POMNIK PIOTRA WIELKIEGO

POMNIK PIOTRA WIELKIEGO

Adam Mickiewicz

Z wieczora na dżdżu stali dwaj młodzieńce

Pod jednym płaszczem, wziąwszy się za ręce:

Jeden – ów pielgrzym, przybylec z zachodu,

Nieznana carskiej ofiara przemocy;

Drugi był wieszczem ruskiego narodu,

Sławny pieśniami na całej północy.

Znali się z sobą niedługo, lecz wiele –

I od dni kilku już są przyjaciele.

Ich dusze wyższe nad ziemne przeszkody,

Jako dwie Alpów spokrewnione skały:

Choć je na wieki rozerwał nurt wody,

Ledwo szum słyszą swej nieprzyjaciółki,

Chyląc ku sobie podniebne wierzchołki.

Pielgrzym coś dumał nad Piotra kolosem,

A wieszcz rosyjski tak rzekł cichym głosem:

„Pierwszemu z carów, co te zrobił cuda,

Druga carowa pamiętnik stawiała *.

Już car odlany w kształcie wielkoluda

Siadł na brązowym grzbiecie bucefała

I miejsca czekał, gdzie by wjechał konno.

Lecz Piotr na własnej ziemi stać nie może,

W ojczyźnie jemu nie dosyć przestronne,

Po grunt dla niego posłano za morze.

Posłano wyrwać z finlandzkich nadbrzeży

Wzgórek granitu; ten na Pani słowo

Płynie po morzu i po lądzie bieży,

I w mieście pada na wznak przed carową *.

Już wzgórek gotów; leci car miedziany,

Car knutowładny w todze Rzymianina,

Wskakuje rumak na granitu ściany,

Staje na brzegu i w górę się wspina.

Nie w tej postawie świeci w starym Rzymie

Kochanek ludów, ów Marek Aureli,

Który tym naprzód rozsławił swe imię,

Że wygnał szpiegów i donosicieli;

A kiedy zdzierców domowych poskromił,

Gdy nad brzegami Renu i Paktolu

Hordy najeźdźców barbarzyńskich zgromił,

Do spokojnego wraca Kapitolu.

Piękne, szlachetne, łagodne ma czoło,

Na czole błyszczy myśl o szczęściu państwa;

Rękę poważnie wzniósł, jak gdyby wkoło

Miał błogosławić tłum swego poddaństwa,

A drugą rękę opuścił na wodze,

Rumaka swego zapędy ukraca.

Zgadniesz, że mnogi lud tam stał na drodze

I krzyczał: „Cesarz, ojciec nasz powraca!”

Cesarz chciał z wolna jechać między tłokiem,

Wszystkich ojcowskiém udarować okiem.

Koń wzdyma grzywę, żarem z oczu świeci,

Lecz zna, że wiezie najmilszego z gości,

Że wiezie ojca milijonom dzieci,

I sam hamuje ogień swej żywości;

Dzieci przyjść blisko, ojca widzieć mogą,

Kori równym krokiem, równą stąpa drogą.

Zgadniesz, że dojdzie do nieśmiertelności *!

Car Piotr wypuścił rumakowi wodze,

Widać, że leciał tratując po drodze,

Od razu wskoczył aż na sam brzeg skały.

Już koń szalony wzniósł w górę kopyta,

Car go nie trzyma, koń wędzidłem zgrzyta,

Zgadniesz, że spadnie i pryśnie w kawały.

Od wieku stoi, skacze, lecz nie spada,

Jako lecąca z granitów kaskada,

Gdy ścięta mrozem nad przepaścią zwiśnie –

Lecz skoro słońce swobody zabłyśnie

I wiatr zachodni ogrzeje te państwa,

I cóż się stanie z kaskadą tyraństwa?”

Przemówienie W. Sołowjowa w 1898 ku pamięci Mickiewicza

Stanislaw Romański 4.02.2026, przemowienie-solowjowa-ku-pamieci-mickiewicza

O przyjaźni polsko-rosyjskiej w 19 wieku: przemówienie Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza

Zapraszam również do przeczytania mojego artykułu pt. ,,Jak Sołowjow przewidział powstanie Unii Europejskiej 130 lat temu”. W tym zaś artykule publikuje pełne przemówienie Sołowjowa z krótkim wstępem dotyczącym wydarzenia. Sołowjow to jeden z najwybitniejszych filozofów rosyjskich. Pisząc ,,Braci Karamazow” Dostojewski inspirował się rodziną Sołowjowów, a podobna wyprawa do pustelni jak w książce miała miejsce w rzeczywistości, bowiem Dostojewski z Sołowjowem długo się przyjaźnili.

Przemówienie Władimira Sołowjowa ku pamięci Adama Mickiewicza zostało wygłoszone 27 grudnia 1898 roku (według starego stylu kalendarza juliańskiego; według gregoriańskiego to 8 stycznia 1899) w Petersburgu (wówczas stolicy Imperium Rosyjskiego).

Było to publiczne przemówienie na obiedzie (bankiecie/uczcie) zorganizowanym z okazji 100-lecia urodzin Mickiewicza (urodzony 24 grudnia 1798 / 5 stycznia 1799). Wydarzenie miało miejsce w Petersburgu, gdzie Sołowjow mieszkał i działał w ostatnich latach życia. Tekst ukazał się drukiem w 1899 r. w czasopiśmie „Mir iskusstwa”, a później w zbiorach jego pism.

=====================================================================

Przemówienie Włodzimierza Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza

27 grudnia 1898

„Był natchniony łaską niebios,  

z wysoka więc na świat spoglądał.”  

