Rozpaczliwy wizerunek nie tylko naszej niezwyciężonej armii, ale i jej dowództwa.

Biedny Lolo w rozterce

https://www.magnapolonia.org/stanislaw-michalkiewicz-biedny-lolo-w-rozterce/

Stanisław Michalkiewicz: Biedny Lolo w rozterce

“Biedny Lolo jednak chce znaleźć się w problemów sednie. IKC i ABC czyta w nocy, czyta we dnie” – tak w koszmarnych czasach sanacji opisywał poeta rozterki biednego Lola, którzy z gazet chciał się dowiedzieć, co jest grane, czyli – jak jest naprawdę. Jak wiemy nie tylko z tego wiersza, ale również, a może przede wszystkim – z doświadczenia życiowego – nie zdało się to na nic. Przeciwnie – od tej lektury biedny Lolo już całkiem stracił poczucie rzeczywistości.

Trudno się temu dziwić, bo przecież funkcjonariusze Propaganda Abteilung wynajmowani są do niezależnych mediów głównego nurtu nie po to, by kogoś informować, albo mówić – jak jest – tylko po to, by zrobić swoim klientom wodę z mózgu.

Toteż lepiej nie mieć żadnych informacji, niż ekscytować się wiadomościami spreparowanymi przez wspomnianych funkcjonariuszy, na Bóg wie czyje zamówienie.

Ot na przykład przed defiladą z okazji 15 sierpnia, zarówno pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, jak i pan prezes  vaginetu Donald Tusk, nie mówiąc już o panu prezydencie Andrzeju Dudzie, unisono wychwalali naszą niezwyciężoną armię, co prawda na razie przede wszystkim za „siłę ducha”, ale jednocześnie podkreślali, że tylko patrzeć, jak rzeczywiście będzie niezwyciężona.

Tymczasem na łamach niemieckiego portalu „Onet”, pani Edyta Żemła przeprowadza rozmowy z rozmaitymi wojskowymi, co prawda nie ujawniając ich personaliów ze względu na obowiązującą, faszystowską regulację RODO. Z tych rozmów wyłania się rozpaczliwy wizerunek nie tylko naszej niezwyciężonej armii, ale i jej dowództwa.

Składa się ono z osobników, którzy albo nigdy niczym nie dowodzili, nawet ćwiczeniami, albo nawet kiedyś tam i dowodzili, ale z uwagi na niedostatek odwagi cywilnej i pragnienia spokojnego dotrwania na synekurach do emerytury, kiedy to prawdziwe życie dopiero się zaczyna, nie sprzeciwiają się nadzorującym naszą niezwyciężoną armię cywilom z tego czy innego politycznego gangu. Cywile z kolei, ulegając pokusie aktywizmu, produkują co i rusz regulacje, zmieniając struktury dowodzenia.

W rezultacie nawet podczas ćwiczeń panuje nieopisany bałagan, bo nie tylko nie wiadomo, który wojskowy dygnitarz któremu podlega, ale w dodatku podkładają oni sobie nawzajem tak zwane „świnie”, dyskredutując i wyśmiewając konkurencję. Strach pomyśleć, jak by to było w razie wojny. Rozmówcy pani Żemły też wypowiadają się na ten temat bardzo ostrożnie, sygnalizując tylko „wysokie straty”.

Komu w tej sytuacji wierzyć; czy panu ministrowi-ministrowiczowi, premieru Tusku, który w bladze wcale nie ustępuje Mateuszowi Morawieckiemu, panu prezydentowi Dudzie, czy rozmówcom pani Edyty Żemły? Ja prędzej bym wierzył tym rozmówcom, bo stwarzali wrażenie, że stan naszej niezwyciężonej armii znają z autopsji, podczas gdy dygnitarze – raczej z drugiej ręki.

Ale i pani Edycie wierzyć też bezkrytycznie nie można, bo przecież ktoś z redakcji „Onetu” taki materiał u niej obstalował, być może nawet ze wskazówką: wiecie, rozumiecie Żemła; przedstawcie obraz naszej niezwyciężonej armii w czarnych barwach, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

No dobrze – ale dlaczego pani Edyta mogła dostać takie zlecenie? To proste, jak budowa cepa; kiedy zakończy się defilada to czyż premieru Tusku nie przyda się to do rozciągnięcia tak zwanych „rozliczeń” również na dziedzinę bezpieczeństwa, w której – jak z radością twierdził pan prezydent Duda – panuje całkowita jedność?

Nawiasem mówiąc, z tą jednością nie powinniśmy przesadzać. Oto okazało się, że pan Jakub Banaś, syn pana prezesa NIK, był do niedawna tak zwanym „numerariuszem” czyli wysokim funkcjonariuszem „Opus Dei”, uważanego przez niektórych za katolicką wersję masonerii, która – jak wiadomo – uprawia nepotyzm i korupcję, nazywając to „sztuką królewską”.

To nie byłoby może godne uwagi, gdyby nie chlapnął przy okazji, że do „Opus Dei” należy nie tylko pan mecenas Roman Giertych, oczywiście Wielce Czcigodny, ale również – pan Marcin Romanowski, którego bodnarowcy za wszelką cenę chcieliby wpakować do aresztu wydobywczego.

Już nawet znaleźli jakiegoś dyspozycyjnego sędziego, który „wyłączył” ze sprawy dotyczącej pana Romanowskiego jakiegoś innego sędziego pod pretekstem, że nie jest dostatecznie niezawisły  – ale Sąd Ostateczny włączył go tam na powrót, w związku z czym perspektywa aresztu wydobywczego dla pana Romanowskiego przestała już być taka oczywista.

Nie to jest jednak istotne, tylko to, że skoro nawet uczestnicy „Dzieła Bożego”, gdy chodzi o władzę i pieniądze, tak żrą się między sobą, że utopiliby się nawzajem w łyżce wody. Jakże zatem wierzyć w „jedność” między politykierami, którzy myślą przede wszystkim, jakby tu wypić i zakąsić?

Najgorsze, że można też zwątpić w jedność między sojusznikami.

Oto niedawno Niemcy puścili farbę, że pod długotrwałym śledztwie, wystawili europejski nakaz aresztowania za pewnym Ukraińcem, który zamieszkiwał w Polsce, bo wcześniej, za wiedzą pana prezydenta Dudy, jako członek załogi statku „Andromeda”, który był lustrowany w kołobrzeskim porcie z udziałem agentów amerykańskich, wysadził bałtyckie gazociągi NordStreram 1 i NordStream 2. Jak tylko Niemcy puścili tego bąka, Ukrainiec nie niepokojony przez nasze tak zwane” służby” wyjechał na Ukrainę i tyle go widziano.

Żeby zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie, tak zwane „służby” zaczęły bredzić, że to nieprawda, bo przecież wiadomo, że te bałtyckie gazociągi wysadził zimny ruski czekista Putin. Bardzo możliwe, ,że pan prezydent Duda w to uwierzy, ale co z Niemcami? Obawiam się, że nie tylko nie uwierzą, ale również tego Polsce nie zapomną i kiedy będzie okazja, to się na naszym nieszczęśliwym kraju odegrają. W końcu do spółki z Putinem wpakowali w te gazociągi sporo pieniędzy nie po to, żeby im jacyś Ukraińcy na polecenie Amerykanów je wysadzali.

Nawiasem mówiąc, okazuje się, że Książę-Małżonek składając Amerykanom gratulacje z powodu udanego przedsięwzięcia, coś tam chyba musiał wiedzieć – no bo skoro już został Księciem-Małżonkiem, to noblesse oblige. W jakich kategoriach ten niemiecki odwet się objawi – tego jeszcze nie wiemy, ale wiadomo, ze Niemcy, jako państwo poważne, o niczym nie zapominają i niczego nie puszczają płazem.

Na razie się radują, że niemieckie czołgi znowu są pod Kurskiem, ale przecież wajcha może zostać przestawiona i to jeszcze zanim nasza niezwyciężona armia zostanie uzbrojona po zęby. Zresztą nie musimy nawet specjalnie na to czekać, bo w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Donald Tusk dostanie od Naszego Złotego Pana jakieś nowe zadania.

Jak było naprawdę z rozkazem: „Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich!”

Jak było naprawdę z rozkazem: „Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich!”

W dniu 2024-08-13 Andrzej Wadas napisał [do red. Michalkiewicza]:


> Panie Redaktorze,

> “Podobnie musiał czuć się papieski legat Arnold Amaury, który
> podczas krucjaty w latach 1209-1213, zakończonej wyrżnięciem około
> 20 tysięcy mieszkańców Beziers we Francji, rzucił słynny rozkaz:
> „zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich!”
(z tekstu: Himalaje
> hipokryzji,
13.08.2024).

>  W jednym zdaniu są trzy błędy.

Nawet antykatolicka Wikipedia
> podaje, że słowa papieskiego legata nie są potwierdzone
> źródłowo. Pan nie tylko przyjmuje je za prawdziwe, ale błędnie
> cytuje. W oryginale łacińskim nie ma w bierniku zaimka “wszystkich”
> (omnes), jest tylko “ich” (eos). Po łacinie całość brzmi
> następująco: “Caedite eos. Novit enim Dominus, qui sunt eius” –
> “Zabijcie ich. Zna bowiem Pan, którzy są jego”.

Nie lepiej radzi Pan sobie ze statystyką: 20 tysięcy ofiar tak się ma do prawdy
> historycznej jak “badania” Jana Tomasza Grossa w sprawie ofiar w
> Jedwabnem. Natomiast stwierdzenie “podobnie musiał czuć się
> papieski legat” przydaje całemu wywodowi aspekt komiczny, gdyż
> wpisuje się w tzw. postmodernistyczne “narracje odczuwane”, które
> Pan Redaktor u innych nieustępliwie zwalcza, a we własnych tekstach
> dopuszcza.
> Andrzej Wadas, Kraków

=================================


Szanowny Panie!
Nieubłaganym palcem wytknął mi Pan tyle myślozbrodni, że już sam nie wiem, co robić.

A tak naprawdę, to kto powiedział te skrzydlate słowa, jeśli nie legat? Czyżby już wtedy były fakty prasowe? Ładny interes! 
Pozdrawiam.
                                              Stanisław Michalkiewicz
=============================================

Andrzej Wadas

Szanowny Panie Redaktorze,

Chłoszczę nie za myślozbrodnię (niech się Pan Redaktor nie zasłania Orwellem), lecz za powtarzanie antykatolickiej propagandy. Hartman, Michnik i Obirek (et consortes) w zupełności wystarczą, nie musi Pan dołączać do tego łotrowskiego orszaku. Skoro już rzuca Pan potwarz na Arnolda Amaury’ego, to warto pamiętać o jego poprzedniku, Piotrze z Castelnau, który rok przed przywoływanymi zdarzeniami został zamordowany przez albigensów.

Zupełnie odrębnym zagadnieniem jest “program społeczny” katarów, który opierał się na kontroli płodności oraz eutanazji. Młode kobiety były potrzebne do warsztatów tkackich, które prężnie rozwijały się wówczas w Langwedocji, a nie do rodzenia dzieci. Starzy byli zbędni (jak współcześni emeryci), więc wymyślono dla nich specjalny “sakrament”. Było to tzw. consolamentum, sprowadzające się w swej istocie do samobójstwa przez zagłodzenie (tzw. “endura” w języku oksytańskim, łac. “ieiunium mortis” albo “ieiunium extremum”).

U albigensów, jak i dzisiaj u nas, rządziła zasada: dzieci na świat nie wpuszczać, starych ze świata przepędzać, młodych ogłupić i wykorzystać.

Dzisiaj mamy korporacje i “zrównoważony rozwój” oraz gender, wtedy była gnoza, równość płci i warsztaty tkackie. W społeczeństwie katarskim kobiety miały większe prawa niż mężczyźni i odgrywały większą od nich rolę w “szafowaniu” consolamentum. Te “kapłanki” katarskie –  siostrzyczki śmierci – określane były jako “doskonałe” (łac. perfectae) i chętnie asystowały przy wspomnianym poście śmierci, pomagając nieszczęśnikowi osiągnąć stan czystości (łac. puritas).

Święty Dominik patrzył na to wszystko z przerażeniem, stąd zakon dominikanów i modlitwa różańcowa.

Odnośnie “skrzydlatych słów”, to niech sobie fruwają u Homera. Tymczasem przywołana rzekoma odpowiedź legata  poświadczona jest tylko w jednym źródle (unus testis, nullus testis), które jest zresztą  bardzo niewiarygodne. Jest to kronika cysterskiego  mnicha Cezarego z Heisterbach w Nadrenii, spisana przynajmniej dwadzieścia lat post factum i z dala od miejsca zdarzeń, przez kogoś, kto nie był naocznym świadkiem.  Stosowny fragment tego łacińskiego tekstu, który nosi w oryginale tytuł Caesarii Heisterbacensis monachi ordinis Cisterciensis Dialogus miraculorum (ed. Josephus Strange, Coloniae–Bonne–Bruxe 1850, s. 302) w moim roboczym przekładzie brzmi następująco:

“Przybywszy do wielkiego miasta, które nazywa się Béziers, gdzie, jak się mówiło, przebywało ponad sto tysięcy ludzi, oblegli je. W obecności oblegających heretycy, oddając mocz na księgę świętej Ewangelii, rzucili ją z murów przeciwko chrześcijanom, a następnie, strzelając do niej strzałami, krzyczeli: „Oto wasze prawo, nędznicy.” Chrystus, Siewca Ewangelii, nie pozostawił jednak tej zniewagi bez odpowiedzi. Niektórzy żołnierze, zapłonąwszy gorliwością wiary, jak lwy na wzór tych, o których czytamy w księdze Machabeuszy, przyłożyli drabiny i odważnie wspięli się na mury. Heretycy, przerażeni boską mocą, uciekając, otworzyli bramy, dzięki czemu miasto zostało zdobyte.

Dowiedziawszy się z ich zeznań, że katolicy byli pomieszani z heretykami, zapytali opata: „Co mamy robić, panie? Nie możemy odróżnić dobrych od złych.” Zarówno opat, jak i pozostali, obawiając się, że ze strachu przed śmiercią mogliby oni tylko udawać katolików, a po ich odejściu ponownie wrócić do herezji, podobno powiedział (łac. fertur dixisse): „Zabijcie ich. Pan rozpozna swoich.” W ten sposób niezliczone osoby zostały zabite w tym mieście.

Inne równie wielkie miasto, zwane Beauvallon, położone w pobliżu Tuluzy, zdobyli dzięki boskiej mocy. Tam, po przesłuchaniu mieszkańców, gdy wszyscy obiecali, że chcą wrócić do wiary, czterystu pięćdziesięciu, którzy trwali w swojej zatwardziałości pod wpływem diabła, zostało poddanych karze – czterystu spalono na stosie, a pozostali zostali powieszeni na szubienicach. To samo uczyniono w innych miastach i zamkach, gdzie nieszczęśnicy dobrowolnie oddawali się śmierci.

Tuluzanie, osaczeni, obiecali się poddać, lecz jak się później okazało, było to oszustwo. Perfidny hrabia Saint-Gilles, książę i głowa wszystkich heretyków, któremu na Soborze Laterańskim odebrano wszelkie prawa – czyli lenna i alodia, miasta i zamki – które w dużej mierze zostały zajęte prawem wojennym przez hrabiego Szymona z Montfortu, człowieka katolickiego, przeniósł się do Tuluzy, skąd aż do dziś nie przestaje dręczyć i atakować wiernych.

PS1 Komentarz filologiczny.

Wyrażenie “fertur dixisse” (połączenie strony biernej z mową zależną) tłumaczy się jako “mówi się, że powiedział”. W średniowiecznej konwencji literackiej służy ono do przekazywania zasłyszanych, a niezweryfikowanych informacji bez podania źródła. Sformułowanie to  pojawia się w także w tekstach historycznych, szczególnie w kontekście anegdotycznym. Takie podejście cechuje się mniejszym obiektywizmem niż rozwiązanie stosowane  często w rzymskiej narracji historycznej, oparte zasadę “relata refero”. Tacyt, największy  historyk doby cesarstwa, starał się podawać źródło informacji z wyraźnym podkreśleniem, że informacje pochodzą z drugiej ręki.

PS 2 Komentarz historyczny.

Nie ma potwierdzenia tej wypowiedzi w żadnych innych źródłach, natomiast szczegółowe naukowe skomentowanie tylko tej strony tekstu wymagałoby kilku dni żmudnej pracy. Wiarygodna jest na przykład potwierdzona w innych źródłach informacja o “odddawaniu moczu na Ewangelię przez albigensów” (heretici super volumen sacri Evangelii mingentes). Przypomina to zwyczaje bolszewików “cacantes” po kościołach. 

PS 3. Świadectwo historyczne oparte o zasadę “relata refero”.

Karolina Lanckorońska, wielka dobrodziejka wielu polskich historyków, których przez lata gościła i karmiła w swym rzymskim domu przy Via Condotti, miała w zwyczaju spotykać się przy kolacji ze stypendystami. Rozmowy dotyczyły spraw różnych i niekiedy przyjmowały niespodziewany obrót. Pewnego razu Pani Profesor puściły nerwy i doszło do klasycznej burzy włoskiej (È scoppiata una classica scenata all’italiana”). Poszło o niewłaściwe pytanie. Otóż jeden z rozmówców po głębokim namyśle wypalił: “Ciekawe, co czuł Michał Anioł, kiedy malował Kaplicę Sykstyńską?”. Pan jest idiotą – miała według relacji naocznego świadka odpowiedzieć niekoronowana Królowa Polski – jutro się Pan pakuje i wraca do kraju”.

Andrzej Wadas

Planeta uratowana!

Stanisław Michalkiewicz:

Ledwo zimny ruski czekista Putin, rozpoczynając specjalną operację wojskową przeciwko Ukrainie, z dnia na dzień zakończył groźną epidemię, a właściwie pandemię, zafundowaną znękanej ludzkości przez biurokratyczny gang, pretensjonalnie i zmyłkowo określający się zuchwałym mianem “Światowej Organizacji Zdrowia”, a już dobroczyńcy ludzkości rozpętali kolejną histerię, tym razem związaną ze złowrogim klimatem.

Chodzi o to, że klimat się zmienia i to w dodatku samowolnie, za nic mając sobie politykę partii i rządu, przestrogi i zbawienne pouczenia, płynące nie tylko od niestabilnej emocjonalnie szwedzkiej panienki, która – mówiąc nawiasem – gdy zaczęła wchodzić w tak zwany “wiek rębny” (jak już informowałem, otrzymałem w prezencie “Przewodnik gajowego”, więc wiem, co mówię) – zwróciła swoje zainteresowania w całkiem inną stronę.

W międzyczasie jednak wodziła za łby może nie najmądrzejszych, ale za to największych światowych dygnitarzy, jak np. Pierwszego Sekretarza ONZ, czy Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen – aż wreszcie duraczenie zeszło pod strzechy i w rezultacie narodził się młodzieżowy ruch pod nazwą “Ostatnie pokolenie”, którego uczestnicy przyklejają się do jezdni i pasów startowych na lotniskach, żeby w ten sposób zmusić rządy do walki ze złowrogim klimatem.

Gdyby agendy rządowe, zamiast ich odklejać od asfaltu, czy betonu na pasach startowych, puściły na nich walce drogowe, to rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z “ostatnim pokoleniem” i wojna z klimatem, podobnie jak wojna na Ukrainie, zaczęłaby wygasać z braku zainteresowania. Niestety eunuchy stojące na czele poszczególnych rządów nie mają wystarczającej odwagi, by chwycić byka za rogi i w rezultacie, sprawy w swoje ręce muszą brać zwykli obywatele.

No, może nie do końca zwykli, bo obywatel, który zaapelował do mnie w tej sprawie, nie jest bynajmniej zwykłym obywatelem, tylko właśnie niezwykłym. Nie tylko jest uczonym doktorem nauk medycznych, ale w dodatku pisze całkiem dobre wiersze, no i zaszczyca mnie swoją przyjaźnią, na dowód czego podczas epidemii dostarczył mi sporo amantadyny, którą porozdawałem wszystkim osobom zainteresowanym i – o ile mi wiadomo – wbrew ostrzeżeniom epidemicznych, skorumpowanych jastrzębi – nie tylko nikt z tego powodu nie umarł, ale nawet nie dostał kataru.

Nawiasem mówiąc, warto zapytać, co się stało z badaniami, jakie rząd “dobrej zmiany” rozpoczął nad zastosowaniem amantadyny przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi, ile forsy do tej pory na nie wydano, kto ją sobie sprywatyzował, no i oczywiście – gdzie schował szmal?

Na wszelkie informacje na ten temat ktoś nałożył surdynę, a przecież – jak mówi poeta – “nie jest światło, by pod korcem stało!” Wracając tedy do zaprzyjaźnionego ze mną człowieka Renesansu, muszę dodać, że charakteryzuje się on też znakomitym poczuciem humoru, które sprawia, że nie jestem do końca pewny, czy zaproponowane przez niego remedium na samowolki klimatyczne, to na serio, czy dla tak zwanych “jaj”.

