zielonymi czy szarymi ludzikami. Po odcedzeniu różnych fantastów, pozostaną jednak tysiące wiarygodnych ludzi, którzy o czymś takim donoszą.
Prawdopodobieństwo naturalnego, to znaczy na skutek przypadkowych kontaktów atomów, cząsteczek w dowolnych warunkach, powstania życia jest dokładnie zerowe. Potrzebna by była do tego ewolucja chemikaliów, a wykazano tak matematycznie jak i chemicznie, że szansa takich zjawisk jest równa zero.
Jedyną możliwością byłoby więc, że Stwórca zabawił się w stworzenie gdzieś równoległego do tego na Ziemi, Edenu. Jednak logiczne konsekwencje tego są na tyle absurdalne, że również to prawdopodobieństwo możemy uznać za zerowe.
Cóż więc z tymi niby oglądanymi przez uczciwych i wiarygodnych ludzi „zielonymi ludzikami”? Cóż, na pewno jest to albo złudzenie albo o wiele bardziej prawdopodobnie, mamienie szatańskie. Więc tym jako fizycy się nie przejmujmy.