Puszkin

   Patrzeć na świat z wysoka to zupełnie nie to samo, co patrzeć nań z góry. Aby patrzeć z góry, wystarczy powziąć uprzednio wysokie mniemanie o swojej własnej ważności przy praktycznym braku pewnych moralnych zalet. Aby natomiast patrzeć na świat z wysoka, trzeba ten wysoki poziom osiągnąć, a w tym celu nie wystarcza stanąć na szczudłach czy nawet wejść na swoją parafialną dzwonnicę. Oto dlaczego przy takim mnóstwie ludzi spoglądających na wszystko z góry znalazł się w ciągu całego stulecia pośród wielkich jeden, o którym nie uchybiając prawdzie można powiedzieć, że nie tylko w chwilach poetyckiego natchnienia, lecz zawsze spoglądał na świat z wysoka. Miła uroczystość bratniego narodu ma dla nas – to znaczy może mieć, mogłaby uzyskać – szczególne znaczenie także niezależnie od stosunków rosyjsko-polskich, gdyby wskrzeszony obraz wielkiego człowieka, jeszcze nam bliskiego, jeszcze nie pogrążonego w mroku dziejów, pomógł przywrócić naszej świadomości najwyraźniej utraconą miarę ludzkiej wielkości, przypomnieć wewnętrzne warunki, które czynią nie tylko wielkiego pisarza czy poetę, myśliciela czy polityka, lecz wielkiego człowieka, czyli nadczłowieka w rozumowym sensie tego nadużywanego słowa. Ani najgłębsze choćby przekonanie o swym osobistym nadczłowieczeństwie, ani największe zdolności w jakiejś specjalnej sferze działania, ani najpomyślniejsze rozwiązanie jakiegoś jedynego w swoim rodzaju dziejowego zadania nie mogą w istotny i rzeczywisty sposób wynieść nas ponad ogólny poziom i dać nam tego, co daje wzięty w całości moralny charakter i wielka życiowa ofiara.

   „Z wysoka więc na świat spoglądał”. Kiedy Puszkin na podstawie kilku rozmów z Mickiewiczem powziął o nim takie właśnie wyobrażenie, poeta ten znajdował się dopiero na pierwszym stopniu owych wyżyn, był po pierwszym swoim duchowym wzlocie.

   W jaki sposób człowiek żyjący może spoglądać na życie z wysoka, jeśli nie osiągnie tej wysokości jako samej prawdy życia? I jak osiągnąć tę najwyższą prawdę, jeśli nie przez oderwanie się od przyziemnych, niewystarczających, nie dość uzasadnionych zjawisk życiowych? Jeśli zaś wysokość, z której spogląda się na życie, ma być rzeczywiście osiągnięta, a nie wyimaginowana, to i zerwanie z tym, co przyziemne, musi być prawdziwie przeżyte i boleśnie doświadczone. Dziecko, wychodzące na wolny Boży świat z łona matki, raz tylko zrywa organiczną więź z mrokiem i ciasnotą tego łona. Aby natomiast ostatecznie stanąć na tej wysokości, z której widać całą prawdę życia, aby się wyzwolić z wszelkiej wewnętrznej ciemności i ciasnoty, trzeba przeżyć nie jedno, lecz całe trzy życiowe zerwania, trzy wewnętrzne dramaty.

   A więc przede wszystkim trzeba zerwać podstawową i najmocniejszą więź, która przyciąga nas do szczęścia osobistego w jego głównej sferze – miłości cielesnej, kiedy to wydaje się, że cała prawda i całe dobro życia wcieliły się dla nas w kobietę, w tę jedną jedyną kobietę, kiedy gotowi jesteśmy ze szczerym przekonaniem powtarzać słowa poety:

„Nie ma świata, jest tylko cieniste  

Klonów drzemiących sklepienie,  

Nie ma świata, jest tylko świetliste  

Smętne dziecięce spojrzenie.”

   W tej koncentracji miłosnego doznania zawarta jest wielka prawda, istotne przeczucie tego, co być powinno – absolutnego waloru pełnej osoby ludzkiej. Ale wielka nieprawda polega tu na tym, że przeczucie jest wzięte za spełnienie, a zamiast wyłaniającego się ogromnego zadania widzi się gotowe i darmo otrzymane dobro. Tymczasem, aby egzaltacja uczucia nie okazała się pustym złudzeniem, trzeba w każdym razie zerwać z mrokiem i ciasnotą wszechogarniającej żywiołowej namiętności i pojąć umysłem i sercem, że prawda i dobro życia nie mogą zależeć od przypadkowości szczęścia osobistego. To pierwsze i najgłębsze w życiu zerwanie jest oczywiście zarazem najboleśniejsze, i wiele pięknych i szlachetnych dusz nie wytrzymuje go. Także Mickiewicz omal nie skończył jak goethowski Werter. Kiedy pokonał ślepą namiętność, głęboko doświadczona siła ducha uniosła go, jeszcze młodzieńca, w górę, aby spoglądał na świat z tych pierwszych, w śmiertelnym boju osiągniętych wyżyn.

   Takim poznał go Puszkin, kiedy wyrzekł o nim swoje natchnione i prorocze słowa. Prorocze bowiem – już wkrótce wypadło Mickiewiczowi przeżyć drugi, a potem i trzeci dramat moralny i wejść na nowe wyżyny, aby z nich spoglądać na świat.

   O miłości do narodu czy do ojczyzny trzeba powiedzieć to samo, co o miłości do kobiety. Już w samej wyłączności uczucia kryje się tu zapowiedź wielkiej prawdy, że podobnie jak ludzka osoba, również naród ma odwieczne i absolutne przeznaczenie, że powinien on się stać jedną z nieprzemijających, autonomicznych i niezastąpionych form dla doskonałej pełni treści życia. Aby jednak zapowiedź najwyższej prawdy nie obróciła się w puste, fałszywe i zgubne uroszczenie, trzeba, aby tryb orzekający prostego patriotycznego uczucia: „kocham ojczyznę”, przemienił się w tryb rozkazujący patriotycznego obowiązku: „pomagaj ojczyźnie w uświadomieniu sobie i wypełnieniu jej najwyższego zadania”. Patriotyzm, podobnie jak każde uczucie, wyrasta oczywiście nie z głowy, lecz osadzony jest głębiej: ma on swoje wewnętrzne korzenie, które pozostają, a nawet wzmacniają się wskutek przerwania więzi zewnętrznej:

„Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!  

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,  

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie  

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie!”

   Bez tych naturalnych korzeni nie ma prawdziwego patriotyzmu. Każdy jednak wie, że w przyrodzie nigdy się nie zdarza, by kwiaty i owoce wyrastały wprost z korzeni. Aby patriotyzm rozkwitł i zaowocował, musi on wznieść się ponad swoje głęboko osadzone korzenie ku światłu moralnej świadomości. A wzrostu takiego nie otrzymuje się darmo ani też do jego uzyskania nie wystarcza abstrakcyjna myśl. Trzeba samemu przeżyć nowy życiowy dramat.