Moja niepewność bierze się stąd, że zaproponowane remedium milcząco zakłada, jakoby przyczyną klimatycznych samowolek był zbrodniczy dwutlenek węgla. Że jest to dogmat głoszony przez skorumpowanych “ekspertów”, którzy za pieniądze gotowi są poświadczyć dosłownie wszystko.

Ponieważ jednak ów mój Honorable Corespondant jest człowiekiem naprawdę uczonym, a poza tym – błyskotliwie inteligentnym, to nie bardzo chce mi się wierzyć, by on też podzielał wiarę w te bałamutne dogmaty. Tak czy owak, przedstawił remedium, które z kronikarskiego obowiązku tutaj zreferuję.

Otóż wychodząc z założenia, jakoby przyczyną klimatycznych samowolek był wspomniany, zbrodniczy dwutlenek węgla, zaproponował on, by ten złowrogi gaz zaabsorbować tak, żeby już nie mógł służyć klimatowi do dalszej wojny ze znękaną ludzkością.

Zamiast tedy nękać znękaną ludzkość, poddawać ją brutalnej tresurze, między innymi przez rozmaite “ostatnie pokolenia” i wiele innych gangów, a wreszcie – pozbawić ją własności prywatnej i w ten sposób zrealizować komunistyczną rewolucję – mój Honorable Correspondant proponuje, by wybrane wcześniej obszary oceanów zaczął nasycać żelazem – oczywiście żelazem przyswajalnym przez żywe organizmy.

Dostarczenie do oceanów tego pierwiastka spowoduje masowy wykwit sinic, które zaabsorbują zbrodniczy dwutlenek węgla z atmosfery ziemskiej, dzięki czemu “planeta”, która dzisiaj podobno “płonie”, zostanie uratowana, bez konieczności przeprowadzania rewolucji komunistycznej, która, zgodnie z nieubłaganymi prawami rozwoju dziejowego, musi zakończyć się, jak zawsze, to znaczy – klapą – ale zanim ona nastąpi, liczba ofiar tego eksperymentu znowu przekroczy setki milionów. A w jaki sposób dostarczać przyswajalne żelazo do oceanów? To proste, jak budowa cepa.

Wystarczy – pisze mój Honorable Correspondant – by statki, zarówno te handlowe, jak i pasażerskie, a także okręty wojenne, opróżniały zbiorniki z ekskrementami wprost do oceanu, zamiast przywozić je na ląd i dopiero tam poddawać skomplikowanej i kosztownej utylizacji.  Do tych ekskrementów właśnie należałoby dodawać owo przyswajalne żelazo oraz środki spieniające, które sprawiałyby, że wszystko to utrzyma się w powierzchniowej warstwie wody.

No dobrze – ale co z sinicami? Jak wiadomo, nie są to rośliny, tylko organizmy samożywne, tak zwane autotrofy, które w dodatku mają zdolność fotosyntezy, a zatem – przy masowym wykwicie na skalę oceaniczną, bez trudu zaabsorbowałyby nadwyżkę zbrodniczego dwutlenku węgla z atmosfery. Ta sprawa zostałaby wprawdzie załatwiona, ale co dalej? Co zrobić z wykwitniętymi na skalę oceaniczną sinicami? Podobno są one szalenie odporne i zdolne do przetrwania na naszej nieszczęśliwej planecie właściwie w każdych warunkach.

W dodatku niektóre ich gatunki zawierają toksyny i dlatego nie tylko kąpiele w wodzie z sinicami są niebezpieczne, ale niebezpieczne bywa też przebywanie nad akwenami bogatymi w sinice, bo trujące mogą być również ich wyziewy. Czy jednak z tego powodu sinice powinny być bwzwzglednie skreślone z listy studentów?

Aż tak źle nie jest, bo  jeśli już zostaną wyłowione z oceanu, to mogą użyźnić glebę, wzbogacając ją w związki azotowe, dzięki którym np. zbiory ryżu mogą wzrosnąć nawet o 20 procent. Zatem nie ma się co namyślać, tylko uderzyć w czynów stal, a “Ostatnie pokolenie”, zamiast przyklejać się do jezdni, czy pasów startowych na lotniskach, powinno zabrać się za wytwarzanie ekskrementów, przede wszystkim na statkach morskich i kolonialnych i w ten sposób przychodzić w sukurs “płonącej planecie”.

Ile kosztuje polska demokracja

Ile kosztuje polska demokracja

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    11 sierpnia 2024 michalkiewicz.

W związku z wakacyjną przerwą, podczas której Wielce Czcigodni posłowie porozjeżdżali się na wakacje, jazgot i potępieńcze swary z sali plenarnej Sejmu przeniosły się do niezależnych mediów głównego nurtu, które urządzają rozmaite „debaty” i inne walki kogutów. Piszę o jazgocie i potępieńczych swarach, bo nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki, a już zwłaszcza – polityki zgodnej z polskim interesem państwowym – mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, a że namiętności, jakim i oni przecież podlegają, muszą znaleźć jakieś ujście, toteż znajdują je w mniej lub bardziej zażartych pyskówkach, z których wszelako nic nie wynika, bo wyniknąć nie może.

Powoli ucichają tedy swary związane z inauguracją Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, towarzyszącym im skandalem oraz „zawieszeniem” pana red. Przemysława Babiarza przez totalniaków z rządowej telewizji. Nawiasem mówiąc, ku dość sporemu zaskoczeniu światowej opinii publicznej, na skandaliczną inaugurację Igrzysk w Paryżu zareagował turecki prezydent Recep Erdogan, oświadczając, że nie tylko chrześcijanie zostali obrażeni, ale i my; – „my” czyli muzułmanie, dla których Jezus Chrystus jest jednym z ważnych proroków, może nie tak ważnym, jak Mahomet, niemniej jednak – no i zapowiedział interwencję u papieża Franciszka, żeby wspólnie coś z tym skandalem zrobić. Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że Watykan, który do tej pory siedział cicho, jak mysz pod miotłą – ale po takiej – jak mawiają gitowcy – „poważnej zastawce” już mu cicho siedzieć nie wypadało, więc odważył się wyrazić „ubolewanie”. Jeśli chodzi o pana red. Babiarza, to wszystko też skończyło się wesołym oberkiem, bo po bardzo krytycznych wobec telewizyjnych totalniaków reakcjach różnych środowisk, również dziennikarskich, został od „odwieszony” i nawet wrócił do Paryża komentować Igrzyska.

Inna rzecz, że chyba coraz mniej ludzi je ogląda, nie tylko ze względu na skandaliczną inaugurację, ale również na ekscesy – na przykład – dopuszczenie mężczyzn do bokserskich walk z kobietami pod pretekstem, że „uważają się” oni za kobiety. W takich widowiskach rzeczywiście gustować mogą tylko jacyś zboczeńcy, a ci chyba – jak zresztą sami mówią – znajdują się u nas w mniejszości. We Francji może oczywiście być inaczej. Tymczasem totalniacy z rządowej telewizji wykazali się refleksem szachisty i dopiero po odwieszeniu pana red. Babiarza zorganizowali tak zwany „odpór”. Przybrał on postać ataku, jaki na red. Babiarza przypuściły „nowe gwiazdy TVP”: pani Katarzyna Kasia i pan Grzegorz Markowski, dotychczas zatrudnieni przez Propaganda Abteilung w TVN, których teraz totalniacy zanęcili do telewizji rządowej. Otóż schłostali oni pana red. Babiarza, że w „okresie minionym” dopuszczał się sprośnych błędów Niebu obrzydłych, a konkretnie – „stał za Kurskim” – kiedy ten przyszedł do rządowej telewizji, w dodatku nie stał zwyczajnie, tylko – jak zauważył pan Markowski – „z uśmieszkiem pełzającym w kąciku ust”. No rzeczywiście, „w kąciku ust” – tego już za wiele!

Toteż na mieście krążą fałszywe pogłoski, że pani Kasia i pan Markowski mają zbierać podpisy autorytetów moralnych pod deklaracją wiecznego potępienia pana red. Babiarza, a kto się nie podpisze, nie tylko straci certyfikat przyzwoitości, ale przez Judenrat „Gazety Wyborczej” zostanie skreślony z listy autorytetów moralnych. Jak tam będzie, tak tam będzie, natomiast przypadek pani Katarzyny Kasi jest znakomitą ilustracją coraz bardziej upowszechniającego się u nas zjawiska dziedziczenia pozycji społecznej: dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, dzieci konfidentów – konfidentami, dzieci ministrów – ministrami, a dzieci filozofów – filozofami. Pani Kasia jest bowiem córką filozofa, prof. Andrzeja Kasi, który przyjaźnił się z Janem Himilsbachem. Kroniki towarzyskie odnotowują, jak to Himilsbach, po jednej czy drugiej „nieprzespanej nocy znojnej” i jeszcze w nirwanie, w towarzystwie przygodnych kompanów, odwiedzał pana prof. Kasię w jego mieszkaniu i przedstawiał go swoim towarzyszom tak: wiesz żłobie, kto to jest? To jest pan profesor; on zaraz pójdzie na zajęcia ze studentami, którym będzie tłumaczył filozofię! Pani Katarzyna natomiast ma inne ambicje – żeby mianowicie „otworzyć Polakom dostęp do informacji”. W tym właśnie celu kierujący rządową telewizją totalniacy ją wynajęli – bo niby w jakim innym?

Tymczasem w ramach nakazanego przez Naszego Złotego Pana z Berlina przyspieszenia dintojry, ścisłe kierownictwo Volksdeutsche Partei wykombinowało sobie, by zamiast rozdrabniania się na umieszczanie za kratami poszczególnych wrogów demokracji, zlikwidować znienawidzone PiS za jednym zamachem. W tym celu podjęło próbę podbechtania Państwowej Komisji Wyborczej, żeby zakwestionowała sprawozdanie finansowe PiS z kampanii wyborczej w roku 2023, pozbawiła ją pieniędzy i w ten sposób położyła kres jej istnieniu. Jest to bowiem konieczne dla rozwoju demokracji, która – jak zauważył wybitny przywódca socjalistyczny Adfolf Hitler, najlepiej się rozwija, gdy towarzyszy jej potrójna jedność: ein Volk, ein Fuhrer, ein Reich. Państwowa Komisja Wyborcza nie mówi: „nie”, ale uchyliła się przed spełnieniem oczekiwań „bull-terriera” Donalda Tuska, czyli Wielce Czcigodnego pana mec. Romana Giertycha, który nalegał na natychmiastowe podjęcie stosownej decyzji. Doszło nawet do wymiany zdań między panem mec. Giertychem, a panem mec. Ryszardem Kaliszem. Pan mec. Giertych zaapelował do PKW, żeby nie „:rżnęła głupa”, jakoby nie miała dowodów na wyborcze przekręty finansowe PiS, bo przecież on może jej je dostarczyć w dowolnej ilości, między innymi dzięki „sygnalistom”, którzy poświadczą, co tylko będzie trzeba.

Prawdziejom z rządowej telewizji, a także z żydowskiej telewizji nierządnej TVN, takie dowody w zupełności wystarczą, jednak pan mec. Ryszard Kalisz z PKW wezwał pana mec Giertycha, żeby „wziął sobie na wstrzymanie”, a PKW odłożyła podjęcie decyzji do końca sierpnia. Być może, by dać dodatkowy czas „sygnalistom”, by przypomnieli sobie, co tam jeszcze trzeba, ale być może również dlatego, że od decyzji Państwowej Komisji Wyborczej PiS może odwołać się do Sądu Najwyższego, gdzie aż się roi od rozmaitych „neo-sędziów” i innych przebierańców, którzy przecież będą sądzili, jak się należy, a gdyby nawet i tam coś poszło nie tak, to jeszcze – do trybunału europejskiego. W tej sytuacji zgromadzone przez pana mec. Giertycha dowody na użytek telewizyjny mogą nie wystarczyć i stąd ten tempus deliberandi. Jak bowiem oskarżać, to oskarżać – żeby problem demokracji rozwiązać raz na zawsze, a nie tylko markować jego rozwiązywanie. Ciekawe, że ten punkt widzenia podziela również Jarosław Kaczyński twierdząc, że jeśli PKW odbierze PiS-owi prawie 26 mln złotych subwencji, to będzie to „koniec demokracji w Polsce”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Masowy zaciąg „sygnalistów”

Stanisław Michalkiewicz    7 sierpnia 2024 sygnalisci

W swoim „Dzienniku 1954” Leopold Tyrmand wspomina, jak to w Warszawie odbywał się zjazd rewolucjonistów z całego świata. Zakwaterowano ich w Hotelu Sejmowym i stało się, że jeden z nich, Grek nazwiskiem Apostolos Grozos, zaniemógł. Wezwany do pacjenta doktor Dobrzański próbował się dowiedzieć, co mu dolega. Próbował po angielsku, po francusku i po niemiecku, ale Grek żadnego z tych języków nie rozumiał. Zdesperowany doktor Dobrzański spróbował zatem dogadać się po rosyjsku, ale Grek, łypnąwszy okiem na obecną przy badaniu nadzorczynię o manierach ruskiego generała, po rosyjsku też nie rozumiał. Rada w radę uradzono, żeby zawołać rewolucjonistkę z Argentyny, która znała wszystkie języki. Zagadała ona do Greka w narzeczu, które doktor Dobrzański zapamiętał z młodości, kiedy bywał na warszawskich Nalewkach. Okazało się, że pacjent dostał niestrawności, więc zrobił mu stosowny zastrzyk i pożegnał życzliwym ”a giten cześć!”

Komentując ten incydent Tyrmand zauważył, że ten objazdowy „cyrk Stalina”, w charakterze egzotycznych rewolucjonistów, zatrudnia tubylczych absolwentów komunizmu z ulicy Gęsiej lub Smoczej. Prawdziwym rewolucjonistom, dajmy na to z Malajów, czy amazońskiej dżungli, trzeba by od podstaw tłumaczyć zawiłe pryncypia marksizmu-leninizmu, podczas gdy ci absolwenci od razu znają prawidłowe odpowiedzi na wszystkie pytania, niczym pani red. Monika Olejnik, czy pani red. Agnieszka Gozdyra, co to sztorcują swoich gości, jeśli ci prawidłowych odpowiedzi na pytania nie znają. Taniej i bezpieczniej jest zatem angażować właśnie takich, co znakomicie upraszcza sprawę.

A tu Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych, który dotychczas eksploatował w charakterze „sygnalisty” niejakiego pana Mraza, wynalazł w korcu maku kolejnego „sygnalistę” w osobie pana sędziego Arkadiusza Cichockiego. Pan sędzia Cichocki najpierw dokazywał w tak zwanej „aferze hejterskiej”, ale kiedy zaczęło mu się się robić gorąco, to znaczy, pardon – wcale nie zaczęło mu się robić gorąca, tylko głos sumienia przypomniał mu o umiłowaniu praworządności – jednym susem przeskoczył na jasną stronę Mocy, nawiasem mówiąc – podobnie, jak w swoim czasie uczynił to Wielce Czcigodny pan mecenas, no i teraz w swoich opowieściach wychodzi naprzeciw aktualnemu społecznemu zapotrzebowaniu. Jestem przekonany, że opowie wszystko, jak się należy, nawet bez konieczności podłączania go do prądu, bo w ten sposób odsuwa od siebie widmo, nie tyle może stryczka, bo to już nie te czasy, co za Stalina, ale krat – to już prędzej. Jak się okazuje, chyba nie da się zadośćuczynić oczekiwaniom pana komisarza Didiera Reyndersa, który uwziął się, żeby w naszym bantustanie przywrócić praworządność, zgodnie z przykazaniami Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen inaczej, jak przez sięgnięcie do nieprzebranego rezerwuaru „sygnalistów”.

No dobrze – ale gdzie właściwie mieści się ten rezerwuar? A gdzieżby, jeśli nie w kryminałach, do których za ancien regime’u niezawisłe sądy powtrącały rozmaitych obywateli? Nie wszyscy co prawda w równym stopniu się na „sygnalistów” nadają, ale myślę, że jedna kategoria nada się, jak mało kto. Mam na myśli oszustów. Któż lepiej od nich potrafi stworzyć wrażenie szczerości i spontaniczności? Wprawdzie i panu sędziemu Arkadiuszowi Cichockiemu nie brakuje zdolności, ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. W tej sytuacji nie ma co się zastanawiać, tylko pan minister Adam Bodnar powinien ogłosić werbunek „sygnalistów” właśnie z tego środowiska, a proces rozliczeń pójdzie jak z płatka. Za obietnicę wyjścia na wolność, a kto wie, czy nie dołączenia do korpusu autorytetów moralnych – bo przecież z jednego oszusta nawróconego na praworządność większa będzie radość w Niebiesiech, niż z dziesięciu sprawiedliwych – taki „sygnalista” potwierdzi ze szczegółami wszystko, czego tam wyuczy ich jeśli nawet nie Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych, to jakiś inny koryfeusz praworządności. I to jest najważniejszy argument za jak najszybszym przeprowadzeniem zaciągu, bo czyż można zaniedbać czegokolwiek, gdy w grę wchodzi praworządność? Jasne, że nie można zaniedbać niczego tym bardziej, że przecież Nasz Złoty Pan, podczas ostatniej gospodarskiej wizyty w Warszawie, chyba musiał ofuknąć pana premiera Donalda Tuska za zbyt ślamazarne tempo dintojry. Jak wiadomo, z listopadowymi wyborami prezydenckimi w Ameryce na dwoje babka wróżyła, więc wszystko powinno zostać dopięte na ostatni guzik w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, bo nie wiadomo przecież, czy pod koniec stycznia przyszłego roku przysięgi prezydenckiej nie złoży w Waszyngtonie wróg całej postępowej i miłującej pokój ludzkości Donald Trump? Wprawdzie stary finansowy grandziarz Jerzy Soros dał podobno aż 50 mln dolarów na kampanię wyborczą pani Kamali Harris, a inni grandziarze też sypnęli złotem, ale przecież w ostatniej chwili do demokratycznych procedur może wmieszać się zimny ruski czekista Putin i sprawy mogą się skomplikować.

Wprawdzie Donald Trump na pewno przypomniał sobie spostrzeżenie Michaela Corleone z filmu „Ojciec chrzestny”, iż historia nauczyła nas jednego – że mianowicie każdego można zabić – ale nawet u niego polityczne namiętności mogą wziąć górę i przypomni sobie swoją deklarację z lipca 2017 roku, że projekt Trójmorza bardzo mu się podoba i że Stany Zjednoczone będą go wspierały. Wtedy, jak pamiętamy, spowodowała ona zapalenie w Berlinie czerwonej lampki alarmowej, w następstwie czego Niemcy zgłosiły akces do Trójmorza, z czego ucieszył się pan prezydent Andrzej Duda – wobec tego teraz trzeba dmuchać nawet na zimne i kuć żelazo praworządności, póki gorące. Jednak bez masowego zaciągu „sygnalistów” w wiadomym rezerwuarze może się to nie udać, a wtedy ryzykujemy nie tylko perturbacjami w przywracaniu praworządności w naszym bantustanie, ale nawet tym, że świat może się zawalić.

W obliczu takiej dramatycznej alternatywy w kąt muszą pójść pięknoduchowskie obiekcje, że oto pan minister Adam Bodnar przy pomocy Wielce Czcigodnego pana mecenasa Romana Giertycha, będzie do przywracania praworządności wykorzystywał kryminalistów. Już Robert Penn Warren w słynnej powieści „Gubernator” wkładał w usta gubernatora Willa Starka spostrzeżenie, że dobro można robić przede wszystkim ze zła. Podobnie uważał pułkownik Kuklinowski z „Potopu”, doradzając panu Kmicicowi, że jeśli mu cnotka przeszkadza, to powinien ją wycharknąć.

Stanisław Michalkiewicz

Reputacja w gruzach

Reputacja w gruzach

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    1 sierpnia 2024

Lepsze jest wrogiem dobrego. Niby wszyscy to wiedzą, ale co z tego, skoro każdy woli przekonać się o tym osobiście, podobnie jak o prawdziwości tezy, jakoby pieniądze nie dawały szczęścia? U nas, to znaczy – w naszym nieszczęśliwym kraju – zgodnie z przepowiednią wicepremiera i ministra finansów w poprzednim vaginecie Donalda Tuska, poddanego brytyjskiego z pierwszorzędnymi korzeniami „Jacka” Vincenta Rostowskiego – „piniędzy nie ma – i nie będzie” – i dlatego właśnie nasz nieszczęśliwy kraj jest taki nieszczęśliwy. Ale „piniędze” to nie wszystko, bo oprócz „piniędzy” liczy się także reputacja.