   Kiedy duch Mickiewicza po raz pierwszy wzniósł się ponad ruiny wyśnionego szczęścia osobistego, poeta oddał się żarliwie innym, rozleglejszym marzeniom o szczęściu narodu. Polski Werter, Gustaw, uratował się przed samobójstwem swoim przeobrażeniem w Konrada Wallenroda.

   Przy całej złożoności przedmiotu mamy tu w gruncie rzeczy ideę prostego naturalnego patriotyzmu, który pragnie tylko zapewnić swemu narodowi za wszelką cenę zewnętrzną pomyślność w postaci niezawisłości politycznej i zwycięstwa nad wrogiem. Otóż tkwi w tym nieprawda formalna: za wszelką cenę, i nieprawda treściowa: pomyślność zewnętrzną. To ułudne marzenie zburzyła Mickiewiczowi katastrofa 1830 roku. Zerwała się druga więź życiowa i nastąpił drugi duchowy wzlot.

   Wzlot ten dostrzegam w owych myślach o znaczeniu i powołaniu Polski, które Mickiewicz wypowiedział na obczyźnie w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” oraz w niektórych wykładach w Collège de France. Myśli te, które potem bardzo się skonkretyzowały pod wpływem Towiańskiego, pojawiły się jednak u Mickiewicza przed poznaniem tego mistyka. Przeobrażenie swego patriotyzmu przeżył nasz poeta sam. Wiem, że nie tylko Rosjanie, ale i większość Polaków nie zgadza się z tym, jakoby zagraniczne kaznodziejstwo Mickiewicza wyrażało jego duchowy wzlot i sukces idei narodowej.

   Oczywiście nie zamierzam tu dowodzić słuszności mego stanowiska. Dla jego wyjaśnienia powiem tylko dwa słowa. Ważne jest nie to, że ktoś uważa swój naród za wybrany – czynią to prawie wszyscy – lecz to, w czym upatruje się owo wybraństwo. Nie to jest ważne, że Mickiewicz ogłosił Polskę mesjaszem narodów, ale to, że oddał jej pokłon nie jako mesjaszowi triumfującemu, lecz jako cierpiącemu; że zrozumiał, iż zwycięstwa nie otrzymuje się darmo i nie wywalcza jedynie zewnętrzną siłą, lecz że wymaga ono trudnej walki wewnętrznej, że musi być wycierpiane. Błąd, w który przy tym popadł Mickiewicz, był właściwie nieszkodliwy. Uważał on, że naród polski swymi cierpieniami odkupuje grzechy innych narodów. Tak oczywiście nie jest. Czyż naród polski nie ma swoich własnych narodowych i historycznych grzechów? Odkupienie swoim cierpieniem innych – w wymiarze, w jakim w ogóle jest ono możliwe – dokonało się już raz na zawsze. Teraz zaś każdy naród, podobnie jak każdy człowiek, cierpi tylko za siebie – oczywiście nie w dziwacznym i wyimaginowanym sensie kary i zemsty, lecz w moralnym i realnym sensie nieuniknionego przechodzenia od gorszego ku lepszemu, ku większej mocy i pełni swojej wewnętrznej godności.

   Skoro dane są niższe, niedoskonałe formy życia i skoro dane jest naturalne przywiązanie ludzi i narodów do tych form, to logika wymaga, aby przechodzenie od nich ku lepszej i wyższej świadomości dokonywało się poprzez trudne zerwania, walkę i cierpienia. Jakkolwiek różne byłyby dziejowe losy narodów, to przecież nie ulega wątpliwości, że droga wewnętrznego doskonalenia jest dla wszystkich ta sama. W nowych poglądach Mickiewicza ważne jest właśnie to, że uznał on dla swojego narodu tę moralną drogę wiodącą ku najwyższemu i powszechnemu celowi poprzez samowyrzeczenie, która zastąpiła mu poprzednią drogę Wallenroda. Ważne jest owo niespotykane od czasów starotestamentowych proroków wyniesienie świadomości narodowej do sfery wyższego porządku moralnego. Wobec takiego spojrzenia traci znaczenie to, że Mickiewicz miał błędne albo przesadne wyobrażenia o faktach polskiej historii, a nawet to, że później potykał się na drodze, którą sam wytyczył.

   Ale czekała go jeszcze trzecia i może najtrudniejsza próba.

   Młodzieniec całą prawdę i cały sens życia skupia na obrazie wybranej kobiety, która ma mu dać szczęście osobiste. Z ruin tego marzenia młody Mickiewicz wyniósł – obok rozkwitu swej cudownej poezji – przekonanie, iż prawda szczęścia osobistego winna być nie początkiem, lecz końcem drogi życiowej, że na pełnię osobowego istnienia trzeba zasłużyć. Wobec kogo? Przede wszystkim wobec drugiej wybranki – wobec ojczyzny. Mickiewicz dojrzały jej właśnie poświęca wszystkie swoje siły, a z jej niedoli i z rozłąki z nią czerpie – obok urzekającej wizji ojczystego kraju (w „Panu Tadeuszu”) – najwyższą ideę narodową: myśl, iż zewnętrzną pomyślność winien naród osiągnąć swoją moralną ofiarą. Skąd wziąć do niej siły? Spoglądając wstecz, Mickiewicz dostrzegł odpowiedź na to już w swoim dzieciństwie:

„Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy  

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy  

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!  

Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróciłaś cudem,  

Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę  

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę,  

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progów  

Iść za wrócone życie podziękować Bogu –  

Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono”.

   Jak swoje osobiste szczęście – szczęściu ojczyzny, tak los ojczyzny podporządkował swym uczuciu i świadomości podporządkował Mickiewicz religii – trzeciej wybrance ponadosobowej i ponaddziejowej. Ale i tutaj czekała go jeszcze, na progu starości, wielka walka wewnętrzna. Choć bowiem w jego młodzieńczym pragnieniu szczęścia i osobowej miłości zawierała się prawda, to przecież wypadło mu powiedzieć sobie, że prawda nie może zależeć od tego, czy Maryla Wereszczakówna wybierze jego, Adama, czy pana Puttkamera. Musiał zrozumieć, że sens życia jednostkowego nie może istnieć sam w sobie jako coś przypadkowego, lecz że musi się wiązać z prawdą najbardziej powszechną, aby uwolnić się w niej od wszelkiej przypadkowości. Chociaż potem prawda ta wcieliła się w wybrankę innego rzędu – ojczyznę, to przecież nie ojczyzna jest źródłem i miarą prawdy, lecz sama prawda jest normą również dla ojczyzny – mówi, jaką ona powinna być. I nie mógł prawdziwy patriotyzm, przy całej czci dla przeszłości, nie dostrzec w niej tego, co wymagało dziejowego czyśćca. Mickiewicz zrozumiał, że nosicielką najwyższej w świecie prawdy nie mogła być osiemnastowieczna Polska z jej polityczną nieprawdą anarchii i z jej nieprawdą społeczną – bezwzględnym ubezwłasnowolnieniem niższych klas.

   Również przez życie narodu powinien nieustannie przechodzić ostry miecz oddzielający dobro od zła, prawdę od nieprawdy. Również i tutaj trzeba bez ustanku odrzucać to, co przypadkowe, przemijające, niewłaściwe. Cóż więc zaspokoi nasze pragnienie całkowitej ufności, żarliwego oddania, ostatecznego ukojenia? Czy nie ona, trzecia wybranka, swojska i ponadnarodowa, historyczna i ponaddziejowa – Kościół powszechny? Ale czy to dobrze z naszej strony, że widzimy w niej tylko ukojenie, że tej wybrance ofiarujemy jedynie lenistwo umysłu i woli, uśpione sumienie, i że na tak lichym darze opieramy nasze zjednoczenie z nią? I czy ona rzeczywiście przyjmie od nas ten dar? Na cóż jej on? A czy nie przyjmą go, podszywając się pod jej imię, inni, którym zależy na tym, aby obezwładniony został nasz rozum i aby ogłuchło nasze sumienie? Nie, nigdy nie będzie i nie powinno być dla ludzkiego ducha uspokojenia na tym świecie. Nie może i nie powinno być takiego autorytetu, który zastąpiłby nasz rozum i nasze sumienie i uczynił zbędnymi swobodne dociekania. Kościół, podobnie jak ojczyzna i podobnie jak biblijna „żona młodości”, powinien być dla nas wewnętrznym motorem nieustającego ruchu ku odwiecznemu celowi, a nie poduszką dla wygodnego odpoczynku. Nie czynię wyrzutów tym, co ustają i nie nadążają, ale wspominając wielkiego człowieka trzeba przypomnieć i to, że zmęczenie duchowe nie jest znamieniem ludzi wielkich.

Nie zapominajmy przy tym, że zmęczenie i nienadążanie umysłu mają dwie postaci, z których każda jest warta drugiej: uspokojenie na zasadzie ślepego oddania jakiemuś zewnętrznemu autorytetowi i uspokojenie na zasadzie pustej i łatwej negacji. Jedni, nie chcąc trudzić swego umysłu i woli, zadowalają się patentowaną prawdą kieszonkowego formatu i domowego wyrobu, inni dla tego samego komfortu duchowego z góry odrzucają, jako niemądry wymysł, wszelkie zadanie, które nie jest dla nich od razu zrozumiałe i łatwe. I jedni, i drudzy – zarówno ludzie leniwej ufności, jak i ludzie leniwej niewiary – mają wspólnego śmiertelnego wroga w tym, co nazywają oni mistycyzmem. I Mickiewicz właśnie jako mistyk spotkał się z potępieniem z obu stron, zwłaszcza w związku z ruchem powstałym wśród polskiej emigracji za sprawą Andrzeja Towiańskiego. O ile znam ten ruch, to obok pewnych drugorzędnych błędów (jak np. kult Napoleona) zawierał on też pewne pierwszorzędnej wagi prawdy, mające prawo obywatelstwa w świecie chrześcijańskim, a przede wszystkim prawdę o stałym wewnętrznym wzroście chrześcijaństwa. Skoro świat trwa tyle wieków po Chrystusie, to znaczy, że coś się w nim dokonuje – coś pożytecznego dla naszego zbawienia. I jeśli chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią bogo-człowieczą, to udział w tym procesie jest naszym obowiązkiem.

   Kryzys religijny, przeżyty przez Mickiewicza u progu starości, nie był dla niego zerwaniem z samym Kościołem – podobnie jak uprzednio jego kryzys patriotyczny nie był zerwaniem z samą ojczyzną i podobnie jak jeszcze wcześniej jego klęska miłosna nie zniszczyła w nim indywidualnego życia serca. Mickiewicz rozstał się nie z Kościołem, lecz tylko z małodusznością niektórych ludzi Kościoła, którzy chcieli widzieć w chrześcijaństwie jedynie opartą na tradycji przeszłości regułę zachowania w życiu codziennym, nie zaś życiową i dynamiczną zasadę całej przyszłości rodzaju ludzkiego. Zewnętrznemu autorytetowi Kościoła przeciwstawił Mickiewicz nie siebie, lecz obowiązującą również Kościół zasadę ogólnego prawa duchowego: est Deus in nobis – Bóg jest w nas. Nie widać też, aby kiedykolwiek odstąpił on od tej religijnej postawy, wyrażonej w jednym z listów, gdzie nie przyjmując tytułu nauczyciela, mówi tak: „Nie wierzcie ślepo żadnemu z ludzi i moje każde słowo sądźcie, bo dziś mogę prawdę mówić, jutro fałsz: dziś dobrze robić, jutro źle”. Każdemu zewnętrznemu autorytetowi przeciwstawiał jedynie absolutną prawdę Bożą, poświadczoną przez sumienie.

   Zaiste, był on człowiekiem wielkim i mógł spoglądać na świat z wysoka, bowiem życie wyniosło go na wyżyny. Ciężkie próby nie zdławiły, nie osłabiły i nie spustoszyły jego duszy. Z klęski szczęścia osobistego nie wyszedł jako rozgoryczony mizantrop i pesymista; fiasko szczęścia narodu nie przemieniło go w obojętnego kosmopolitę; walka o wewnętrzne przekonania religijne przeciwko zewnętrznemu autorytetowi nie uczyniła z niego wroga Kościoła. Jest wielki przez to, że wznosząc się na nowe stopnie wyżyn moralnych, niósł ze sobą na te wyżyny nie dumną i czczą negację, lecz miłość ku temu, ponad co się wznosił.

Autor: Stanisław Romański

=========================================

Mail:

Co do przyjaźni polsko-rosyjskiej w XIX wieku przypomina mi się 
następujący incydent.