Co prawda reputacja w wielu przypadkach zależy od „piniędzy” – o czym nie wiedzą nasze snoby, które – za poduszczeniem Judenratu, który obficie napawa ich michnikowszczyną – martwią się, co też powiedzą o nich w Paryżu i z tego zmartwienia próbują się dostroić do obyczajów, jakie w ich mniemaniu panują w „wielkim świecie”. Oczywiście w „wielkim świecie” panują obyczaje całkiem inne, niż myślą warszawscy światowcy. Na przykład moja córka, która w wieku kilkunastu lat, a więc w okresie „burzy i naporu” pojechała do Los Angeles, po powrocie oświadczyła ze zdumieniem, że Ameryka jest krajem ludzi religijnych. – Ano tak – powiedziałem. – Świat wygląda całkiem inaczej, niż sobie to wyobrażają warszawscy światowcy. Bo na przykład w Paryżu, zwłaszcza w niektórych kręgach, znakomitą reputacją cieszą się osoby, które mogą zapłacić za szampana, w już niebywałym prestiżem otaczane są osoby, które nie tylko mogą zapłacić za szampana, którego same wypiją, ale w dodatku – za szampana, którego postawią swoim gościom. Pamiętam, jak szansonistki w „Rasputinie”, gdzie byłem pikolakiem, wyśpiewywały smętną pieśń „Jeruszalaim” dla kilku żydowskich nababów, którzy zafundowali całemu personelowi restauracji szampana i to nie byle jakiego, tylko najdroższego Dom Perignon. „Byli czasy – przed wojną – panietego” – jak pisał Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś”.

Ale niekiedy prestiż nie jest uzależniony od „piniędzy”, tylko od obserwowania pewnego poziomu w zachowaniu, zwanego kiedyś „kindersztubą”. Odnosi się to również do polityki, chociaż w miarę demokratyzacji życia politycznego ma to coraz mniejsze znaczenie – ale jednak ma. Jak wiadomo, „hipokryzja jest hołdem, który występek składa cnocie” – pisał Franciszek ks. de La Rochefoucauld, toteż nad demokratyzującym się życiem politycznym unoszą się gęste i duszące opary obłudy, znacznie groźniejsze od wszelkich gazów cieplarnianych.

Ot na przykład prezydent Józio Biden, który – kiedy już nie udało się mu załatwić Donalda Trumpa za pośrednictwem niezawisłych sądów – na kilka dni przed zamachem chlapnął, że trzeba by go „wziąć na celownik”. Po zamachu jednak najwyraźniej przestraszył się własnej odwagi i zaczął kręcić, że został źle zrozumiany, że chodziło mu o coś zupełnie innego – i tak dalej. Tymczasem dla kumatych tajniaków wzięcie na celownik kojarzy się jednoznacznie – no i teraz FBI dopiero będzie miało zgryzotę, co zrobić z tym całym śledztwem przeciwko agentom Secret Service.

Toteż wydawało się, że chociaż Donald Tusk w ramach podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu został wyznaczony przez Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen na stanowisko tubylczego premiera – co pan prezydent Duda nolens volens przyklepał – jakimś szczątkowym prestiżem się cieszy, chociaż każdy zdaje sobie sprawę, że uprawianie jakiejkolwiek prawdziwej polityki ma on surowo zakazane, bo jego zadaniem jest przeprowadzenie w Polsce dintojry i przygotowanie w ten sposób terenu pod Generalne Gubernatorstwo. Jak pamiętamy, Donald Tusk wziął do swego vaginetu na chłopaków od brudnej roboty dwóch osobników: pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, którego największym jak dotąd wyczynem było podpalenie budki strażniczej przed rosyjską ambasadą i pana Adama Bodnara z czarnym podniebieniem, który został fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Pan Sienkiewicz wprawdzie przy pomocy „silnych ludzi” powyrzucał z gabinetów dotychczasowych szefów rządowej telewizji i wprowadził tam jakieś swoje kreatury, żeby głosiły chwałę Tuska Donalda i krytykowały „dobrą zmianę” – ale zrobił to nader po chamsku, więc gwoli ratowania resztek prestiżu Donald Tusk musiał spuścić go z wodą do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi” w Brukseli, żeby swoją obecnością nikogo nie dźgał w oczy.

Pan Bodnar krzątał się tymczasem wokół dintojry, ale starał się być ostrożny, co na premiera Tuska ściągnęło niezadowolenie Naszego Złotego Pana z Berlina. Podczas gospodarskiej wizyty w Warszawie musiał zmyć głowę Tusku Donaldu i przykazał mu zwiększyć tempo dintojry. Premier Tusk musiał podkręcić pana Bodnara, a z kolei ten musiał podkręcić swoich bodnarowców – no i się zaczęło.

A zaczęło się od tego, że zaraz na początku funkcjonowania vaginetu Donalda Tuska siepacze pojmali niejakiego pana Tomasza Mraza, który jest podejrzany o rozmaite nieprawości, ale ma status świadka, bodajże koronnego i z tego powodu ma przyznaną przez bezpiekę specjalną ochronę. Taki świadek koronny, dążąc do uniknięcia stryczka, zezna wszystko, co mu tam siepacze każą i dlatego przyssał się do niego Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych. Pan mecenas – oczywiście Wielce Czcigodny – zapewne ma nadzieję, że umiejętnie wykorzystując pana Mraza, który podobno zawczasu wszystko sobie ponagrywał, wytarza w smole i pierzu nie tylko znienawidzonych PiS-iaków, ale nawet samego Kaczora, któremu najwyraźniej nie może darować przerwania pięknie zapowiadającej się kariery politycznej, kiedy to ona mecenas w roku 2007 lansował na stanowisko premiera pana Janusza Kaczmarka, który wkrótce został przyłapany, jak o północy, na 40 piętrze hotelu „Marriot” w Warszawie, składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu przełożonemu, panu Ryszardowi Krauzemu. Nawiasem mówiąc, później panu Krauzemu zaczęły się psuć interesy, więc na wszystkie miejsca przez niego wcześniej zajmowane wprowadzony został syn pana generała Marka Dukaczewskiego i w ten sposób wszystko zostało w rodzinie, znaczy się – przy starych kiejkutach.

Pan Mraz nawija zgodnie ze społecznym zapotrzebowaniem i w ten sposób zarówno pan mecenas – oczywiście Wielce Czcigodny – Roman Giertych, jak i pan Adam Bodnar, ciułają sobie materiały na dintojrę. Kiedy jednak Nasz Złoty Pan nakazał dintojrę przyspieszyć, uderzono w czynów stal. Sejm uchylił immunitet panu Marcinowi Romanowskiemu, któremu prokuratura postawiła chyba więcej zarzutów, niż liczy sobie lat. No ale jak oskarżać, to oskarżać; w tej mnogości zawsze coś tam się przylepi. Pan Romanowski nawet zgłosił się do prokuratury, ale że był to piątek po południu, to nikt nie miał tam do niego głowy, bo wiadomo, że weekend jest po to, by wypić i zakąsić, a nie wysłuchiwać jakichś tam krętactw.

Żeby jednak nie przewróciło mu się w głowie, ABW w poniedziałek z samego rana go „złapała”, zakuła w kajdany, a poza tym kazała mu się rozebrać do naga. No cóż; sodomczykowie z ABW też muszą mieć jakieś przyjemności, bo w przeciwnym razie służba chyba by całkiem im obrzydła.

Słowem – wszyscy dobrze chcieli. Jednak przysłowie mówi, że jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. W tym triumfalnym zamieszaniu nikt nie zauważył, że pan Romanowski, oprócz tubylczego immunitetu, ma jeszcze immunitet członka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Kiedy zwrócił na to uwagę jego adwokat, bodnarowcy, a zwłaszcza najbardziej pełnomocny spośród nich, niejaki pan Korneluk, machnął na to lekceważąco ręką. Pewnie jego starsi kuzyni nie takich sadzali na nodze od stołka. Zresztą – jaki tam znowu immunitet, skoro sam Nasz Złoty Pan kazał, a pan minister Bodnar zatwierdził przyspieszenie dintojry? Na wszelki jednak wypadek obstalowano „ekspertyzy” u zaufanych naukowców, geniuszów podlaskich. Ci powinność swej służby zrozumieli i sporządzili opinie, że ten immunitet jest aktualny tylko gdy Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy obraduje. Jak nie obraduje, to żadnego immunitetu nie ma. I na takim nieubłaganym gruncie stanęła cała niezależna prokuratura. Nawiasem mówiąc, ten cały pan Korneluk, uwijał się wedle zorganizowania niezależnych prokuratorów w pas transmisyjny w postaci organizacji „Lex Super Omnia”, co się wykłada, że prawo ponad wszystko. Ale chyba nie tylko ono – bo honorowym członkiem tej organizacji jest pan Włodzimierz Cimoszewicz i pan Aleksander Bentkowski. Co łączy obydwie te postacie? Ano to, że i jeden i drugi figurował na „liście Macierewicza” w charakterze konfidenta bezpieki. To już chyba wszystko jasne; najwyżej można by jeszcze narysować obrazek.

I kiedy wydawało się, że niezawisły sąd przyklepie co najmniej 3 miesiące aresztu wydobywczego dla pana Romanowskiego, odezwała się Rada Europy żądając natychmiastowego jego zwolnienia. Zapanowało zamieszanie, no bo z jednej strony i pan Korneluk i pan Bodnar, ale z drugiej – Rada Europy, która żadnemu z tych dwóch dygnitarzy nie podlega. Toteż Donald Tusk, który zrozumiał, że posługując się Kornelukami i Bodnarami, tylko patrzeć jak będzie porównywany z ugandyjskim dyktatorem Idi Aminem Dadą. W rezultacie o północy w niezawisłym Sądzie Okręgowym na Mokotowie, do którego został ciupasem dostarczony pan Romanowski, zapadła w podskokach decyzja, by go natychmiast uwolnić – i tak się stało.

Tymczasem Wielce Czcigodny pan mecenas Giertych najwyraźniej o tej decyzji Donalda Tuska nie wiedział. Myślał, że wszystko będzie jak zawsze i nawet wygłosił stosowną opinię – a tu taka siurpryza! Toteż zaraz wygłosił opinię przeciwną, piętnując przy okazji ignorancję, która iuris nocet. Ale chyba nie tylko o tej decyzji Donalda Tuska Wielce Czcigodny pan mecenas Giertych nie wiedział. Oto na kilka dni przed feralnym głosowaniem nad ustawą o depenalizacji aborcji, w niemieckim portalu „Onet” ukazała się publikacja, że mimo zmiany rządu i Prokuratora Generalnego, prokuratura w Lublinie jak gdyby nigdy nic prowadzi śledztwo w sprawie Polnordu, z którego Wielce Czcigodny pan mecenas miał sobie sprywatyzować prawie 100 milionów złotych, a w dodatku jest on tam jako podejrzany. Wygląda na to, że Donald Tusk na wszelki wypadek nie odciął Wielce Czcigodnego pana mecenasa od stryczka. Wyobrażam sobie, jakie ta wiadomość musiała zrobić na nim wrażenie. Janusz Wilhelmi jeszcze za komuny przestrzegał przed uleganiem pierwszym odruchom – bo mogą być uczciwe. Nie wiem, czy Wielce Czcigodny pan mecenas o tej przestrodze słyszał – ale chyba nie, bo podczas głosowania – (jak wy mi tak, to ja wam tak) ostentacyjnie nie głosował, wskutek czego ustawa o depenalizacji aborcji nie przeszła, a na głowę Donalda Tuska runął jazgot rozwścieczonych amatorek dzieciobójstwa, przed którym, gwoli utrzymania higieny psychicznej, na kilka dni wyjechał do słodkiej Francji, gdzie mimo wszystko, siłą inercji traktują go nadal z pewną rewerencją.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Co wie “Iustitia” i Giertych, a my – jeszcze nie?

We właściwych rękach

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    28 lipca 2024w/lapach

Niczym grom z jasnego nieba spadła na świat wiadomość, iż prezydent Józio Biden rezygnuje z powtórnego ubiegania się o stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zaskoczenie było tym większe, że jeszcze niedawno Józio Biden sprawiał wrażenie zdecydowanego przewodzić Ameryce i światu do upadłego. Mówił nawet, że zrezygnuje tylko wtedy, jeśli sam Pan Bóg tak mu każe, co niektórych skłoniło do podejrzeń, że Biały Dom nie tylko ma „gorącą linię” do Moskwy, ale i do Królestwa Niebieskiego.

Ale – jak mówi poeta – „lecz tymczasem na mieście inne były już treście”. Po nieudanym zamachu na Donalda Trumpa, jakaś Schwein przypomniała sobie, że prezydent Józio Biden, najwyraźniej zirytowany daremnymi próbami zneutralizowania swego rywala przy pomocy niezawisłych sądów, powiedział, ze teraz chyba trzeba by go wziąć na celownik. Słowo wylatuje wróblem, a powraca wołem, toteż zaraz inne Schweine przyczepiły się do tej wypowiedzi i chociaż Józio tłumaczył, że nie miał nic złego na myśli, nie było innej rady, jak przy pomocy zbrodniczego koronawirusa, który – jak wielokrotnie mówiłem – jest wyjątkowo wyrobiony politycznie, schronić się za murami epidemicznej izolacji. Sądziłem, że w ten sposób prezydent Józio Biden doczeka listopada, kiedy to pierwszorzędni fachowcy dostaną rozkaz, by prawidłowo policzyli głosy, a potem, gdy w styczniu przyszłego roku zostanie zaprzysiężony, wyjdzie na jaw, iż utracił zdolność do sprawowania urzędu, a wtedy, bez żadnych wyborów, prezydentem na całą kadencję zostanie pani Kamala Harris. „Taka, panie, kombinacja” – jak mawiał Antoni Lange.

Jednak co ma wisieć, nie utonie, toteż wygląda na to, iż najpewniejszym kandydatem do nominacji z ramienia Partii Demokratycznej, jest właśnie pani Kamala Harris. Nie tylko jest Wielką Nadzieją amerykańskich komunistów, ale – ze względu na małżonka z pierwszorzędnymi korzeniami – również tamtejszych Żydów, którzy – mówiąc nawiasem – zawsze stanowili awangardę komunistycznej rewolucji. Ale – powiadają – że jej szanse w konfrontacji z Donaldem Trumpem są jeszcze mniejsze, niż Józia Bidena. Jeśli zatem nikt nie zmobilizuje pierwszorzędnych fachowców, by w listopadzie podliczyli głosy z wyjątkową starannością, to kolejny prezydentem USA może zostać znienawidzony przez chyba wszystkie Judenraty, a przez ten warszawski, michnikowski w szczególności – Donald Trump.

Czy i w jaki sposób przełożyłoby się to na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju – oto pytanie. Wykluczyć tego nie można przede wszystkim dlatego, że Donald Trump zapowiada zakończenie wojny na Ukrainie, to znaczy – doprowadzenie do zamrożenia konfliktu. Czy w tej sytuacji Polska nadal będzie obciążona haraczem na rzecz Ukrainy? Tego niestety też wykluczyć nie można, mimo, a może właśnie dlatego, iż Corey Lewandowski, były doradca sztabu wyborczego Donalda Trumpa w wywiadzie dla Polskiego Radia dał do zrozumienia, iż Trump, jako prezydent, będzie wspierał polityczne inicjatywy Andrzeja Dudy, w tym również, związanego z nim kandydata na prezydenta w wyborach w roku 2025, „by Polska pozostała we właściwych rękach”. Zwłaszcza to ostatnie może wskazywać na to, iż Polska ponownie powróci pod kuratelę amerykańską, bo Donald Trump może unieważnić pozwolenie, jakiego w marcu ub. roku udzielił Niemcom prezydent Józio Biden, by urządzały sobie Europę po swojemu. Pewne znaki na ziemi i niebie wskazują, iż proces powrotu Polski pod kuratelę amerykańską właśnie się rozpoczął.

Oto w ramach nakazanego przez kanclerza Scholza przyspieszenie dintojry, Sejm uchylił immunitet posłowi Marcinowi Romanowskiemu, w związku z czym ABW w poniedziałkowy poranek złapała go, zakuła w kajdany, kazała rozebrać się do naga i w ogóle. Wyglądało na to, iż niezawisły sąd, powinność swej służby rozumiejąc, wtrąci go na 3 miesiące, albo nawet na 3 lata do aresztu wydobywczego. Wprawdzie pojawiły się głosy, że pan Romanowski ma jeszcze jeden immunitet, jako członek Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, ale ani wzięty przez Donalda Tuska na chłopaka od brudnej roboty pan Adam Bodnar z czarnym podniebieniem, ani jego prokurator krajowy, niejaki pan Korneluk nie zwracał na to specjalnej uwagi, nawet gdy szef owego Zgromadzenia Parlamentarnego RE oficjalnie zażądał od polskich władz natychmiastowego uwolnienia pana Romanowskiego. Na wszelki wypadek tylko zasłonili się „ekspertyzami”, autorstwa dwójki utytułowanych geniuszów: jednego warmińskiego, a drugiego podlaskiego, z których wynikało, że ten drugi immunitet jest ważny tylko wtedy, gdy zgromadzenie parlamentarne obraduje, a jak nie – to nie. I kiedy wydawało się, że wszystko jest gites-tenteges, a abewiaki przywlokły pana Romanowskiego przed oblicze niezawisłego sądu na warszawskim Mokotowie na pięć minut przed północą, sąd w osobie pani Agaty Pomaniowskiej, w trymiga kazał pana Romanowskiego natychmiast uwolnić – i tak się stało.

Zaskoczenie było tym większe, że pani Agata do tej pory orzekała prawidłowo, znaczy – jak się należy – a tu taka siurpryza! Nawet Judenrat „Gazety Wyborczej” zachodził w um, co też mogło się stać – ale bezskutecznie. Na pewien trop naprowadza nas tedy okoliczność, że pani Agata należy do sędziowskiej partii „Iustitia”. Ta „Iustitia”, jak pamiętamy, powstała w 1990 roku, kiedy rozwiązała się PZPR, będąca pasem transmisyjnym bezpieki do sądownictwa. Toteż stare kiejkuty zakręciły się wokół stworzenia nowego pasa transmisyjnego, żeby w nowym ustroju wszystko też było gites-tenteges. Więc jeśli teraz, w tak prestiżowej dla vaginetu Donalda Tuska i w ogóle – należąca do „Iustitii” pani Agata każe pana Romanowskiego natychmiast uwolnić, to co mamy o tym myśleć? Ja na przykład myślę, że może to być nieomylny znak, iż stare kiejkuty już wiedzą coś, czego my jeszcze nie wiemy i zawczasu przygotowują się na powtórne przejście Polski pod kuratelę amerykańską. Tak było i w roku 2015, kiedy to, po zwycięstwie pana Andrzeja Dudy nad prezydentem Komorowskim, 18 czerwca stare kiejkuty urządziły międzynarodową konferencję naukową „Most” – żeby Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów”. Więc jeśli teraz Polska znowu ma przejść pod kuratelę amerykańską, to nic dziwnego, że nawet „Iustitia” zaczyna ćwierkać z nowego klucza.

Nie tylko zresztą „Iustitia”. Oto Wielce Czcigodny Roman Giertych, co to przyprawił o wściekłość Donalda Tuska nie popierając ustawy o depenalizacji aborcji, przedstawił swój projekt autorski, żeby mianowicie karać – ale tylko tych, których oskarży kobieta, co to właśnie się wyskrobała. Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, która w vaginecie Donalda Tuska zajmuje operetkową posadę feministry do spraw równości (małych naciągamy, dużych obcinamy, grubych uciskamy, a chudych nadymamy), nie może z tego nic pojąć, w co chętnie wierzę. Wielce Czcigodnej pani Katarzynie wiele innych rzeczy też nie mieści się w rozczochranej główce, podczas gdy Wielce Czcigodny pan mecenas Giertych, to kanclerska głowa tym bardziej, że podczas kicania na rzecz praworządności, wiele mu się w tej głowie ułożyło. Skoro tedy dzisiaj twierdzi, że emocje w sprawie aborcji „rozsadzą koalicję”, to może i on wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy? Bo jeśli ta koalicja zostanie „rozsadzona”, to co będzie dalej? Dalej będzie inna koalicja – a czy przypadkiem nie ta, która da rękojmię, że „Polska pozostanie we właściwych rękach”?

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Gdzie bije krynica mądrości? Na bazarze w Białymstoku

Na bazarze w Białymstoku

Stanisław Michalkiewicz    27 lipca 2024 michalkiewicz

Gdzie bije krynica mądrości, skąd czerpać wiedzę o świecie, do czyich opinii się dostrajać? Dotychczas wszystko wydawało się jasne. Krynica mądrości bije w siedzibie Judenratu „Gazety Wyborczej” przy ul. Czerskiej w Warszawie, gdzie patentowane autorytety moralne przygotowują dla mikrocefali intelektualną zupę na michnikowszczynie. Swego rodzaju krakowską filią warszawskiego Judenratu jest redakcja „Tygodnika Powszechnego” na świętej ulicy Wiślnej, przygotowująca rozmaite wyciągi i esencje z michnikowszczyny dla tak zwanych katolików postępowych.