Otóż, Milij Bałakiriew, rosyjski kompozytor i pianista wystawił w 
Żelazowej Woli, w 45 rocznicę śmierci Fryderyka Szopena skromny pomnik polskiego 
kompozytora.

Z tyłu pomnika, małymi, może półcentymetrowymi literami było podane 
rosyjska czcionką nazwisko fundatora.

Widziałem to nazwisko jeszcze w latach siedemdziesiątych. Napis 
przetrwał więc dwie okupacje niemieckie i tzw. polski szowinizm dwudziestolecia międzywojennego.

Nazwisko to jest teraz zatarte, dając wymowne świadectwo dzisiejszego czasu.

Kto otruł Mickiewicza? W 170. rocznicę śmierci wieszcza przypomniano sensacyjne ustalenia

To Żydzi otruli Mickiewicza?! W 170. rocznicę śmierci wieszcza przypomnieli sensacyjne ustalenia

30.11.2025 smierc-mickiewicza

Adam Mickiewicz według dagerotypu paryskiego z 1842 roku.
NCZAS.INFO | Adam Mickiewicz według dagerotypu paryskiego z 1842 roku. / Fot. culture.plGallica, Wikimedia Commons

Śmierć Adama Mickiewicza, której 170. rocznica przypadła 26 listopada, nadal otacza tajemnica. Wielu badaczy nie wierzy, że poeta zmarł na cholerę. Na jego śmierci mogło zależeć Rosjanom, oraz przeciwnikom politycznym z kręgów polskiej emigracji; a okoliczności zgonu mogą wskazywać na otrucie.

Od dekad mickiewiczolodzy zastanawiają się, czy poeta zmarł na cholerę, czy też został otruty, a jeżeli tak, to przez kogo? Tadeusz Boy-Żeleński wskazywał, że motyw miało niechętne Mickiewiczowi stronnictwo emigracyjne skupione wokół gen. Władysława Zamoyskiego, któremu nie podobał się lansowany przez poetę pomysł stworzenia żydowskiego legionu. Zygmunt Wasilewski uważał, że za otruciem stali, z tego samego powodu, żydowscy bankierzy. Juliusz Harbut twierdził natomiast, że truciznę podali poecie Rosjanie. Wszyscy oni teoretycznie mieli motyw, aby Mickiewicza usunąć.

Jesienią 1855 r. poeta przebywał w tureckim Stambule, gdzie organizował oddział, który miał walczyć po stronie Turcji przeciwko Rosji w wojnie, nazwanej później krymską (1853–56). Wydawało się, że jest ona spełnieniem marzeń Polaków o europejskim konflikcie, który mógłby przynieść im niepodległość – Anglia i Francja stanęły u boku Turcji przeciw najważniejszemu zaborcy Polaków – carskiej Rosji. Największe nadzieje wojna wzbudziła w konserwatywnym obozie emigracji polskiej, skupionym wokół sędziwego księcia Adama Czartoryskiego. To on wysłał Mickiewicza do Stambułu, by organizował polski legion. Sekretarz poety Armand Lévy zanotował: „Przyszła Mickiewiczowi myśl otrząsnąć z siebie troski i zajęcia osobiste… Miał nadzieję zanurzyć się cały w życiu czynnym”. Poeta uznał, że nadeszła „uroczysta chwila, gdy Polskę należy nam wydzierać, a nie żebrać o nią”.

We wrześniu 1855 r. Mickiewicz i syn księcia Adama, Władysław Czartoryski, dopłynęli do Stambułu, gdzie mieli nawiązać współpracę z organizującym już wojsko Sadykiem Paszą, czyli Michałem Czajkowskim, powstańcem listopadowym, podróżnikiem, konwertytą na islam. Misją Mickiewicza było uporządkowanie sytuacji i pogodzenie różnych koncepcji powstających w Turcji polskich formacji. Generał Zamoyski i stronnictwo Czartoryskich zamierzali werbować wyłącznie Polaków-katolików, Sadyk Pasza skłaniał się ku tworzeniu pod dowództwem tureckim oddziałów bułgarskich, serbskich i rumuńskich. Mickiewicz miał swoim autorytetem zapanować nad chaosem i poskromić nieco ambicje Sadyka Paszy. Poeta jednak zdecydowanie opowiedział się za koncepcją legionu wielonarodowego, a nawet poszedł dalej – chciał tworzyć wojsko żydowskie.

Wizja żydowskiego legionu i ostatnie dni

Ostatnie tygodnie życia upłynęły Mickiewiczowi głównie na zabiegach o utworzenie pułku żydowskiego w ramach formacji Sadyka. Mickiewicz zakładał, że formowanie wielonarodowej armii najłatwiej zacząć właśnie od werbowania Żydów, którzy ją także sfinansują, co uniezależni oddziały od wsparcia państw zachodnich. Idea stworzenia żydowskiego wojska wynikała też z sympatii Mickiewicza do „starszych w wierze”. Lévy zanotował, że poeta podkreślał wspólnotę losu Polaków i Żydów – wygnanie z ojczyzny. „Tak jak unia Polski z Litwą acz różne były ich rasy i religie, dała wielkość polityczną i militarną naszej Rzeczpospolitej, tak wierzę, że unia Polski z Izraelem powiększyłaby naszą siłę duchową i materialną” – zapisał Lévy słowa Mickiewicza. Sekretarzowi poety udało się nawet ściągnąć do Turcji Alphonse’a Rotszylda, który przybył już po śmierci wieszcza – z pomysłu ostatecznie nic nie wyszło.

Mickiewicz po przyjeździe do Turcji przebywał przez kilka miesięcy w obozie wojskowym Sadyka Paszy. Prowadził tam tryb życia prawdziwie żołnierski: sypiał pod namiotem, jeździł konno na polowanie, jadł proste, niezdrowe i niestrawne potrawy. 57-letni poeta już w obozie zaczął chorować, ale poczuł się zdrowszy i powrócił do Stambułu. Jarosław Marek Rymkiewicz w swoich książkach o Mickiewiczu pokusił się o zrekonstruowanie ostatniego dnia życia poety. W poniedziałek 26 listopada 1855 r. Mickiewicz obudził się w nocy, kazał sobie podać herbatę i usnął. Kiedy około godz. 10 przyszedł do niego płk Emil Bednarczyk, zobaczył świeżo startą podłogę, znak, że rano poeta „womitował”. Inni odwiedzający nie zauważyli umytej podłogi, może dlatego, że została zadeptana przez gości. Około południa poeta poczuł się źle. Bednarczyk zobaczył go stojącego w drzwiach w samej koszuli, obiema rękami trzymającego się futryny drzwi. Chory nie chciał wrócić do łóżka.

„Około godziny w pół do dwunastej uczuł mdłości i lekką diarię, w skutek czego położył się do łóżka. Symptomata tych cierpień były jednak tak słabe, że nikogo z obecnych nie trwożyły. Około godziny 3 [po południu] poczuł się lepiej i zapragnął spoczynku. Kuczyński, Lévy wyszli, a pozostał tylko Henryk Służalski. Zanim upłynęła godzina, gdy boleści gwałtowniej wystąpiły i Służalski wezwał lekarza wojskowego Gębińskiego. Ten przepisał laudanum i kazał natychmiast ogrzewać ciało, ale na zapytanie Służalskiego odpowiedział, że chory jest w stanie bardzo niebezpiecznym. Wobec tego wezwał Służalski dwóch innych jeszcze lekarzy, mianowicie Szostakowskiego i Bednarskiego, którzy natychmiast złożyli consilium. Z zafrasowanych ich twarzy wyczytać musiał Mickiewicz niepomyślne dla siebie wieści, gdyż zapytał Służalskiego: »Powiedz mi prawdę, co oni mówią o mnie?« Służalski ze łzami w oczach odparł: »Mówią, że możesz umrzeć«” – wspominał Bednarczyk. Mickiewicz poprosił wtedy o sprowadzenie księdza Ławrynowicza, kazał też sobie podać pióro, ale nie miał już siły pisać.

Stan chorego gwałtownie się pogarszał, pojawiły się konwulsje. Około 19 przyszedł ksiądz, ale konający tracił już świadomość. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział do Bednarczyka, brzmiały: „Powiedz tylko dzieciom, niech się kochają. Zawsze”. Świadectwo zgonu wystawione przez miejscowego lekarza Jana Gembickiego jako przyczynę śmierci podaje wylew krwi do mózgu. Zawsze uważano to za wybieg – gdyby lekarz napisał, że poetę zabiła cholera, niemożliwe byłoby wywiezienie zwłok do Francji. Informacje, że Mickiewicza zabiła cholera, rozpowszechniał Henryk Służalski, potem syn poety – Władysław, który w ten sposób chciał odciąć się od pogłosek o otruciu ojca.

Zagadka cholery i spory o pochówek

Ale jesienią 1855 roku w Konstantynopolu nie było cholery. Pojawiała się tam ona w XIX wieku często, ale raczej w lecie i wśród biedoty. W dodatku objawy cholery, zdaniem lekarzy, mogą być podobne do objawów zatrucia arszenikiem. O otruciu poety szeptano od pierwszych dni po jego śmierci. Na pożegnalnej mszy w paryskim kościele św. Magdaleny doszło do skandalu: jeden z towarzyszy Mickiewicza w Konstantynopolu kpt. Franciszek Jaźwiński pobił laską na schodach kościoła znanego z niechęci do Mickiewicza gen. Władysława Zamoyskiego z Hotelu Lambert. Oskarżenia o trucicielstwo nie wypowiedziano, ale wisiało ono w powietrzu.

Wiadomo, że Mickiewicz przed śmiercią obawiał się o swoje życie, czemu dawał wyraz w listach do przyjaciół. Cyprian Norwid, po mszy pożegnalnej, napisał wiersz „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie?”, w którym prof. Alina Witkowska z IBL odnajduje sugestię, że Mickiewicz zginął od trucizny, tak jak Sokrates. Ale dyskusję na temat niejasnych okoliczności śmierci Mickiewicza podjęto dopiero w 1932 roku z inicjatywy Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który jako pierwszy wyraził swoje wątpliwości – nie tylko jako badacz literatury, ale także lekarz. Nie można też wykluczyć, że rację miała Wisława Knapowska, która w trzy lata po artykule Boya postawiła tezę, że Mickiewicza zabiło wycieńczenie organizmu spowodowane wyczerpującym trybem życia w Turcji. Ludwika Śniadecka wypominała poecie w listach, że nie dba o siebie – próbuje jeździć konno jak młodzik, sypia byle gdzie i jada byle co.

Nie tylko niejasna przyczyna śmierci wywoływała kontrowersje, niemal od razu powodem kłótni było miejsce spoczynku ciała poety. Brano pod uwagę katolicki kościół w Stambule, generał Zamoyski chciał, aby ciało poety zostało pochowane w tworzonej właśnie „osadzie polskiej nad Bosforem, która odtąd z dwóch tytułów wsią Adama zwać się będzie”, czyli późniejszym Adampolu. Nad grobem zaś usypany miał zostać kopiec wzorowany na kościuszkowskim w Krakowie, który wieńczyłaby kolosalna „statua żelazna poety, (…) jak zwykle widzieliśmy, w jego ciemnej kapocie, z twarzą natchnioną, a przecież nieporównywalnej prostoty, z jedną ręką na sercu, drugą wskazującą stronę, gdzie Polska”. Czartoryski odrzucił jednak te plany, przychylając się do próśb sprowadzenia ciała poety do Francji i pochowania go na Montmorency, gdzie czekać miał „aż się otworzą dla niego bramy Wawelu”. Było to zgodne z życzeniem Mickiewicza, aby jego zwłoki spoczęły w Montmorency, obok żony. Poeta zastrzegł też, że nie życzy sobie żadnych mów nad trumną, ani kościelnych, ani świeckich.