Jak wspominał Konstanty Ildefons Gałczyński, zdarzały się tam rozmaite potknięcia, których wtedy w warszawskim Judenracie nie bywało, bo tu porządku pilnował Różański z Romkowskim. W Krakowie bywało inaczej; pewnego razu pewien autor przyniósł księdzu redaktoru powieść. „Ksiądz założył monokiel, czyta, chwali – głębokie. Dekalogi, akty wiary, to po prostu nie do wiary; romans teologiczny! Lecz tymczasem na mieście inne były już treście. Niby ten sam tytuł w przedzie, ale w środku – strach powiedzieć: przygody pederastów!

Z kolei innym razem pewien profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego przyniósł artykuł, w którym domagał się, by likwidować starców. Ksiądz Piwowarczyk czyta i powiada: no nie, panie profesorze, coś takiego w katolickim piśmie? Profesor zabrał tedy artykuł i sobie poszedł. Kilka dni później Stefan Kisielewski spotkał go na Plantach i pyta, jak pan profesor się czuje. – Nie chcecie likwidować starców, to co mam robić? Dobrze się czuję – odpowiedział. Dzisiaj „Tygodnik Powszechny” tak się już wyrobił, że ex aequo z warszawskim Judenratem jest w awangardzie postępu, więc na pewno przygotuje nam jeszcze niejedną siurpryzę.

Tymczasem przez nasz nieszczęśliwy kraj przetacza się fala rewolucyjnego wrzenia po nieudanej próbie depenalizacji aborcji. Chodziło o to, by nie tylko nie karać tych, którzy damy wyskrobują, ale również tych, którzy podczas skrobanki trzymają je za ręce lub nogi, słowem – by nie karać już nikogo. Wydawałoby się, że wszystko zostało dogadane i tuskowa maszynka do głosowania zadziała i tym razem, aliści zdarzyła się niespodzianka, a to za sprawą Wielce Czcigodnego mecenasa Romana Giertycha. Okazało się, że zgadzając się na kandydowanie do Sejmu z ramienia Volksdeutsche Partei zmienił poglądy – ale nie wszystkie – jednak Donaldu Tusku tego nie powiedział. Wszystko to być może, ja jednak zwróciłbym uwagę na publikację, jaka kilka dni wcześniej ukazała się na łamach niemieckiego portalu „Onet” – że mimo zmiany rządu i Prokuratora Generalnego, prokuratura w Lublinie, jak gdyby nigdy nic, prowadzi śledztwo w sprawie Pol nordu, z którego Wielce Czcigodny pan mecenas, według fałszywych pogłosek, miał sprywatyzować sobie prawie 100 milinów. Czyżby Donald Tusk nie odcinając go od stryczka zamierzał w przyszłości wykorzystywać go jeszcze inaczej? – Jak wy mi tak, to ja wam tak – mógł pomyśleć sobie Wielce Czcigodny pan mecenas i w rezultacie nasz nieszczęśliwy kraj ogarnęła fala rewolucyjnego wrzenia.

W awangardzie rewolucji są oczywiście kobiety, podobnie jak to było w roku 1980, kiedy to cały Gdańsk, a potem cała Polska stanęła dęba, bo pani Henryka Krzywonos zatrzymała na ulicy tramwaj – że już dalej nie pojedzie. Potem do spółdzielni ojców transformacji ustrojowej próbował podłączyć się Kukuniek, że to niby „przeskoczył przez płot”, ale inni świadkowie Historii twierdzili, że w tym miejscu żadnego płotu nie było, tylko motorówka Marynarki Wojennej podwiozła go na miejsce, no a potem upadł komunizm.

Jak tam było, tak tam było; dość, że komunizm nie tyle może upadł, co – jak zauważył prof. Bogusław Wolniewicz – „mutuje”- nie tylko zresztą u nas, ale i w Ameryce, gdzie tylko patrzeć, jak prezydentem bez żadnych wyborów może zostać pani Kamala Harris. W odróżnieniu od prezydenta Józia Bidena, ona też jest kobietą, podobnie jak lesbijki, co to w strefie buforowej przy białoruskiej granicy urządziły sobie wesele, pokazując przybyłym żołnierzom z patrolu rozmaite niedyskrecje, na widok których nasza niezwyciężona armia podała tyły.

Najwyraźniej w związku z wzbierającą falą rewolucyjnego wrzenia, jaka przewala się przez nasz nieszczęśliwy kraj, elity postanowiły ponownie zbliżyć się do ludu pracującego miast i wsi, żeby posłuchać, co tam w trawie piszczy. Tak właśnie nakazywał towarzysz Lenin, żeby partia nie traciła więzi z masami. Toteż dlatego właśnie ABW i inne bezpieczniackie watahy, z zapałem nie tylko rekrutują konfidentów, gdzie się tylko da, ale w dodatku nakazują naszemu parlamentu uchwalać ustawy o ochronie „sygnalistów”. Ale konfidenci i „sygnaliści” to – można powiedzieć – systemowe elementy penetracji ludu pracującego, które w dodatku pracują zgodnie z procedurami.

A w którym miejscu zapuścić sondę w masy, żeby bez tego systemowego pośrednictwa poznać zbawienne prawdy, którymi żyje lud? Kiedyś wydawało się, że wystarczy w tym celu pójść do magla, żeby za jednym zamachem wszystkiego się dowiedzieć. Wstyd się przyznać, ale i mnie tak się wydawało, dopóty, dopóki nie poszedłem do magla i zobaczyłem, że tam na okrągło wszyscy słuchają radia. Okazało się, że i ten segment opinii publicznej, który do niedawna uchodził za spontaniczny i autentyczny, też jest odgórnie sterowany. Nie da się ukryć; dobrze to nie wygląda, więc co mieli robić redaktorzy „Onetu”, żeby położyć rękę na pulsie opinii publicznej i dowiedzieć się, co właściwie piszczy w trawie?

Myślę, że wybór był trudny, ale za to owocny, bo żmudne poszukiwania zaprowadziły ich do Białegostoku, ale nie do komitetu, czy do redakcji tamtejszego oddziału „Gazety Wyborczej”, tylko na bazar. Tak samo postępują w Turcji i w ogóle na Środkowym Wschodzie. Jak chcemy się czegoś dowiedzieć, to tylko na bazarze. I co się okazuje? Okazuje się, że fala rewolucyjnego wrzenia ogarnęła też i białostockie bazary, o czym świadczyłyby opinie wygłaszane przez tamtejsze, bazarowe księżniczki. Wprawdzie opinie te przypominają do złudzenia treści suflowane ludowi pracującemu przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, ale wcale nie musi to przecież oznaczać jakiejś zakulisowej inspiracji, tylko przeciwnie – dawać świadectwo, iż Judenrat nie na żarty podtrzymuje więź z masami, zgodnie z leninowskim przykazaniem. Mamy zatem do czynienia ze sprzężeniem zwrotnym miedzy Judenratem a bazarami, co jest uzasadnione również historycznie, bo przecież antenatami współczesnych mełamedów tworzących wspomniany Judenrat, były handełesy, operujące właśnie na bazarach, miedzy innymi w Białymstoku, skąd dzisiaj wypływa krynica mądrości.

Stanisław Michalkiewicz

Mamy aż siedem bezpieczniackich watah: ABW, CBA, CBŚ, Agencję Wywiadu, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, Służbę Wywiadu Wojskowego i Policję Fiskalną.

Stanisław Michalkiewicz: Sygnaliści i zubatowszczyna  sygnalisci-i-zubatowszczyna

W naszym nieszczęśliwym kraju mamy aż siedem bezpieczniackich watah: ABW, CBA, CBŚ, Agencję Wywiadu, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, Służbę Wywiadu Wojskowego i Policję Fiskalną. O WSI, których “nie ma”, nawet już nie wspominam.  Warto zwrócić uwagę, że w Sowietach, w czasach stalinowskich były tylko NKWD i RAZWIEDUPR, czyli wywiad wojskowy, a przejściowo również SMIERSZ (Specjalnyje Mietody Razobłaczanija Szpionow). W III Rzeszy była Abwehra, Gestapo, Sicherheistdienst, a poza tym swoją bezpiekę miały SS.

Jak z tego wynika, nasz nieszczęśliwy kraj również pod tym względem upodabnia się raczej do III Rzeszy, niż do Sowietów. Nie ma w tym nic osobliwego, bo – jak wielokrotnie zwracałem uwagę – IV Rzesza, którą obecnie pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen budujemy, nie może zasadniczo różnić się od Rzeszy III. I nie będzie.

Mówiąc o bezpieczniackich watahach mam na myśli te formacje, które mają prawo prowadzenia działalności operacyjnej, to znaczy – prawo werbowania agentury. Działalności operacyjnej, oprócz inwigilacji, towarzyszy również prowokacja. O ile inwigilacja w zasadzie polega na śledzeniu poczynań podejrzanych osób w nadziei, że zrobią wreszcie coś, za co można będzie ich zneutralizować, a przynajmniej – szantażować, o tyle prowokacja polega na podżeganiu wytypowanych osób, by zrobiły coś niedozwolonego po to, by na tej podstawie ich aresztować i ewentualnie – stracić.

Granica między agenturą i prowokatorami jest płynna, bo agenci, czyli tajni współpracownicy, mogą być również zadaniowani prowokatorsko. W rezultacie działalność bezpieki coraz bardziej przypomina działalność kół łowieckich. Koła łowieckie  skupiają myśliwych, którzy chcą odbywać polowania.

Jednak, żeby polowania były udane, albo w ogóle możliwe,  koła łowieckie muszą sobie hodować zwierzynę. Tak właśnie robią bezpieczniackie watahy. Przy pomocy prowokacji hodują sobie rozmaitych wywrotowców, a nawet szpiegów, by móc następnie chwalić się sukcesami i wyłudzać coraz to nowe publiczne pieniądze na swoje utrzymanie.

Tak było już w carskiej Rosji i innych państwach europejskich – o czym interesująco pisze Adam Zamoyski w opasłej książce “Urojone widmo rewolucji”. Za patrona wszystkich prowokatorów – o ile można sobie coś takiego wyobrazić – może uchodzić inżynier Jewno Azef. Ten ubogi, młody Żyd najpierw pracował u kupca zbożowego w Rosji. Kiedy ukradł mu 800 rubli, uciekł do Niemiec, zapisał się na politechnikę w Karlsruhe i stamtąd napisał do Ochrany do Petersburga, że jest tu kółko socjalistyczne, o którym on może dostarczać informacji – naturalnie za wynagrodzeniem.

Takiego kółka nie było, ale Azef je założył i stanął na jego czele. Z czasem kółko rozrosło się w wielką partię socjalno-rewolucyjną, która urządzała zamachy na rosyjskich dygnitarzy. Azef te zamachy organizował, a następnie wydawał Ochranie ich uczestników – ale nie wszystkich, a tylko takich, którzy objawiali ambicje polityczne.

Jego upadek rozpoczął się, gdy jeden z żandarmów, niejaki Bakaj, przeszedł na jasną stronę Mocy i zaczął rewolucjoniście Burcewowi opowiadać o wszystkim co wiedział – między innymi o wszechmogącym agencie, którego znał tylko pseudonim: “Raskin”.

Zdarzyło się tedy, że ów Burcew podróżował koleją przez Niemcy w towarzystwie byłego szefa Departamentu Policji, Łopuchina. Molestował go o tego “Raskina”, ale Łopuchin nie puszczał farby. Wreszcie, gdy już wysiadał, powiedział Burcewowi: “żadnego Raskina nie znam, a inżyniera Jewno Azefa widziałem wszystkiego kilka razy”.

Zaniepokojona partia  zaczęła węszyć i wreszcie najgorsze podejrzenia się potwierdziły. Gwiazda Azefa zgasła, ale za to zapłonęła inna, w osobie Włodzimierza Eliaszewicza Ulianowa “Lenina”, przy pomocy którego niemiecki Sztab Generalny, wywołując w Rosji rewolucję, wyeliminował ją z udziału w Wielkiej Wojnie.

 Przypomniało mi sie to wszystko na wieść, że Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych znalazł jakiegoś nowego sygnalistę. Nowego – bo dotychczas pan mecenas eksploatuje sygnalistę w osobie pana Mraza, byłego dyrektora Funduszu Sprawiedliwości. Kiedy zmienił się rząd, pan Mraz zdecydował się “sygnalizować” tak zwane “nieprawidłowości” związane ze wspomnianym “Funduszem”, a nawet ujawnić sporządzone wcześniej nagrania.

Nagrywał zaś już wtedy, gdy jeszcze był jego dyrektorem, sporządzając 50 godzin nagrań. Kto mu te nagrania zlecił i za jaką cenę – tego oczywiście nie wiem, bo okoliczności werbunku agentury są opatrzone klauzulą “tajne, specjalnego znaczenia”. Czy oprócz nagrań otrzymywał jakieś inne zlecenia, na przykład – sugerowania innym urzędnikom dokonywania jakichś ryzykownych operacji – tego też nie wiem, ale wykluczyć tego nie można. Gdyby tak było, to pan Mraz byłby prowokatorem, który teraz, jako koronny świadek prokuratury, korzysta z gwarancji bezkarności.

W swoich znakomitych pamiętnikach “Na skraju imperium” Mieczysław Jałowiecki wspomina, jak to w Liceum Cesarskim w Petersburgu kolega z klasy, Rosjanin, zaczął mu – jako jedynemu Polakowi- wymyślać od “buntowników”. Dyrektor Liceum, generał Szylder, zwrócił temu Rosjaninowi uwagę w następujących słowach: “widzę, że nie rozumiesz, gdzie się znajdujesz. To jest Liceum Cesarskie – szkoła dla dobrze wychowanych i przyzwoitych ludzi, a nie chamów. (…) Zakład nasz ma na celu wychowanie młodzieży na gentlemenów, a nie donosicieli i prowokatorów.”

O tym, jak daleko odeszliśmy od tamtych zasad świadczy niedawno uchwalona ustawa o  ochronie sygnalistów, czyli właśnie donosicieli i prowokatorów. Okazuje się, że nie chodzi tylko o ochronę, ale przede wszystkim – o ich kształcenie. Właśnie na moją pocztę elektroniczną, co prawda do spamu, niemniej jednak, trafiła oferta zarejestrowanej w Warszawie przy ul. Stryjeńskich 19  Fundacji Cyberbezpieczeństwa AIMS, podpisana przez panią Elżbietę Sobków z Sekcji Prawnej Fundacji, dotyczące wszechstronnego szkolenia “sygnalistów”.

Okazuje się, że jedna faszystowska regulacja pociąga za sobą następne,  a świadczy o tym powiązanie szkolenia sygnalistów również z procedurami wynikającymi z ustawy o ochronie danych osobowych, której uchwalenie w swoim czasie nakazał  polskim władzom ówczesny Reichsfuhrer IV Rzeszy. Czy pani Elżbieta Sobków, podpisana pod ofertą, to Elżbieta Anna Sobków z Międzyzakładowego Związku Zawodowego Inspektorów Ochrony Danych oraz Funkcjonariuszy Bezpieczeństwa Informacji z Porąbki?

Gdyby tak było, nasuwałoby to podejrzenia, że odradza się u nas tzw. “zubatowszczyna”. Niejaki Zubatow zakładał w Rosji prorządowe związki zawodowe. Czy rekrutowały one wyłącznie konfidentów Ochrany – pewności nie mam, ale prawdopodobieństwo jest bardzo wysokie. Wszystko zatem by się zgadzało.

Szczytowanie na szczycie NATO

Szczytowanie na szczycie NATO

Stanisław Michalkiewicz    23 lipca 2024 michalkiewicz

Tak się paradoksalnie złożyło, że szczyt NATO w Waszyngtonie zakończył się prawie równocześnie z obchodami rocznicy Rzezi Wołyńskiej, których kulminacyjnym momentem jest odsłonięcie pomnika w miejscowości Domostawa, w gminie Jarocin, między Janowem Lubelskim, a Niskiem. Pomnik został umieszczony tam ze względu na to, że żadna większa miejscowość nie odważyła się zlokalizować go u siebie.

Jak się okazuje, mimo przeprowadzenia podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, nic się pod tym względem nie zmieniło. Polska, podobnie jak za rządów „dobrej zmiany”, również za rządów obozu zdrady i zaprzaństwa z Volksdeutsche Partei na czele, pozostaje „sługą narodu ukraińskiego” – o czym w swoim czasie poinformował opinię publiczną ówczesny rzecznik MSZ, pan Łukasz Jasina. Z tej okazji odezwał się zięć zapomnianego dzisiaj, a w dodatku podejrzewanego o niebezpieczne związki z komunistyczną bezpieką, polityka Leszka Moczulskiego, pan Krzysztof Król, w swoim czasie Wielce Czcigodny poseł. W latach ostatnich kręcił się przy Komitecie Obrony Demokracji i przy jakimś gangu utworzonym przez Kukuńka. Wcześniej był też doradcą doskonałym prezydenta Komorowskiego, co wzbudza we mnie podejrzenia, że musiał zwąchać się ze starymi kiejkuty, które wyznaczają mu coraz to nowe zadania. Otóż Pan Krzysztof Król za pośrednictwem Judenratu „Gazety Wyborczej” nawołuje, byśmy „wyszli z traumy”.

Ciekawe, że nikomu nie przyjdzie do głowy, by coś takiego zaproponować Żydom. Oni z „traumy” wcale nie chcą wychodzić, przeciwnie – im dalej od zakończenia II wojny, tym większej traumy doświadczają i pojawiają się nawet fałszywe pogłoski, jakoby już czwarte pokolenie ocalałych z holokaustu, w rocznicę konferencji w Wansee moczyło się w nocy. Ale w przypadku Żydów te traumy przekładają się na forsę i inne bonusy, podczas gdy mniej wartościowy naród tubylczy, to znaczy Polacy, nie tylko z tej traumy nic nie ma, ale musi do niej dokładać – bo pomnik w Domostawie został ufundowany ze składek społecznych. Nic tedy dziwnego, że pragmatyczni Amerykanie musieli nacisnąć starych kiejkutów, które przewerbowały się na służbę do ichniego wywiadu, byśmy dali sobie spokój z „traumami” i pokornie służyli ukraińskiemu narodowi, jak Nasz Pan Miłosierny z Waszyngtonu przykazał. No a stare kiejkuty też nacisnęły i w rezultacie pan Krzysztof Król za pośrednictwem wspomnianego Judenratu radzi nam, co przystoi nam czynić.

Zresztą jakże inaczej, kiedy nie tylko Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, ale i Nasz Złoty Pan z Berlina musiał surowo przykazać Donaldu Tusku, żeby przestał wierzgać przeciwko ościeniowi i pyskować prezydentowi Zełeńskiemu, tylko żeby podpisał z nim umowę o współpracy i wzajemnej pomocy – taką samą, jak za komuny podpisywało się z ZSRR? Donaldu Tusku nie trzeba było dwa razy tego powtarzać i zaraz podpisał umowę przywiezioną przez prezydenta Zełeńskiego, który w drodze do Waszyngtonu na szczyt NATO, złożył niezapowiedzianą, gospodarką wizytę w Warszawie. Ciekawe, że ta druga umowa jest powtórzeniem i rozszerzeniem tamtej pierwszej, z 2 grudnia 2016 roku, którą parafował znienawidzony Antoni Macierewicz. Nie słychać było, by ktoś ośmielił się ją wypowiedzieć, więc najwyraźniej Ukraina ma teraz aż dwie umowy, na podstawie których może Polskę szlamować.

Ale umowa, to jedna sprawa, a niezależnie od niej, ktoś, a właściwie KTOŚ musiał Donalda Tuska dodatkowo podkręcić, bo złożył prezydentu Zełeńskiemu dwie oferty. Pierwszą – że z terytorium Polski będą zestrzeliwane ruskie rakiety nadlatujące nad Ukrainę i drugą – że tubylczy warszawski rząd utworzy na polskim terytorium Legion Ukraiński, złożony z ochotników, to znaczy – ukraińskich obywateli, którzy uciekli z Ukrainy do Polski żeby nie dostać się do tamtejszego wojska.

Początkowo myślałem, że wysuwając tę drugą ofertę Donald Tusk finezyjnie zakpił sobie z prezydenta Zełeńskiego, który musiałby przyjąć to za dobrą monetę i Donaldu Tusku podziękować. Gdzież by bowiem Ukraińcy, którym udało się czmychnąć z Ukrainy, często za sowite łapówki, teraz, kiedy ukraińskie mięsko armatnie właśnie się wyczerpuje, zgłaszali się do Legionu, żeby na Ukrainie zginąć, albo nawet przeżyć, ale bez rąk, albo nóg?

Jednak już następnego dnia okazało się, że to nie była kpina, tylko że Donaldu Tusku naprawdę ktoś kazał taką ofertę złożyć. Nasunęła mi tę myśl publikacja w niemieckim portalu „Onet”, który już następnego dnia napisał, że do Legionu zgłosiło się „sto tysięcy” ochotników. Widać było, że z obfitości serca usta mówią, i że Niemcy na temat Legionu próbują stworzyć fakty prasowe.