Jeszcze w Stambule zwłoki Mickiewicza zostały zabalsamowane – jamę brzuszną wypełniono węglem, Lévy dopilnował, żeby serce pozostawiono w środku. Wykonano wówczas także maskę pośmiertną poety – do trumny ubrano go w ulubione futerko i konfederatkę. Zwłoki umieszczono w trzech trumnach – najpierw w cynkowej, a tę w dwu drewnianych. 30 grudnia 1855 r. ciało wyruszyło z Konstantynopola na pokładzie francuskiego parowca Eufrat. „Dzień był grudniowy, posępny, mglisty – mgła niekiedy zmieniła się w drobniuchny deszczyk, który mżył i moczył. Ulice zalewało błoto. W ścisku nie można się było parasolami osłaniać. Depcąc błoto i moknąc, posuwaliśmy się powoli za wozem (…) Ludzie szli w milczeniu, w skupieniu ducha, znamionującym udział w przejmujących nas żalu i smutku. Niespodziankę sprawili nam Bułgarzy. Uczcili oni w nieboszczyku geniusz poezji słowiańskiej. Nie sami jednak oni, spośród ludności Konstantynopol zamieszkującej, na eksportację się stawili. Nie było jeno Turków; ci nieobecnością świecili; okrom nich atoli, wszystkie zresztą narodowości miały swoich w orszaku pogrzebowym przedstawicieli. Widziałem: Serbów, Dalmatów, Czarnogórców, Albańczyków, Greków, Włochów, Bułgarzy zeszli się najliczniej” – wspominał Bednarczyk dzień wyprawienia trumny do Paryża.

Ekshumacja i powrót na Wawel

Pogrzeb w Paryżu odbył się w poniedziałek, 21 stycznia 1856 r. Ciało wieszcza spoczywało w Paryżu do 1883 roku, kiedy podjęto starania, aby przenieść je na Wawel. 27 i 28 czerwca odbyła się w Montmorency ekshumacja, której świadkiem był m.in. Adam Asnyk. „Cynkowa trumna wieszcza, po odgarnięciu z niej warstwy ziemi i prochu (…) okazała się pękniętą u góry przez całą długość, a przegryzioną rdzą i podziurawioną w podstawie” – czytamy w jego relacji. Podczas przekładania zwłok do nowej ołowianej trumny stwierdzono, że zabalsamowane ciało spoczywało na przegniłym posłaniu z morskich traw. „Niestety zabalsamowanie to okazało się bezskutecznem i nic nie pozostało z wielbionych przez nas rysów” – wspominał Asnyk.

W starej trumnie znaleziono jeszcze metalowego Chrystusa, który prawdopodobnie był częścią rozsypanego w proch krzyżyka, monetę i biały, porcelanowy guziczek od koszuli. Te pamiątki zabrał Władysław Mickiewicz. Cynkową trumnę Mickiewicza grabarze paryscy pocięli na kawałeczki i „w kilka dni po ekshumacji za pół franka można było nabyć taką pamiątkę” – napisał Stanisław Rosiek („Mickiewicz po śmierci. Studia i szkice nekrograficzne”, 2013). 4 lipca 1890 r. w Krakowie, na Wawelu, odbył się drugi pogrzeb Adama Mickiewicza – nazywany „narodowym”. Było to „uroczyste zwłok przeniesienie i podniesienie podobne temu, jakie obchodzi Kościół Boży, kiedy relikwie świętych z jednego miejsca na drugie przenosi” – ocenił świadek wydarzeń Karol Suchodolski.

Swoją wizję śmierci poety zapisał Jan Lechoń w wierszu „Śmierć Mickiewicza”: „Gdy przy­szli, by jak co dzień ode­brać roz­ka­zy,/ Za­szli drogę im lu­dzie, co umar­łych strze­gą,/ I rze­kli: Nie może­my wpu­ścić was do nie­go,/ Bo ten czło­wiek umie­ra od strasz­nej za­ra­zy./ Więc wte­dy oni pła­kać za­czę­li jak dzie­ci/ I szep­ta­li z prze­stra­chem: Przed nami noc ciem­na!/ Ten księ­życ, któ­ry te­raz nad Stam­bu­łem świe­ci, /Pa­trz­cie, jaki jest inny niż ten nasz znad Niemna/ A on w tej sa­mej chwi­li my­ślał: Jak to bli­sko!/ Sły­szę pieśń, co śpie­wa­no nad moją ko­ły­ską,/ Wi­dzę zio­ła i kwia­ty nad Świ­te­zi to­nią, / I jesz­cze tyl­ko chwi­la a do­tknę je dło­nią”.

85 lat temu Niemcy zniszczyli pomnik Adama Mickiewicza w Krakowie

Okupacja niemiecka

85 lat temu Niemcy zniszczyli pomnik Adama Mickiewicza w Krakowie

17.08.2025 https://dzieje.pl/wiadomosci/85-lat-temu-niemcy-zniszczyli-pomnik-adama-mickiewicza-w-krakowie

Pomnik Adama Mickiewicza na Rynku w Krakowie, 27 stycznia 2025 r. Fot. PAP/Darek DelmanowiczPomnik Adama Mickiewicza na Rynku w Krakowie, 27 stycznia 2025 r. Fot. PAP/Darek Delmanowicz

17 sierpnia 1940 r. Niemcy zniszczyli pomnik Adama Mickiewicza stojący na krakowskim Rynku od 1898 r. Wcześniej, w listopadzie 1939 r. zdemontowali pomnik Grunwaldzki na pl. Matejki a 17 lutego 1940 r., zburzyli monument Tadeusza Kościuszki na Wawelu.

„Po Grunwaldzie i Kościuszce przyszła kolej na Mickiewicza. Wandalska furia rzuciła się na pomnik wieszcza na Rynku. W biały dzień w południe przyniesiono narzędzia, windy i strącono z piedestału wszystkie figury — jakby z jakąś utajoną pasją, czy chęcią prowokacji” – napisał w swoich wspomnieniach pt. „Niemcy w Krakowie: dziennik 1 IX 1939 – 18 I 1945” (2010) Edward Kubalski (1872-1958), krakowski prawnik i samorządowiec. „Widziałem statuę wieszcza, jakby ponowne zwłoki leżące boleśnie na lewym ramieniu z nadtłuczonym wierzchołkiem czaszki” – dodał.

Wedle Kubalskiego zburzenie pomnika Mickiewicza było elementem przygotowań do wizyty Hitlera w Krakowie, która miała nastąpić 1 września lub 14 października 1940 roku, a do której ostatecznie nigdy nie doszło. „W szerszym natomiast kontekście stanowiła kolejny i nie ostatni etap demonstracji siły okupanta, nieliczenia się z polskimi symbolami narodowymi i stopniowego czynienia z Krakowa miasta niemieckiego” – czytamy na stronie „Wirtualne Muzea Małopolski”.

Usuwanie Mickiewicza z krakowskiego rynku trwało pięć dni. Figury wieszcza oraz postaci symbolizujących Ojczyznę, Męstwo, Naukę i Poezję zwalono i rozbito a sam cokół wysadzono w powietrze. „Tłumy stały dookoła kordonu policji, kobiety płakały głośno. Rozpędzano je co jakiś czas, bijąc i aresztując licznych fotografów. Nawiasem mówiąc, akcja ta, jak wiele poczynań okupanta, minęła się z celem, gdyż w dwa dni potem Kraków był w posiadaniu kilkunastu zdjęć padającego posągu, a chłopcy pod Sukiennicami podchodzili do osób wzbudzających ich zaufanie i sprzedawali dość drogo pocztówki: »Mickiewica, co się przewroco«” – zanotowała historyczka Karolina Lanckorońska (1898-2002) we „Wspomnieniach wojennych 22 IX 1939 – 5 IV 1945” (2001).

„Spokojny Kraków był wstrząśnięty do głębi – po raz pierwszy »wściekli się« ludzie prości, którym na początku Niemcy wyraźnie imponowali” – oceniła.

„Służąca Dzidzi Krzeczunowicz, analfabetka, płakała trzy dni, choć trudno było przypuszczać, że »Improwizacja« czy »Pan Tadeusz« były jej własnością duchową. Zapytana przez Dzidzię o powód tej rozpaczy, odpowiedziała: »Okropnie mnie obrazili«” – przywołała Lanckorońska opowieść swojej przyjaciółki.

„Z pewnością nie wszyscy w ogóle zdawali sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest Mickiewicz. Zrozumieli go w istocie dopiero wtedy, gdy strącony z pomnika, wstąpił do ich serc” – zapisał z kolei Zygmunt Nowakowski ( 1891-1963) pisarz, dziennikarz i reżyser („Mój Kraków i inne wspomnienia”, 1994). „Pomnik runął większy, niż stał” – skomentował.

Kraków 08.1940. Niemcy okupujący miasto obalają pomnik Adama Mickiewicza znajdujący się na Rynku Głównym. amw/mo PAP/CAF

Pomnik Adama Mickiewicza według projektu Teodora Rygiera stanął na Rynku Głównym w 26 czerwca 1898 roku. Jego odsłonięcie poprzedziły lata starań i publicznych dyskusji.

„Najprawdopodobniej idea wystawienia pomnika Mickiewicza w Galicji zrodziła się już w roku 1869, kiedy to na bankiecie danym we Lwowie na cześć Karola Libelta historyk Henryk Szmitt miał powiedzieć: „Jeśli naród chce żyć – powinien czcić wielkich ludzi […] złóżmy się na pomnik tego, który zawołał: »Hej, ramię do ramienia«, jednocześnie, w tym samym czasie, za zgodą prezydenta Krakowa Józefa Dietla, ogłoszono zbieranie składek. Co ciekawe, w pierwotnej wersji na pomniku miały stać postaci Mickiewicza i Słowackiego, jednak dopiero kilka lat później idea pomnika wieszcza odżyła w środowiskach akademickich Krakowa, dzięki czemu w roku 1879, w trakcie obchodzonego hucznie w królewskim mieście jubileuszu 50-lecia pracy pisarskiej Józefa Ignacego Kraszewskiego, powstał pierwszy komitet pomnikowy, którego honorowym kuratorem został autor »Starej baśni«, zaś przewodniczącym prezydent Krakowa Mikołaj Zyblikiewicz” – napisał Waldemar Okoń, poeta i historyk sztuki w artykule pt. „O krakowskim pomniku Adama Mickiewicza raz jeszcze” (2006).

„W roku 1881 ogłoszono tzw. konkurs przygotowawczy na pomnik Mickiewicza, a regulamin tego konkursu, zakładający m.in. stosowanie form »stylu renesansowego«”, wywołał wiele kontrowersji, zarówno wśród krytyków, jak i samych artystów” – dodał.

Ostateczna wersja krakowskiego pomnika Mickiewicza była efektem dopiero trzeciego konkursu, rozstrzygniętego w 1886 roku – co prawda zwyciężył w nim projekt rzeźbiarza Cypriana Godebskiego (1835-1909), przedstawiający Adama Mickiewicza, któremu kobieca postać Sława wręcza wawrzyn. Okazał się jednak zbyt kosztowny i do realizacji przyjęto wizję Teodora Rygiera (1841-1913).

Sama realizacja monumentu miała trwać cztery lata – termin nie został dotrzymany. Pierwszy, ustawiony na Rynku w lecie 1894 roku, pomnik Mickiewicza, wzbudził jednak potężną falę krytyki i kpin, artysta więc na własny koszt – jak podaje Mateusz Dobrowolski na stronie isztuka.edu.pl – poprawił rzeźbę.

Ostatecznie pomnik wieszcza odsłonięto w 1898 roku – przetrwał na Rynku do 17 sierpnia 1940 roku. Po zakończeniu II wojny światowej 12 czerwca 1946 r. dr Tadeusz Gostyński, muzeolog prowadzący w Hamburgu poszukiwania polskich dzwonów, natrafił na przedmieściach na jedną z figur kobiecych z krakowskiego pomnika. „Następnie zaś, po żmudnych poszukiwaniach, w styczniu 1948 r. zlokalizował pozostałe postacie oraz posąg samego poety. Po przywiezieniu ich do Polski zostały złożone w Wilanowie i tam spędziły kilka lat” – przypomniał Paweł Stachnik w artykule pt. „Adam Mickiewicz znowu góruje nad krakowskim Rynkiem, czyli powrót pomnika” („Dziennik Polski”, 2015).

Powojennej rekonstrukcji monumentu dokonał rzeźbiarz Stanisław Popławski (1886-1959). Ponowne odsłonięcie nastąpiło 26 listopada 1955 roku, w setną rocznicę śmierci Adama Mickiewicza. „Zburzony przez hitlerowskiego okupanta, wywieziony do obozu koncentracyjnego złomu w Hamburgu, wrócił oto znowu i wznosi się wysoko przed nami. I znowu prosty człowiek przechodząc pomimo wzniesie głowę i patrząc w rysy tej twarzy uprzytomni sobie: oto wielki poeta i człowiek, oto wódz narodu” – powiedział podczas uroczystości prof. Stanisław Pigoń.

„Znowu go postawiono pomiędzy zabytki i stoi sobie kochany i brzydki” – skomentował powrót „Adasia” na krakowski Rynek Jan Sztaudynger. (PAP)

Paweł Tomczyk