W dodatku Książę-Małżonek, na konferencji prasowej w Waszyngtonie powiedział, że do Legionu zgłosiło się, owszem – ale tylko stu ochotników. Miedzy setką, a stoma tysiącami jest wielka różnica – a poza tym – do kogo ci ochotnicy mieliby się zgłosić, skoro minęły dopiero dwa dni i wszystko jest w sferze projektów? Nic, tylko Niemcy nacisnęły Tuska w sprawie Legionu, bo gdyby nawet udało się zmobilizować tysiąc ukraińskich gołoworiezów, to BND miałaby tu uzbrojoną ukraińską formację, która przecież nie podlegałaby rządowi polskiemu, tylko Bóg jeden wie – komu. W tej sytuacji użycie takiego Legionu, by w razie czego zdyscyplinował tubylcze polskie władze, urządzając tutaj powtórkę z „Wołynki”, to znaczy – doprowadzając do mordów, podpaleń i zamętu, czyli – do stworzenia przesłanek przewidzianych w ustawie nr 1066, na podstawie której formacje zbrojne obcych państw mogłyby uczestniczyć w tłumieniu rozruchów na terytorium Polski, nie byłoby dla BND, ani dla innej centrali wywiadowczej specjalnie trudne tym bardziej, że jestem prawie pewien, iż stare kiejkuty z przyjemnością w takiej „Wołynce” wzięłyby udział – oczywiście po stronie Legionu.

Toteż nawet gdyby Donald Tusk podpisał wspomnianą umowę za zgodą Sejmu – czego oczywiście nie uczynił i co nieubłaganym palcem wytyka mu Konfederacja, domagając się dla niego Trybunału Stanu – to i tak trzeba by go było podłączyć do prądu, by wyjaśnić kulisy tego pomysłu i jego prawdziwy cel.

Bo celem drugiego pomysłu, to znaczy – zestrzeliwania z polskiego terytorium ruskich rakiet nadlatujących nad Ukrainę, jest oczywiście wepchnięcie Polski do wojny i to w dodatku w sposób nie pociągający za sobą żadnych zobowiązań ze strony NATO.

Trudno o lepszą poszlakę, że Niemcy w dymach bijących z wojny na Ukrainie próbują uwędzić sobie własne polityczne półgęski. Na szczęście uczestniczące w szczycie NATO w Waszyngtonie państwa poważne nie chciały o tym słyszeć i w ten sposób Polska została uratowana przed Donaldem Tuskiem. Dlatego nie ma racji prezydent Duda, nazywając vaginet Donalda Tuska „niedołęgami”, podobnie jak nie miał racji prezydent Józio Biden, któremu się przedstawiło, że stojący obok prezydent Zełeński, to prezydent Putin.

Stanisław Michalkiewicz

Fart i niefart Donalda Tuska

Fart i niefart Donalda Tuska

Stanisław Michalkiewicz„Goniec” (Toronto)    21 lipca 2024 chyzy

Zgodnie z rozkazem przekazanym Donaldu Tusku przez Naszego Złotego Pana Olafa Scholza, który niedawno odbył w Warszawie gospodarską wizytę, dintojra nabiera tempa. Ledwo Sejm uchylił immunitet Wielce Czcigodnemu posłowi Romanowskiemu, byłemu wiceministrowi sprawiedliwości, a już ABW go złapała i odstawiła do aresztu wydobywczego, gdzie będzie jęczał i szlochał, aż się przyzna, a wtedy zostanie dostarczony przed oblicze niezawisłego sądu. Ten już powinność swej służby zrozumie, niczym petersburski policmajster z „Pana Tadeusza” i przysoli Wielce Czcigodnemu piękny wyrok.

Równolegle bowiem z przyspieszeniem dintojry wzięty przez Donalda Tuska na chłopaka od brudnej roboty pan Adam Bodnar, razem ze swoimi bodnarowcami intensyfikuje kurację przeczyszczającą w prokuraturze i sądach. Jak już i tu i tam zostaną sami zaufani funkcjonariusze, ruszy rzeź niewiniątek; w ten sposób teren pod Generalne Gubernatorstwo zostanie zniwelowany. Powtarzam się – ale w słusznej sprawie nigdy dość powtarzania – żeby potem nikt nie mówił, że nie wiedział. Tym bardziej, że Sejm cofnął immunitet nie tylko Wielce Czcigodnemu Marcinowi Romanowskiemu, który teraz trafił do aresztu wydobywczego, ale i Wielce Czcigodnemu Mariuszowi Błaszczakowi, byłem ministrowi obrony. W odróżnieniu od pana Marcina Romanowskiego nie jest on podejrzany z powodu Funduszu Sprawiedliwości, tylko z prywatnej skargi generała Tomasza Piotrowskiego, byłego dowódcę operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych.

Nawiasem mówiąc, wprowadzony u nas system dowodzenia wydaje się nader skomplikowany, co ma oczywiście plusy ujemne, ale i plusy dodatnie. Można by odnieść wrażenie, że nie tyle chodzi o dowodzenie, co o stworzenie odpowiednich synekur dla rosnącej liczby generałów, których mamy podobno więcej, niż samolotów. No i pan generał Piotrowski poczuł się dotknięty wyjaśnieniami ministra Błaszczaka w sprawie ruskiej rakiety, co to doleciała aż w okolice Bydgoszczy, a właściwie – w okolice Chobielina, gdzie – jak wiadomo – mieszka Książę-Małżonek wraz z Małżonką. Pan minister Błaszczak twierdził, że nic o tej rakiecie nie wiedział, podczas gdy pan generał utrzymuje, że on ministra o wszystkim informował. Jak tam było tak tam było; najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest takie, że obydwie strony mają rację. Pan generał owszem – informował, ale na skutek niebywałego rozmnożenia szczebli dowodzenia i dowódców, droga służbowa stała się tak długa i skomplikowana, że informacja do ministra w końcu nie dotarła.

A jeśli już jesteśmy przy ruskich rakietach, to podczas niedawnej gospodarskiej wizyty w Warszawie prezydenta Zełeńskiego, który zatrzymał się tu w drodze na szczyt NATO w Waszyngtonie, to Donald Tusk, najwyraźniej podkręcony przez Naszego Złotego Pana obiecał prezydentu Zełeńskiemu, że Polska będzie strącać ruskie rakiety nadlatujące nad Ukrainę. Aliści były to obietnice bez pokrycia, bo okazało się, że obecne na szczycie państwa poważne się na to nie zgodziły, więc takie wepchnięcie Polski w wojnę z Rosją na razie pozostaje w sferze projektów.

W sferze projektów pozostaje też utworzenie na terytorium Polski z „ochotników”, czyli obywateli ukraińskich, co to uciekli z Ukrainy, często za sowite łapówki, żeby tylko wymigać się od poboru do tamtejszego wojska, Legionu Ukraińskiego, który Polska ma uzbroić i wyszkolić. Wydawało mi się początkowo, że Donald Tusk zakpił sobie w ten sposób z prezydenta Zełeńskiego – ale nie. Już następnego dnia na łamach niemieckiego portalu „Onet” ukazała się publikacja, do Legionu zgłosiło się sto tysięcy ochotników. Książę-Małżonek na konferencji prasowej w Waszyngtonie co prawda powiedział, że tylko stu, ale nie o to chodzi, bo ważniejsze jest, dlaczego Niemcom aż tak zależy na tym Legionie, który przecież żadnym władzom polskim by nie podlegał? Komu by podlegał? Aaa, tego na razie nikt nie wie, więc nie można wykluczyć, że faktycznie podlegałby niemieckiej BND, która mogłaby go użyć do urządzenia w Polsce powtórki z „wołynki”, co stworzyłoby pretekst do udziału formacji zbrojnych obcych państw do zrobienia w Polsce porządku na podstawie ustawy nr 1066, która cały czas obowiązuje.

Ale może i kuracja przeczyszczająca i dintojra tak znakomicie się uda, że powtórka z „wołynki” okaże się niepotrzebna. Zresztą zdaniem Judenratu „Gazety Wyborczej” niepotrzebne jest również upamiętnianie tamtej „wołynki”, zwłaszcza w postaci „jątrzącego” i „dzielącego” pomnika, odsłoniętego 14 lipca w Domostawie, między Janowem Lubelskim i Niskiem. Ciekawe, że nikomu nie przyjdzie do głowy, by perswadować Żydom, że pomniki stawiane przez nich ofiarom holokaustu też „jątrzą” i „dzielą”. Najwyraźniej co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie, więc nic dziwnego, że Judenrat czujnie strzeże żydowskiego monopolu na martyrologię.

Postępy dintojry z pewnością wprawiły Donalda Tuska i całą Volksdeutsche Partei z satelitami w dobry nastrój, aż tu nagle zdarzyło się coś, co – niczym zgrzyt żelaza po szkle – ten nastrój w jednej chwili zwarzyło. Oto w Sejmie odbywało się głosowanie nad projektem ustawy o depenalizacji aborcji. Wydawało się, że maszynka do głosowania będzie pracować bez zarzutu, a tymczasem ustawa nie przeszła, bo za jej uchwaleniem głosowało 215 posłów, ale przeciw – 218. Wśród tych, którzy nie głosowali, znalazł się Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych, za co wściekły Donald Tusk zawiesił go w prawach członka klubu i pozbawił funkcji wiceprzewodniczącego. Mecenas Giertych wyjaśniał, że wprawdzie kandydując z ramienia Volksdeutsche Partei zmienił poglądy – ale nie wszystkie.

Nie wypada temu zaprzeczać, jednak warto zwrócić uwagę na publikację „Onetu” na kilka dni przed tym głosowaniem. Okazało się, że mimo zmiany rządu oraz ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, prokuratura w Lublinie, jak gdyby nigdy nic, nadal prowadzi śledztwo w sprawie Polnord, w którym pan mecenas Giertych występuje w charakterze podejrzanego o zagarnięcie prawie 100 mln złotych. Okazało się, że Donald Tusk zachował się wobec mecenasa Giertycha jak jakiś esesman wobec członka Sonderkomando i na wszelki wypadek wcale nie odciął go od stryczka. – Jak wy mi tak, to ja wam tak – mógł w takiej sytuacji pomyśleć sobie pan mecenas i odmówił wzięcia udziału w głosowaniu tym skwapliwiej, że sam projekt autorstwa Wielce Czcigodnej Anny Marii Żukowskiej z pierwszorzędnymi korzeniami ocenił, jako „niechlujny”, „nierozsądny” a „w wielu punktach nawet groźny”. Oczywiście autorka projektu wznieciła straszliwy jazgot, a „kobiety” zapowiedziały iż wyjdą na ulicę, żeby znowu sobie trochę „powypierdalać” – jak to mają w zwyczaju. Na takie dictum Donald Tusk czmychnął do Francji, aby choć trochę oddalić się od tych rozżartej tłuszczy, ale prędzej czy później będzie musiał wypić kielich goryczy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Komuna w natarciu, ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu.

Komuna w natarciu

Stanisława Michalkiewicz Goniec” (Toronto)    14 lipca 2024 michalkiewicz

Wprawdzie Judenrat warszawski w „Gazecie Wyborczej” oficjalnie się raduje z wyników wyborów we Francji, gdzie „koalicja republikańska” z komunistami na czele zrobiła „no pasaran” znienawidzonemu Zjednoczeniu Narodowemu pani Maryny Le Pen, ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Chodzi o to, że przywódca tych wygranych komunistów Jan Łukasz Melenchon budzi niepokój wśród francuskich Żydów. Uważają go oni za antysemitnika i zaraz po wyborach wśród francuskich Żydów pojawiły się głosy, żeby na wszelki wypadek wynieść się z Francji. Jak pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Caryca i zwierciadło” – „a Żydki zamykają domy, bo przeczuwają już pogromy.” Poza tym Melenchon nie jest przeciwny wyjściu Francji z NATO, a jeśli chodzi o Unię Europejską, to uważa, że Francja powinna ignorować unijne postanowienia, sprzeczne z francuskimi interesami państwowymi. W sumie Judenrat nie bardzo wie, czy się cieszyć, czy nie cieszyć. Wprawdzie fołksfront zrobił „no pasaran” Marynie Le Pen, ale nie zapominajmy, że inicjator fołksfrontów, Józef Stalin, już-już zabierał się do tego, by na koniec zrobić „kęsim” również Żydom, którzy w czynnościach katowskich okazali mu się bardzo pomocni i tylko litościwa natura uratowała ich przed następnym holokaustem, zabierając Ojca Narodów z tego świata.

W ogóle to rewolucja komunistyczna w Europie z pewnością dozna przyspieszenia, bo we Francji będą dokazywać komuniści, w Wielkiej Brytanii – zwycięska Partia Pracy, czyli Arbeitpartei, a w naszym bantustanie – Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, która też musi rozmaite trybuty wypłacać tutejszej komunie w zamian za polityczne poparcie.

Inna rzecz, że tutejszej komunie nawet nie przychodzi do głowy, by wtrącać się w stosunki własnościowe, od początku transformacji ustrojowej kontrolowane przez stare kiejkuty, do których dołączyły inne bezpieczniackie gangi – więc tylko jazgocze na temat skrobanek, sodomczyków i innych takich wynalazków, sprawy poważne pozostawiając starszym i mądrzejszym. Toteż kiedy się okazało, że Narodowy Fundusz Zdrowia, który Leszek Miller, nie mogąc wysadzić w powietrze osobników osadzonych przez charyzmatycznego premiera Buzka na synekurach w Kasach Chorych, zreformował tak, że Kasy Chorych rozpędził, a na ich miejsce ustanowił NFZ z synekurami obsadzonymi już przez właściwe osoby – otóż kiedy się okazało, że ten cały NFZ przeżera coraz większą część nakładów na ochronę zdrowia i w rezultacie szpitale po osiem i więcej miesięcy czekają na zapłatę za zabiegi już wykonane, odezwała się pani Leszczyna, co to w vaginecie Donalda Tuska dostała fuchę feministry zdrowia. Zaproponowała, by pacjenci, zamiast z byle czym pakować się do szpitali, najpierw leczyli się na własną rękę, a do szpitala kierowali się w sytuacjach naprawdę poważnych.

Jednocześnie, żeby opinii publicznej dać jakąś satysfakcję, rządowa telewizja poinformowała o schwytaniu groźnego gangu byłych pracowników szpitali, którzy kradli stamtąd żywność, jak tylko nastąpiła dostawa. Od razu się wyjaśniło, co tak naprawdę jest przyczyną tych wszystkich przejściowych trudności w ochronie zdrowia, więc Donald Tusk powołał nowe oddziały ABW – bo wiadomo, że nic tak nie uspokaja nastrojów, jak bezpieczniacy, zwłaszcza w sytuacji, gdy walka klasowa będzie się zaostrzała.

A będzie – bo Nasz Złoty Pan z Berlina, podczas gospodarskiej wizyty w Warszawie , musiał podkręcić Donalda Tuska z powodu ślamazarnego tempa dintojry. Toteż zaraz pan minister Adam Bodnar, wzięty przez Donalda Tuska na chłopaka od brudnej roboty, zorganizował najście prokuratorów i policji w asyście Kuby-Rozpruwacza-Sejfów na siedzibę Krajowej Rady Sądownictwa, w której podobno zalęgli się jacyś „łże-sędziowie”. Oczywiście to tylko pretekst, bo tak naprawdę chodzi o to, by przy pomocy bodnarowców przeprowadzić czystkę etniczną w prokuraturze i sądach, by pozostali tam już tylko funkcjonariusze zaufani, którzy powinność swej służby zrozumieją i znienawidzonym PiS-iakom przejadą smykiem po gardłach, niwelując w ten sposób teren pod Generalne Gubernatorstwo. Taki jest obecnie, oczywiście w największym skrócie, Generalplan Ost.

Tymczasem do Warszawy przyjechał z gospodarską wizytą ukraiński prezydent Zełeński, któremu Donald Tusk obiecał, że może na niego liczyć i nawet podpisał z nim umowę o bezpieczeństwie. Co konkretnie miał na myśli, to znaczy – jakie nowe serwituty wobec Ukrainy – tego jeszcze nie wiemy – bo właśnie pan generał Skrzypczak, który wcześniej dla Ukrainy gotów był nawet wyrwać sobie serce z piersi, teraz skapował, że politycy najwyraźniej „nie zdają sobie sprawy”, że Polska oddała Ukrainie „prawie cały” sprzęt, że „nikt” nie produkuje u nas amunicji i „nie mamy na razie takiej zdolności”.

No ale dobre słowo pewnie też się liczy tym bardziej, że Wiktor Orban, który właśnie wrócił z podróży do Kijowa i Moskwy powiedział, że będzie „jeszcze gorzej” niż dotychczas. Czy miał na myśli tylko zwiększoną presję ze strony Putina, czy również sytuację finansową Ukrainy, której 1 sierpnia grozi bankructwo? Co na to Ameryka, co mówi Londyn? – diabli wiedzą. Ameryka pogrąża się w wątpliwościach co do stanu zdrowia prezydenta Józia Bidena, który odgraża się, że będzie przewodził Ameryce i światu do upadłego, więc trudno, żeby w tej sytuacji zajmował się jeszcze Ukrainą. Inna sprawa, że właśnie o to chodzi, by w jesiennych wyborach kandydował Józio Biden, a jak głosy zostaną przez pierwszorzędnych fachowców prawidłowo policzone, to nawet wygrał – no a potem, kiedy już się zaprzysięgnie, to zaraz się okaże, że demencja bardzo się posunęła i w rezultacie prezydentem bez żadnych wyborów zostanie pani Kamala Harris, dzięki czemu Ameryka zrobi milowy krok na drodze do komunizmu.

Na takie podejrzenia naprowadza mnie okoliczność, że tamtejsi Żydowie murem stoją za Józiem. Oto Anna Applebaum, nasza Jabłoneczka, a przy okazji – małżonka Księcia-Małżonka – napisała, że Trump też jest zużyty i ona wie, jak to Amerykanom pokazać. Pokazać coś takiego, to żadna sztuka; wystarczy zdjąć Trumpowi kalesony, żeby cała Ameryka zobaczyła – jak to pisał Boy-Żeleński – „genitalia jubilata” – ale w jaki sposób o tym zużyciu Donalda Trumpa dowiedziała się Jabłoneczka? Tajemnica to wielka, tym bardziej, że o charakterze strategicznym, więc lepiej nie zaglądajmy za zasłonę, chociaż – co tu ukrywać – pokusa jest.

Tymczasem po drugiej turze wyborów we Francji Zjednoczenie Narodowe w Parlamencie Europejskim ogłosiło przystąpienie do nowej frakcji, zorganizowanej przez Wiktora Orbana pod nazwą „Patrioci dla Europy”. W rezultacie dotychczasowa frakcja „Tożsamość i Demokracja”, może przestać istnieć. Oprócz Fideszu, Zjednoczenia Narodowego i Ligi Włoskiej znajdą się tam również Czesi, Austriacka Partia Wolności, portugalska partia Chega, hiszpański VOX, holenderska Partia Wolności, Duńska Partia Ludowa oraz Interes Flamandzki z Belgii. W ten sposób „Patrioci” mogą stać się w PE trzecią frakcją co do liczebności, po Volksdeutsche Partei i socjalistach.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Dekompozycja

Dekompozycja

Stanisław Michalkiewicz   13 lipca 2024 michalkiewicz

Historia rzeczywiście się powtarza, i w dodatku zawsze, albo prawie zawsze jako farsa. Jak wiadomo, Prawo i Sprawiedliwość ze swoimi satelitami, jest historyczną rekonstrukcją przedwojennej sanacji – do czego nawiązuje nazwa tej formacji, sugerująca prawość. Jednak już pod koniec rządów „dobrej zmiany” pojawiało się coraz więcej fałszywych pogłosek o rozmaitych malwersacjach, a przynajmniej przedsięwzięciach z punktu widzenia prawości wątpliwych, a dokonana w ubiegłym roku podmianka na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu w związku z pozwoleniem, jakiego amerykański prezydent Józio Biden w marcu ubiegłego roku, w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem, udzielił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, zapoczątkowała dintojrę, która jest jedynym programem vaginetu Donalda Tuska, jeśli oczywiście nie liczyć skrobanek i sodomczyków. Ale zarówno skrobanki jak i sodomczykowie, to tylko obsesje durnic i wariatów tworzących sojusznicze Lewice. Niemcom to nie przeszkadza; niech się Polki skrobią, a Polacy – bzykają w popielniki, zamiast objawiać jakieś prawdziwe ambicje polityczne.

Toteż Volksdeutsche Partei, jak i osobiście Donald Tusk, uprawianie prawdziwej polityki ma od Niemców surowo zakazane, Jedyne, co mu wolno, to właśnie dintojra, przy pomocy której Niemcy będą próbowały ograniczyć w naszym bantustanie wpływy amerykańskie. Właśnie niemiecki kanclerz, najwyraźniej zniecierpliwiony ślamazarnym przebiegiem dintojry, musiał Donalda Tuska podkręcić („wiecie, rozumiecie Tusk; jak będziecie się nadal z tą dintojrą tak wałkonić, to będzie z wami brzydka sprawa”).

Na mieście zaczęły krążyć fałszywe pogłoski, jakoby Nasz Złoty Pan zagroził Donaldu Tusku wysyłką na Ost-Front, ale nie ma w nich słowa prawdy, bo to pan minister Bodnar, który został wzięty do brudnej roboty, zaraz się zmobilizował, wysyłając prokuratora w asyście policji i Kuby-Rozpruwacza-Sejfów do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa. Wezwany na przesłuchanie do telewizji pan prof. Andrzej Zoll, jąkając się „wyjaśniał”, że to nie było najście na „siedzibę KRS”, a tylko na jakichś łże-sędziów.

Co to jest z tym panem profesorem Zollem; co stare kiejkuty na niego mają, że daje się tak wykorzystywać na oczach całej Polski? Zresztą, mniejsza już o niego, bo ważne jest co innego. Najpierw pan Bodnar, najwyraźniej przyspieszając dintojrę, przeprowadzi metodą faktów dokonanych kurację przeczyszczającą w prokuraturze i sądach, by nie było tam już żadnych osób przypadkowych, a tylko agenci, jak nie starych kiejkutów, to Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jeszcze raz przypomnę, że jak tylko rozwiązana została w 1990 roku PZPR, która była pasem transmisyjnym bezpieki do sądownictwa, to zaraz sędziowie stworzyli następny pas transmisyjny w postaci organizacji „Iustitia”, a w roku bodajże 2010, po tym, jak ABW prowadziła „Operację Temida” mającą na celu werbunek agentury w środowisku sędziowskim powstała kolejna organizacja sędziów pod nazwą „Themis”. Nawiasem mówiąc, przy tworzeniu tej drugiej organizacji bardzo czynna była sławna pani sędzia, w swoim czasie działająca aktywnie z „Iustitii”, co wzbudza podejrzenia, że zarówno stare kiejkuty, jak i ABW mogą korzystać z usług agentów podwójnych. Więc jak już pan Bodnar przy pomocy swoich bodnarowców przeprowadzi kurację przeczyszczającą w niezawisłych sądach, to wtedy zaufani sędziowie przysolą pretorianom byłego Naczelnika Państwa piękne wyroki i w ten sposób teren pod Generalne Gubernatorstwo zostanie zniwelowany.

Tak w najogólniejszych zarysach wygląda dzisiaj Generalplan Ost.

Toteż trudno się dziwić, że w obozie „dobrej zmiany” mamy objawy „dekompozycji”. Ciekawe, że takie same objawy „dekompozycji” miały miejsce w łonie „sanacji” w drugiej połowie lat 30-tych, po śmierci Józefa Piłsudskiego. Wśród koterii, które rozmnożyły się na podobieństwo myszy, dominowały dwie: „grupa belwederska” i „zamkowa”. Jedna związana była z marszałkiem Śmigłym-Rydzem, a druga – z prezydentem Mościckim.

Jak wiadomo, „dekompozycja” skończyła się katastrofą państwa w postaci klęski wrześniowej, której praprzyczyną było zaufanie, jakim minister Józef Beck obdarzył Angielczyków. Angielczykowie udzielili Polsce „gwarancji”, licząc na to, że Hitler swoje pierwsze uderzenie skieruje właśnie na Polskę, a nie na nich – no a potem będzie musiał skonfrontować się ze Stalinem, któremu za fatygę coś trzeba będzie dać – no to Polska będzie się na taki prezent znakomicie nadawała.

Podobnie i „dobra zmiana”, która postawiła wszystko na Amerykanów, a kiedy w marcu ub. roku Amerykanie udzielili Niemcom wspomnianego przyzwolenia na urządzanie Europy po swojemu, zaczęła tracić grunt pod nogami. Dotychczas bowiem wszystko trzymał w kupie Jarosław Kaczyński. Skąd mu się ta siła brała – tajemnica to wielka – bo jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to to, że jest on naprawdę przekonany, że wszyscy powinni się dla niego poświęcać. Z Józefem Piłsudskim było podobnie – ale wydaje mi się, że jest to podobieństwo jedyne. To w polityce wielka siła – ale jak wszystko – również i ona ma swoje granice. Wprawdzie Jarosław Kaczyński jeszcze się nie przeziębił, ale gdy okazało się, że wobec prowadzonej na niemieckiej smyczy Volksdeutsche Partei i uprawianej przez nią polityki faktów dokonanych jest w gruncie rzeczy bezradny, obóz „dobrej zmiany” wkroczył w etap „dekompozycji”.

Jej zwiastuny pojawiły się już wcześniej, w 2017 roku, kiedy po felonii, jakiej po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią dopuścił się wobec swego wynalazcy pan prezydent Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński musiał zawrzeć kompromis ze starymi kiejkuty, w ramach „głębokiej rekonstrukcji rządu” spławiając panią Beatę Szydło do luksusowego przytułku dla byłych ludzi w Brukseli, a stanowisko premiera powierzając Mateuszowi Morawieckiemu, byłemu doradcy Donalda Tuska, no i przede wszystkim – spuszczając z wodą znienawidzonego Antoniego Macierewicza. Jak pamiętamy, naraził się on i Sralonowi, ujawniając konfidentów, naraził się starym kiejkutom, likwidując WSI, naraził się łapownikom, anulując kontrakt na zakup śmigłowców „Caracall” no i naszej niezwyciężonej armii, urządzając jej kurację przeczyszczającą, po której nie może ona dojść do siebie aż do dnia dzisiejszego. Teraz, kiedy Amerykanie pozostawili inicjatywę Niemcom, Jarosława Kaczyńskiego nie przestraszyli się nawet radni małopolskiego sejmiku, więc „unik zrobił byk”, a marszałkiem został faworyt pani Beaty Szydło pan Łukasz Smółka. Zatem Szydło już wyszło z worka, podobnie jak były doradca Donalda Tuska Mateusz Morawiecki („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka” – dziwował się poeta).

A do wyborów prezydenckich, kiedy obóz „dobrej zmiany” utraci ostatni przyczółek, już tylko rok.

Stanisław Michalkiewicz

Straszliwa wiedza

Straszliwa wiedza

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    9 lipca 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5640

Powstała wnet straszliwa wiedza, że Byt się zgęszcza i rozrzedza” – pisał Janusz Szpotański o twórczości filozofa Levy-Stossa w nieśmiertelnym poemacie „Bania w Paryżu”. Ten filozof, „łysek zezowaty” – jak go nazwała Bonja podczas swojej pierwszej wizyty w salonie księżnej de Guise, co to miała ideę-fixe, „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”, był tego salonu ozdobą . Zbierały się tam również inne oryginały, m. in. Bendith-Cohn, co to „kapitalizmu wieścił zgon”, no i „Simona”, która dopomogła Bonji, zabłysnąć wytworną ecriturą, która przybrała postać filozoficznej rozprawy pod tytułem „Migrena Bytu”. Akcja utworu osnuta jest śmiałym planie attache kulturalnego sowieckiej ambasady w Paryżu Gułagowa, który zamierzał urządzić we Francji festiwal „Cichego Donu”, połączony z wkroczeniem Bonji, jako symbolu Thermosa i Hydrosa, na czele orszaku wspomnianych oryginałów do katedry Notre Dame, która zostanie przerobiona na postępową „banię”, Jednocześnie z wojskowego lotniska we wschodnim Berlinie wystartuje ogromny sowiecki transportowiec, wioząc 2 tysiące komandosów „Specnazu” poprzebieranych za artystów chóru Aleksandrowa, którzy zajmą się dalszymi technicznymi szczegółami festiwalu „Cichego Donu”.

Ten nieśmiertelny poemat, niestety nie wykończony, powstał w latach 70-tych, ale autora musiały wspierać proroctwa. Te proroctwa – jak to proroctwa – nie były zbyt dokładne, chociaż w latach ostatnich katedra Notre Dame w Paryżu nie tylko nie wiedzieć czemu spłonęła, ale w dodatku pojawiły się plany przerobienia jej na coś innego – może nie na postępową „banię”, chociaż do końca tego nie wiemy, bo diabli wiedzą, co może jeszcze strzelić do głowy panu prezydentowi Macronowi?

Od tamtej pory minęły lata, zmieniło się oblicze świata i oto mamy znakomitą ilustrację trafności intuicji Włodzimierza Lenina, który przewidział, ze kapitaliści sprzedadzą bolszewikom sznur, na którym zostaną powieszeni. Muszę powiedzieć, że za Lenina również kapitaliści byli trochę inni, niż teraz, bo wtedy duraczenie nie było jeszcze aż tak zaawansowane, jak dziś, kiedy to szwedzka niestabilna emocjonalnie panienka, wodzi za łby najmądrzejszych, a jeśli niekoniecznie najmądrzejszych, bo nie ma najmniejszego powodu, by dajmy na to, sekretarza generalnego ONZ uważać za najmądrzejszego, podobnie jak rozmaitych, utytułowanych łgarzy – więc przynajmniej najbardziej utytułowanych. Wprawdzie Boy-Żeleński pisał: „ty, co głupoty powagą najmądrzejszych wodzisz za łby”, ale to było dawno, natomiast dzisiaj – skąd wziąć, nawet niekoniecznie najmądrzejszych, tylko przynajmniej – niegłupich? Więc zamiast najmądrzejszych, a przynajmniej – niegłupich – którzy dzisiaj stanowią wielki rarytas, mamy jegomościów utytułowanych, którzy za pieniądze gotowi są zrobić dosłownie wszystko.

Przypuszczam, że jednym z nich jest pan Maciej Makselon – prezentujący się jako „polonista, redaktor literacki, wykładowca akademicki i ambasador kampanii #ZmieniamyNarracje”. Ta kampania została przygotowana przez firmę IKEA, która ma oddziały w wielu krajach świata, między innymi – również w naszym nieszczęśliwym kraju. Wszystkie spółki tworzące firmę IKEA należą do holenderskiego koncernu INGKA Holding, którego właścicielem jest Fundacja Stichting INGKA, utworzona przez Teodora Ingwara Kamprada, miliardera, założyciela i wieloletniego prezesa IKEI. Wspominam o nim, bo idzie on znacznie dalej, niż kapitaliści z czasów Lenina. Nawet Lenin bowiem nie przypuszczał, że ówcześni kapitaliści dostarczą bolszewikom sznur za darmo, tylko, że jednak go sprzedadzą.

Pan Kamprad sznur, na którym zostanie kiedyś powieszony, oferuje komunistom za darmo.

Ten sznur za sprawą pana Macieja Makselona przybrał postać „Leksykonu dobrego języka”, czyli swego rodzaju wokabularza politycznej poprawności, ze stosownymi pouczeniami, które w sumie tworzą straszliwą wiedzę, podobno do tej, stworzonej przez filozofa Lewy’ego Stossa, że „Byt się zgęszcza i rozrzedza”. Można by nad tym przejść do porządku, jako nad jeszcze jednym dziwactwem w rodzaju „Nowych Aten, albo akademii wszelkiey scyencyi pełnej”, gdyby nie okoliczność, iż wspomniany „Leksykon” jest ważnym elementem masowego duraczenia, które zgodnie z obecną strategią, przyjętą przez promotorów komunistycznej rewolucji, jest najważniejszym jej narzędziem.

Rzecz w tym, że już w latach 60-tych pojawiły się w ruchu komunistycznym wątpliwości, czy należy kontynuować przerażającą, ponurą bolszewicką strategię rewolucyjną. Te wątpliwości przybrały postać „eurokomunizmu”, zwanego „komunizmem z ludzką twarzą”, a ponieważ ani świat, ani ruch komunistyczny się od tego nie zawalił, w roku 1968 uruchomiony został pilotażowy program nowej rewolucyjnej strategii w postaci młodzieżowej rewolty, pod hasłem „zabrania się zabraniać”.

Ta nowa strategia została zaproponowana jeszcze w latach 20-tych XX wieku przez włoskiego komunistę Antoniego Gramsciego, który doszedł do wniosku, że najważniejszym czynnikiem alienującym nie są wcale niewłaściwe stosunki własnościowe – jak wydawało się Marksowi i Leninowi – tylko „kultura burżuazyjna”. Dostarcza ona bowiem człowiekowi kategorii, przy pomocy których on poznaje, porównuje, ocenia, wybiera, słowem – funkcjonuje intelektualnie. I jeśli chce się przeciwko ten kulturze zbuntować, to buntuje się przy pomocy kategorii, których ona mu dostarcza – bo innych nie ma. Wskutek tego jego bunt jest nieskuteczny, groteskowy, a rewolucyjny zapał idzie w gwizdek. W tej sytuacji Gramsci wykombinował sobie, by do „kultury burżuazyjnej” wprowadzić „ducha rozłamu”, to znaczy – tradycyjnym kategoriom kulturowym nadać zupełnie nową, komunistyczną treść. W związku z tym głównym polem bitwy rewolucyjnej nie będą wcale stosunki własnościowe, tylko sfera ludzkiej świadomości, czyli sfera kultury.

W tej sytuacji na plan pierwszy wysuwa się masowe duraczenie, prowadzone przy wykorzystaniu piekielnej triady: państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego. Pierwszym krokiem na drodze do zwycięstwa rewolucji ma być zdobycie panowania nad językiem mówionym, to znaczy – narzucenie miliardom ludzi „poprawnego języka”. A jaki język jest poprawny? Taki, z którego wyeliminowane są całkowicie wszelkie określenia i wszelkie sądy wartościujące. I właśnie wspomniany „Leksykon” zawiera dokładnie to. Domyślam się, że jest to vademecum dla mikrocefali, podane w humanitarnym sosie – że to niby chodzi o to, by nikogo nie urażać, nie „wykluczać”, ani nie „stygmatyzować” – ale tak naprawdę, poprzez cierpliwe i metodyczne eliminowanie z języka mówionego określeń i sądów wartościujących, chodzi o uwieńczenie procesu duraczenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Wobec debaty Trump – Biden: Bez kompleksów

Bez kompleksów

Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto)    7 lipca 2024

Wśród przygnębiających wydarzeń, za rodzaj światełka w tunelu możemy uznać debatę między kandydatami na prezydenta USA: urzędującym prezydentem Józiem Bidenem i byłym prezydentem Donaldem Trumpem. Po jej obejrzeniu nie powinniśmy już mieć żadnych kompleksów na tle poziomu naszej, tubylczej sceny politycznej no i oczywiście – poziomu toczących się u nas debat. Co prawda podczas debaty amerykańskiej nikt nie próbował udowadniać obydwu kandydatom, że są głupsi od prowadzących ją dziennikarzy, podczas gdy u nas ani pani Monika Olejnik, ani pani Agnieszka Gozdyra, ani pan Robert Mazurek nie potrafiliby oprzeć się tej pokusie, ale poza tym jej poziom nie odbiegał specjalnie od poziomu naszych debat, podczas których uczestnicy przeważnie sobie wymyślają. Tak właśnie było i podczas debaty amerykańskiej, co pokazuje, że o ile dyktatury bywają rozmaite, to każda demokracja prędzej czy później się ujednolici. Skąd się to bierze – tajemnica to wielka – chociaż pewne światło rzuca na tę sprawę uwaga wybitnego francuskiego polityka Jerzego Clemenceau: je vote pour le plus bete, co się wykłada, że głosuję na najgłupszego. Jeśli inni też tak robią, to trudno się dziwić, że w końcu wszystko się wyrównuje.

Skoro tak sprawy mogą się mieć, to nic dziwnego, że w dniach ostatnich Sejm uchwalił nowelizację kodeksu karnego, dodając do dotychczasowych kryteriów gwałtu w postaci przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, również „inny sposób” presji na damę, a przede wszystkim – brak jej zgody. Jedynie posłowie Konfederacji oraz część posłów PiS głosowali przeciwko tej nowelizacji, co pokazuje, że przypuszczenie, iż w Sejmie zasiada polityczna reprezentacja wariatów [chyba raczej: idiotów md] wcale nie jest takie nieprawdopodobne, zwłaszcza że może ona nawet stanowić trwałą większość. Jakie będą skutki ten nowelizacji, możemy przewidzieć już dzisiaj. Mężczyźni będą omijali kobiety szerokim łukiem, oczywiście z wyjątkiem prostytutek, które będą miały przygotowane blankiety opieczętowane przez notariuszy, gdzie można będzie wypisać zgodę na coitus z konkretnym klientem, zaznaczając datę i godzinę, a po uregulowaniu przez klienta należności, wręczyć mu ten dokument. W przeciwnym razie nikt nie będzie pewny dnia ani godziny, bo przecież uczestnicy gwałtu; wszystko jedno – prawdziwego, czy urojonego, wcale nie muszą się znać. Co więcej – nie ma żadnych gwarancji, że dama nawet w trakcie może nabrać wątpliwości, czy naprawdę chce kontynuować, no i co wtedy, zwłaszcza gdy nie ma żadnych świadków? W rezultacie gwałtownie wzrośnie popyt na gumowe lalki, które dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji mogą niczym już nie różnić się od czytelniczek „Wysokich Obcasów” lub innych dodatków produkowanych przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, a nawet od parlamentarzystek Lewicy.

Tymczasem dopiero w niecały miesiąc po wyborach do Parlamentu Europejskiego, zostały na poziomie unijnym załatwione sprawy personalne. Jak było do przewidzenia, stanowisko Reichsfuhrerin utrzymała na następną kadencję Urszula von der Leyen, komisarzem do spraw zagranicznych została przedstawicielka Estonii Kaja Kallas. Książę-Małżonek, który jeszcze kila miesięcy temu już był pewnym kandydatem na unijnego komisarza obrony, zostaje w Warszawie. Wygląda na to, że ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego rzeczywiście nie przyniosły przełomu – co widać również po pierwszej turze wyborów parlamentarnych we Francji.

Tamtejsza ordynacja wyborcza została skonstruowana tak, by blokować Zjednoczeniu Narodowemu dostęp do parlamentu, więc 7 lipca zmierzy się ono z koalicją „wszyscy przeciwko Zjednoczeniu Narodowemu”, wskutek czego mając najwięcej głosów, może tych wyborów nie wygrać.

Tymczasem 1 lipca objawiły się pierwsze osiągnięcia rządu Donalda Tuska w postaci wzrostu rachunków za energię elektryczną średnio o 30 procent. Rząd naturalnie przygotowuje dodatki osłonowe dla obywateli. Jak widzimy, mimo zmiany rządu, nic się nie zmieniło. Po staremu obywatele będą przekupywani swoimi własnymi pieniędzmi – za to na odcinku igrzysk mamy już nowości. Oto Judenrat „Gazety Wyborczej” – jak to się mówi – „dotarł” do listu Jarosława Kaczyńskiego do Zbigniewa Ziobry, w którym Naczelnik Państwa przestrzega swego ministra, by nie używał środków z Funduszu Sprawiedliwości na kampanię wyborczą. To znalezisko okazało się prawdziwym darem Niebios dla pana mecenasa Romana Giertycha, który zapowiada złożenie na Jarosława Kaczyńskiego doniesienia do Prokuratury, że „wiedział, a nie powiedział”. Ponieważ jednocześnie pan minister sprawiedliwości Adam Bodnar przeprowadza rodzaj czystek etnicznych w niezawisłych sądach, w pewnym momencie w sądach tych pozostaną już wyłącznie niezawiśli sędziowie zaufani, którym bez obaw będzie można powierzyć sprawy polityków Prawa i Sprawiedliwości, a oni już tam będą wiedzieli, jakie piękne wyroki trzeba każdemu z nich przysolić. W ten sposób nasz nieszczęśliwy kraj zostanie nie tylko pod względem prawno-traktatowym przygotowany do przerobienia na Generalne Gubernatorstwo, kiedy już zostanie znowelizowany traktat lizboński – ale również pod względem kadrowym, a już klasyk demokracji Józef Stalin zauważył, że „kadry decydują o wszystkim”. Gdzie się lepiej będziemy mogli o tym przekonać, jak nie w Generalnym Gubernatorstwie?

Ale nie ma róży bez kolców („Nie ma róży bez kolców, nie ma kraju bez golców…” – pisał poeta) – o czym właśnie przekonała się feministra do spraw kultury w vaginecie Donalda Tuska Hanna Wróblewska. W ramach przygotowań do przerobienia naszego nieszczęśliwego kraju na Generalne Gubernatorstwo, z Muzeum II Wojny Światowej w Wolnym Mieście Gdańsku usunięto z ekspozycji postać św. Maksymiliana Kolbego, rodzinę państwa Ulmów, zamordowaną za udzielanie pomocy Żydom i rotmistrza Witolda Pileckiego. Podobno trzeba było to zrobić, by udelektować prawa autorskie pana prof. Pawła Machcewicza, Doradcę Doskonałego premiera Tuska Donalda, a także – autora „koncepcji” wspomnianego Muzeum. Atoli podniosły się hałasy, a najmocniej hałasował minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz, który przy tej okazji postanowił wyleczyć się politycznie na odcinku patriotycznym. Poza tym przed Muzeum manifestowali też obywatele, w związku z czym rada w radę uradzono, by św. Maksymiliana Kolbe przywrócić, podobnie, jak rodzinę Ulmów – ale rotmistrz Pilecki ułaskawiony nie został. Myślę, że na tę ostatnią decyzję złożyły się następujące przyczyny. Po pierwsze rotmistrz Pilecki był polskim oficerem. Po drugie – samowolnie uciekł z Oświęcimia. Po trzecie – rządzący Polską Żydowie nakazali niezawisłym sędziom skazać Pileckiego na karę śmierci. Jak widzimy, nazbierało się tego sporo, więc nic dziwnego, że towarzystwo kontrolujące polską politykę historyczną, żeby za bardzo nie odbiegała od skoordynowanych polityk historycznych: niemieckiej i żydowskiej, zrobiło rotmistrzowi Pileckiemu „no pasaran”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Durnie postawili na swoim. W Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej zasiada co najmniej 335 durniów [ w tym są też durnice].

Durnie postawili na swoim

 Stanisław Michalkiewicz 6 lipca 2024 durnota/w/sejmie

Quidquid agis prudenter agas et respice finem – głosi pełna mądrości rzymska sentencja, która się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca. To jest sentencja pełna mądrości, bo zawiera nieomylne kryteria, pozwalające odróżnić człowieka inteligentnego od humańskiego durnia. Człowiek inteligentny bowiem, cokolwiek czyni, posługuje się rozsądkiem, podczas gdy dureń w żadnej fazie swojej aktywności rozsądku nie dopuszcza, kierując się albo „nieodpartymi impulsami”, albo urojeniami. Człowiek inteligentny ponadto potrafi przewidywać skutki swoich działań („patrzeć końca”), podczas kiedy dureń tej umiejętności nie tylko jest pozbawiony, ale w dodatku – nie zdaje sobie z tego sprawy.

29 czerwca okazało się, że w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej zasiada co najmniej 335 durniów, podczas gdy liczba rozsądnych wyniosła zaledwie 44, a aż 47 nie jest pewnych, czy są ludźmi inteligentnymi, czy durniami.

Mam oczywiście na myśli głosowanie nad nowelizacją kodeksu karnego, do którego durnie wprowadzili “znowelizowaną definicję gwałtu”. Dotychczasowa definicja zawarta w art. 204 kodeksu karnego z roku 1932, przyjęta w art. 197 paragraf 1 kodeksu karnego z roku 1997, zawierała trzy alternatywne przesłanki, pozwalające stwierdzić, że doszło do gwałtu. Stosowny przepis Kodeksu karnego głosił, że „kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, podlega…” – i tak dalej. 29 czerwca br. 335 durniów zdecydowało o dodaniu kolejnej przesłanki w postaci braku wyraźniej zgody drugiej osoby. W rezultacie nowelizacji, która ma trafić do Senatu, gdzie proporcje durniów są podobne, o ile nie większe, niż w Sejmie, stosowny przepis oprócz przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, zawiera przesłankę dodatkową w postaci „lub w inny sposób, mimo braku zgody”. „Inny sposób”…

Tu możliwości są nieograniczone, bo na przykład jeden z moich znajomych w akademiku na Jelonkach nakłaniał panienki do obcowania płciowego argumentem: „no co ci zależy” – co w wielu przypadkach skutkowało. A cóż dopiero, gdy argumentem przemawiającym za poddaniem się obcowaniu płciowemu było kategoryczne polecenie: „zdejmuj majtki, bo ktoś idzie”? Niezależnie od tego na przykład pewien Murzyn warszawski przekonywał panienki do poddania się obcowaniu płciowemu groźbą, że w przeciwnym razie oskarży je o rasizm – co przynosiło skuteczność stuprocentową. Czy groźba oskarżenia panienki odmawiającej współżycia z Murzynem o „rasizm” może zostać uznana za „bezprawną”? Z pewnością taki pogląd nie utrzymałby się przed niezawisłym sądem nawet gdyby nie zasiadały w nim jakieś durnice, tylko przeciwnie – ludzie rozsądni. Któż bowiem może zaręczyć, że opór panienki nie miał jakichś rasowych uwarunkowań, zwłaszcza, gdy nie było świadków?

Jak widać na podstawie choćby tych przykładów, wprowadzenie do kodeksu karnego pojęcia: „inny sposób” otwiera przez paniami możliwości nieograniczone. No a „brak zgody”? Jak udowodnić przed niezawisłym sądem, że zgoda była? Nie ma innego sposobu, zwłaszcza gdy w niezawisłym sądzie zasiadają durnice, jak zgoda wyrażona na piśmie i to nie byle jakim świstku, tylko papierze mającym cechy dokumentu, a więc najlepiej – aktu notarialnego. Taka konieczność jawi się jako nieuchronna tym bardziej, że wspomniana nowelizacja nie precyzuje okresu, w jakim po obcowaniu płciowym dama przypomni sobie, że przecież nie wyraziła na to zgody. To może być tuż post coitum, jeśli dama nie odczuła spodziewanej satysfakcji, albo nawet po latach, kiedy zorientuje się, że tempore criminis rozłożyła nogi przed jakimś przypadkowym dobiegaczem, a nie tym jedynym, wymarzonym, który właśnie pojawił się na horyzoncie? „Jakże piękna colonela postać, que je voudrais żoną jego zostać” – mawiały damy w koszmarnych czasach „belle epoque”, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by takie rzeczy zdarzały się i teraz.

Przestrzegał przed tymi – jakże prawdopodobnymi, na tle tej arcygłupiej nowelizacji – konsekwencjami poseł Lorek z Prawa i Sprawiedliwości oraz poseł Tumanowicz z Konfederacji. Wystąpienie posła Lorka spotkało się z ogromnym zgorszeniem starego filuta Włodzimierza Czarzastego – i prawidłowo – bo wiadomo, że nic tak nie gorszy, jak prawda. Na dobro pana Czarzastego można zapisać, że on przynajmniej zrozumiał, o co chodzi i dlatego tak ostentacyjnie się zgorszył, żeby nie narazić się durnicom, od których aż roi się w jego, partii, a które – jak to durnice – myślą, że to wszystko naprawdę. Trzeba jednak zauważyć, że posłowi Lorkowi nie udało się przekonać większości swoich klubowych kolegów z PiS, co pokazuje, że liczba durniów w tym klubie parlamentarnym jest porównywalna z liczbą durniów w Volksdeutsche Partei, która za nowelizacją zagłosowała w całości.

Na tym tle najlepiej wypadła Konfederacja, której posłowie w całości głosowali przeciw, podobnie jak trzej posłowie Kukiz 15.

Dlaczego piszę o durnicach? Dlatego, że uprzejmie zakładam, iż wydaje się im, iż bronią kobiet przed jakimiś straszliwymi niebezpieczeństwami. Tymczasem aplikują im lekarstwo jeszcze gorsze od tych wszystkich niebezpieczeństw. Dotychczas – co już dawno zauważył Karol Irzykowski – współżycie z kobietą byłoby piękne, gdyby nie dwa ryzyka: zarażenia i zapłodnienia. Ale są mężczyźni, których ryzyko pociąga i w dodatku jest ich całkiem sporo, więc nic specjalnie złego się nie działo. Nowelizacja kodeksu karnego tymczasem do tych dwóch dodaje trzecie ryzyko, a właściwie nie żadne ryzyko, tylko niemal stuprocentową pewność odpowiedzialności karnej, więzienia lub gigantycznego odszkodowania – bo któż by nie chciał przy tej okazji dożywotnio rozwiązać sobie wszystkich problemów socjalnych, a w każdym razie – finansowych? Zasiadające w niezawisłych sądach durnice gwarantują, że te nadzieje okażą się całkiem realne. I cóż w tej sytuacji mają począć panowie?

Najrozsądniejszym zachowaniem z ich strony będzie omijanie szerokim łukiem kobiet – z wyjątkiem prostytutek, które będą miały przygotowane przez notariuszy, opieczętowane blankiety z wyrażoną zgodą na coitus. Zaostrzona odpowiedzialność karna i cywilna sprawi, że pozostałym paniom nie pomoże nawet gdyby zdecydowały się chodzić po ulicach nago, natomiast gwałtownie wzrośnie popyt na gumowe lalki, które dzięki będą sztucznej inteligencji niczym już nie będą się różniły od Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli, a z całą pewnością będą bardziej atrakcyjne od wyranżerowanej „istoty czującej”, która w dodatku dawno już przekroczyła tzw. „wiek rębny”. Oczywiście wzrośnie zainteresowanie zboczeniami płciowymi i tym tłumaczę zainteresowanie tą nowelizacją ze strony panów Biedronia i Śmiszka, którzy wielokrotnie dali dowody, że wiedzą z której strony chleb jest posmarowany.

Stanisław Michalkiewicz

Maca dla kanclerza Scholza

Stanisław Michalkiewicz: Maca dla kanclerza Scholza maca-dla-kanclerza-scholza

…A kanclerz powiada: rachunek zapłacę, jeżeli z Kaczora przyślecie mi macę.

Tak by można dzisiaj strawestować fragment słynnego poematu Janusza Szpotańskiego “Ballada o Łupaszce”: “W marcowe wieczory pod wieszcza pomnikiem spotyka się Dajan z niejakim Michnikiem. Gdy Dajan szwargoce, to Michnik wciąż gęga i straszny się spisek pod wieszczem wylęga.(…) Już spisek jest gotów, już cieszy się Czajka i toast za Syjon wychyla już szajka. I śle do Rotszylda telegram: “Baronie, czekamy cię w wolnym nad Wisłą Syjonie!” A Rotszyld depeszę: “Rachunek zapłacę, jeżeli z Gomułki przyślecie mi macę.”

Że Rotszyld pragnął macy z Gomułki, to rzecz oczywista – ale może maca z Kaczyńskiego smakowałaby również kanclerzowi?  Wszystko to być może; skoro Żydowie z Niemcami  koordynują polityki historyczne, to dlaczego ta koordynacja nie miałaby obejmować również upodobań kulinarnych?

Niezależnie od tego możliwe jest również, że Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen zaczęła się niecierpliwić dotychczasowym, ślamazarnym tempem dintojry w Polsce. Miesiące płyną, a tu dopiero zaczynają odbierać immunitety i to nie wszystkim naraz, a pojedynczo. Gdyby tak miało być, to dintojra nie zakończyłaby się, a nawet na dobre nie rozpoczęła do końca dobrego fartu Donalda Tuska. A co potem? Więc gwoli podkręcenia szefa Volksdeutsche Partei Reichsfuhrerin nakazała Komisji Europejskiej wszcząć wobec Polski procedurę “nadmiernego deficytu”.

Jest to pierwsze poważne ostrzeżenie dla Donalda Tuska, żeby bardzo uważał, bo jeśli nadal będzie się wałkonił, to będzie z nim brzydka sprawa. Toteż  kolaborujący na tym etapie z Niemcami Judenrat “Gazety Wyborczej” zaraz “dotarł” do tajnego listu, jaki Naczelnik Państwa wysłał do swego ministra sprawiedliwości.

Ciekawe, że ton tego listu jest  bardzo podobny w treści do przemówienia generała Bagno z nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego “Towarzysz Szmaciak”:

“W tym czasie Bagno, Polak szczery,

był pies straszliwy na afery

i z krzykiem: “Polskę Żyd rozkrada!”,

mnóstwo swym wrogom ciosów zadał. (…)

Zatem słuchajcie, dzieci moje:

wstrzymajcie wy się z tym rozbojem,

nim ostateczne rozwiązanie

nie da nam Polski we władanie!

Od dzisiaj żądam cnoty od was

i daję generalskie słowo,

że ten, kto zlekceważy rozkaz,

zapłaci, jak Wawrzecki, głową!”

Okazuje się, że literatura, jak zwykle wyprzedza życie, przynajmniej u nas. Mniejsza jednak o literaturę, bo Donald Tusk  oraz pełniący obowiązki jego psa łańcuchowego pan mecenas Roman Giertych, postanowili pójść za ciosem i wpakować Kaczora do turmy pod pretekstem, że “wiedział, a nie powiedział” – bo jako funkcjonariusz publiczny powinien o malwersacjach związanych z Funduszem Sprawiedliwości zawiadomić prokuraturę. Ale nie z Kaczorem takie numery!

Udał, że nie posiada się ze zdumienia, jak dalece Tusku Donaldu i Romanu Giertychu nienawiść do niego padła na mózg. Jakże oni chcą go oskarżać, że “wiedział, a nie powiedział”, skoro przecież powiedział – bo list był przecież adresowany do samego Prokuratora Generalnego! Wygląda na to, że cała para znowu pójdzie w gwizdek, chociaż pan Adam Bodnar już posłał policję do Krajowej Rady Sądownictwa – ale na razie nie wiadomo, czy żeby tych wszystkich niezawisłych sędziów spałowała i rozgoniła, czy żeby kilku zaczynszczikow wpakowała do aresztu wydobywczego.

A w takim areszcie wydobywczym możliwości oddziaływania na delikwentów są znacznie większe, niż na tak zwanej wolności. Ot – co wiem z własnego doświadczenia, kiedy to zostałem przymknięty w stanie wojennym –  wystarczy, że się delikwenta nie puści do kibelka razem ze wszystkimi, a potem – niech się dobija do drzwi, ile mu tylko dusza zapragnie. Nie mówię już nawet o cwelowaniu, o którym kiedyś, najwyraźniej dotknięty żarcikami jakiegoś komuszka w Sejmie, opowiadał Jacek Kuroń, a na sali plenarnej było cicho, jak makiem zasiał.

Skoro coś takiego przytrafiało się Jackowi Kuroniowi, to dlaczegóż by nie miało się przytrafić przewielebnemu księdzu Olszewskiemu? Wprawdzie Służba Więzienna energicznie dementuje fałszywe pogłoski i nawet daje do zrozumienia, że wobec tych, co je rozpuszczają, będzie “wyciągać konsekwencje”, ale skoro tak, do skąd się biorą niezdementowane opowieści, jak to współwięźniowie biorą w obroty pedofilów? Wszyscy przecież mówią  o tym jako o rzeczy zwyczajnej, a nie przypominam sobie, by ktokolwiek takie fałszywe pogłoski kiedykolwiek dementował.

Jak widzimy, dintojra, będąca prawdziwym i bodajże jedynym programem vaginetu Donalda Tuska, jakoś nie może rozwinąć skrzydeł. Najwyraźniej panu mecenasowi Giertychowi brakuje determinacji Feliksa Edmundowicza, czy Mikołaja Jeżowa, bo żaden z nich nie mdlał w obliczu prokuratora. Skąd jednak Donald Tusk ma wziąć bardziej odpowiednich ludzi? Gerard Palitzsch już dawno nie żyje, a inni się nie chwalą i w rezultacie dintojra kuśtyka,  budząc zrozumiałe zniecierpliwienie nie tylko Reichsfuhrerin, ale i kanclerza.

Przyjeżdżając z gospodarską wizytą do Warszawy, okazał Donaldu Tusku tylko tyle łaskawości, ile było trzeba i na pocieszenie powiedział, że Niemcy “będą się starały” jakoś wspierać tych, co to udało im się przeżyć okupację.  Nawet “Tygodnik Powszechny” dał wyraz swemu oburzeniu.

Wprawdzie sympatyzuje z Donaldem Tuskiem wedle rozkazu, ale najwyraźniej tamtejszy Judenrat musiał wiązać jakieś nadzieje z opowieściami Wielce Czcigodnego Arkadiusza Mularczyka, któremu Instytut Strat Wojennych (“Gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?”) wyliczył należne od Niemiec reparacje na 1,3 biliona euro. Nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, więc nic dziwnego, że jakieś nadzieje przecisnęły się również na “świętą ulicę Wiślną” w Krakowie.

A skoro już jesteśmy przy finansach, to wypada odnotować rewelacje ogłoszone przez angielski tygodnik “The Economist”, który poinformował, że 1 sierpnia Ukraina może… “zbankrutować”. My tu w Polsce  największe zagrożenie dla Ukrainy upatrujemy w zimnym ruskim czekiście Putinie, a tymczasem okazuje się, że “rewolucja podchodzi, jak księżyc pod płot – ale zupełnie inną drogą”.

Chodzi o wierzycieli, w tym również – posiadaczy ukraińskich obligacji, którzy udzielili Kijowowi moratorium – ale tylko do 1 sierpnia. Międzynarodowy Fundusz Walutowy chciałbym, żeby darowali Ukrainie 60 procent długu, ale oni utrzymują, że 22 procent to jedyna rozsądna propozycja.

Toteż zaraz kiedy Węgry objęły prezydencję Eurokołchozu, do Kijowa pojechał Wiktor Orban, proponując prezydentowi Zełeńskiemu, by ogłosił zawieszenie broni, jako wstęp do zakończenia wojny. Prezydent Zełeński udzielił mu na to “szczerej” odpowiedzi. Taka szczerość, to już jest coś – ale skąd wziąć szmalec?

Bankructwo stręczycieli

Bankructwo stręczycieli

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    2 lipca 2024

1 maja br. minęło 20 lat od Anschlussu, to znaczy – od przyłączenia Polski do Wspólnot Europejskich – jako, że Unia Europejska, jako odrębny podmiot prawa międzynarodowego, proklamowana została dopiero 1 grudnia 2009 roku, po, ratyfikowaniu przez wszystkie członkowskie bantustany traktatu lizbońskiego, który teraz ma być właśnie nowelizowany. Jak pamiętamy, w imieniu Polski traktat ten ratyfikował 10 października 2009 roku prezydent Lech Kaczyński na podstawie ustawowego upoważnienia, którego udzielił mu Sejm ustawą z dnia 1 kwietnia 2008 roku. Ustawę tę poparł zarówno klub poselski PiS – chociaż nie w całości, bo część posłów się zbuntowała przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu – jak i klub poselski Platformy Obywatelskiej, oraz Lewica i Demokraci, no i naturalnie – PSL. Wcześniej jednak, to znaczy – w czerwcu 2003 roku – odbyło się w Polsce referendum w sprawie Anschlussu, to znaczy – ratyfikacji „traktatu ateńskiego”, który liczył 5000 stron, a dotyczył przyjęcia 10 bantustanów z Europy Środkowej. Frekwencja w tym referendum wyniosła 58 procent, a więc była zaledwie o 8 proc, wyższa od wymaganej do jego ważności. Za Anschlussem wypowiedziało się 77,45 proc. głosujących, a przeciwko – 22,55 procent.

Zanim jednak do tego doszło, przeprowadzona została kampania propagandowa za Anschlussem, w którą zaangażowane zostały wszystkie Moce, to znaczy – piekielne, ziemskie i niebieskie. Mówiąc o Mocach piekielnych mam oczywiście na myśli konfidentów, zarówno tajnie współpracujących ze starymi kiejkutami, jak i innymi bezpieczniackimi watahami oraz wszystkich tajnie współpracujących z zagranicznymi centralami bezpieczniackimi, do których zaliczała się przynajmniej część, jeśli nie całość starych kiejkutów.

Mówiąc o Mocach ziemskich mam na myśli przede wszystkim Judenrat „Gazety Wyborczej” („A my wszyscy za Anschlussem!”) oraz mikrocefali, chlipiących intelektualną zupę z michnikowszczyny, a mówiąc o Mocach niebieskich mam na myśli Przewielebne Duchowieństwo. Jeśli chodzi o tę ostatnią grupę, to w jej stosunku do Anschlussu można wyodrębnić dwa etapy. Na pierwszym etapie Przewielebne było Anschlussowi niechętne. Jednak po pielgrzymce delegacji Episkopatu do Brukseli w listopadzie 1997 roku, sytuacja zmieniła się o 180 stopni i Przewielebne w zasadzie już nic nie miało przeciwko Anschlussowi, a jeśli nawet ktoś tam i miał, to dostrajał się do mądrości nowego etapu.

A wyrazicielem tych mądrości był m.in. mój faworyt, Ekscelencja Józef Życiński. Skupiał on w sobie – o czym wtedy jeszcze prawie nikt nie wiedział – zarówno Moce piekielne, jak i Moce niebieskie i z tego tytułu przemawiał „jak ktoś, kto ma władzę”. Oto próbka argumentacji z „Rzeczypospolitej” z roku 2002: „Jedyną alternatywę dla obecności Polski w Unii Europejskiej stanowi przekształcenie Polski w drugą Białoruś.” „Euroentuzjastom” i „eurosceptykom” przeciwstawił „eurorealistów”, zdaniem których „dla zjednoczonej Europy nie ma alternatywy” – to po pierwsze – a po drugie, to w dodatku „katolickie narody Europy czekają, aby polscy katolicy wnieśli do Europy nowego ducha”.

Słowem – wobec Anschlussu nie ma alternatywy, bo „Białoruś” czyli obciach i jak tu się potem pokazać na oczy w Paryżu, a poza tym to chrześcijański obowiązek, żeby Polska nawróciła zlaicyzowaną Europę. Zwracałem co prawda uwagę, zresztą również na forum, że tak powiem – wojskowym – kiedy w pewnym, dość wysokim kręgu, odpowiadałem na pytanie, jak widzę „wschodnią politykę Watykanu” – że polski Kościół wykonuje wielką pracę nad rechrystianizacją Europy Wschodniej, a szczególnie owocne wydaje się to na terenach należących ongiś do Rzeczypospolitej – gdzie pojawia się ksiądz, tam – jak spod ziemi – odnajdują się Polacy. – I teraz ja was pytam, panowie oficerowie – czy Polska jest przygotowana by przyjąć to, co dostaje prawie za darmo, podczas gdy inne państwa czynią w tym kierunku wielkie wysiłki i nieraz – daremnie?

Odpowiadając zaś na argument o „chrześcijańskim obowiązku” zwracałem uwagę, że chociaż ewangelizacja spustoszonej religijnie Europy Wschodniej daje namacalne rezultaty, to nigdy nie słyszałem, byśmy gwoli sprawniejszemu ewangelizowaniu, przystąpili do Wspólnoty Niepodległych Państw – podczas gdy ewangelizowanie zlaicyzowanej Europy bez Anschlussu okazuje się niemożliwe.

Oczywiście głuche milczenie było mi odpowiedzią, no bo skoro jest rozkaz, że „nie ma alternatywy” – no to nie ma i Schluss. Czy mój faworyt Ekscelencja naprawdę tak myślał, czy też dostrajał się do tonu przyjętego przez Judenrat, bo nie był pewien, podobnie jak wielu innych – co właściwie pan red. Michnik znalazł w archiwach MSW w roku 1989 – tego już nigdy się nie dowiemy, jako że Ekscelencja nas osierocił, chociaż wcześniej mleko niestety zdążyło się rozlać, bo wiadomo, że co jeden człowiek pragnie zakryć, to drugi odkryje: „każdy grzech palcem wytknie, zademonstruje, święte pieczęcie złamie, powyskrobuje…

Minęło 20 lat od Anschlussu – i cóż widzimy? Z ambicji ewangelizowania zlaicyzowanej Europy nie pozostało nawet wspomnienie. Odkąd bowiem Judenrat, zorientowawszy się, że na Zachodzie już nie potrzebują certyfikatów przyzwoitości żyrowanych przez Kościół, natychmiast wznowił odwieczną wojnę przeciwko „ajatollahom”, którzy – jako się rzekło – niepewni, co tam pan red. Michnik zdybał w archiwach MSW – natychmiast podkulili pod siebie ogony, ciesząc się, że żywi-zdrowi, mogą oddawać się kultowi Świętego Spokoju, którego najważniejszym przykazaniem jest, by nikogo nie urazić, a już zwłaszcza – Judenratu. Poza tym sprawdziło się w całej rozciągłości spostrzeżenie starożytnych Rzymian, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – nawet gdy tego złota wcale tak dużo nie ma, bo tylko niecałe 2 procent europejskiego PKB – ale na łapówki dla biurokratycznych gangów, okupujących poszczególne bantustany przecież go wystarczy – a czyż nie na ich korumpowaniu nie polega przypadkiem „pokojowe jednoczenie Europy”?

W ten oto sposób Niemcy, po dwóch nieudanych próbach podbicia Europy, wreszcie zbliżają się do celu, jakim będzie proklamowanie IV Rzeszy, po przeprowadzeniu udanej nowelizacji traktatu lizbońskiego. Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego nie przyniosły przełomu, więc po wygaśnięciu przedśmiertnych drgawek historycznych europejskich narodów, ot takich, jak np. we Francji, zapadną one w letarg, a potem zostaną przez promotorów komunistycznej rewolucji – bo Rzesza – jak to Rzesza – musi spełnić swoje rewolucyjne przeznaczenie – przerobione na nawóz historii, która będzie już pisał zupełnie ktoś inny.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

======================

mail:

Autor w swoim artykule przypomina opinie Ks. Arcybiskupa Józefa Życińskiego.

Nie wspomina jednak, że ów Hierarcha realizował tylko wskazania swego Przełożonego.

19 maja 2003

Wejście w struktury Unii Europejskiej jest dla naszego Narodu wyrazem dziejowej sprawiedliwości – powiedział Jan Paweł II w przemówieniu wygłoszonym do Polaków uczestniczących w pielgrzymce narodowej do Rzymu. (..)

Europa potrzebuje Polski. Kościół w Europie potrzebuje Świadectwa wiary Polaków. Polska potrzebuje Europy. 

[Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej! To jest wielki skrót, ale bardzo wiele się w tym skrócie mieści wielorakiej treści. Polska potrzebuje Europy.] 

Jest to wyzwanie, które współczesność stawia przed nami i przed wszystkimi krajami, które na fali przemian politycznych w regionie tak zwanej Europy Środkowowschodniej wyszły z kręgu wpływów ateistycznego komunizmu.Przemówienie to skwitował obecny tam prezydent Kwaśniewski z właściwym sobie taktem:
słyszeliście, co wam powiedziano.

Wolne miasto Gdańsk wraca do Reichu

Stanisław Michalkiewicz: Wolne miasto Gdańsk wraca do Reichu

Jak zauważył Stanisław Lem, “nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Nawet konklawe – a cóż dopiero samorząd wolnego miasta Gdańska z jego Dulczessą, która – jak przypuszczam – o niczym innym nie marzy, ja tylko o wprowadzeniu wolnego miasta Gdańska do Reichu.

A Niemcy postępują cierpliwie i metodycznie; najpierw przy pomocy osób zaufanych, korzystających ze wsparcia świętych rodzin, które przez cały okres PRL były przez Niemców futrowane – a to biskup zlecał im korzystne chałtury, a to jakieś Vereiny – a na pieniądzach oczywiście nie było napisane, że pochodzą z BND – no i oczywiście – agentury, która u progu transformacji ustrojowej przewerbowała się na służbę m.in. – niemieckiej BND, jako naszego nowego sojusznika.

A ponieważ bezpieka od 33 lat kręci sceną polityczną naszego bantustanu, więc zainstalowanie w wolnym mieście Gdańsku odpowiedniej ekipy z Dulczessą na czele nie przedstawiało dla pierwszorzędnych fachowców  najmniejszych trudności.  Zresztą i przed Dulczessą sytuacja w wolnym mieście Gdańsku stała się dziwnie osobliwa, jako że pan prezydent Paweł Adamowicz tak zalazł za skórę nawet Volksdeutsche Partei, że nie było innego wyjścia, jak zaangażować jakiegoś obłąkańca by go na oczach całej Polski zadźgał podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

“Stąd – powiada poeta – nauka jest dla żuka”, by nie wierzgać przeciwko ościeniowi. Dulczessa wolnego miasta Gdańska tę umiejętność opanowała, w związku z czym z kadencji na kadencję jest wybierana przez wdzięcznych obywateli na prezydenta. Można porównać ją do generała Salana, który w armii francuskiej był generałem  “le plus decore de tous les generaux”.

Gdyby Dulczessa przypięła sobie do munduru wszystkie odznaczenia, to upodobniłaby się nie tylko do generała Salana, ale nawet do generałów armii Kim Dzong Una – chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że Nagrody im. Karola Wielkiego jeszcze nie dostała.

Ale bo też ta Nagroda ma specjalne znaczenie i Nasza Złota Pani załatwiła ją Donaldu Tusku, by pokazać tubylczym starym kiejkutom, żeby przestały na niego dybać, bo w przeciwnym razie będą miały z nią do czynienia. Jak pamiętamy, stare kiejkuty natychmiast powinność swej służby zrozumiały i nie tylko przestały nękać Donalda Tuska, ale nawet unieważniły “aferę hazardową”.

I oto Nasi Umiłowani Przywódcy w 2008 roku, a więc za pierwszych rządów Donalda Tuska, rada w radę uradziły, żeby  właśnie w Gdańsku zlokalizować Muzeum II Wojny Światowej. Kosztowało ono polskich podatników prawie pół miliarda złotych, wyłożone przez Ministerstwo Kultury. Jak się jednak okazało, Ministerstwo to – zwłaszcza po roku 2015, kiedy to na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu nastąpiła podmianka – nie ma ani w sprawie muzeum, ani w sprawie tego, co i jak będzie się tam pokazywało – nic do gadania.

Tak w każdym razie uważał niezawisły sąd  ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego. Okazało się, że chamstwo, czyli podatnicy, mają tylko płacić, a o tym, kto, co I jak będzie tam pokazywał, decydować ma – no właśnie; to nie jest do końca jasne, bo do decydowania garnie się zarówno Ministerstwo z racji kasy, ale również autorowie, którzy opracowali “koncepcję” – jak np. pan prof. Paweł Machcewicz – doradca doskonały premiera Donalda Tuska, no i oczywiście – recenzenci.

Nie byłoby w tym wszystkim może i nic osobliwego, bo do publicznej, czyli niczyjej forsy zawsze garnie się mnóstwo chętnych w nadziei, że przynajmniej jakąś część sobie sprywatyzuje – a takie Muzeum, to prawdziwy dar Niebios. Sprawa zaczyna się komplikować w momencie, gdy uświadomimy sobie, że nasz nieszczęśliwy kraj od lat znajduje się na linii strzału dwóch skoordynowanych polityk historycznych: niemieckiej i żydowskiej. Polityka historyczna jest to elegancka nazwa sfałszowanej wersji historii.

Celem niemieckiej polityki historycznej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za II wojnę światową, a zwłaszcza – za towarzyszącej jej ekscesy – i stopniowe przerzucanie tej odpowiedzialności na winowajcę zastępczego. Celem żydowskiej polityki historycznej jest zagwarantowanie środowiskom żydowskim i bezcennemu Izraelowi możliwości obcinania kuponów od tak zwanego “holokaustu”, czyli dokonanej w czasie II wojny światowej przez Niemców masakry europejskich Żydów.

Ponieważ na początku trzeciego tysiąclecia Niemcy dały do zrozumienia, że już nie będą przyjmowały żadnych suplik odszkodowawczych, Żydowie skwapliwie wytypowali Polskę na winowajcę zastępczego, a pretekstem było to, że większość z tych ekscesów rzeczywiście dokonała się na obecnym polskim terytorium państwowym, co znakomicie ułatwia czarną propagandę.

I tu mamy obszar kontrowersji między obozem – nazwijmy to – “dobrej zmiany”  z PiS-em na czele, a obozem zdrady i zaprzaństwa, na czele z Volksdeutsche Partei Donalda Tuska.  Chodzi o to, że PiS jest wyznaczony na odcinek patriotyczny, podczas gdy Volksdeutsche Partei – na odcinek modernizacyjny. Uwijając się na odcinku patriotycznym, obóz “dobrej zmiany” w okresie dobrego fartu umieścił w ekspozycji wspomnianego Muzeum postacie św. Maksymiliana Marii Kolbego, rotmistrza Witolda Pileckiego oraz rodziny Ulmów, wymordowanej za udzielanie pomocy Żydom.

Trudno, żeby coś takiego mogło podobać się Niemcom, a zwłaszcza Żydom, zazdrośnie strzegącym swojego monopolu na martyrologię. Jak pamiętamy, nawet gdy prezydent Zełeński, przecież z pierwszorzędnymi korzeniami, chlapnął przy jakiejś okazji, że na Ukrainie dokonuje się “holokaust”, natychmiast został sprowadzony do pionu z przypomnieniem, skąd wyrastają mu nogi. Cóż dopiero, gdy przy polityce historycznej zaczynają gmerać jakieś osoby niepowołane, to znaczy – nie zatwierdzone przez Sanhedryn?

Toteż kiedy tylko nastąpiła podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, a pułkownik Sienkiewicz i moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus,  trafili do luksusowego przytułku dla “byłych ludzi” w Brukseli.

Ministerstwo Kultury objęła pani Hanna Wróblewska, co to dotychczas kręciła się przy różnych wystawach i muzeach, m.in. była dyrektorem polskiego pawilonu na Biennale w Wenecji (“A Venice nous avons un petit pavillon; pavillon  polonais pour Mesdames et Messieurs”). i to podobno ona usunęła i Maksymiliana Kolbego, i rotmistrza Pileckiego i rodzinę Ulmów.

Rzeczywiście, potrzebni oni tam wszyscy, jak psu piąta noga, zwłaszcza, że jest rozkaz, żeby docelowo w gdańskim Muzeum pokazywać, jak to Tewje Bielski do spółki z pułkownikiem Stauffenbergiem, rozgromił polskich antysemitników, którzy, obawiając się sądu zagniewanego ludu, w 1944 roku schronili się w Warszawie, gdzie samowolnie wywołali powstanie.

Scena polityczna fermentuje

Scena polityczna fermentuje

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    30 czerwca 2024 ferment

Mimo przejścia przez Warszawę i inne miasta kolejnych „Parad Równości” kiedy to sodomczykowie i gomorytki paradowały, eksponując swoje największe zalety anatomiczne no i – jakże by inaczej? – intelektualne, vaginet Donalda Tuska, ku nieutulonemu żalowi feministry od równości, Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli, nie może przeforsować stosownej ustawy z uwagi na opór Wielce Czcigodnego Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL, który wzajemne dziedziczenie i prawo do otrzymywania informacji medycznych może by jeszcze dopuścił – ale adopcji dzieci, to już nie.

Nawiasem mówiąc, okazało się, że Wielce Czcigodna feministra nie forsuje tego bezinteresownie, bo liczy przy tej okazji na załatwienie po swojej myśli własnej sprawy prywatniackiej. Tak bywa z ambitnymi osobami po przejściach, że nie chcą uznać swojej porażki, tylko pragną przerobić cały świat, żeby wyszło na ich. Taki właśnie jest pan red. Michnik, „Szarik Ambitny”, który – w odróżnieniu od Jarosława Kaczyńskiego, widzącego świat w dwu kolorach („nikt nam nie powie, że czarne jest czarne, a białe jest białe”) – zrobiłby cały świat na szaro, żeby tylko usprawiedliwić „heglowskie ukąszenie” komunizmem rodzonej żydokomuny.

Ale prywatniackie uwarunkowania Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli najwyraźniej nie robią wrażenie, ani na Wielce Czcigodnymi Kosiniaku-Kamyszu, ani na jego kolegach, „chłopach z Marszałkowskiej” w rodzaju pana wicemarszałka Zgorzelskiego, podszytych lękiem, że wtedy definitywnie mogliby utracić poparcie „ludu”. A „Ludowcy” bez „ludu”, to jak Cygan bez drumli – groteskowe figury bez żadnych perspektyw. Na razie bowiem „Ludowcy” – również ze względu na ich stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą – stanowią mroczny przedmiot pożądania zarówno ze strony Volksdeutsche Partei, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które nie traci nadziei, że pewnego dnia w towarzystwie „Ludowców” a może i zneutralizowanej Konfederacji – powracając na białym koniu, wdepce w ziemię znienawidzonego Tuska.

Chodzi o to, że „Ludowcy” jeszcze pod koniec pierwszej komuny – obsadzili wszystkie możliwe synekury w sektorze publicznym w wiejskich gminach i małych miasteczkach. Osoby piastujące te stanowiska wiedzą, że dopóki PSL jest w Sejmie – wszystko jedno; w rządzie, czy w opozycji – to synekury są bezpieczne. Nie chodzi tu o żadną ideologię – bo tej „Ludowcy” dobrze, jak nie mają, może z wyjątkiem mantry, że „najcięższa jest dola chłopa”, co zresztą sprawdza się pod warunkiem, gdy każdy jest chłopem – chyba, że jest babą – tylko o zwyczajną walkę o przetrwanie. Gdy ktoś ma w gminie posadę, a przy tym dom i kawałek pola, to gdzie w razie czego pójdzie? A tu jeszcze w wyższej szkole gotowania na gazie Zosia, Franek, czy Józio właśnie „robią magistra” i trzeba pomyśleć o ich przyszłości. Dlatego też PSL ma niezawodny aparat wyborczy, dzięki któremu zawsze przeczołga się przez klauzulę zaporową i właśnie dlatego stanowi „mroczny przedmiot pożądania” każdego politycznego gangu.

Co prawda, po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego fascynacja panem Hołownią i jego haremem, zdecydowanie w PSL zmalała, zwłaszcza po rejteradzie pana Kobosko do Brukseli, wskazującej że – przynajmniej na razie – Amerykanie nie wiążą już z panem Hołownią specjalnych nadziei – ale siłą inercji zamierzają podtrzymywać „Trzecią Drogę” przynajmniej do wyborów prezydenckich, w których pan Hołownia uparł się uczestniczyć w charakterze kandydata – no a potem się zobaczy. W ogóle można odnieść wrażenie, że na naszej scenie politycznej największą siłą jest właśnie siła inercji: „Niech sobie człowiek wiarę ma, czy nie ma, ale najgorzej, kiedy się nie trzyma tego, w co już raz wdepnął i próbuje, jaka się wiara lepiej dopasuje” – pisze poeta. Toteż i partia Razem panów Biedronia i Zandberga, wprawdzie czyni Donaldu Tusku gorzkie wyrzuty, że „zawiódł” i „oszukał” w sprawach maciczno-równościowych – ale deklaruje, że w Sejmie będzie go popierała, żeby zrobić „no pasaran” znienawidzonej „prawicy”. No to dlaczego Donald Tusk miałby przejmować się panem Zandbergiem czy Biedroniem i ich wariackimi „programami”?

Tym bardziej, że właśnie Komisja Europejska, jakby przechodząc do porządku nad zasługami Donalda Tuska dla IV Rzeszy, wszczęła wobec Polski procedurę w sprawie nadmiernego deficytu. Jużci, nie da się ukryć, że deficyt jest i to rzeczywiście „nadmierny” – a to za sprawą nie tylko programów rozrzutniczych, uruchomionych przez Naczelnika Państwa w ramach strategii przekupywania obywateli ich własnymi pieniędzmi. Jak pamiętamy, do tej strategii akomodował się również Donald Tusk ze swoją Volksdeutsche Partei, co jest jeszcze jedną ilustracją, że każda słuszna, a jeśli nawet niesłuszna, to przynajmniej korzystna myśl, raz rzucona w powietrze, prędzej, czy później znajdzie swego amatora.

Więc nie tylko za przyczyną wspomnianych programów rozrzutniczych, ale również – a może przede wszystkim – w następstwie zaangażowania Polski w służbie Ukrainie. Jak pamiętamy, 2 grudnia 2016 roku pan minister Macierewicz parafował umowę z ukraińskim rządem, a podstawie której Polska zobowiązała się do „nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. I ta umowa, której zawarcie z pewnością nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, nadal obowiązuje, mimo podmianki dokonanej na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu. Wielu Czytelników karci mnie w listach i komentarzach, że ta umowa nie jest ważna, bo nie zatwierdził jej Sejm – i tak dalej. Może i nie jest – ale co z tego, skoro – po pierwsze – jej zawarcie nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, a po drugie – że jest realizowana, w następstwie czego coraz to większy deficyt jest już prawdziwy? Jeśli komuś nie przeszkadza odkrycie pana Łukasza Jasiny, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego”, to jakże może mu przeszkadzać wspomniana umowa i będący jej następstwem „nadmierny” deficyt? Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b” – a przynajmniej nie pyskować, że „b” jest „nieważne”, bo Sejm – i tak dalej.

Ten „nadmierny” deficyt trzeba będzie sprowadzić do dozwolonych rozmiarów, w związku z czym Naczelnik Państwa przeżywa Schadenfreude, że Donaldu Tusku zabraknie szmalcu, a pretorianie Naczelnika już przypominają mantrę Vincenta, „Jacka” Rostowskiego, że „piniędzy nie ma i nie będzie”. Jakoż pan Ryszard Petru, co to nosił teczkę za Leszkiem Balcerowiczem i stąd uchodzi za wybitnego znawcę ekonomii twierdzi, że „trzeba ciąć” wydatki.

Ale chyba nie na Ukrainę, bo takich cięć nie wybaczyłby nikomu ani prezydent Józio Biden, ani nawet Donald Trump, który wprawdzie sam by Ukrainie już nic nie dał, ale tylko dlatego, że uważa, iż powinni ją futrować europejscy członkowie NATO. No to chyba nie po to Niemcy osadzili na stanowisku tubylczego premiera Donalda Tuska, żeby on ciął wydatki na Ukrainę – bo wtedy musiałyby ponosić je Niemcy – tylko żeby ciął wszystko inne, niechby nawet głowy przedstawicieli „skrajnej prawicy” – ale nie wydatki na Ukrainę.

Tymczasem Naczelnik Państwa, idąc za ciosem, wykombinował sobie, żeby jesienią, jak już wszyscy wrócą z wakacji, urządzić referendum w sprawie Paktu Migracyjnego. To referendum prawdopodobnie nie będzie miało żadnego znaczenia merytorycznego, bo Pakt Migracyjny został zatwierdzony przez UE – ale znakomicie nada się do duraczenia wyznawców obydwu obozów, których polityczne namiętności zostaną rozgrzane do białości.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).